Andrzej Gwiazda – “Przed Burzą”- część III

Zbigniew Koreywo: Panie Andrzeju, jak w praktyce wyglądały szykany Służby Bezpieczeństwa wobec członków Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża przed 1980 rokiem.

Andrzej Gwiazda: Wie pan, jedynym członkiem Związku z tak zwanej “pierwszej linii”, który nie został wyrzucony z pracy to byłem ja. Na przykład moja żona, Joanna, została zwolniona z Centrum Techniki Okrętowej, organizacji – lokomotywy intelektualnej przemysłu okrętowego, pod zarzutem zbyt wysokich kwalifikacji. No, to był już nonsens kompletny ale po prostu komunistyczna władza nie była w stanie znaleźć innego pretekstu. Trzeba było siedmiu miesięcy sporów w sądzie pracy by udowodnić totalną niedorzeczność zarzutów ale Instytut w końcu przegrał i był zmuszony przyjąć ją z powrotem do pracy.

Jeżeli chodzi o mnie, to wiem, że było kilka poleceń z Komitetu Wojewódzkiego PZPR by znaleźć wystarczający pretekst, by mnie wyrzucić z ELMOR-u. Za każdym razem następowały bardzo zabawne wydarzenia. Otóż po takich instrukcjach z samej góry, zjawiali się u mnie wszyscy członkowie egzekutywy partyjnej, oczywiście w tajemnicy jeden przed drugim, i mnie ostrzegali: “panie Andrzeju, Komitet Wojewódzki kazał znaleźć pretekst - niech pan uważa”. No i tak się złożyło, że do sierpnia 1980 roku tego pretekstu nie znaleziono.

Skoro już mówimy o członkach partii w moim zakładzie pracy, to przypomina mi się inna, nie mniej zabawna historia. Otóż, ponieważ działalność opozycyjna zajmowała mi jednak sporo czasu, często zmuszony byłem zostawać po godzinach w biurze i nadrabiać zaległości. No i kiedyś znowu tak pracuję a naprzeciwko, w świetlicy, odbywa się zebranie PZPR. Posiedzenie w końcu się skończyło, zaczęli się rozchodzić a do mnie wpada partyjny kolega z naprzeciwka w korytarzu. Zaczynamy pogawędkę i ja się pytam, o czym to takim ważnym rozmawiali na zebraniu. Na to kolega mówi, że mieli lektora z Komitetu, który im tłumaczył, jak bardzo są szkodliwe Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. No a co wy na to – pytam. A – na to koleś –to myśmy puścili czapkę w obieg, po czym wyjmuje z marynarki 460 złotych, jakby nie było prawie pół pensji, i mówi, że to dla nas, na WZZ. Proszę sobie wyobrazić, na zebraniu partyjnym, gdzie nas flekowali, ludzie zebrali pieniądze na antykomunistyczną organizację.

ZK: Wiadomo, że każdy z działaczy opozycyjnych, miał swojego “opiekuna”, który za nim chodził. Jak to wyglądało w praktyce i w jaki sposób “gubiliście” tajniaków?

AG: Wie pan, tu można by opowiedzieć setki mniej lub bardziej zabawnych historii. Raz, pamiętam, po aresztowaniu wsadzili mnie do celi z tzw. małolatami, żeby dodatkowo utrudnić mi życie. W rezultacie, kiedy im opowiadałem o tych wszystkich podchodach i wyścigach z tajniakami to chłopcy słuchali z wypiekami na twarzy a na koniec oświadczyli, że jak ich tylko wypuszczą, to koniec ze złodziejstwem, wszyscy przychodzą do nas.

Żeby podać tylko kilka przykładów z tamtych czasów, to pamiętam, że kiedyś jechałem po odbiór “Robotnika Wybrzeża” do takiej małej miejscowości pod Gdańskiem. Oczywiście nigdy bezpośrednio do drukarni, “towar” musiał być przerzucany nawet kilkakrotnie zanim dotarł w nasze ręce. Jechało wtedy ze mną w autobusie chyba sześciu Ubeków. Ja, z książką, siedziałem zaraz za kierowcą a moja “obstawa” z tyłu, bo oczywiście chcieli mieć mnie na oku cały czas. Autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku gdzieś w lesie, ludzie wsiedli, drzwi się zamknęły i już ruszaliśmy, kiedy ja się zerwałem na równe nogi i wołam do kierowcy: panie, bardzo przeprasza ale to był mój przystanek, wypuść mnie pan. Na to ten tylko nogę zdjął z gazu, otworzył drzwi i w biegu wyskoczyłem. Drzwi się zamknęły, autobus odjechał a ja pomachałem tylko w stronę rozdziawionych gęb Ubeków.

Inna historia wydarzyła się w lesie, na górkach morenowych, których całe pasmo jest za Trójmiastem. Trzeba wiedzieć, że w lesie bezpieka często bywała bezradna, tak więc jak był czas, to najpierw szliśmy właśnie tam na spacer. No i kiedyś, już po zmroku, idziemy leśną drogą przekonani, że zgubiliśmy “ogon” kiedy raptem słyszymy warkot silnika samochodowego, pędzącego z dużą szybkością. Co najdziwniejsze, samochód miał wyłączone światła a jechał tak prędko po wąskiej, leśnej drodze w całkowitej ciemności. Zdążyłem tylko krzyknąć do żony: “skacz” a ta pięknym, tygrysim skokiem poleciała nad krzakami a ja zaraz za nią. Dosłownie sekundy po tym przeleciało obok nas kilka samochodów, oczywiście musieli mieć noktowizory. Tak więc w walce z opozycją Ubecja zaczęła wyposażać się w zdobycze techniki, co jednak utrudniało nam życie.

Zwykle po zgubieniu “ogonów” w lesie, po spotkaniach czy też po wszystkim, co mięliśmy do załatwienia, trzeba było wracać do domów. Dziś nie wiem już dlaczego ale mięliśmy zwyczaj pokazywać się tajniakom na tym samym przystanku autobusowym. Okazało się potem, że w związku z tym całej dzielnicy, gdzie był ten nieszczęsny przystanek, zabroniono wyjazdów zagranicznych. Oni myśleli, że my mamy tam tajne kontakty co było kompletną bzdurą, bo akurat tam nie znaliśmy nikogo.

Innym razem mieliśmy spotkanie z kimś z zagranicy, w związku z czym nastąpiła wielka mobilizacja Służby Bezpieczeństwa. Było szalenie trudno ich zgubić, w końcu poszliśmy lasem kilka kilometrów ale ponieważ robiło się coraz później zdecydowaliśmy się zejść na stację pociągu. Pogoda była paskudna, wobec czego stanęliśmy z tyłu płyty przystankowej, co dawało jakąś ochronę przed deszczem i wiatrem a poza tym to był już taki nawyk, żeby być jak najmniej widocznym. Raptem słyszymy, że jakaś grupa mężczyzn zjawiła się na przystanku ale nas nie zobaczyli. Słuchamy, o czym mówią a tu okazuje się, że to nasza obstawa, stoją o krok od nas, tylko z drugiej strony płyty i wściekają się, że nas jednak zgubili. Przyjechał autobus, oni wsiedli i pojechali a my zabraliśmy się następnym.

ZK: Panie Andrzeju, organizując opozycję wobec systemu komunistycznego, musieli liczyć się państwo z infiltracją Związku. W jaki sposób broniliście się przed tzw. “wtyczkami”?

AG: Wie pan, nie sposób powiedzieć w pierwszym kontakcie kto jest wtyczką a kto nie. Ale, trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że generalnie mieliśmy do czynienia z dwoma typami agentów. Jeden to agent operacyjny, który na bieżąco donosi władzy kto z kim się spotyka i o czym mówi, gdzie są drukarnie, składy papieru, farby itd. Natomiast drugi to agent wpływu. Ten pozostaje głęboko ukryty i ma za zadanie wspinać się po szczeblach organizacji, aż jego głos czy opinia zaczyna się liczyć. W którymś momencie, na polecenie z centrali, ma organizację osłabiać lub nadać jej kierunek pożądany przez reżym, co zresztą wychodzi na jedno.

Jeżeli chodzi o operacyjnych, to zwykle powodują duże straty ale na krótki okres, jako, że stosunkowo łatwo ich rozszyfrować. Oczywiście zakładając, że stosowane są podstawowe zasady konspiracji, to znaczy ludzie wiedzą tylko tyle ile to jest konieczne i tylko w wąskim gronie. I w takiej sytuacji przy wpadce wiadomo, kto co wiedział. Następna wpadka i można już znacznie ograniczyć grono podejrzanych a przy dwu – trzech osobach można także odpowiednio zaaranżować wypadki, po których bez wątpienia już wiadomo, kto sypie.

Natomiast sprawa z agentami wpływu jest znacznie trudniejsza. Nie ma możliwości ich wykrycia aż do czasu, kiedy przystąpią do działalności, na przykład na poziomie strajku lub w czasie kiedy zaczynają zapadać ważne decyzje. I tak kiedyś, na miejsce Antoniego Sokołowskiego, wszedł Edwin Myszk. Był to bardzo miły człowiek, świetny kolega, taki do tańca i do różańca. Niemniej po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jest wśród nas, na samej górze ktoś kto donosi władzy. W rezultacie rozlicznych zabiegów i obserwacji podejrzenia zogniskowały się na Wałęsie oraz Myszku. Kiedyś doszło do tego, że Wałęsa, na spotkaniu u Ani Walentynowicz, oskarżył Edwina o to że jest wtyczką bezpieki, na co zresztą Myszk nie pozostał dłużny i również oświadczył, iż wie na pewno, że Wałęsa pracuje dla Służby Bezpieczeństwa. Po jakimś czasie bezpieka kazała Myszkowi się zdekonspirować, poprzez kolportację fałszywego numeru “Robotnika”. W tej sytuacji uznaliśmy, że problem został rozwiązany, bo już wiadomo, kto był agentem.

ZK: Trzeba przyznać, szalenie sprytne pociągnięcie bezpieki.

AG: No tak, bo myśmy uznali, że kapusiem był Myszk i w związku z tym przestali sprawdzać Wałęsę. Dopiero później okazało się, że obaj byli agentami.

ZK: A jak radzili sobie państwo z podsłuchem w domach.

AG: Przede wszystkim udając, że nic o tym nie wiemy. W ten sposób, jak sądzę, udało się nam kilkakrotnie zwieść bezpiekę na fałszywe tory i wprowadzić tam niemałego zamieszania. Pamiętam też, że kiedyś załatwiliśmy dla kolegi studia dzięki podsłuchowi. Był to młody człowiek, szalenie sympatyczny, którego wylali ze studiów bo zawalił rok, jako, że większość czasu spędzał na działalności opozycyjnej a nie na studiowaniu. No i kiedyś z żoną w domu zaaranżowaliśmy rozmowę, gdzie ja ją przekonywałem, że jeśli Andrzej dostanie się z powrotem na studia, to na pewno zrezygnuje z działalności w opozycji a kto wie, może nawet zapisze się do ZMS-u.Następnego dnia go odnalazłem i mówię mu: "Pisz podanie o przyjęcie z powrotem na studia." A ten mi na to, że chyba zwariowałem, bo po tym wszystkim co się wydarzyło, wliczając pracę w podziemiu, to prędzej wyślą go na białe niedźwiedzie niż przyjmą na uczelnię. Na to ja mu powiedziałem: "zrób to dla mnie, napisz." Po trzech dniach przychodzi do mnie z takimi okrągłymi oczami i mówi, że nic z tego nie rozumie, bo właśnie dostał list z uczelni, potwierdzający jego status jako studenta. Oczywiście bezpieka, słuchając naszych rozmów, kazała rektorowi uczelni przyjąć go z powrotem.

Kiedyś z kolei, nie było czasu na gubienie “ogona” a spotkanie bardzo ważne, to z żoną w domu, niby przypadkowo, podaliśmy miejsce spotkania na drugim końcu miasta. No i nawet nie przyczepili nam “ogonów”, pewnie wszyscy ubecy tam pojechali a my zupełnie w drugą stronę. (CDN)

Ruch Antykomunistyczny: