ZŁAMANY SZYFR - Między Instytutem Pamięci Narodowej a „Gazetą Wyborczą”

Polski dyskurs polityczny nie wyróżnia się zapewne niczym osobliwym, ilekroć jednak czytam w prasie codziennej coś, co odzwierciedla jakiś konflikt grupowych interesów, odnoszę wrażenie, iż z podobnym stylem prowadzenia dyskusji zetknąłem się w czasach PRL. Słowa, co prawda, odsyłały wówczas do desygnatów, ale odbywało się to w taki sposób, że klasyczna definicja prawdy stawała się na dobrą sprawę bezużyteczna i trzeba było specjalnego klucza by odbieraną wiadomość zweryfikować. A zasadę weryfikacji obrazowała chyba najlepiej seria popularnych dowcipów o Radiu Erywań, które orzekało, czy prawdą jest to, o czym donosi agencja TASS. Jeśli więc na przykład radiosłuchacz powołujący się na komunikat rzeczonej agencji zapytywał, czy to prawda, że w rocznicę rewolucji październikowej na Placu Czerwonym rozdawano auta marki „Mercedes”, Radio Erywań odpowiadało: „Prawda, ale nie w rocznicę rewolucji, tylko w dniu urodzin kierownika pobliskiego kołchozu, Michaiła Akaijewicza Putina; nie na Placu Czerwonym, lecz w podmoskiewskich Pietuszkach; nie mercedesy a rowery i nie rozdawano lecz ukradziono spod sklepu monopolowego wspomnianemu Michaiłowi Akakijewiczowi i jego towarzyszowi pijaństwa, Pawce Baszmaczkinowi”. Rozumiem, że moje pokolenie może mieć tych dowcipów po dziurki w nosie, kto wie jednak, czy w czasach rozkwitu publicystyki hołdującej wzorom agencji TASS nie okażą się one czymś w rodzaju złamanego szyfru Enigmy.

13 lutego br. „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Wojciecha Czuchnowskiego „IPN oczernia Jacka Kuronia”. Gdyby ktoś z czytelników tego dziennika zapytał mnie, czy prawdą jest to co głosi ów nagłówek, to kto wie czy w przypływie irytacji nie odpowiedziałbym, że owszem, jest prawdą, tyle że to nie IPN, lecz jeden z historyków zatrudnionych w tej instytucji… , nie oczernia lecz chwali… i nie Jacka Kuronia, lecz byłego pracownika gazety, Lesława Maleszkę za jego sumienne wywiązywanie się z funkcji tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa tudzież za talent narracyjny zademonstrowany w raporcie ze spotkania z Jackiem Kuroniem, które miało miejsce w roku 1977 w Krakowie. A gdybym był trochę mniej rozdrażniony, być może poprawiłbym sam siebie i dodał; „nie oczernia, lecz ocenia… wartość dokumentu, jakim jest raport Maleszki, w świetle dotychczasowej wiedzy o protestach studenckich 1968 roku”. Przy czym wcale by to nie oznaczało, że się z jego oceną w stu procentach zgadzam.

Mowa o wstępie Piotra Gontarczyka Relacja TW „Returna” ze spotkania z Jackiem Kuroniem. Przyczynek do rozważań na temat wydarzeń marca 1968 r. opublikowanym wraz z raportem Maleszki w II tomie pracy zbiorowej Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989. O jaką relację chodzi? Otóż w listopadzie 1977 roku doszło w Krakowie do spotkania Jacka Kuronia z grupą tamtejszych opozycjonistów ze Studenckiego Komitetu Solidarności (najpierw w mieszkaniu Bogusława Sonika a następnie, w mniejszym gronie, w rezydencji Ziemowita Pochitonowa). W archiwach IPN znajduje się raport biorącego udział w tym spotkaniu, tajnego współpracownika SB Lesława Maleszki. Fragment raportu dotyczący drugiej części spotkania, w której Kuroń relacjonuje przebieg protestów po zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego Dziadów Mickiewicza, zawiera uwagi na temat kulis działalności związanego z Kuroniem środowiska zbuntowanej, komunistycznej młodzieży (którą zwykło się nazywać komandosami). Zdaniem historyka IPN opis ten przeczy obiegowym sądom dotyczącym motywów działalności komandosów. Właśnie ta część wywodu posłużyła publicyście „Gazety Wyborczej” jako pretekst do niewybrednego ataku.

Piotr Gontarczyk użył w tytule swojego komentarza słowa „przyczynek”. Oznacza ono rozprawkę naukową, której celem jest uzupełnienie materiałowe wiedzy w danej dziedzinie jakimiś mniej znanymi szczegółami. Najwidoczniej jednak, publicysta „Gazety…” wiedział lepiej, jaki jest cel pracy, skoro napisał: „Artykuł jest »przyczynkiem« tylko w tytule. Jego autor, Piotr Gontarczyk, historyk i wicedyrektor pionu archiwalnego IPN, zaleca pod koniec tekstu »jak najszybsze wprowadzenie« swoich tez »do obiegu naukowego«”. Doświadczenia marca 1968 zaszczepiły mi nieufność, toteż z reguły sprawdzam, czy czytając coś, czemu trudno dać wiarę, nie uległem jakiemuś złudzeniu. Sprawdziłem więc i tym razem. Okazało się, że Wojciech Czuchnowski najzwyczajniej w świecie kłamie. W tekście doktora Gontarczyka jest mowa wyłącznie o wprowadzeniu do obiegu naukowego publikowanego dokumentu, tj. relacji „Returna” (Lesława Maleszki). Co gorsze jednak, owego przeinaczenia nie da się zrzucić na karby polemicznego zapędu. Streszczając komentarz Gontarczyka publicysta „Gazety Wyborczej” kłamie bowiem wielokrotnie i z premedytacją. Ponieważ, jak wspomniałem, trudno w to uwierzyć, dla porównania oryginału ze streszczeniem przytoczę w całości stosowne akapity pochodzące z obu wypowiedzi.

Anatomia oszustwa

Piotr Gontarczyk pisze:

Jaki obraz marca 1968 r. przedstawił Kuroń na spotkaniu w Krakowie? Kuroń pokazuje zajścia marcowe, jako wielką prowokację nacjonalistycznej frakcji Mieczysława Moczara, która dążyła do władzy w PZPR. Poniosła ona jednak klęskę przy istotnym udziale komandosów. Nie historiograficzne wywody są tu jednak najważniejsze. Otóż z gawędy warszawskiego gościa wyłania się obraz marca 1968 zasadniczo odmienny od tego, jaki można odtworzyć na podstawie książki Eislera. Przytoczone w relacji wypowiedzi Kuronia wskazują, iż główny motyw działań komandosów nie był bynajmniej głęboko moralny. Bardziej istotne wydają się natomiast cele taktyczne: jakoś trzeba było się odnieść do spontanicznie narastających wydarzeń, gdyż „komandosi” zdawali sobie sprawę, że: „atmosfera na uczelni jest taka, że wcześniej czy później dojdzie do wystąpień - i one są nieuchronne”. Opowieść Kuronia dowodzi, że nie chodziło też o dawanie jakiegokolwiek świadectwa na wzór Pana Cogito, tylko o udział w walce dwóch konkurencyjnych frakcji wewnątrz PZPR. Niepodległość, wolność czy inne, transcendentne wobec taktyki politycznej wartości były tu mniej istotne. Komandosi działali, bo chcieli zwycięstwa „partyjnych rewizjonistów” (z którym związane było środowisko Kuronia) nad frakcją Mieczysława Moczara. W szerszym kontekście ideowym, jako „ortodoksyjni marksistowscy bez reszty” komandosi występowali w obronie komunistycznego internacjonalizmu, a przeciwko stanowiącemu zagrożenie dla Partii, „nacjonalizmowi”.

A tak streszcza powyższy fragment Wojciech Czuchnowski:

Raport z rozmowy z Maleszką, który dołączony jest do tekstu, stał się dla Gontarczyka podstawą do sformułowania rewolucyjnych tez: „Główny motyw działań komandosów nie był bynajmniej głęboko moralny (...). Nie chodziło też o dawanie jakiegokolwiek świadectwa na wzór Pana Cogito, tylko o udział w walce dwóch konkurencyjnych frakcji wewnątrz PZPR. Niepodległość, wolność czy inne transcendentne wobec taktyki politycznej wartości były tu mniej istotne” - pisze pracownik IPN i dodaje: „Komandosi działali, bo chcieli zwycięstwa partyjnych rewizjonistów (...) nad frakcją Mieczysława Moczara (...)”. Jako „ortodoksyjnie marksistowscy bez reszty, komandosi występowali w obronie komunistycznego internacjonalizmu przeciwko stanowiącemu zagrożenie dla partii nacjonalizmowi”.

Wyjaśniam, że skróty zaznaczone kropkami w nawiasach nie są dziełem moim, lecz publicysty „Gazety…” Wprowadził je tam, gdzie pojawiały się verba dicendi i inne słowa wskazujące na metajęzykowy charakter wypowiedzi Gontarczyka i świadczące o tym, że historyk IPN relacjonuje streszczone przez Maleszkę poglądy Jacka Kuronia. Jeśli czytelnik nie zajrzy do oryginału, może dojść do błędnego wniosku, że są to opinie Piotra Gontarczyka. Mamy więc do czynienia z pospolitym oszustwem, choć nie dość wielkim, by mogło przynieść jakiś większy efekt propagandowy. „Im większe kłamstwo, tym większe szanse, że ktoś w nie uwierzy” mawiał pewien polityk o niemieckim nazwisku. Całe szczęście, że żyjemy w czasach, gdy trudno o wielkie kłamstwa.

Z punktu widzenia propagandy nie ma większego znaczenia, jaka jest prawda historyczna. Josef Goebbels mawiał, że nie prawda i nie fałsz przesądzają o skuteczności perswazji, lecz wiarygodność. Zalecał posługiwanie się wyrazistymi frazesami i podkreślał, że dla kształtowania opinii ważny jest głos osób z autorytetem. Ponieważ Piotr Gontarczyk znacznie przewyższa dziennikarzy „Gazety…” wykształceniem i dorobkiem naukowym, Czuchnowski podparł się autorytetem naocznego świadka, Seweryna Blumsztajna, który natychmiast sformułował retoryczne pytanie „ile lat musi przesiedzieć w więzieniu Kuroń czy Michnik, żeby już żaden pętak nie odważył się kwestionować ich patriotyzmu?” i zestawił nazwisko historyka IPN z nazwiskiem partyjnego propagandysty z tamtych czasów dając czytelnikom do zrozumienia, że Gontarczyk to po prostu taki mały Gontarz (figura retoryczna nazywana paronomazją albo grą słowną). Głos zabrali również profesor historii Henryk Samsonowicz i wybitny literaturoznawca Michał Głowiński. Obaj z całą pewnością wiedzą, co mówią, choć ich doświadczenia z tamtych czasów są trochę inne. Prof. Samsonowicz w okresie, gdy usuwano studentów z uczelni (1968), pełnił funkcję prodziekana Wydziału Historycznego UW, a w roku 1969 był członkiem Sekcji Historycznej Komitetu Nauki KC PZPR. Michał Głowiński, o ile wiem, do organizacji tego typu nie należał i jest autorem antykomunistycznej książki Marcowe gadanie. Problem w tym jednak, iż raportu Maleszki poprzedzonego wstępem Gontarczyka nie czytał i mógł wydać opinię tylko na podstawie wysłuchanych przez telefon fragmentów, które brzmiały „okropnie”.

Po co ta nagonka, skoro przyczynki naukowe i tak nie mają szans dotarcia do większej grupy czytelników i funkcjonują prawie wyłącznie w obiegu specjalistycznym? Myślę, że idzie nie tyle o Jacka Kuronia, ile o Piotra Gontarczyka i jego, jak to określa publicysta „Gazety…” „skrajnie prawicowe poglądy”; o fakt, że zdaniem Czuchnowskiego „w swoich publikacjach podważał ustalenia IPN na temat współodpowiedzialności polskich mieszkańców miasteczka za zbrodnię w Jedwabnem” (co też nie jest zgodne z prawdą, gdyż Gontarczyk podważył wyłącznie ustalenia Jana Tomasza Grosa, które, jak dowiodło śledztwo IPN, okazały się błędne), że jest współautorem publikacji Tajne oblicze AL, GL i PPR i (co najbardziej godne potępienia!) zajmuje od niedawna „wysokie stanowisko w IPN”. Żeby nie było wątpliwości, dziennikarz powołuje się na anonimowego historyka z Instytutu, według którego „Gontarczyk na tym stanowisku został obsadzony celowo. To rodzaj demonstracji”. Ot i cała tajemnica: niewłaściwy człowiek na właściwym stanowisku, nie nasz człowiek...

„Postępowe tradycje” a sprawa Polska

Artykuł Czuchnowskiego z całą pewnością nie zasługuje na replikę, pozostaje jednak kwestia prawdy historycznej i wiedzy o tamtych czasach. Nie wszystkie sprawy są bowiem oczywiste. Jest bardzo prawdopodobne, że marzec 1968 był w swojej genezie prowokacją ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, generała Moczara, ale wydarzenia przybrały taki zasięg, że wymknęły się spod jego kontroli. Bezsporna jest w mojej opinii geneza działalności komandosów w latach 1967-68. Sprawa politycznej ewolucji ich środowiska, adoptowania w okresie pomarcowym haseł bliskich środowiskom niepodległościowym tudzież zbliżenia do kręgów katolickich, a ściślej rzecz biorąc, do środowiska „Więzi” i „Znaku”, nie jest jednak oczywista. Według mnie, za symboliczną granicę dającą się dostrzec w dyskursie politycznym owej formacji można przyjąć dwa artykuły Leszka Kołakowskiego napisane w 1973 roku, Sprawa polska i Odwet sacrum w kulturze świeckiej (w tym czasie Jacek Kuroń i najbardziej aktywni komandosi są już na wolności). W okresie wydarzeń marcowych i marzec 1968 poprzedzających można co najwyżej doszukiwać się zapowiedzi późniejszych zmian w etosie lewicy.

Retoryka użyta w petycji po zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego Dziadów Mickiewicza niewiele do sprawy wnosi. Protest „przeciwko polityce odcinania się od postępowych tradycji narodu polskiego” w swojej warstwie językowej przypominał po prostu język ówczesnej szkoły średniej. Na lekcjach polskiego mówiono wtedy o romantyzmie postępowym i wstecznym. Gdyby w tym samym czasie ktoś wystawił Nie-Boską Komedię Krasińskiego z jej Okopami Świętej Trójcy i Chórem Przechrztów i gdyby z powodów politycznych władze zdecydowałyby się zdjąć ów dramat ze sceny, do protestów zapewne by nie doszło. Mickiewicz kojarzył się z czymś zupełnie innym. Z jednej strony był znakiem otwarcia na kulturę żydowską, z drugiej, jako autor III części Dziadów, wpisywał się w kanon tradycji antyrosyjskiej. Jedna ze slawistek amerykańskich powiedziała mi po przeczytaniu tego dzieła, że nigdy przedtem nie spotkała się z czymś równie wrogim wobec Rosji.

Jakby na to nie patrzeć, trzeba przyjąć do wiadomości fakt, że po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie środowiska związane z partyjnymi rewizjonistami skupionymi po śmierci Stalina w tzw. grupie puławskiej nie miały już powodów, by kochać Wielkiego Brata. Zwycięstwo wojsk izraelskich nad popieranymi przez Związek Sowiecki Arabami sprawiło, że Moskwa nie tylko nakazała bratnim krajom zerwać stosunki dyplomatyczne z Izraelem (wyłamała się tylko Rumunia), ale również sama rozpoczęła kampanię „antysyjonistyczną” i dała towarzyszom z bratnich partii placet na przeprowadzenie u siebie stosownych czystek. To wtedy przypieczętowany został los środowiska, z którego wywodzili się komandosi. W marcu likwidowano już tylko niedobitki. Trudno powiedzieć, na ile młodzi ludzie z otoczenia Kuronia mieli świadomość, że czeka ich nieuchronna klęska, polityka Moskwy prowadziła jednak z całą pewnością do ugruntowania się w ich środowisku nastrojów antysowieckich, a to z kolei nie mogło pozostać bez znaczenia dla osób spoza środowiska, rozumujących w kategoriach dążeń niepodległościowych. Wnioski polityczne zaczęto wyciągać z tego dopiero po kilku latach, ale już w marcu zarysowała się szansa porozumienia. Na ulicę wychodziło się z różnych przyczyn, a w aresztach znaleźli się wówczas nie tylko komandosi wywodzący się z Walterowców, lecz także osoby jednoznacznie kojarzone dziś z prawicą, takie jak Janusz Korwin Mikke czy Antoni Macierewicz. To chyba o czymś świadczy.

Komentując opublikowaną w roku 1981 wypowiedź Jacka Kuronia na temat decyzji zwołania wiecu 8 marca, Jerzy Eisler napisał: „Dla Kuronia mogła to być przede wszystkim decyzja o podłożu moralnym nie politycznym” (Marzec 1968). Jest to przeciwstawienie zwodnicze, toteż Piotr Gontarczyk miał prawo pokazać, do czego może ono prowadzić, jeśli jedyną podstawę formułowania opinii stanowi autokomentarz politycznego moralisty. Polityka i moralność to pojęcia innego rzędu. Mają się one do siebie tak, jak ma się środek do celu albo technika do etyki. Z faktu, że polityk zaczyna pisać o swoich rozterkach duchowych wynika tylko tyle, iż włącza zagadnienia moralne do dyskursu politycznego. I na odwrót: milczenie o sprawach natury etycznej nie oznacza wcale, że ktoś podejmujący decyzje polityczne nie kieruje się zasadami moralnymi. O publicystyce środowiska komandosów można z całą pewnością powiedzieć, że miała charakter w dużych segmentach moralistyczny. Czy przekładało się to na etyczną praktykę, tego po prostu nie da się stwierdzić bez gruntownej znajomości indywidualnych biografii. Stawianie tego typu pytań w innych sytuacjach nie ma większego sensu.

Mój przyczynek

Czy można wierzyć relacji Maleszki? Według doktora Gontarczyka, obecny na spotkaniu z Jackiem Kuroniem, Bogusław Sonik nie kwestionuje prawdziwości opisanych faktów. O zdarzeniu wspomina również w jednej z książek sam Kuroń nie przytaczając jednak żadnych szczegółów: „Spotkanie skończyło się (mowa o jego pierwszej części – TaW) i zawieziono mnie do starego pięknego domu pod Kraków - pisze. - Dom byt własnością rodziny Ziemowita Pochitonowa, jednego z rzeczników SKS-u i, jak mówiono, nocował w nim kiedyś sam Witos. Jeden z pokoi wynajmował w nim właśnie Adam Boniecki i u niego z grupą najaktywniejszych członków SKS-u siedzieliśmy długo w noc, pijąc czerwone wino i pogadując o życiu, w atmosferze życzliwości, w rozumieniu i bliskości” („Gwiezdny czas” cytat za ). W grupie wybranych, przy winie, rozmawia się o innych sprawach niż podczas bardziej oficjalnych spotkań. Posługiwanie się w takich sytuacjach dyskursem publicznym byłoby po prostu nie na miejscu. Ale takie właśnie są reguły. Zawsze jest jakiś cel i podporządkowana mu socjotechnika, którą zna tylko grupa wtajemniczonych. To nie znaczy wszakże, iż historyk powinien poprzestać na badaniu pierwszego.

O wydarzeniach marcowych wiadomo już dostatecznie dużo, o motywach działalności osób, które nie miały nic wspólnego z systemem ówczesnej władzy a mimo to wychodziły na ulicę, trochę mniej. Może więc powinienem dorzucić swoje trzy grosze.

W roku akademickim 1967/68 wraz z kolegą z warszawskiej polonistyki, Januszem Pawłowskim, wynajmowaliśmy pokój w budynku przy Al. Niepodległości (161) w pobliżu skrzyżowania z Rakowiecką. Adres o tyle ważny, że jak się później okazało w marcu 1968, dom był pod obserwacją (piętro niżej mieszkał Włodzimierz Brus) i pewnej nocy (16 marca o godz 00:45) zostaliśmy przychwyceni przez SB w okolicach Wydziału Chemii na Wawelskiej z puszką farby i pędzlem. Nim do tego doszło jednak, w okresie między zdjęciem z afisza Dziadów a wiecem 8 marca braliśmy udział w wojnie ulotkowej. Żaden z nas nie miał nic wspólnego ze środowiskiem komandosów. Janusz poznał po prostu (chyba przypadkowo, przez Andrzeja Mencwela) Irenę Grudzińską i ta zaprosiła go na kilka spotkań grupy (mówię o grupie tych mniej wtajemniczonych, bez pomocy których wszakże niewiele można było zdziałać). I tak się zaczęło. Maszynę pożyczoną od Krzysztofa Zaleskiego (dziś znanego reżysera teatralnego) wywiozłem poza Warszawę do Przasnysza. Matka i żona przepisywały ulotki w wielu egzemplarzach i podawały przez zaufanych, a myśmy je rozlepiali głównie w pobliskich budynkach SGGW i SGPiS-u (dziś Szkoła Główna Handlowa). Mało kto zwracał na nas uwagę, co chyba uśpiło naszą czujność. Pewnego dnia w wielkim hallu SGPiS-u otoczyła nas grupa ZMS-owców i zaczęła się szamotanina. Do budynku wszedł w tym czasie oficer milicji w randze majora. Młodzi towarzysze natychmiast zameldowali mu o przyłapaniu nas na gorącym uczynku, ten jednak (ku ich zdziwieniu!) nie próbował nas nawet wylegitymować. Poprosił tylko o opuszczenie terenu uczelni. Wtedy mniej więcej zacząłem pojmować mechanizmy prowokacji. Po wiecu 8 marca zamykano protestujących studentów w aresztach, ale przed wiecem ludzie Moczara robili wszystko, aby doprowadzić do wystąpień na większą skalę, stłumić je siłą i zakończyć rozprawę z przeciwnikami.

Ponieważ zdarzenie to wydało mi się znaczące, opowiedziałem o nim po latach kilku osobom, m.in. Antoniemu Macierewiczowi i … Jackowi Kuroniowi właśnie. W listopadzie 1994 roku Kuroń był gościem Uniwersytetu Michigan w Ann Arbor. Doszło do spotkania z miejscowym środowiskiem akademickim. Ponieważ byłem wówczas lektorem języka polskiego i wiceprezesem lokalnego oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej, gospodarze imprezy poprosili mnie, bym zawiózł przybysza z Polski do Orchard Lake i zaaranżował spotkanie z kanclerzem Polskich Zakładów Naukowych, ks. prałatem Stanisławem Milewskim. Mieliśmy więc sporo czasu (około trzech godzin) na prywatną rozmowę, a rozmawialiśmy w obecności osoby trzeciej, która prowadziła samochód, głównie o kulisach marca 1968. Moja opowieść oczywiście nie zaskoczyła go, a to, co wówczas usłyszałem, pokrywało się w dużym stopniu z „raportem” Maleszki.

Czy dziś wspominając o tym oczerniam Jacka Kuronia? Gdybym był szefem archiwów IPN, „Gazeta Wyborcza” uznałaby mnie pewnie za obrazoburcę, przedstawiciela skrajnej prawicy, nawiedzonego zwolennika lustracji i Bóg wie jeszcze kogo. Na szczęście, jestem tylko niezależnym dziennikarzem i wydawcą.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: