4. WACŁAW WOJENNY - LOGIKA WŁADZY

Wacław Wojenny

Prześledzenie powojennej historii, a zwłaszcza dwóch ostatnich politycznie burzliwych lat rozwiewa mity o złym samopoczuciu reżimu komunistycznego w Polsce. Partyjny rząd nie zalicza się do tego typu władzy, która nie posiadając żadnej legitymizacji swego istnienia może frustrować się izolacją i brakiem akceptacji przez rządzonych. Zapewne zdarzyły się i jej okresy niepewności i krótkiego oddechu, ale były to okresy bardzo krótkie. Wytyczają je znane daty z historii PRL, kiedy partia przyparta do muru, zmuszona była chodzić na wykalkulowane z góry w tajnych gabinetach polityczne odwilże. W poczynaniach dalekosiężnych władza ta wykazywała niezwykłą konsekwencję. A głównym celom rządu komunistycznego nigdy nie jest dobro narodu, podwyższenie stopy życia społeczeństwa, ale obrona fizyczna istnienia i panowania. Strategia tej obrony jest dobrze opracowana, że należy tylko podziwiać precyzję wprowadzania jej w czyn. Oczywiście zdarzają się i tutaj drobne porażki a nawet większe potknięcia. Zaliczyć do nich można niepewną sytuację po kolejnych załamaniach politycznych, z których zdecydowanie największym był Sierpień 1980. Władza komunistyczna to z jednej strony ciężka, niereformowalna instytucja nie zmieniająca stylu rządzenia od „zdobyczy” Stalina w tym zakresie, z drugiej zaś wykazuje zadziwiającą pomysłowość i elastyczność w takich kwestiach jak utrzymywanie w posłuszeństwie tych, nad którymi sprawuje kontrolę. Społeczeństwo polskie nieobyte z zasadami politycznego myślenia, żyjące w epokowym zakłamaniu, próbowało zwłaszcza w ostatnich latach przyzwyczaić się do możliwości osiągania materialnego dobrobytu również w socjalizmie. Wiedziano bowiem, że nic tak nie zmusza do lojalności jak uczestniczenie w rozdziale dóbr materialnych, korupcji i osobistej bezkarności. Władza zdawała sobie sprawę, że i tak nie wszyscy mogą być obdarowani, dawano więc tym, którzy prześcignęli innych na serwilizmie, czołobitności i umizgach. I trwał tak demoralizujący wyścig, przenoszący się na coraz niższe i mniej ważne szczebelki zarządzania, aż do 1980 roku. Gdyby nie zupełny krach gospodarki, gdyby władza z hojnością szacha perskiego mogła obdarowywać wiernych, kosztem karania mniej wiernych ale pozostawiając im margines na poprawę i powrót do łask, żylibyśmy dalej spętani ideologicznie, zakłamani moralnie, pozbawienie potrzeb myślenia w kategoriach politycznych.

Powstała „Solidarność” – potężny polityczny ruch społeczny w swojej liczebności i autentyzmie programu reform społecznych i gospodarczych, stanowiących rzeczywistą konkurencję na rynku politycznym. Dla partii, która nie chce i nie może dokonać politycznych reform, był to sygnał alarmowy, że jej niepodzielnym władztwie zaczynają się dziać rzecz nie przewidziane w programie, PZPR doskonale zdawała sobie sprawę, że powstanie „Solidarności” czyni z niej zbędny element życia politycznego, gdyż nie tylko odsłania jej prawdziwe oblicze antynarodowe, ale jeszcze pokazuje, że Polacy świetnie potrafią się sami organizować i widzieć inaczej przyszłość swojego kraju. W demokratycznych państwach organizacja czy partia polityczna zagrożona w społecznym poparciu, wchodzić próbuje w różnorakie kompromisy z innymi organizacjami czy partiami, które poparcie to posiadają. Reżim komunistyczny nie mógł tego zrobić z dwóch powodów:

1. Partia nie dzieliła i nigdy nie będzie się dzielić z nikim władzą.

2. Kompromis, który musiałby być zawarty w trakcie porozumienia, spowodowałby konieczność dokonania wewnętrznych reform.

Ani jedno ani drugie wyjście nie wchodziło nigdy, ani nie wchodzi teraz w rachubę. Podzielenie się władzą zachwiałoby podstawowy dogmat socjalizmu, a mianowicie zasadę dyktatury proletariatu. W praktyce nic nie ma ona wspólnego z rządami klasy robotniczej natomiast identyfikuje się z dyktaturą państwową całkowicie niekontrolowaną władzą nad społeczeństwem. Z tego też punktu widzenia opłaca się bronić generalnych założeń socjalizmu o radzieckim odcieniu politycznym. Drugi wariant scenariusza też niemożliwy jest do spełnienia. Kompromis zawarty między PZPR, a „Solidarnością” jak każdy układ między stronami wymagałby negocjacji zasadniczych punktów najbardziej interesujących obie strony. W przypadku komunistów stek bzdur i niedomówień legitymujących społeczeństwo i polityczne działanie władzy przy poważnych negocjacjach byłby nie utrzymania. Łączyłoby się to z utratą części, a w przyszłości całkowitej władzy. Dlatego też PZPR nie mogła pójść na żadne rzeczywiste zawarcie zgody – rozejmu z „Solidarnością”, gdyż byłby to jej początek końca. Albo Partia albo „Solidarność”. Te dwie organizacje polityczne z zasadniczego punktu widzenia nie mogły istnieć obok siebie, a tym bardziej współpracować. W przypadku Polski nie miało to żadnego znaczenia, że „Solidarność” to naród to przyszłość, to przełamanie barier służalczości i materialnych wyznaczników wartości człowieka, gdyż celem tych którzy mienią się polskim rządem było ratowanie socjalizmu wschodniego i jednowładztwa partyjnego. Cały rok 1981 to rok zwykłych draństw politycznych, to bezczelne kłamstwa, to polityka wygrywania jednych przeciwko drugim (Wałęsa – doradcy, doradcy – doły związkowe, inteligencja – robotnicy, robotnicy – chłopi), to misternie opracowany plan prowokacji (Bydgoszcz, Rondo Warszawa, Zielona Góra, Radom, WOSP), to cykl porozumień, który w momencie podpisania był już skazany na zapomnienie. Przerażająca, ale logiczna konsekwencja w działaniu – gra pozorów, rozbrajanie ideologiczne, wplątywanie w problemy drugoplanowe, aż do całkowitego zmęczenie przeciwnika. Czy musiało do tego dojść?

Analiz i recept już teraz jest wiele. Nie będę ich omawiał, gdyż nie jest to treść niniejszego artykułu. Sądzę jednak, że przy takim rozwoju wypadków jaki miał miejsce – Grudzień 81 był logiczną konsekwencją Sierpnia 80. Musiał być, gdyż takie są zasady funkcjonowania realnego socjalizmu. I każdy ewentualny Sierpień, w przyszłości będzie miał swój odpowiednik w Grudniu, dopóki Rosja będzie Rosją, krajem gułagów, przymusu pracy, tortur i zniewolenia umysłów. Będzie miał swój odpowiednik, jeżeli jego celem będzie znowu porozumienie i negocjacje, a nie kurs na pełną niepodległość. To, że Grudzień 1981 był pełnym zaskoczeniem dla wielu ludzi, świadczy o niewielkim politycznym wyrobieniu polskiego społeczeństwa i nieznajomości zasad funkcjonowania ustroju, w którym żyje ono prawie 40 lat. I z tego względu zamach stanu, dlatego że był szokiem dla większości Polaków – spełnił swoja rolę. Grudzień 81 musi rozwiązać wszelkie złudzenia, że jakakolwiek niezależna struktura społeczna może być partnerem porozumienia z komunistami i mieć realny wpływ na kształtowanie rzeczywistości polskiej. Wniosek wydaje się oczywisty, ale nie dla wszystkich jednakowo jasny. Do tych, którzy sprawiają wrażenie, że niewiele zrozumieli należy niestety większość struktur podziemnej „Solidarności”, która nawet wtedy kiedy ulicach przelewały się żelazne cielska czołgów z iście pruską dokładnością rozprawiano się z opozycją, mówiły o porozumieniu z ludźmi okupującymi naród. Cóż to za pomieszanie pojęć – wojna, tysiące internowanych i aresztowanych, zabici i sugestia podpisania swoistego aktu kapitulacji. W tej samej z resztą tonacji zostało utrzymane ostatnie oświadczenie TKK, ogłoszone w T M nr 41. Ale cóż, nic nie można poradzić, jeżeli niektórzy nie potrafią zrozumieć prostego faktu, że junta nie po to wywoływała wojnę i zniszczyła „Solidarność” żeby później z nią rozmawiać o podziale władzy i kompetencjach.

Militarni zwycięzcy zawsze narzucają swoje warunki porozumienia, a warunkiem junty jest całkowicie podporządkowanie i niedopuszczenie do żadnego porozumienia. Wydaje się, że doszliśmy do takiego momentu, że musimy jasno uświadomić sobie i społeczeństwu jaki cel będzie przyświecał naszej dalszej walce z azjatyckim totalitaryzmem. Czy chce wzorem lat 1980 – tych doprowadzić do reaktywowania „Solidarności” – czy może jest inne wyjście. Rozwiązanie pierwsze nie jest możliwe i już było to mówione. Posiada ono błąd w samym założeniu. Władza komunistyczna nie chce i nie może dzielić z nikim władzy, a jednowładztwo determinuje tylko krótkofalowe kompromisy taktyczne. Nie po to testowano sposoby łamania strajków i walk ulicznych, by doświadczenia płynące z tych lekcji odłożyć do lamusa i nigdy do nich nie powracać. Powróci się do nich tyle razy ile będzie potrzebne i w takim wymiarze w jakim to będzie z ich punktu widzenia niezbędne. Porozumienie zgodne z logiką władzy nie wchodzi w rachubę ani teraz ani na przyszłość.

Czerwony wie, że z każdej strony rzetelnego porozumienia, wyzwala wśród Polaków natychmiastowy wzrost potrzeb zmierzających do zdobycia większych niż proponowanych wolności. A to jest bardzo groźne, bo znów trzeba wypuszczać kohorty ZOMO, aby zrobiły kolejny porządek z buntownikami. Dlaczego junta woli rozmawiać tylko z sobą, odwrócona plecami – za dźwiękoszczelną szybą i to jej wystarcza, bo chodzi jej przede wszystkim o dialog. Rozmowa i zasady jej prowadzenia nie mają znaczenia. Odrzucając więc jakikolwiek kompromis musimy sobie dobitnie uświadomić zasadniczy fakt. Skoro nie można osiągnąć korzystnego kompromisu, skoro cel społeczeństwa i od niego oczekuje się tylko kapitulacji, pozostaje tylko jedno, jedno wyjście – rozpocząć walkę o suwerenne prawa narodu i demokratyczny ustrój Polski. Aby mieć tą upragnioną demokrację jak twierdzi Bertrand Russel trzeba mieć trochę wiary w sobie w to, że możliwe jest jej wywalczenie oraz skupienie się wobec sensownego programu politycznego – wyłącznie politycznego, który wskaże w jaki sposób walczyć. I to jest wg mnie realne wyjście z sytuacji, która jest bez wyjścia.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: