6. RAYMOND ARON - PERSHINGI – TEST EUROPEJSKIEJ ODWAGI

Raymond Aron

17 października zmarł Raymond Aron. Był jednym z najwybitniejszych współczesnych filozofów i socjologów. Przez wielu był porównywany ze swym słynnym rówieśnikiem i w młodości przyjacielem – Sartre’m (obaj urodzeni w 1905 r.). We Francji uważano, że Sartre patronuje lewicy, zaś Aron prawicy. Nie jest to pełna prawda – nie utożsamiał się on nigdy z żadnym skrzydłem na politycznej skali. Programowo głosił zmierzch ideologii w społeczeństwie przemysłowym drugiej połowu XX w. Najgłośniejszą jego książką było „Opium intelektualistów” (wydana w 1955 r. – czytelnikom polskim znana pod tytułem „Koniec wieku ideologii” – wyd. Kultura). Aron nie należał do filozofów, którzy tworzą wielkie systemy, oparte na jednej „niepodważalnej” zasadzie.

Sartre jest w świecie bardziej znany i w kołach uniwersyteckich (z reguły lewicowych) wyżej notowany. Aron – przeciwnik ideologii jest jednak myślicielem mądrym. Nie uniknął bieżącej problematyki politycznej. Jego stałe felietony i artykuły w „FIGARO”, a od kilku lat w „L’EXPRESS” były zawsze ważkim głosem o problemach, nurtujących świat zachodni. Problemach, które naszemu czytelnikowi, karmionemu czerwoną propagandą, skupionemu na sprawach rodzinnych, wydawać się mogą niezrozumiałe i abstrakcyjne. W celu pokazania zachodniej optyki na sprawę bezpieczeństwa europejskiego i związaną z tym debatę eurorakietową, publikujemy poniższy artykuł z tygodnika „l’EXPRESS”, datowanego 14.10.83, ostatniego, jaki Aron widział w druku.

Redakcja „Niepodległości”

„Dwa lata temu, prezydent Ronald Reagan, w niezobowiązującej rozmowie z dziennikarzami na różne tematy, oświadczył, że ograniczona wojna nuklearna, jakkolwiek mało prawdopodobna, nie może być całkowicie wykluczona. Był to wstrząs. Prasa europejska weszła w trans; pięciokolumnowe tytuły ozdabiały pierwsze strony dzienników. Błahe zdarzenie stało się wydarzeniem epokowym. Doświadczenie nie nauczyło, jak się wydaje, niczego „wielkich” z Waszyngtonu. George Bush, vice-prezydent Stanów Zjednoczonych, w podobnych warunkach wspomniał o możliwości wzięcia pod uwagę broni nuklearnej Wielkiej Brytanii i Francji, w takich czy innych rokowaniach ze Związkiem Radzieckim. Krzycząca gafa! W chwili obecnej Moskwa, wszystkimi kanałami dyplomatycznymi, przy pomocy pogróżek, przy pomocy międzynarodowego ruchu pacyfistycznego stara się wygrać batalię o eurorakiety, przeszkodzić w realizacji decyzji, podjętej przez NATO w 1979 r., mianowicie – rozlokowania rakiet Pershing II w Europie w wypadku, gdyby rokowania nie zakończyły się zadowalającym kompromisem. W Genewie Sowieci nie przestają powtarzać, że wliczając atomowe pociski francuskie i brytyjskie, równowaga jest obecnie ustalona. Odmowa objęcia sił brytyjskich i francuskich rozmowami genewskimi posiada więc znaczenie decydujące. Wszystkie ustępstwa w tym punkcie, prowadziłby Amerykanów do kapitulacji. Oto dlaczego jestem przekonany, że George Bush nie kierował się żadnymi przewrotnymi intencjami, co pewni komentatorzy mu przypisywali: nie przygotował on nagłego zwrotu jako oznaki dobrej woli wobec Rosjan. Niestety: On po prostu nie myślał w ogóle! Powiedział naiwnie mniej więcej tak: pewnego dnia w negocjacjach w sprawie ograniczenia zbrojeń trzeba będzie wziąć pod uwagę siły zjednoczone (siły, które za kilka lat nie będą już takie małe). Ja rozumiem, że przeciwnicy eurorakiet nie stracili okazji i wykorzystują jak najlepiej nierozważne słowa. Mniej rozumiem zwolenników Pershingów, którzy czynią tak samo. Zwrócić należy uwagę, że debata eurorakietowa dominuje w dyplomacji Wschód-Zachód, dominuje też w dialogu atlantyckim i europejskim. Oczywiście czytelnicy, którzy pragną być poinformowani dysponują dwoma wspaniałymi książkami, jedną Francois de Rose „Przeciw strategii Kuriacjuszy”(1) i drugą Michele Tatu „Batalia eurorakietowa”. Ja ze swej strony postaram się wyrazić kilka prostych myśli w tym artykule.

Modernizacja europejskiej broni atomowej jest najlepszym sposobem stworzenia ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej systemu naczyń połączonych.

Nazajutrz po wojnie, Europa Zachodnia zniszczona, zubożała, pozostawiła Stanom Zjednoczonym odpowiedzialność za swe własne bezpieczeństwo. Sytuacja ta dziś, po czterdziestu latach, jest wciąż taka sama, lecz koniunktura światowa jest inna. Stany Zjednoczone utraciły swą przewagę nuklearną, zaś Związek Radziecki zachował przewagę w broni konwencjonalnej. Europejczycy nie mogą lub nie chcą czynić niezbędnych wysiłków dla zrównoważenia radzieckiej potęgi bez uciekania się do broni atomowej. Stawiają sobie oni pytanie, ile jeszcze warty jest amerykański „parasol”, jaką decyzję podjąłby Prezydent USA, gdyby Europa została opanowana przez ZSRR, zdając sobie sprawę, że jego kraj poniósłby podobne spustoszenia, jak to, które jego rakiety uczyniłyby na terytorium radzieckim? Oczywiście, nikt nie wie, jaka byłaby decyzja Waszyngtonu; politycy moskiewscy nie wiedzą także, co mogłoby ich pobudzać do ostrożności.

Dwadzieścia lat temu, Amerykanie wysunęli doktrynę, nazwaną „elastycznym reagowaniem” (stopniowaniem odpowiedzi na atak). Uciekanie się do broni nuklearnej następowałoby dopiero w chwili, gdyby istniało ryzyko całkowitego zniszczenia dywizji NATO. Dla „opanowania eskalacji”, jak to się mówi w żargonie, doktryna wymaga dwóch warunków, które nie zostały spełnione: wzmocnienia sił klasycznych NATO i przewagi nuklearnej Stanów Zjednoczonych. Niezależnie od SS-20, od argumentu zainstalowania przez ZSRR rakiet, istnieją wystarczające racje dla rozmieszczenia pod europejskim słońcem rakiet, zdolnych osiągnąć cele w ZSRR. Europejczycy krytykowali doktrynę „elastycznego reagowania”, ponieważ stwarzała ona ryzyko przekształcenia Europy w pole bitwy, przez stawianie na ograniczoną wojnę nuklearną. A więc, jaka jest lepsza metoda dla uniknięcia niebezpieczeństwa, jak rozmieszczenie Pershingów II, które uderzając w rzeczywistego agresora PRZED WSCHODNIĄ GRANICĄ POLSKI (podkreślenie redakcji „N”), postawiłby Kreml przed ciężkim wyborem: rozszerzyć wojnę ze wszystkimi, nieprzewidzianymi konsekwencjami, czy oszczędzić terytorium amerykańskie? Ten drugi wariant wydaje się mało zrozumiały. Bez Pershingów, ewentualne działania wojenne w Europie nie wymuszą zaangażowania strategicznych sił nuklearnych obu supermocarstw, teatr europejski jest oddzielony od tego, co można by nazwać równowagą globalną, stanowioną przez tysiące głowic nuklearnych, którymi dysponują Stany Zjednoczone i Związek Radziecki i które są przenoszone na odległość tysięcy kilometrów przez rakiety lub bombowce. Pershingi II dokładnie przekonają polityków z Kremla, że każda operacja militarna w Europie rozszerzy się poza nią.

Zależność, stworzona przez eurorakiety, nazwane w żargonie „naczyniami połączonymi” usuwają większość błahych zastrzeżeń. Czy 107 głowic nuklearnych, którymi dysponują Pershingi, posiada odpowiednią wagę dla stawienia czoła 900, lub więcej głowic nuklearnych SS-20? Równowaga tradycyjna, dotycząca ilości dywizji i dział nie ma zastosowania w rozważaniach dotyczących rakiet. SS-20 są bronią pierwszego uderzenia, wystrzelona odpowiednia ilość zniszczy system obronny NATO. Pershingi są bronią drugiego uderzenia, przywracają one, w miarę możliwości, łączność między dwoma biegunami sojuszu atlantyckiego, odległymi o ponad tysiąc kilometrów.

Przeciwnicy modernizacji eurorakiet rekrutują się z różnych obozów. Czy eurorakiety przywrócą amerykańskie gwarancje dla Europy? – pytają jedni sceptycy – ci, którzy nie wierzą w amerykański parasol. Nie ma w tej materii brutalnej alternatywy: tak lub nie. Pershingi będą kontrolowane przez Amerykanów, którzy zawahają się z ich wykorzystaniem, ponieważ ciosy odwetowe spadną na ich własne terytorium. Ale kto nie wahałby się przed podobną odpowiedzialnością? Czy mamy pewność, że prezydent Republiki Francuskiej użyłby atomowych okrętów podwodnych, wysyłających rakiety na Moskwę i Leningrad, jeżeli dywizje radzieckie przekroczyłyby granice naszego kraju? W przeciwieństwie do rakiet francuskich okrętów atomowych, Pershingi dysponują wystarczającą precyzją trafiania w wyznaczone cele militarne, bez rozpętania niewiarygodnej orgii gwałtu i wzajemnego burzenia miast.

Z drugiej strony, przeciwnicy modernizacji uważają za prowokacyjne rozmieszczenie Pershingów, które mogą osiągać radzieckie cele w siedem minut. 300 radzieckich rakiet SS-20, każda uzbrojona w trzy głowice nuklearne nie stanowią, według nich, prowokacji, ale precyzyjną groźbę. SS-20 nie potrzebują więcej niż siedem minut dla osiągnięcia swoich celów, tak samo rakiety z okrętów podwodnych, pod warunkiem, że te zbliżają się do nieprzyjacielskiego brzegu.

Z drugiej strony Atlantyku zwolennicy „no first use” (nie używania pierwszemu broni jądrowej), liczniejsi być może niż w Europie, kontynuują swoją akcję. Formuła, inaczej mówiąc, zobowiązanie, które podjęłyby Stany Zjednoczone, że nie użyją jako pierwsze broni jądrowej, zażegnywałaby raz na zawsze obsesję nuklearną. Związek Radziecki podjąłby podobne zobowiązanie. Doktryna ta opiera się na twierdzeniu o wyjątkowej jasności; lepiej zaakceptować klęskę i inwazję, niż użyć własną, monstrualną broń. Grupa naukowców rozwija tę tezę, która być może, okaże się nie do odparcia, jeżeli wykorzystanie broni jądrowej pociągnie za sobą niezbędne „zmiany zniszczeniowe” – nieodwracalne zniszczenie miast i ludności.

Rzecznicy „no first use” sugerują, że rozwój skrajnych rozwiązań będzie nieuchronny, jeżeli próg atomowy zostanie przekroczony. Dodać należy, zwolennicy „no first use” polecają jako warunek równowagi, rozwój broni klasycznej, co mnie wydaje się nierealne.

Klęska w tej batalii będzie równoznaczna z przyznaniem ZSRR prawa veta w stosunku do organizacji wojskowej Europy.

Niestety, Europejczycy, jeśli nawet nie mają zaufania do Ameryki, nie starają się przejąć ciężaru własnego bezpieczeństwa przez swe bronie nuklearne. Czego chcą pacyfiści, defilujący ulicami i wykrzykujący slogany? Żeby Europa zerwała ze Stanami Zjednoczonymi? Żeby pozbawiła się całej obrony militarnej? Tylko, że pacyfiści nie formułują żadnej własnej koncepcji bezpieczeństwa i pokoju, ustawiając się na zewnątrz debaty eurorakietowej. Wszyscy chcą pokoju, ale co myślą ci, którzy protestują przeciw 107 Pershingom, zapominając o 300 SS-20?

Bez wątpienia, w Niemczech toczy się gra dyplomatyczna, która stanowi próbę europejskiej woli oporu. Niemcy znajdują się w sytuacji szczególnej, gorszej niż Wielka Brytania, Włochy czy Francja. Dwa państwa, mówiące tym samym językiem, oddzielone przez historyczny konflikt między sowietyzmem, a wolnymi demokracjami. Przywódcy RFN starali się zachować zawsze dobre stosunki z Moskwą i sojusz z Ameryką. Większość Niemców – według sondaży – jest przeciw eurorakietom. Rządzący nie mogą przekonać do nich ludności, intelektualiści i dziennikarze są w większości po stronie pacyfistów i przeciwników Ameryki. Rozumiem, że naród, właściwie pół-naród, utracił nieco swej woli obrony, w miarę przedłużania się stanu podległości w stosunku do odległego sojusznika, często trudnej do przewidzenia. Nie brakuje Niemców, głownie wśród socjaldemokratów, którzy żywią iluzję, że po zerwaniu ze Stanami Zjednoczonymi i wyjściu z sojuszu atlantyckiego, korzystać będą ze swej wolności i rozwoju gospodarczego, przyczyniając się do zbliżenia obu części Europy, w miejsce utrwalonego podziału, sprzecznego z naturą.

W obliczu III Rzeszy, pół wieku temu, Francja i Wielka Brytania wolały pozorować odwagę. Imperium militarne ZSRR nie jest kierowane przez Hitlera, który ustalił sobie datę wojny. Politykom z Kremla nie brakuje ani cierpliwości, ani przezorności. Oni nie wyślą jutro swych czołgów, nie uruchomią głowic nuklearnych rakiet SS-20, w ataku na Europę Zachodnią pozbawioną Pershingów i rakiet Cruise. Ale, jeżeli Amerykanie skapitulują w Genewie, jeżeli Niemcy odrzucą politycznie lub przeszkodzą fizycznie rozmieszczeniu Pershingów, zwycięstwo radzieckie zaowocuje poważnymi konsekwencjami. Prawo veta w stosunku do organizacji wojskowej Europy zostanie Kremlowi przyznane. Ta kapitulacja nie będzie ostatnią

Przypis:

(1) Wg Rzymskiej legendy, wykorzystanej fabularnie w dramacie Corneille’a, zwycięska walka trzech braci z Rzymu (Horacjuszy) z trzema braćmi z latyńskiego miasta Alba Longa (Kuriacjuszami) zdecydowała o podporządkowaniu Alba Longi Rzymowi.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: