7. RAFAŁ WITKOWSKI - LOGIKA REWOLUCJI

Rafał Witkowski

Rewolucja – słowo to budzi w nas jak najgorsze skojarzenia. Ale ostatnio przybywa ludzi, którzy twierdzą (często bez nazywania jej po imieniu), że to ona będzie rozwiązaniem naszej sytuacji. Rozpowszechnia się rewolucyjny sposób myślenia. I chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw w nim zawartych. Najważniejszy argument za rewolucją to jej skuteczność, przeciwko – liczba ofiar, które za sobą pociągnie. Nasuwa się pytanie – czy nie można by przygotować jej tak, by zminimalizować liczbę ofiar, zachowując skuteczność? Czy rewolucję w ogóle można przygotować? Przyczyną tkwiących w rewolucji zagrożeń jest logika rozgrywających się w jej przebiegu wydarzeń, która ich uczestnikom wyznacza zaplanowane rolę i ogranicza ich pole manewru. Prześledźmy to na przykładzie wyimaginowanej, typowej rewolucji.

Nikt nie potrafi dotąd podać ścisłych reguł, z których wynikałoby kiedy w danym kraju rewolucja wybuchnie. Wiemy tylko, że zdarza się to wtedy, gdy po pierwsze, ludzie zdecydowani są zmienić dotychczasowe warunki życia, a po drugie, istniejący system rządzenia staje się nieefektywny. Szczególnie niebezpieczne dla władzy są chwile rozluźnienia ucisku. Posunięcia liberalne polegające zwykle na dopuszczeniu do ograniczonego udziału w rządach grupy ludzi uprzednio z tymi rządami nie związanej a spełniającej dwa warunki: że nie wymkną się spod kontroli władzy i że ich obecność zaspokoi żądanie reform. Ludzie, którzy się na taka współpracę decydują mają z kolei nadzieję, że jakieś ustępstwa uda im się uzyskać i że przez to rozładują niebezpieczne ich zdaniem dla samego społeczeństwa rosnące w nim napięcie.

Pierwsze ustępstwa i reformy – oczywiście ograniczone – uświadamiają społeczeństwu, że może cos uzyskać przez nacisk na władzę. Na tym rozumowaniu rośnie popularność ugrupowań radykalnych, które żądają najwięcej. Proces ten prędzej czy później doprowadza do wybuchu (choć są wyjątki). Może oczywiście dojść do niego i bez tych aktów liberalizmu, które zazwyczaj nieznacznie zmieniają bieg wydarzeń. Następuje wybuch, giną ludzie. Giną nie tylko w walkach o ostateczne obalenie starego porządku. Społeczeństwo jest rozpalone namiętnościami, jednymi z których są nienawiść i żądza zemsty za doznane cierpienia. Pękają ostatnie hamulce i w tym ogólnym chaosie mordowani są winowajcy – przedstawiciele starej władzy. Przy okazji ginie wielu ludzi przypadkowych. Wkrótce po pierwszych sukcesach powstaje możliwość ogólnej dyskusji na temat „co dalej”? Szaleje demokracja, przechodząca powoli w manipulację. Dołącza do tego często zagrożenie zewnętrzne. W tych specyficznych warunkach okazuje się zwykle, że coraz większą popularność zyskują ruchy najbardziej radykalne. Dzieje się tak, gdyż to właśnie one wmawiają istnienie podejrzanie przejrzystych koncepcji, które w krótkim czasie doprowadzą do powszechnej szczęśliwości. I w ostatecznym rachunku ta prostota zwycięża, zostawiając w tyle koncepcje oceniane jako skompromitowane, połowiczne i nierealne. Walki pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami stają się bardzo ostre. Stopniowo zaczyna zwyciężać ten, kto ma najmniej skrupułów; jest to zwykle ten sam, kto uważa, że zagradzają one niepotrzebnie drogę do ogólnego szczęścia. Poszczególne grupy polityczne mają teraz do wyboru: poddać się od razu, zradykalizować się do końca lub prędzej czy później iść pod nóż. Znowu giną ludzie (ale nie jest to ostatni raz, bo zwykle okazuje się, że zdobyczy rewolucji trzeba bronić powszechnym terrorem) zabijanie się wzajemne rewolucjonistów zwiastuje koniec rewolucji. Są dwie możliwości: albo radykałowie wyrżną wszystkich pozostałych i zdobędą władzę (wariant radziecki) albo też radykałowie powyrzynają się nawzajem i do władzy w końcu dojdą ludzie umiarkowani (wariant francuski). Czy ten ponury obraz nie jest do uniknięcia?

Sądzę, że w pewnych warunkach można ograniczyć żywiołość rewolucji. Otóż jeśli istnieje przygotowany do wybuchu rewolucji i zdolny nią pokierować twardą ośrodek polityczny o ogólnospołecznym autorytecie, to jest szansa powstrzymania jej szaleńczego rozwoju. Ośrodek taki jest najłatwiej stworzyć w państwach, które kiedyś posiadały demokratyczny rząd i mają tradycje, do których można tu nawiązać. Przykładami jak przywiązanie społeczeństwa do demokracji może zaważyć na pomyślnym zakończeniu rewolucji są rewolucje: w Niemczech w 1918 i w Portugalii 1974. W państwach, które wolności i demokracji nigdy nie zaznały można spodziewać się jak najgorszego przebiegu wydarzeń. Chciałbym, aby potencjalni rewolucjoniści byli świadomi tego, że nie powstrzymany w nas bieg wydarzeń nie da się potem kierować czy choćby zwolnić. Na pewno nastąpią akty krwawej zemsty ze przeszłe lata. Na pewno pojawi się parcie w kierunku radykalizmu i zwykle ten radykalizm zdąży wymordować swoich przeciwników a na pewno nie spełni obietnic. Poszczególni uczestnicy wydarzeń mogą się poruszać wewnątrz tego scenariusza, ale nie mogą go zmienić. Być może stwierdzenia powyższe wypowiedziane są zbyt kategorycznie i dałoby się znaleźć po kilka kontrprzykładów, ale nie zmienia to faktu konieczności poszukiwania sposobów uniknięcia tego schematu.

Można by zapytać jaki jest związek tych teoretycznych rozważań z naszą sytuacją? Otóż ogromna większość Polaków wyobraża sobie, że prędzej czy później w naszym kraju musi wreszcie coś wybuchnąć. Jest to przekonanie powszechne, gorzej, że mało kto ma wizję tego wybuchu. Dla wielu ludzi jest to jakiś drugi Sierpień. Ale nie miejmy złudzeń, będzie to coś innego – będzie to właśnie rewolucja – demokratyczna i narodowa. Musimy być na ten wariant przygotowani. Musimy ją przeprowadzić tak, by zwyciężyć i by zminimalizować liczbę ofiar – bo nie oszukujmy się – ofiary będą. Ich liczba zależy między innymi od woli oporu przeciwnika – a więc możemy być pewni, że nasz przeciwnik łatwo się nie podda. Mają zbyt wiele do stracenia, mają dyspozycyjne wojsko, milicję – i ich użyją przeciw nam, dla nich liczba ofiar nie będzie miała żadnego znaczenia.

Wskazaną już powyżej drogą okiełznania rewolucji jest stworzenie ośrodka, który ją przygotuje i przeprowadzi. Ośrodek ten musi być w stanie narzucić społeczeństwu własną wizję rozwoju wydarzeń i realizować swój plan z żelazną konsekwencją. Konieczny jest mu do tego powszechnie uznany autorytet, warunkiem zdobycia i utrzymania w toku wydarzeń takiego autorytetu jest to, aby ośrodek ów został powołany do życia w skutek porozumienia zdecydowanej większości opozycyjnych partii i ugrupowań politycznych (które oczywiście należy utworzyć odpowiednio wcześnie). Należy też przystępować do rewolucji mając już uzgodniony uprzednio kształt państwa, które chcielibyśmy zbudować i program reform do przeprowadzenia. Od pierwszych 48 godzin, od pierwszych dekretów tymczasowego rządu narodowego będzie zależał przebieg naszej rewolucji. Aby uniknąć ciśnienia radykalizmu musimy być przygotowani na to, że droga do rządów demokratycznych będzie długa – że najpierw potrzeba nam sprawnego, silnego i obdarzonego autorytetem rządu, który będzie w stanie powstrzymać zalew zgubnej w takiej chwili totalnej demokracji. Zastanówmy się też, kto w Polsce będzie radykałem? Bo z reguły na świecie rolę tę odgrywają komuniści, którzy najpierw wchodzą w skład „frontu narodowego” a potem przystępują do walki o władzę wyłącznie dla siebie. U nas komuniści będą po drugiej stronie, zaś rolę radykałów odegrają ugrupowania nacjonalistyczne i szowinistyczne. Ich postulaty są łatwe do przewidzenia: Polska od morza do morza, odbić Lwów, Wilno i Zaolzie, wymordować do szczętu komunistów (a potem Żydów, ateistów, rowerzystów itd.).

Czy mamy szansę uniknąć wszystkich zagrożeń rewolucji? Uważam, że tak. Wybuch nie nastąpi zbyt prędko i być może starczy nam czasu i dobrej woli, by się do niego właściwie przygotować. Mamy tradycje demokratyczne, do których możemy nawiązać. Rząd Narodowy z 1863 r., dwudziestolecie niepodległości, polskie państwo podziemne 1939 – 1945 r., ruch „Solidarność”. Działa też na naszą korzyść powszechna u nas etyka chrześcijańska humanizmu i autorytet Kościoła. Pomogą nam one w opanowaniu nienawiści i woli zemsty, które – nie miejmy złudzeń – na pewno pojawią się w całej okazałości. Słyszę już głosy Humanistów, że oni nie przyłożą ręki do takich działań, w których giną ludzie. Umiałbym im przypomnieć, że ludzie giną także wtedy, gdy tych działań się nie podejmuje, giną gdzieś cicho, na uboczu, z rąk oprawców i choćby z braku lekarstw. Polityk niekiedy nie może uciec od kalkulacji ludzkimi istnieniami. Ale pamiętajmy, że jesteśmy współwinni każdej śmierci, również tej, której mimo możliwości nie zapobiegamy. Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za nasze decyzje, ale i za ich zaniechanie.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: