8. TO BYŁO ZASKOCZENIE I ROZCZAROWANIE

Przedruk z „CDN” nr 7/8 1 –15.01.83 – tygodnika wrocławskich studentów

Pyt. W sierpniu 1980r. byłeś z bardzo wielu ludźmi biorących udział w tworzeniu „Solidarności”. Przez kilka tygodni zachłystywałeś się wolnością i ... dostałeś powołanie do wojska. Jak się tam czułeś?

Odp. Źle. Miałem wrażenie, że w wojsku czas zatrzymał się na kilka lat przed Sierpniem przez tych kilka tygodni po strajkach przyzwyczaiłem się do normalnych rozmów o wszystkim. Tutaj były: zastraszenie i przemoc. Przyzwyczaiłem się do normalnych gazet, a tutaj były tylko „Trybuna Ludu” i „Granica”. Pisałeś mi wtedy o książkach. Nie chciałem o tym wiedzieć. Żołnierz nie czyta i nie myśli. Od początku wtłaczano mi do głowy, że strzelec to nie człowiek. Były jeszcze rozmowy z kolegami, ale nie były one budujące. Wiedziałem, że muszę to wytrzymać, więc przystosowałem się w końcu.

P. W zasadzie można powiedzieć, że stan wojenny zaczął się dla ciebie wraz z pójściem do wojska?

O. Niezupełnie. Były przepustki, listy, literatura. Znalazłem też czas na czytanie. Nie było strachu.

P. Czy to znaczy, że był strach po 13 grudnia?

O. Nie od razu. Prawdziwy strach odezwał się 30 sierpnia 82 r.

P. Wróćmy na razie do grudnia 81. Jak przebiegał stan wojenny w Twojej jednostce?

O. Teraz wiem, że zaczął się on częściowo w okolicach września 81 r. Wtedy wysłano od nas batalion do Gdańska, na wzmocnienie portu. Taki batalion to coś w rodzaju sił szybkiego reagowania. Najczęściej jest tam ok. 100 ludzi. W tamtym byli ci, co mieli wyjść w październiku do cywila. W październiku ogłoszono przedłużenie służby o dwa miesiące. U mnie rezerwa ogłosiła strajk głodowy. Wytrzymali dwa dni. Dowódca ogłosił bezwzględną profilaktykę dla pozostałych (tzn. nie pojedziesz nawet na własne wesele), blokadę połączeń telefonicznych i każdemu z rezerwy dał po 3 dni urlopu. Potem były długie indywidualne rozmowy i ... „od bój”. Wiem na pewno, że w innej miejscowości rezerwa wyszła na miasto w „cywilkach”, pili, zdemolowali świetlicę. Kilku żołnierzy z kadry pobito. Gdzie indziej wysłali list protestacyjny do Jaruzelskiego. Jasne, że wszystkie te protesty były bezsensowne i głupie. W armii nie może być tego rodzaju wypadków, bo wtedy nie będzie to armia, tylko pospolite ruszenie.

P. Co się stało 13 grudnia i później?

O. Ja wiedziałem wcześniej, że coś się będzie działo. Na kompanii saperów była chyba 12-osobowa drużyna przeszkolona w obchodzeniu się z „plastykiem” (petardy z gazem łzawiącym i innym). 12-tego, wieczorem, zrobiono im alarm bojowy i gdzieś wywieziono. Na samochód, którym jechali zapakowano skrzynię z plastykiem. 13-go, rano ogłoszono alarm bojowy dla wszystkich. Spędzono nas do świetlicy. Wysłuchaliśmy przemówienia Jaruzelskiego. Ogłoszono profilaktykę i koniec.

P. Opowiedz o Twojej i Twoich kolegów reakcji na wprowadzenie stanu wojennego.

O. To było zaskoczenie i rozczarowanie. Zaskoczenie, że jednak ..., a rozczarowanie, bo czuliśmy co to oznacza.

P. Przed 30 sierpnia 82 r. w Twojej jednostce zaszło coś istotnego dla naszej rozmowy?

O. Jedno. Nie pamiętam dokładnie kiedy, wyjechał od nas następny batalion. Brał on udział w akcji we Wrocławiu i Lublinie.

P. Jak przebiegł dzień 30.08. w Twojej jednostce?

O. Ogłoszono stan alarmu bojowego. Kadra była wyraźnie spanikowana. O godz. 16 zaczęła się zbiórka. Sformowano batalion. Przebiegało to na zasadzie: do iluś odlicz i wystąp. Z mojej kompani wystąpiło nas 24, z jednostki ok. 70. Reszta została dowieziona z innej miejscowości. Razem było 100 żołnierzy. Przedstawiono nam dowódców. Powiedziano, że jest to wyjazd na działania, że miejsce zakwaterowania jest nieznane.

P. Czy próbowano „ustawiać” Was ideologicznie?

O. Nie. Ktoś tylko ględził coś o trudnej sytuacji, ale tak, aby coś powiedzieć.

P. co nastąpiło po zbiórce?

O. Wydano jadącej z nami kadrze amunicję dla nas. Dostaliśmy suchy prowiant i wsiedliśmy do wozów. O godz. 17 wyjechaliśmy. Chłopcy żegnali nas znakami „V” ale co z tego ... . Bałem się jak cholera. Nie wiedziałem co się stało. Byłem zdany na domysły. Zorientowałem się, że jedziemy do Wrocławia, więc tym gorzej się czułem. Wiedziałem jednak, że trzeba udawać, że jest OK. Wśród chłopców też widać było zdenerwowanie, ale wszyscy starali się to ukryć. Tak dojechaliśmy do akademika we Wrocławiu. Na drugi dzień po pobudce i śniadaniu, oficer polityczny zrobił zbiórkę. Oczywiście zaczęliśmy pytać: co się dzieje? Byliśmy od poprzedniego dnia kompletnie odcięci od informacji. Polityczny powiedział, że sam nie wie. Bo „wiecie gazety nie udało mi się kupić”. Myśmy wiedzieli, że gazety można było dostać. Jeden nawet chciał kupić, ale kadra cofnęła go spod kiosku.

P. Czy to znaczy, że po rozmowie z politycznym nadal byliście zdezorientowani i nie wiedzieliście co Was czeka?

O. O ogólnej sytuacji nie wiedzieliśmy nic. Facet wydał tylko rozkazy dla plutonów. Z grubsza wyglądało to tak: będziemy z ZOMO i ROMO rozpędzać tłum. ZOMO będzie działać bezpośrednio, my zostaniemy przy samochodach, a z tyłu osłaniać nas będzie ROMO. Zresztą ROMO przez cały czas trwania akcji nie widzieliśmy.

P. Otrzymaliście wytłumaczenie Waszej obecności we Wrocławiu?

O. Tyle co w jednostce: że trudna sytuacja w kraju. Facet nawet nie próbował nas agitować. Mówił tylko o nie uleganiu panice i o tym, aby się nie bać. Położył nacisk na ścisłe wykonywanie rozkazów.

P. Co robiliście po tej zbiórce?

O. Po obiedzie ok. 11 zawieźli nas na ulicę Witolda. Tam, na placyku było zgrupowanie dla nas i dla ZOMOwców. Pierwszy raz widzieliśmy z tak małej odległości ZOMOwców, więc oglądaliśmy ich jak jakieś ciekawe okazy. Śmialiśmy się trochę z nich. Trochę, bo baliśmy się, że możemy dostać amunicję. Baliśmy się też być bez amunicji. Ja chciałem tylko jednego: nic nie robić. Większość moich kolegów podobnie. Kilku odgrażało się, że jak tylko znajdą się na ulicy i jakiś gówniarz rzuci kamieniem to oni mu ... . Ktoś zapytał co by zrobili gdyby byli w cywilu. Między godz. 14 a 15 odjechaliśmy stamtąd na akcję.

P. Powiedz co robiłeś w czasie akcji.

O. na początek pojechaliśmy na Plac Czerwony. Tam ZOMO zajęło się ludźmi, a ja z całym plutonem, stałem za wozami i rozglądałem się. W jakieś chwili od strony ulicy Legnickiej wyszedł facet z dużym krzyżem. Gdy zobaczył co się dzieje, próbował schować się w krzakach za nami. Zobaczyli go ZOMOwcy i potraktowali gazem obezwładniającym. Po tym grzecznie poprowadzili go do wozu. Grzeczność skończyła się pałowaniem, gdy przestali być widoczni dla ludzi. Nasz postój tam trwał bardzo krótko. Podobnie jak przed WRN. Tam dopiero zobaczyłem ZOMO w akcji. Przez megafon prosili mały tłum o rozejście się. Równo z ostatnim słowem poszły na ludzi: woda i gaz. Tłum rozproszył się momentalnie. Gorzej już było na Placu Hirszfelda. Mimo, że był tam mały, rozchodzący się tłum, ZOMO zaatakowało. Rynek to był następny etap. Staliśmy tam na wysokości dawnej Składnicy Harcerskiej. ZOMO poszło w tłum i zapędziło się w kierunku Placu Dzierżyńskiego. Wtedy zarejestrowałem kolejny obrazek: łapankę.

P. Jak ona się odbywała?

O. Suka stała obok sklepu „Goplana”. Dwóch ZOMOwców ustawiło się przy wejściu do niej, pozostali rozbiegli się po rynku. Już tylko pojedyncze osoby przemykały się od bramy do bramy. Na tych ludzi ZOMOwcy dosłownie polowali. Złapanych podprowadzali do tych dwóch przy suce, a oni ładowali ich do środka.

P. Ładowali? Jak towar?

O. Dosłownie. Gdyby nie fakt, że nie używali słów niemieckich, byłaby to scena z filmu o II wojnie światowej.

P. Jaka była Twoja rola w tej łapance?

O. Żadna. Patrzyłem i żałowałem, że amunicja jest w wozie, a nie przy mnie. Szczególnie wtedy gdy zgarnęli jakąś dziewczynę. Ona szarpała się i tłumaczyła, że musi wrócić do domu, bo jej matka jest chora. Mówiła, że wyszła po lekarstwa dla niej. Kiedy wchodziła do suki – nawet nikt jej nie „pomógł” – autentycznie ryczałem. Nie z powodu gazu. To moje normalne łzy. Byłem bezradny. Nawet nie miałem amunicji.

P. dokąd pojechaliście z rynku?

O. W okolice zajezdni na ul. Grabiszyńskiej. Tam był krótkim odpoczynek. ZOMOwcy dostali picie. My zamiast picia, otrzymaliśmy od swoich dowódców granaty. Byłem wściekły, bo pić mi się chciało, a jeszcze bardziej, bo granaty oznaczały dalszy ciąg akcji. Co prawda cieszyłem się, że jestem cały i że do tej pory nic nie musiałem robić, ale to w każdej chwili mogło się zmienić.

P. Co robiliście po tym odpoczynku?

O. Jechaliśmy bardzo wolno całą szerokością ul. Grabiszyńskiej w kierunku placu PKWN. Nie było tam ludzi. Gdy ja byłem w okolicach ul. Żelaznej, czoło kolumny znajdowało się na ul. Pereca. Tam była akcja jakaś, ale u nas było jeszcze spokojnie. Zaczęła się dopiero po zmierzchu, gdy staliśmy pod „żyletkowcem”. Na początku leciały z okien puste butelki po mleku. Później rzucano nam na głowy co się dało. Wtedy właśnie widziałem taka akcję. Jechał odkryty gazik WSW. Ludzie rzucali w siedzących tam żołnierzy kamieniami. Założono więc na gazik plandekę. Po jakiś 50 metrach jazdy plandeka spłonęła. Ludzie tutaj byli już dobrze przygotowani do potyczek z ZOMO. Sam widziałem na dachu ok. 1,5 metrowy granitowy krawężnik. Był przygotowany do zrzucenia „komuś” na łeb. Adresaci tych przygotowań wyraźnie się bali. Próbowali zlikwidować barykadę. Aby to zrobić musieli obejść ją od tyłu. Nie odważyli się na to.

P. Widziałeś te ich usiłowania?

O. Nie opowiadali nam o tym. Zomowcy traktowali nasze miejsce postoju jako swoje tyły. Przychodzili odpocząć, poprawić mundury, uzupełnić zapasy. Przy okazji narzekali, że my nie mamy amunicji.

P. Czy to były jedyne rozmowy jakie się tam odbywały?

O. Rozmawialiśmy także z kierowca polewaczki, która jechała do nas z placu Grunwaldzkiego. Facet opowiadał, że jego kolumna zapuściła się w wąskie uliczki w tamtych okolicach i on nie mógł wyjechać. Został sam. Wtedy ludzie chcieli go spalić. Próbował uciekać z wozu, ale ludzie obrzucili go kamieniami. Padło tez kilka strzałów z tłumu.

P. Nie były one jego fantazją?

O. Nie. Widziałem jeden ślad na kuloodpornej szybie. Poza tym miał postrzelone ucho. Przez te strzały on sam wpadł w panikę. Wywalił wtedy w powietrze cały magazynek (6 naboi). Ludzie wystraszyli się, a on zwiał.

P. Strzelał na pewno w powietrze?

O. Przypuszczam, że gdyby strzelał do ludzi, to nie wyszedłby stamtąd.

P. Co działo się dalej na ul. Grabiszyńskiej?

O. Nadal trwały potyczki przy barykadzie. Pojawiły się reflektory. Przyjechali komandosi. Dalszy ciąg był już polowaniem na ludzi. Wzięto barykadę z dwóch stron i zlikwidowano ją. To był koniec normalnych potyczek czy walk. ZOMOwcy bali się wchodzić do bram, więc wrzucali do nich petardy i czekali. Ludzie wychodzili z bramy a ZOMOwcy rzucali się za nimi w pościg. Czasami, jak złapali takiego, to brali go w kółeczko, doprowadzali do utraty przytomności i odrzucali na bok. Ogólnie jednak ta łapanka nie miała takiego rozpędu jak w Rynku. ZOMOwcy byli wyraźnie zmęczeni. Tych, których wsadzali do suk, nawet za bardzo nie bili. Za to poproszono zatrzymanych o sprzątnięcie wozu, w którym siedzieli. Jeden się opierał, oczywiście do czasu.

P. Komandosi nie brali udziału w tej łapance?

O. Niezupełnie. Widziałem taki obrazek: z bramy wypadł jakiś człowiek, a za nim komandos. Człowiek wpadł prosto na ZOMOwców. Tak, że komandosi trochę pomagali.

P. Czy to samo można powiedzieć o Twoich kolegach?

O. Na pewno nie o tych, którzy byli w moim plutonie. Tu reakcje były jednoznaczne. Pod koniec akcji już demonstracyjnie zaznaczyliśmy swoją postawę. Dla ilustracji jeden obrazek. ZOMOwcy strzeliła opona. Męczyli się z nią obok nas. Przyszedł jakiś oficer i mówił, żebyśmy im pomogli. Wtedy, jak na komendę, zrobiliśmy w tył zwrot.

P. Tego dnia wasza akcja skończyła się ok. 2 w nocy. Do popołudnia następnego dnia nic ciekawego u was się nie działo. Wieczorem pojechaliście do Lublina. Ale wróćmy jeszcze do Twego pobytu we Wrocławiu. Wspominałeś o rozmowach z ZOMOwcami. Opowiada się cuda o ich agresywności. Czy jest w tym trochę prawdy.

O. Te dwie kompanie ZOMO, które były wtedy skoszarowane na ul. Witolda, to były kompanie ochotników. Oni chcieli się wyżyć i przyznawali się do tego. Wielu z nich katuje ludzi z zemsty, że kiedyś oni sami lub ich kumple oberwali. Tego dnia oni cieszyli się, że coś się dzieje. Nareszcie nie nudzili się. Opowiadali o rozrywkach jakie sobie robią, gdy nie ma żadnej akcji. Ulubiona wynika z ich zakwaterowania: są tam dwie kompanie i każda ma swoje piętro. W celach rozrywkowych wrzucają sobie nawzajem petardy. Jest to powód do wojny między kompaniami, czyli inaczej, do mordobicia. Wtedy uczyli nas posługiwania się pałką milicyjną. Otóż bicie tradycyjne nie ma sensu. Dobrze jest bić rączką pałki. Dobrze ciągnie. Najlepiej jednak uderzać pałką pod kątem prostym do twarzy delikwenta. Złamania zagwarantowane. Dodaj do tego typowy dla gestapowców sposób poruszania się, czarne rękawiczki, nakładane z wielkim pietyzmem to będziesz miał pełny obraz.

P. Większość z nich jest ze wsi?

O. Wielu na pewno jest z Wrocławia. Słyszałem kilka razy jak mówili do kolegów, aby nie rzucali petard w jakieś okno, bo oni tam mieszkają.

P. Inna sprawa: na jakiej zasadzie wydaje się żołnierzom amunicję do tego typu akcji?

O. W moim batalionie amunicję, w razie potrzeby, już w akcji, mieli wydawać dowódcy plutonów. W innym batalionie amunicję żołnierze dostawali po dwa magazynki na rękę. Jeden był z ostrymi, drugi ze ślepymi nabojami. Wiem, że ludzie ze Szkoły Podoficerskiej (przed przysięgą) wypuścili do miasta tylko z ostrymi nabojami. Nie wiem od czego zależało takie zróżnicowanie. Nie wiem też, jak mielibyśmy rozliczać się z użycia broni. W normalnych warunkach żołnierz musi rozliczyć się z każdego naboju łuską. Przynajmniej tak jest w mojej jednostce.

P. W kilka tygodni po tej historii rozmawiałeś ze swoimi przyjaciółmi, którzy po drugiej stronie brali udział w tych wydarzeniach. Jak się wtedy czułeś?

O. Ja w tej akcji byłem po ich stronie. Tak uważałem i uważam. Jednak podczas pierwszej rozmowy, nie umiałem spojrzeć im normalnie w oczy. Nie rozumiem tego, przecież byłem w porządku.

P. Ostatnie pytanie: Rozejrzałeś się już w swoim zakładzie pracy, w mieście, co teraz zamierzasz robić!

O. Kilka dni temu zostałem wezwany przez MO, gdzie proponowali mi kontynuację „odnowy” w milicyjnym mundurze. Tego na pewno nie chcę. Czego chcę? Na pewno ciągu dalszej Odnowy. W aktualnych warunkach widzę to tylko przez stworzenie silnej organizacji podziemnej. Tak silnej, aby ludzie, będący w wojsku, nie musieli przeżyć tego co ja przeżyłem 31 sierpnia. Ta organizacja powinna przygotować jedno wystąpienie. Takie, w którym żołnierz mógłby się opowiedzieć się po którejś stronie. Najlepiej po tej właściwej. Mam nadzieję, że tak się stanie. Ponoć nasz naród jest taki, że jak nie ma nic to się jednoczy. W Sierpniu byłem przeciwny wychodzeniu na ulice. Teraz też. Należy stworzyć tak silną organizację, aby już groźba jej wyjścia na ulicę zmuszała tych na górze do ustępstw. Aby tak się stało trzeba, teraz przygotować to wyjście. Ja chcę brać w tym udział.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: