5. W GNIDZKIM KRĘGU - MARIUSZ KRYSTOWSKI - WSZYSCY MUSIMY PRZETRWAĆ

Mariusz Krystowski

Wojna wypowiedziana społeczeństwu przez komunistów oznacza nie tylko internowanie tysięcy ludzi, drakońskie wyroki w trybie doraźnym, pozbawienie społeczeństwa najbardziej elementarnych praw. Bo i bardziej jeszcze dotkliwe są spustoszenia dokonujące się w zbiorowej psychice społecznej. Powoli z kompletnego chaosu pierwszych tygodni wojny wyłania się nowy obraz społeczeństwa. Społeczeństwa ze spuszczoną głową, znieważanego przy każdej okazji z trybun partyjnych i sejmowych, przez gadzinówki i środki masowej dezinformacji tj. radio i telewizję. Entuzjazm kilkunastu miesięcy począwszy od lata 1980, zastąpiło gorzkie poczucie klęski i rezygnacji. Właśnie w owej rezygnacji dostrzec można najbardziej bolesne, jak sądzę symptomy drążącej nas wszystkich choroby. Czy rośnie więc nowe pokolenie klęski?

Mamy obecnie w sobie jakby dwie wizje rzeczywistości. Jedną z nich kształtują informacje z prasy podziemnej. Wyłania się z nich obraz społeczeństwa organizującego się w „KOS-y”, ostro protestującego, słowem społeczeństwa, które nie utraciło własnej tożsamości i poczucia godności, które z niezawodnym wyczuciem potrafi określić warunki przyszłego, realnego lub, co bardziej prawdopodobne – nierealnego kompromisu z władzą. To jest więc wizja, którą można by tu określić jako optymistyczną. Drugi obraz jest całkowicie odmienny, to ponury obraz klęski i obezwładniającej bezradności. Motto, którym można by go opatrzyć streszcza się w słowach: „Ratuj się kto może i ratuj, co można jeszcze uratować!”. Założenia takiej postawy są znane i nawet nie trzeba ich dostosowywać do nowej (?), zmienionej (?) sytuacji – Rosja, dopóki nie zmieni się sytuacja globalna, nigdy nie dopuści do żadnych eksperymentów w swojej sferze wpływów, a zwłaszcza eksperymentu typu – istnienie „Solidarności”. A my?

My ... musimy przetrwać. Co to znaczy przetrwać? Co jest składnikiem konstytuującym przetrwanie, jako wartość samą w sobie? Przetrwać jako kto – Polacy (naród?), społeczeństwo (jakie?). A może po prostu przetrwać fizycznie? Przetrwać to także przeczekać, a jeżeli czekać to na co? Czy aby w tym czekaniu i trwaniu nie zatracimy tego, co chcemy za wszelką cenę uratować? Czy aby nie stanie się tak, że w punkcie docelowym czekania i trwania nie będzie już czego ratować. Tymczasem nie odpowiadając sobie na powyższe pytania cofamy się krok za krokiem, składając na ołtarzu owego przetrwania własną godność i poczucie własnej tożsamości. Na początku granica cofania była wytyczona wyraźnie, każdy potrafił tę granicę wyznaczyć na użytek własny i wspólny. W miarę upływu czasu strefa rezygnacji niepostrzeżenie się rozszerza, a wyraźne dotąd granice ulegają zatarciu. Drąży nas myśl o przetrwaniu. Gorzki smak klęski osładzać ma wiara w to, że coś się jednak dało uchronić, jeśli nie dla nas tu i teraz, to może dla przyszłości. Robimy więc kolejny krok do tyłu, dokonując dramatycznych i jakże skomplikowanych wyborów, wikłając się w spór o to, co nie jest jeszcze kolaboracją, co jest już prawie kolaboracją, na dziś co jest nią na pewno. Koncepcja przetrwania jest jednak jakąś propozycją na dziś, propozycją, której nie można ze wzgardą odrzucić. Przetrwać wszak chcemy wszyscy, rzecz w tym, by po drodze nie zgubić siebie, ani nie utracić podstawowych i elementarnych wartości, od których zależy nasza narodowa i społeczna tożsamość. Przyjęcie tego założenia zobowiązuje zaś do aktywności, sprzeciwia się apatii i bezradności, biernemu poddawaniu się biegowi wydarzeń w oczekiwaniu na zmianę układów geopolitycznych. Prześledźmy to na przykładzie Uniwersytetu Warszawskiego.

Na początku punktem honoru było zachowanie zasadniczych elementów autonomii, nie naruszonego układu osobowego uczelni, z demokratycznie wybranym i cieszącym się powszechnym uznaniem Rektorem na czele. Obowiązywał więc taki oto pogląd: Dopóki mamy swojego rektora, nie wolno nam uczynić niczego, co przyczyniałoby się do jego usunięcia, czy też stwarzało dogodną dla władz argumentację do rozbicia Uniwersytetu, Nie podejmujmy więc uchwał (bo mogą drażnić), nie podpisujmy więc listów i petycji (bo i tak to nic nie da), powstrzymujemy się od jakichkolwiek wystąpień (bo wszędzie kryje się prowokacja). Dopóki Uniwersytet jest nasz, dopóki „nasze” są jego władze, nie wszystko stracone. Co innego jeśli … Środowisko miało więc swą własną koncepcję przetrwania. Nie podpisywało listów i petycji (bo to nic nie da), powstrzymywało się od wystąpień (bo wszędzie kryje się prowokacja), nie podejmowało uchwał (bo drażnią). A to, że w międzyczasie Uniwersytet zmieniał się z „naszego” w „ich”, to jakoś umknęło uwadze. Ciała kolegialne uczelni (Senat, Rady Wydziałów), choć zachowały swe dostojne nazwy i nawet w większości swój dotychczasowy skład osobowy w istocie rzeczy utraciły wszystkie uprawnienia, do których realizacji zostały powołane. Zamarło życie studenckie na Uniwersytecie, a tok studiów wbito w gorset wojennego regulaminu, wkrótce rozwiązano też NZS. Usunięcie rektora nikogo już w tej sytuacji nie zdziwiło. Można by jednak rzec, że Uniwersytet trwał nadal. Otóż właśnie, czy Uniwersytet trwa nadal.

Są budynki przy Krakowskim Przedmieściu, są – w ogromnej większości ci sami ludzie, którzy pracowali tam przed wojną, ba są nawet studenci! Czy to jednak wystarcza do trwania Uniwersytetu? Przykład jakich wiele. Podobne pytania stawiają sobie pracownicy LOT-u, zatrudnieni jeszcze dziennikarze, aktorzy, nauczyciele i wreszcie robotnicy, w tych przynajmniej zakładach, w których udało im się kiedyś być „u siebie”. Nie wiem, czy odpowiedź jest tu w ogóle możliwa. Jeżeli można jednak coś zasugerować, to najbardziej odpowiednia wydaje się deklaracja prof. Lipińskiego. Rozpoczynając cykl wykładów Towarzystwa Kursów Naukowych na Uniwersytecie Warszawskim Profesor zapewniał, że z perspektyw swoich przeszło 90 lat uznaje za największą wartość, za podstawowy imperatyw - pozostać wolnym w każdych warunkach, nawet za murami więzienia, nawet w wolnościowym więzieniu PRL.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: