ANATOMIA NIEZALEŻNOŚCI MEDIÓW

Niedawna wypowiedź lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, że w Polsce prawie nie ma niezależnych mediów, wywołała olbrzymie sprzeciwy i wręcz histeryczne reakcje tego środowiska, zwłaszcza dziennikarzy na co dzień niesłychanie zależnych od układu rządzącego w Polsce po 1989 roku, a będącego sprytnie ukrywanym przedłużeniem czasów komunistycznych. Właśnie uświadomienie społeczeństwu podporządkowania mediów wpływom układu postkomunistycznego jest wręcz śmiertelnym niebezpieczeństwem, stąd takie gwałtowne reakcje i sprzeciwy dziennikarzy pokornie chodzącym mu na smyczy.

Dziennikarz w swojej pracy może pełnić tylko trzy funkcje:

- informacyjną,

- wyrażania własnych, indywidualnych poglądów,

- propagandową, na rzecz jakiejś grupy trzymającej władzę, organizacji lub partii politycznej.

Wystarczy więc pod tym kątem przyjrzeć się dziennikarskim działaniom, żeby oddzielić tych uwikłanych w propagandowe działania, od reszty informującej i wyrażającej własne opinie i poglądy. Wbrew pozorom nie jest to problem skomplikowany i można pod tym kątem oceniać wszystkie dziennikarskie dokonania. Przedstawmy kilka przykładów, jak to robić.

Przed rokiem po południu jednego pięknego dnia redaktor naczelny dziennika Rzeczpospolita Gauden wyrażając swoje osobiste poglądy twierdził, że jego podwładny red. Wildsteina, ujawniając listę 240.000 nazwisk istniejących w archiwach IPN-u, miał rację i będzie go wspierać. Już jednak następnego dnia na polecenie rządzącego w Polsce układu wywalił go z pracy, gdyż uznano upublicznienie takiej listy za bardzo niewygodne dla jego interesów. Jakiekolwiek twierdzenie o niezależności dziennikarskiej redaktora naczelnego jednego z największych dzienników w Polsce jest w świetle tego wydarzenia wręcz śmieszne.

Przenieśmy się teraz do autorskiego programu publicystycznego red. Lisa nadawanego 2 marca o godzinie 22.20 w telewizji „Polsat”: „Co z tą Polską?”. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Jacek Kurski przedstawił w tym programie kilka przykładów usłużności, wręcz uniżoności wobec rządzącego układu obecnego w studiu red. Jacka Żakowskiego. Ten przy poparciu innego red. Najsztuba starał się kontrargumentować przytaczając, jako przykład wolności i niezależności prasy w Polsce szeroką kampanię prasową skierowaną przeciwko rządowi Leszka Millera, która doprowadziła do jego odwołania z funkcji premiera i szefa SLD. To miałby być, zdaniem wspomnianych dziennikarzy, koronny dowód na niezależność prasy i w ogóle mass mediów w obecnej Polsce.

Przyjrzyjmy się tej argumentacji. Można oczywiście dostrzec wzmożoną aktywność i skuteczność tropicieli różnego typu poważnych afer, zwłaszcza na styku polityki i gospodarki. W związku z tymi sprawami pojawiły się szeroko nagłaśnianie sejmowe komisje śledcze. Dlaczego jednak nie sposób było dostrzec działań w podobnej skali w latach 1989 – 2001, mimo, że afer podobnego i większego kalibru w tych latach nie brakowało? Odpowiedź na tak postawione pytanie jest zarazem odpowiedzią, na ile masowe media w Polsce są rzeczywiście wolne.

W 2001 roku w wyborach parlamentarnych z olbrzymią przewagą nad konkurentami zwyciężyło SLD, a jej lider Leszek Miller został premierem. Bardzo prędko dla każdego uważnego obserwatora politycznej sceny w kraju, a tym także dla polityków wspomnianego SLD, stało się jasne, że za politycznym propagandowym sukcesem nie stoi program, który dałby temu ugrupowaniu rządy na wiele następnych lat, że polityczne hasła nie wspierają recepty ich realizacji. W dodatku sam Leszek Miller w funkcji premiera od momentu objęcia tej funkcji popełnia błąd za błędem. W takiej sytuacji powstał dylemat, jak ten ważki dla SLD problem rozwiązać? Postanowiono początkowo zachęcić dziennikarzy do zabawy w grę: dobry polityk (Kwaśniewski), zły polityk (Miller). Jednak to był dopiero początek rzeczywistych rozwiązań problemu. Ekipa rządowa Millera, a po niej SLD–wscy samorządowcy poczuli wraz dojściem do władzy wiatr w plecy i zaczęli pod wieloma względami działać tak, jak w czasach PRL–u, znacznie pod względem załatwiania swoich prywatnych i partyjnych interesów przeganiając ludzi TKM – z AWS–u. Ilość afer z udziałem polityków z tego kręgu zaczęła gwałtownie rosnąć. Wywołało to rosnący niepokój ze strony innych polityków postkomunistycznych patrzących na rzeczywistość bardziej przyszłościowo, niż termin kolejnych wyborów. Dla Borowskiego, ale i Urbana i innych, rządy Millera zmierzały prosto do politycznej katastrofy i należało jak najszybciej coś w ich sprawie zrobić. Borowski odszedł z SLD i założył wraz z częścią jeszcze nie zgranych do końca polityków tej partii nowe ugrupowanie. Presja mediów i komisji sejmowych sprawiły, że zarówno z funkcji premiera, jak szefa SLD odszedł w końcu Miller.

Równolegle z tymi wydarzeniami powstawała i rozwijała się na gruzach Unii Wolności nowa partia – Platforma Obywatelska, której strategicznym celem było i nadal jest utrzymanie wpływów układu rządzącego Polską po 1989 roku przy pełni faktycznej władzy. Zależni i dyspozycyjni wobec tego układu dziennikarze mieli więc postawione dwa zadania:

- atakować przejawy gangreny toczącej SLD, by uratować jakieś resztki jej wpływów;

- promować w możliwie największej skali Platformę i ułatwić jej przejęcie władzy po SLD.

Do tych dwóch zadań zależne aż do granic przyzwoitości od układu rządzącego polskie obecne dziennikarstwo (czyli ponad 90 % ludzi tego zawodu) zabrało się z werwą i ochotą. Nie brakowało tu wpadek, jakimi było ogłaszanie w niektórych pismach na miesiące przed wyborami wygranej Tuska w wyborach prezydenckich i Platformy – w parlamentarnych. Jednak te usiłowania przekonania wyborców do głosowania właśnie w ten sposób nie dały, jak wiemy efektów.

Od rozstrzygnięć w tych wyborach rośnie w dziennikarskich wypowiedziach w różnych mediach rosnąca wściekłość na bieżącą rzeczywistość. PiS nie chce koalicji z Platformą? To straszne! Podpisuje umowę z Samoobroną i LPR–em? Okropne! A politycy tych ugrupowań przed podpisaniem umowy parafują jej załączniki w obecności dziennikarzy Radia Maryja i Telewizji TRWAM? Horrendum wołające o pomstę do nieba! Narodowa tragedia!

Wspomniani na wstępie redaktorzy Żakowski i Najsztub jako decydujący argument na rzecz istnienia wolnej prasy w Polsce przytaczali we wspomnianym programie jej aktywność w tropieniu afer. Przedstawiliśmy tutaj okoliczności, jakie to sprawiły. Polskie dziennikarstwo śledcze tylko dlatego po 2002 roku jest skuteczne, gdyż materiałów, dokumentów i plotek dostarczają i dostarczali mu agenci różnych tajnych służb, których interesy po wspomnianym roku nagle stały się rozbieżne. Upublicznianie różnych faktów istotnych w politycznych rozgrywkach to nie przejaw wolności mediów, lecz ich służalczości wobec tego, co im z propagandowego stołu ktoś łaskawie zrzuci. Sądzić, że to jest przejaw wolności i niezależności jest w najlepszym wypadku naiwnością, choć warto by tu użyć znacznie mocniejszych emocjonalnie zwrotów! A ponieważ takie poglądy wypowiadali publicznie czołowi obecni polscy dziennikarzy, to co można by sądzić o tych z drugiego i trzeciego rzędu?

Zwróćmy jeszcze uwagę na pewien dodatkowy aspekt opisywanej tu sprawy. Opisywanie licznych afer bardzo nasilone po 2002 roku potwierdza różnego typu pogłoski upowszechniane przez komunistycznych agentów wpływów ciągle działających w naszym społeczeństwie, że „w czasach PRL, czyli za „komuny” tak źle nie było”! To, że każdy myślący logicznie człowiek jednak skojarzy autorów i aktorów obecnych afer głównie z ludźmi „komuny” jest mniej istotne, w propagandowym hałasie łatwo ten fakt ukryć!

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: