8. „AHOJ” - POCZTÓWKA Z CZECHOSŁOWACJI

Od lat przyjeżdżam do Polski i od lat nieustannie porównuję poziom życia, a zwłaszcza jego części przyziemne, tzn. konsumpcyjne, z warunkami u nas – w Czechosłowacji.

Jak daleko sięgam pamięcią, społeczeństwa nasze przy okazji wzajemnych wizyt „uzupełniały się nawzajem”. Jednym trzeba było tego, drugim owego, i jakoś to szło. Od pewnego czasu obywatele naszej republiki pozbawieni zostali możliwości tej „kooperacji”, znaczy się łatania własnych dziur nićmi sąsiada. Pomijam już horrendalne trudności z wyjazdem, chodzi mi raczej o to, że nie ma już po co, w celach zaopatrzeniowych, przyjeżdżać do Polski. Skończyło się dla nas zaopatrywanie się w PRL w różnego rodzaju sprzęt elektroniczny, który tyle samo kosztował u nas w koronach – liczbowo – co u was w złotówkach. Kryzys. Obywatele PRL stanęli oko w oko z gołą prawdą – żyli na kredyt. Niektórzy, zdolni do głębszej refleksji, ostrzegali przed takim kupowaniem sobie lojalności i jedności narodowej, nie mówiąc już o farsach wyborczych…

A w drugą stronę? Polacy zaopatrując się w CSRS, w to i owo, zazdrościli tej „Małej Ameryce” zaopatrzenia rynku w artykuły konsumpcyjne, najczęściej nie zdając sobie sprawy z tego, że ulegają tej samej mistyfikacji, na którą teraz klną u siebie. Albowiem prawda jest tylko jedna: katastrofa ekonomiczna wpisana jest w scenariusz komunizmu, a jedyna różnica, jakiej mogłaby się dopatrywać, to ta, kiedy dosięgnie ona poszczególnych wasali Kremla. Ale skutek przejściowego pozornego dobrobytu będzie we wszystkich krajach satelickich ten sam – kiedyś trzeba będzie zapłacić. A im później, tym oczywiście gorzej, bo drożej. Polacy już dopłacają do „jedynej słusznej drogi”, a my, Czesi i Słowacy, stoimy już nad przepaścią, tzn. na rozstaju dróg ledwie dostrzegalnej granicy między socjalizmem i naukowym komunizmem, mówiąc ludzkim językiem – na skraju kryzysu.

W czym to się przejawia? Otóż wracam do iluzji, którą podtrzymywała wspomniana wyżej „kooperacja”, powiedziałbym prywatna. Przez parę ostatnich lat, jeśli czegoś brakowało na rynku CSRS, a była możliwość przywiezienia z Polski, problem nie rzucał się w oczy. A teraz, jeśli czegoś nie kupię w domu, a z powodów wymienionych trudności nie mogę tego przywieźć od sąsiada – zaczynam myśleć!!! Zdany jestem po prostu na refleksję, od której to czynności tak pracochłonnie odzwyczaił mnie reżim Husaka (po polsku: Gęsickiego): Kiedy mnie przyjdzie płacić?

Odpowiadam: Już płacę. Już zacząłem spłacać ten kredyt, jaki moje władze zaciągnęły na zapewnienie sobie panowania nad społeczeństwem. Odczuwam to coraz dotkliwiej, ostatnio nawet na własnym żołądku. Otóż znikają nam jakoś dziwnie z półek sklepowych szyneczki, polędwica, cielęcina… Pojawia się w to miejsce cała masa małych, jednorazowych „śniadaniówek”, tzn. pięcio- i dziesięciodekagramowych opakowań pasztecików wątpliwego smaku i jakości, z byle jakiego surowca. Coraz częściej przychodzi mi postać w kolejce za świeżym pieczywem, piwem, owocem południowym, co rusz bywam zaskoczony nagłą i niezapowiedzianą zmianą cen „w górę”. Pouczano mnie przy okazji, że to sprawa tych niedobrych kapitalistów i ich wstrętnych agentów CIA, którzy razem wzięci – z piekła rodem – tak manipulują cenami światowymi, by nas – jedynych uczciwych obywateli tego padołu – wpędzić w trudności gospodarcze.

I tak oto powoli z języka czeskiego znikają słowa: kupić, kupiłem, a pojawiają się w to miejsce odpowiedniejsze formy: załatwić, załatwiłem, wykombinowałem. Już „załatwiłem” – oczywiście spod lady – książki, adidasy, baterię łazienkową, popierając tym samym korupcję i przyzwyczajając personel sklepów do łapownictwa. To taki mój mały wkład w demoralizowanie socjalistycznego społeczeństwa. A, że na skutek popełnionych przeze mnie błędów wychowawczych, zanadto rozpieściłem moje dzieci, przychodzi mi uprawiać biegi maratońskie w poszukiwaniu dla nich cukierków czekoladowych, taśm magnetofonowych (czasem udaje mi się „załatwić” kasetę, ale wtedy brakuje już na piwo), czasem wystoję komplet strun do gitary, ale tak przy tym przepocę koszulę, że kupuję drugą, gdyż sterta innych czeka na powrót sąsiadki z urlopu w Jugosławii, która obiecała mi przywieźć proszek do mojej mocno już zdezelowanej pralki automatycznej. A na drugą pralkę mnie nie stać, a chociażby, to towary w Polsce określone jako „luksusowe” też coraz rzadziej dostarczane są na normalny rynek. Mówiąc „normalny”, mam na myśli rynek bez nowego zjawiska, jakim jest instytucja pośredników i rzadcy dotąd spekulanci.

W co silniejszych ośrodkach przemysłu odzywają się głosy protestu: - „To jak to? Wyprodukowaliśmy – jak donosi „Rude Pravo” – 50 000 pralek automatycznych ponad plan, a ja górnik – mam prać w balii?! Gdzież jest ta nadprodukcja?”

W takich przypadkach przyjeżdża jakiś tam towarzysz i uruchamia lokalnie dodatkowe dostawy, co powoduje sprzeciw innych. A, że wszystkim dać nie można, bo oczywiście brakuje, pojawiły się pierwsze talony. Oczywiście, że w zamian za talon coś się należy. Można więc otrzymać talon za publiczne poparcie dla mądrej linii… za chwalenie mądrych rozwiązań władzy w dziedzinie okresowych i przejściowych trudności, za demaskowanie „siewców fałszywych wiadomości”, za ujawnienie prowodyrów otwartego szemrania, za, za, za…

Władza już nawet nie ukrywa, że najwięcej kłopotów przysparza jej społeczeństwo Ostrawy, Kladna, Pilzna. W prasie centralnej pierwsze jaskółki przesilenia pojawiają się w postaci określeń „warchoły, chuligani, wichrzyciele, pijaczkowie” (to z opisu wydarzeń na Placu Wacława w czasie Światowego Zgromadzenia o Pokój, Przeciw Wojnie Jądrowej i tak przesuniętego o 5 dni z powodu wizyty Papieża w Polsce w tym samym terminie, co groziło tym, że zabraknie miejsca w prasie światowej na jakąkolwiek wzmiankę o tymże Zgromadzeniu, które zresztą nie było niczym innym jak jedną wielką komunistyczną hecą – ale o tym przy innej okazji).

W większość naszego społeczeństwa nasz czeski kryzys uderzy jak grom z jasnego nieba, mój dziadek (88 lat) mówi, że się nie boi. Że i tak ma raka i co go to wszystko obchodzi. Ja natomiast mam pewne obawy, dlatego – biorąc przykład z kolegów w Polsce – zaczynam „chomikować” pewne towary, bo może się przydać. Sądzę, że nie ja sam, ale o tym wy, polscy przyjaciele, wiecie swoje. No to na razie, do następnej pocztówki!

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: