DZIENNIK 1991

Zamieszczamy wybrane fragmenty zapisów z pierwszego półrocza 1991 roku. Całość liczy około 100 stron i nigdy nie była publikowana. Większość zapisków poświęcona jest istotnemu wówczas konfliktowi między zwolennikami premiera Mazowieckiego i prezydenta Wałęsy, do których należała autorka, a który to spór stracił obecnie całkowicie znaczenie. Z notatek widać, iż dla każdego charakter budowanej wówczas III RP był całkowicie jasny. W poufnych rozmowach nikt nie udawał, iż nie wie, że rodzi się państwo mafijne za przyzwoleniem solidarnościowej elity politycznej. STYCZEŃ Pamiętam, że kiedy wybuchła sprawa TS, zapytałam Adama M., (pracowałam wówczas w GW), czy nie byłoby lepiej, gdyby dokładnie określić przynależność i zakres wpływów prasy związkowej, czy np. GW lub TS są czy nie są organami Związku, czy nie należałoby dokładnie tego rozstrzygnąć, jawnie i demokratycznie. Michnik powiedział mi, że absolutnie nie należy się o to starać, bo i po co. Zrozumiałam, że z tym mu wygodniej, natomiast nie miałam pojęcia, jak wielkie zagrożenie stanowiła decyzja Wałęsy dla kręgu związanego z GW. Nikt poważnie zresztą ze mną nie rozmawiał – Bratkowski uparcie twierdził, że TS nie będzie teraz pismem związkowym, nie mówił „w TS”, tylko „tam”. Wiedziałam, jaką rolę odegrał Kaczyński w podziemnej „S”, a potem w zmontowaniu rządu Mazowieckiego (wskutek jego to mediacji Mazowiecki został premierem) i zupełnie nie mogłam pojąć, dlaczego oddanie komuś takiemu posady redaktora naczelnego ma wywoływać taki alarm i opór. Potem dowiedziałam się, że Bratkowski liczył na TS i jeździł w tej sprawie do Wałęsy z Geremkiem, usiłując przekonać przewodniczącego do swojej kandydatury. Okazało się jednak, czego oczywiście w danym momencie kompletnie nie zrozumiałam, że TS ma do odegrania istotną rolę polityczną – stworzenia oparcia publicznego dla trzeciej siły, jaką miał być Wałęsa (pozostałe dwie to rząd Mazowieckiego i grupa związana z GW, czyli geremkowco-michnikowcy). 20 STYCZNIA Pierwszy dzień pracy w Urzędzie Prezydenta RP. Nie bardzo wyobrażam sobie, na czym właściwie ma polegać moja praca w Zespole Obsługi Politycznej, poza pisaniem jakichś oświadczeń. Dziś okazała się nader interesująca. Prowadziłam spotkanie-dyskusję z 4 gośćmi, ekspertami gospodarczymi. Mieli odpowiedzieć na pytanie, co można i trzeba szybko zrobić, żeby poprawić położenie ludności, a przynajmniej poprawić poczucie bezpieczeństwa. Dyskusja trwała 2, 5 godziny, musiałam mocno pilnować, żeby panowie nie schodzili z tematu, zwłaszcza, że mieli przygotowane obszerne referaty na tematy gospodarcze. To było bardzo ciekawe. [....] Pamiętam okres po mianowaniu Mazowieckiego na premiera. Jak ludzie uwielbiali go i kochali, jak nieśli ostatnie obrączki na Fundusz Daru Narodowego. Tam zażenowane panie wydawały im bezwartościowe pokwitowania. Wszyscy czekali, co Mazowiecki powie ludziom – jego zasłabnięcie w Sejmie wzbudziło wiele dodatkowej sympatii. Mijał czas. Pracowałam wtedy w „Gazecie Wyborczej”. Codziennie urywały się telefony do Gazety z błaganiami, żeby Mazowiecki coś powiedział w telewizji. Cokolwiek. Niech się pokaże i powie: już działamy, myślimy o was, staramy się, pamiętamy. Sekretarki Gazety odchodziły od zmysłów – to było bardzo ciężkie, brać na siebie te codzienne skargi. W tej samej sprawie przychodziły też dziesiątki chyba listów dziennie. A do mnie każda niemal napotkana osoba zwracała się o przekazanie „tam, na górze”, że naprawdę tak ważne, żeby pan premier cokolwiek powiedział do swojego narodu. Ale pan premier milczał uparcie. Występował Kuroń, to było wtedy bardzo dobre, ale premier nie miał czasu. Niezabitowska nawet nie raczyła w paru słowach usprawiedliwić tego milczenia i przekazać choć za własnym pośrednictwem czegoś od pana premiera. Pewnego dnia, umęczona nieustannymi telefonami i żądaniami, zatelefonowałam do Jacka Ambroziaka, którego telefon domowy miałam od czasu kampanii wyborczej w maju 89 r. O ósmej rano telefon podłączony był do automatycznej sekretarki, nagrałam gorącą prośbę o parę słów do ludzi, popierając to otrzymywanymi przez Gazetę listami i telefonami. Niestety, premier milczał przez równe 2 miesiące, aż do 11 listopada. A pan Ambroziak nie widział potrzeby odezwać się do mnie. 19 LUTEGO Trudno choćby zacząć się nudzić. Zapachniało dymisją wczoraj omalże już pakowaliśmy manatki. Od piątku ciągnie się sprawa Ziółkowskiej. K. jeszcze w piątek mi mówił, że Wałęsa istotnie poparł Ziółkowską w rozmowie telefonicznej z nim, ale K. sprzeciwił się temu i oczekiwał polecenia na piśmie, to jednak nie nadeszło. ... W poniedziałek rano gazety opublikowały oświadczenie rzecznika Wałęsy, Drzycimskiego, że Wałęsa istotnie Ziółkowską poparł. Osłupienie było kompletne. Kaczyński wezwany na rano do Wałęsy, wyjechał na pogrzeb biskupa Dąbrowskiego do Gniezna, wrócił dopiero późnym popołudniem. Cały wieczór spędzili z Maziarskim, Olszewskim i Grzelakiem na rozważaniach, co robić i wychodziło im, że wyłącznie złożyć dymisję – wiadomo było przecież, że ktoś mówi nieprawdę, trudno było to zarzucić Wałęsie. Kaczyński dał jednak oświadczenie, że była taka rozmowa telefoniczna, ale bez zlecenia, to samo powiedział Gil. Rano Maziarski z K. napisali tekst dymisji i K. poszedł do Wałęsy. Wrócił po jakiejś pół godzinie, z dymisją nadal w kieszeni. W Belwederze znane już jest powiedzenie: „Kaczyński nie daje mi rządzić, bo ciągle ma te swoje prawne zastrzeżenia”. A tymczasem K. ciągle występuje jako demon, kręcący Wałęsą. Tymczasem, teoretycznie K. z całej historii wyszedł obronną ręką: to on jest tym, który wystąpił przeciwko pezezetperówce, ryzykując posadę. Trwały rozważania, po cóż też Wałęsa udzielił tego poparcia Ziółkowskiej. Jest koncepcja, że wszedł w jakiś układ z PZPR-em, bo chce odwlec wybory i chce się na nich oprzeć. Jak się bowiem okazuje, wcale nie ogłosił terminu 26 maja, chociaż tak mi się zdawało. Ten termin był ogłoszony przez jego rzeczników, on zaś proponował kolejnym osobom, żeby podały to jako ich własny. On w gruncie rzeczy furtkę dla siebie pozostawił. Jest też koncepcja, że stwierdził w jak ogromnym zakresie spółki nomenklaturowe opanowały polską gospodarkę i dostał syndrom Mazowieckiego – że bez tych byłych partyjnych nie potrafi rządzić gospodarką. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę, co ściąga na siebie, popierając wobec tego narodu komunę. Traci zresztą gwałtownie popularność. Wyniki badań od końca stycznia spadają na łeb na szyję, listy są coraz przykrzejsze. 20 LUTEGO Rozmawiałam z JK, dlaczego geremkowcy tak nie chcieli Romaszewskiego na prezesa NIK-u. Nigdy go nie lubili, już od czasu KOR-u, potem były raporty, do których się przykładali i uważali, że odgrywał przy nich za dużą rolę, wyjeżdżał do Stanów, zbierał laury i nagrody, potem swary w Komitecie Helsińskim. Przede wszystkim – on straszliwie dużo wie, wie np., kto ze środowiska był konfidentem. Woleliby, żeby tylko oni mieli tego rodzaju wiedzę. Teraz powiększyłby ją o wiedzę o PZPR. Jego stanowisko jest właściwie równorzędne z prezesem Sądu Najwyższego, a w ogóle zawsze jest obsadzane przez partię czy grupę rządzącą, jako jedno z najważniejszych. Przy okazji – słyszałam, że Ryszard Kapuściński był współpracownikiem SB czy raczej kontrwywiadu, to podobno pewne. Co oczywiście w niczym nie umniejsza jego pozycji w literaturze faktu, tłumaczy tylko możliwości i samozaparcia. [....] 15 MARCA [....] Olszewski opisał rozłam w obozie „S”. Ale nie taki rozłam, jakiego świadkiem byliśmy w zeszłym roku, czy „kłótnia w rodzinie”. Obserwujemy – powiedział Janek – przejście części obozu solidarnościowego na stronę przeciwnika. Najpierw widzi on to w decyzji kandydowania przez Mazowieckiego – było to przecież odebranie głosów Wałęsie i oddanie ich części Tymińskiemu i Cimoszewiczowi. A więc – posłowie z KPUD przeszli na stronę agresywnie zaktywizowanych postkomunistów. Następnie Komisja Konstytucyjna przekroczyła swoje uprawnienia, ponieważ nie wykonała uchwały sejmowej – przyjęła do poprawek tylko projekt sejmowy, ignorując projekt prezydenta. Od tej Komisji – powiedział Janek – nie można spodziewać się takiej ordynacji, która pozwoli przeprowadzić w pełni wolne wybory, zapewniające społeczeństwu pełną reprezentację w sejmie. Sejm kontraktowy wszedł w jawną konfrontację z prezydentem, pochodzącym z wolnych wyborów. Pomysł rozwiązania Sejmu nie niepokoi. Stanowisko Sejmu było sygnałem skierowanym na zewnątrz, że tu są i skonsolidowały się siły, gotowe przywrócić komunę. Wałęsa, powiedział Janek, widocznie musi się liczyć z sytuacją zewnętrzną. W sprawie ewakuacji wojsk dopiero toczą się pertraktacje. Znajdujemy się w przeddzień wizyty w USA i spotkania z Gorbaczowem. Prezydent nie mógł pojąć rzuconej mu z premedytacją rękawicy, nie mógł Sejmu rozwiązać (skoro tego nie zrobił). Ale jego zaplecze polityczne – kancelaria i zwłaszcza komitet doradczy musi i może to społeczeństwu mówić. Co wcale nie świadczy o rozdźwięku. (Pamiętam, w zeszłym tygodniu jakiś kretyn domagał się natychmiastowego rozwiązania komitetu doradczego za to, że mówi co innego niż Wałęsa i że to niezgodne z prawem). Jakie są perspektywy? Zdaniem Janka jesienne wybory stoją pod znakiem zapytania. Jaka więc może być taktyka sił niepodległościowych? 1. Stworzenie nacisku społecznego, różnych form aktywności do przyśpieszania wyborów. Może przecież wchodzić w rachubę wrzesień, na nawet niesprzyjający sierpniowy. Druga sprawa – wymuszenie ordynacji, pozwalającej wyrazić wolę narodu w sposób zapewniający sejmowi możliwość normalnego działania. Nawet „Gazeta” ciągle pisze, że przecież Sejm uchwalił sobie korzystanie z ordynacji proporcjonalnej, więc jest to wola większości. Wiosną Geremek był jej przeciwny, OKP przygotowywało ordynację większościowo-proporcjonalną. Dlaczego teraz nie tylko opóźniał przygotowanie ordynacji, ale potulnie godzi się na gorszą? Kto wie, czy nie było to jego zadaniem, na które czekał od wielu, wielu lat, przyczajony jako uczciwy działacz solidarnościowy. Bo ta ordynacja pozwoli zachować w Sejmie maksimum sił komunistycznych. Czy o to mu chodziło? Janek twierdzi, że ten Sejm potrafi uchwalać tylko ustawy, podtrzymujące byt nomenklatury. 22 MARCA [....] Kolejny klocek w układance: Rakowski udzielił wywiadu jakiemuś pismu w ZSRR o polskiej drodze – że niedobra, że odradza ją Rosjanom, przy okazji apoteozując stan wojenny u nas. Zresztą nawet trudno mi dokładnie zrelacjonować ten tekst, ponieważ żadna gazeta nie opisała, podano to tylko w TV. W „Gazecie Wyborczej” nie ukazała się nawet najlżejsza informacja na ten temat. A przecież Zarębski, rzecznik rządu, ostro zaprotestował przeciwko temu wywiadowi, jako godzącemu w interesy polskiej racji stanu. Klocek do układanki, przedstawionej przez Janka Olszewskiego w zeszły czwartek – konfrontacyjna postawa komunistów, gotowych wrócić do władzy i bezczelnie bimbających sobie ze wszystkiego. Rakowski pewnie będzie się skarżył na ograniczenie jego wolności słowa.... Napisałam list do Iłowieckiego po jego felietonie o „grubej kresce”, w którym niezwykle mądrze wypowiada się przeciwko jej stosowaniu z wielu mądrych i wyważonych powodów. Popieram go. Napisałam o Zimandzie i jego postulacie komisji denazyfikacyjnych oraz o ludziach przywróconych do pracy i ludziach, którym myli się sprawiedliwość, chrześcijaństwo i zasłużona kara za zbrodnie. Ciekawe czy wydrukują. Rozmawiałam z Jankiem S. „Spotkania” są przez jego przyjaciół z UDecji traktowane jako pismo prowałęsowskie, dostał ostatnio od nich tak po łbie, nawrzucali mu od ostatnich, że z trudem to przełknął nawet ten niezwykle twardy i odporny człowiek. Najbardziej nieznośny jest ten moralny sos, w którym narzuca się wszystko, co się podoba. Każdy, kto nie przeciw Wałęsie, ten łobuz, a może nawet złodziej? Podtrzymałam Janka w jego racjach, pismo zresztą też zaczęło mi się ostatnio bardzo podobać. [....] 29 MARCA Rozmawiałam z Kaczyńskim, .... opowiedział mi różne rzeczy, które zaczęły mi otwierać oczy na rzeczywistość konfliktu zeszłorocznego. Ten konflikt to po pierwsze odprysk początkowego konfliktu w opozycji z okresu korowskiego, między „Biuletynem informacyjnym” a „Głosem”. Natomiast histeria związana z Kaczyńskim w zeszłym roku datuje się od 86 roku, od czasu wypuszczenia na wolność wszystkich działaczy i powołanie tzw. Tereski, czyli Tymczasowej Rady Solidarności. Wtedy też była kwestia podziału kompetencji między TKK i KKW. Kaczyński był sekretarzem KKW przy Wałęsie, natomiast TKK była utworzona początkowo z działaczy Rejonu Mazowsze, demokratycznie wybranych w wyborach związkowych plus dokooptowanych – Ewę Kulik i Konrada Bielińskiego, a być może innych jeszcze, nie pamiętam, co sprawiało, że przeważała w niej tzw. lewica warszawska. Otóż Kaczyński, jak twierdzi, udaremnił zmonopolizowanie Solidarności przez TKK i utrzymał wpływy KKW. Rozumiem teraz alarm, jaki wybuchł po powołaniu Kaczyńskiego na stanowisko redaktora naczelnego Tygodnika „S”. Oni już raz dostali, można powiedzieć, po nosie. 3 KWIETNIA Zabawna była historia z Bratkowskim – przedstawił nas ze sobą mnie i Mamę, był zdumiony naszym pokrewieństwem, znają się z czasów KKK [Klub Krzywego Koła]. Bardzo był sympatyczny, nie komentował moich zajęć, znaleźliśmy wspólne tematy gospodarczo-interwencyjne, m.in. niesłychaną sprawę pana Zielińskiego, brata radnego Zielińskiego z Otmuchowa. Bratkowski zachwycał się premierem Bieleckim, że nadzwyczajnie dobry, energiczny a stonowany. Nareszcie ktoś nie wyrzeka. Mazowieckiego określił jako człowieka nie do roboty, owszem, na parę pierwszych miesięcy jako reprezentacja solidarnościowa, ale w ogóle nie do życia. Pan Zieliński jest młodym drobnym biznesmenem monachijskim, wyjechał z Polski jako działacz NZS po stanie wojennym czy też został tam w czasie jego ogłoszenia. Od dwóch lat zajmuje się zakładaniem barków dworcowych. Jest właścicielem słynnego barku „Natalie” na Dworcu Centralnym. Od 9 lat mieszka w Niemczech i po niemiecku już rozumie praworządność i demokrację. Dwunastu dyrektorów różnych jednostek PKP zebranych w jednym pokoju zażądało od niego 20 tys. marek łapówki za uruchomienie barków w Poznaniu i Wrocławiu oraz 3/4 zysków w przyszłości. Nie dał do tej pory ani grosza i nie da, ale za nim czeka kilkunastu inwestorów, którzy patrzą czy mu się uda. Tymczasem barki uruchomione na Centralnym są prześladowane przez naczelnika dworca – codziennie naczelnik przychodzi z SOK-istą i spisują protokół, że w barku są nie sprzątnięte stoliki. Dosłownie czatują na klientów kończących jeść i spisują natychmiast protokół. Być może na tej podstawie wystąpią o cofnięcie mu dzierżawy. Chciał sprawę poznańską oddać do prokuratora, ale ostrzeżono go, że w prokuraturze jest to samo. Potwierdza to mecenas Tomek Kwiatkowski, który natrząsał się z postawy mazowszaków proponujących oddawanie do prokuratury i ściganie spraw strukturalnie politycznych, choć czasem przybierających postać zwykłych nadużyć. Mówi: oddać do prokuratora, a prokurator ten sam co był w tych samych prowincjonalnych układach, co? Opowiedział mi, był likwidatorem Igloopolu w Dębicy – niezawisła i praworządna sędzia powiedziała mu, że na samo zarejestrowanie go w sądzie trzeba jej 3 miesięcy. Potem brała zwolnienia i urlopy. Dlatego te wszystkie sprawy za Mazowieckiego ciągnęły się jak krew z nosa, przy czym ciągle nie było pomysłu, żeby to jakoś radykalnie rozwiązać. Kolejna afera – Terlecki mianował na miejsce Dymarskiego, odwołanego wbrew różnym plotkom, podobno jednak za nie wysłanie dziennikarzy na lotnisko, gdy Wałęsa wracał ze Stanów (należałoby ukarać kogoś z ekipy kto nie zawiadomił, że przylecą godzinę wcześniej) pana Sławomira Zielińskiego, tego samego, co robił kampanię wyborczą Urbanowi w czerwcu 89 r., tegoż co wyrzucił Reszczyńskiego z Teleekspresu w 86 czy 87 roku. Podobno Reszczyński wczoraj spakował manatki i wyszedł bez słowa z telewizji. Nie bardzo mu się dziwię, bo co prawda dziennikarze powinni się podporządkowywać szefom, ale szefowie nie powinni raczej wykonywać awansów, które pracownicy odczuwają jako naplucie sobie w twarz. Zieliński ma być ten niezwykle fachowy. Napisałam w liście do „Spotkań”, że uważam za elementarną zasadę, że ci co wyrzucali z pracy nie mogą obecnie rządzić ani kierować tymi wyrzucanymi, choćby byli fachowi jak sam Duch Święty. Ciekawa jestem, czy to wydrukują. 6 KWIETNIA Sprawa Zielińskiego z TV budzi coraz gwałtowniejsze protesty środowiska dziennikarskiego, kompletnie zbulwersowanego oddaniem telewizji ludziom Urbana. Zieliński zapowiedział natychmiast przywrócenie Jakubowskiej (ta przynajmniej naprawdę jest niezwykle fachowa – zresztą odmówiła, nie dziwię się przy takich płacach w TV) i powołanie Dziemidowicza. To dobry dziennikarz, radiowy, od informacji, dobry w każdym czasie. I w 68 r., i w latach siedemdziesiątych i w stanie wojennym. Nigdy nie miał kłopotów. [....] Aleksander Mackiewicz, były minister handlu wewnętrznego z ramienia SD, jak się okazuje, w czasie swej kadencji w ministerstwie przerzucił fundusze z Fundacji Aktywizacji Zawodowej na rzecz SD, posługując się pośrednictwem wydawnictwa Epoka. Michnik podobno się rozwodzi, dla jakiejś nowej pani. To jest wiadomość ze Sztokholmu, z drugiej ręki wprawdzie, ale pewnie dobra, a raczej nie tyle dobra co prawdziwa. Dziwna jest jego wyjątkowa zupełnie sympatia do Rakowskiego, sympatia, która budzi niechęć. Podobnie jak kumanie się z Kwaśniewskim. Recenzja z książki była chyba całkowicie wyssana z palca, na pewno książki jeszcze nie czytał, może przejrzał. Pamiętam taki wypadek, 25 maja, w każdym razie we środę na 10 dni przed wyborami 4 czerwca 89 r. uczestniczyłam w kolegium redakcyjnym „Gazety Wyborczej”. Na tym kolegium Michnik nagle oświadczył, że zrobił z Jackiem Żakowskim wywiad z Rakowskim. Wszyscy zaniemówili. Potem zaczęły się okrzyki: po co? dlaczego? przy tak małej objętości na teksty kampanii wyborczej „S”! Wywiad miał podobno 30 stron maszynopisu. Michnik wyjaśnił to w prosty sposób: trzeba mieć w tej partii jakieś osoby, które nie będą wrogami. Lepiej za sojusznika mieć inteligentnego, pieriestrojkowego Rakowskiego niż kogokolwiek innego. Ta partia przecież będzie jeszcze długo rządzić, trzeba tam mieć swoich ludzi. Żakowski wyglądał na strapionego, Skalski powiedział półgłosem, że zastanowi się chyba nad dalszą pracą w tej redakcji. Podobnie zareagowały inne osoby. W końcu Michnik wyjaśnił, że teraz, kiedy wywiad został przeprowadzony, nie wydrukowanie go byłoby policzkiem dla Rakowskiego. Podobnie, gdyby go opublikować po kampanii wyborczej, już po wyborach, bo straciłby cały sens. Ludzie wciąż protestowali, wymyślali Michnikowi (ten dzień i osoby obecne były utrwalone na zdjęciu w jednym z francuskich czasopism, opublikowanie co prawda dopiero w rok później w czerwcu 90 r., gdy byłam we Francji pokazano mi tam mnie samą na zdjęciu), a wtedy Helena powiedziała: „słuchajcie, przecież to jest pismo Adama, on naprawdę wydrukuje, co zechce”. Na boku spytałam kogoś, czy „Gazeta” nie jest pismem „S”, ale dowiedziałam się wtedy, że przecież nie ma emblematu „S”, a znaczek zamieszczony jest w formie „Nie ma wolności bez „S””, solidarycą, co oznacza bliskość ideału „S”, a nie bycie jej organem. Oczywiście, ani Skalski, ani nikt inny nie odszedł z „Gazety”. Ale wszyscy dowiedzieliśmy się wtedy po raz pierwszy, jak szczególny stosunek ma Michnik do partyjnych. 15 KWIETNIA Janek zamówił u mnie recenzję z książki Kurskiego „Wódz”, umówiłam się też na wywiad z Magdaleną Abakanowicz –podobno wielkie osiągnięcie, bo rzadko udziela, ale zaprzyjaźniłam się z nimi w Krynicy i zaproponowałam jej to. Namyślała się, czy dla „Spotkań” może udzielać wywiadu, ale zdecydowała, że Iłowiecki jest uczciwy i bezstronny i może. W związku z tym udałam się na targ na hm.... dawniej Świerczewskiego, a teraz diabli wiedzą, chyba Tłomackie, czy inne Leszno, na rogu hm... Marchlewskiego, nie Jana Pawła II. Krótko mówiąc koło poczty. Pan w czapce studenckiej sprzedający ze stołu książki spojrzał na mnie z dezaprobatą, pokazał mi książkę Wałęsy „Droga do wolności” i poradził, że ta jest lepsza od Kurskiego. Tamto „napisał człowiek, który całą politykę tylko widzi od strony towarzyskiej”. Przeczytałam większość tej książki, teraz w czasie weekendu. Szkoda może było tych 18 tys., chociaż parę rewelacyjnych spraw powiedział, szczególnie w wywiadach z innymi osobami. Na przykład nie widziałam, że Michnik i reszta uważali w 81 roku Wałęsę za ubeka. Być może stąd częściowo ta niesłychana pogarda, z którą stale się stykam w AS-ie [Agencja Solidarności 1981]. Przypuszczam, porównując z niedawnymi rewelacjami mojej prokuratorskiej przyjaciółki, że ktoś partyjni na bardzo wysokim szczeblu bardzo poufnie musiał puścić taki przeciek do opozycji lewicowej, inaczej trudno sobie wyobrazić, żeby poważnie mogli tak uważać. W pewnym momencie Kurski, który pewnie na oczy w życiu nie widział – a może tylko widział - Jana Olszewskiego, pisze, że Jan był w PPN „prawą ręką Najdera”. Myślę, że to dobrze pokazuje jedną z wad tej książki – cała masa autorytatywnych „informacji”, kompletnie bzdurnych bez podania źródła. Kurski w czasach PPN, jak obliczyłam, miał około 15 lat, był w Gdańsku i chyba nie ma żadnych możliwości, żeby wiedzieć coś o tym naprawdę. W książce miesza się informacja zasłyszaną plotką lub cudzą oceną. Olszewski z natury swej niczyją prawą ręką być nigdy nie mógł i nadal nie może. Wyjaśniłam z nim to dzisiaj w rozmowie telefonicznej. W PPN liczącym łącznie około 200 osób, był zespół kierujący złożony z m. in. Najdera i Olszewskiego. Ponadto był zespół uwiarygodniający PPN na zagranicę, 3 osoby – Olszewski, Najder i Jan Józef Szczepański. 17 KWIETNIA W relacji Wyszkowskiego w książce Kurskiego znalazł się fragment o strajku majowym z 88 roku, kiedy to Wałęsa uznał, że trzeba młodym ludziom przyznać rację, że strajk ma trwać do upadłego, ponieważ wyczuł, że następnego dnia już i tak bez trudu ich wyprowadzi. Wtedy Mazowiecki wpadł w szał, krzyczał do Wałęsy: jak pan mógł itp. Otóż dowiedziałam się, że krzyczał znacznie gorzej: Jest pan nikim, pan jest zerem, to myśmy pana stworzyli! Wyszkowski jednak nie zgodził się na zamieszczenie tego fragmentu w swoim wspomnieniu. To tłumaczyłoby dziwaczne stosunki Mazowieckiego z Wałęsą i pewnie też tłumaczyłoby to jego przedziwne lekceważenie Wałęsy, które m.in. doprowadziło do reakcji ze strony Wałęsy i chęci objęcia samodzielnych rządów. 11 MAJA Sprawa „popiwku” zaczyna podminowywać Polskę. Wczoraj była narada, na której postanowiono przenieść ognisko konfliktu z linii zakłady – rząd na linię załogi – dyrekcje fabryk. Nie jest to co prawda merytoryczne rozwiązanie konfliktu, ale chyba to słuszne posunięcie. Dyrektorzy zasłaniają się tym, że to rząd nie pozwala przepisami podnosić płac, załogi kierują swe pretensje do rządu. Rząd może zmienić zasady popiwkowania – zamiast ograniczać średnią płacę, co powoduje zatrudnienie dużej liczby zbędnych, ale bardzo słabych pracowników, którzy „nabijają” średnią dla prawdziwie pracujących, zastosuje się dawno postulowaną (też mającą swoje wady ze względu na działanie recesyjne) zasadę kwotową – zmieść się w swoim funduszu płac i rób to, jak chcesz. To oczywiście spowoduje nacisk dyrekcji na zwolnienia, nacisk związków na pozostawianie ludzi w pracy. Ale uruchomi spór o oszczędności, o sposoby zwalniania, urlopy bezpłatne itp. Podobno Węgrzy naszą dotychczasową metodą zniszczyli sobie produkcję – zatrudniali masowo Cyganów, którzy dostawali grosze i mieli zakaz pokazywania się w fabryce byle podnieść średnią zatrudnionych. [....] K., jak się dowiedziałam od TŁ., nie czuje się zbyt pewnie na swoim stanowisku. Bierze poważnie pod uwagę odejście z powodu swojej pozycji w PC (chce kandydować z listy „ogólnej” – forma listy krajowej? Jako poseł), bo PC nie jest zadowolone z rządu Bieleckiego. Największym problemem są podobno w tej chwili spółki nomenklaturowe, które odtworzyły już strukturę partyjną, a poza tym przyjęły znaczną część majątku narodowego, bo tak znaczną, że wątpliwe jest utworzenie prawdziwie wolnego rynku. Sekuła i Wilczak są praktycznie wszechwładni, podobno kupiono już część samorządów lokalnych i regionów „S”, i w tej chwili ktoś, kto nie jest pociotkiem Skuły, nie dostanie nawet kredytu w banku na otwarcie interesu. Stąd znana mi z dziennikarstwa droga przez mękę tych, co poza układami i co nie chcą płacić łapówek.. Bo można jeszcze się opłacić. Podobno rząd Mazowieckiego chronił te spółki, ponieważ Mazowiecki uważał, że inaczej gospodarka padnie z dnia na dzień, jego ekipa była zdania, że tylko partyjni gospodarczo umieją tu rządzić i rozeznać się w tym bałaganie. Rząd obecny to rząd gdańskich liberałów, podobno ze sporymi powiązaniami z komuną gospodarczą. Podobno kupiony jest już nawet Rulewski z „S”, w Solidarności mówi się o tym półgłosem. Wiadomości te były tak śmiertelnie smutne, że zasępiłam się na dłużej. [....]

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: