SMUTNY CYRK W WOŁKOWYSKU

27 sierpnia w mieście, które teraz obchodzi swe milenium, gdzie 609 lat temu zebrali się panowie polscy i bojarzy białoruscy dla omówienia warunków połączenia obu państw, odbył się spęd Związku Polaków na Białorusi.

Był to spęd w znacznej mierze: „pisz Pan Polaków”, organizowany, przeprowadzony i opłacony przez administrację Aleksandra Mniejszego, Kołchoźnika czy jak kto woli Cygańskiego Barona. Zawiadomienia o „zjeździe” dostawały poszczególne koła Związku nie od uzurpatorskich władz z „panem” Kruczkowskim na czele ale od miejscowego burmistrza czy starosty i jego przedstawiciele wyznaczali ilość delegatów z poszczególnych miast, np. z Mińska miało jechać tylko 2 choć według ilości członków należy się nam 5 mandatów, z Mołodeczna 2 a powinno 3 itd. Wiele oddziałów jak Mińsk, Iwieniec, Mołodeczno nie przysłało „delegatów”, mimo że bardzo byli do tego namawiani a w Mińsku, gdzie władzom oświadczono, że nie można w tak krótkim czasie i to podczas wakacji zrobić zebrania wyborczego, proszono o „obserwatorów”, których też nie posłano.

„Delegaci” najpierw udali się do Brześcia, gdzie ich wojewoda ugościł, a następnie pojechali do Wołkowyska, gdzie wszystkich zakwaterowano w jednym z jeszcze nieczynnych internatów. Już w Brześciu spędzonym rozdano napisany po rosyjsku program zjazdu obliczony tylko na 6 godzin oraz listę wszystkich kandydatów do Zarządu Związku, Rady Związku, komisji rewizyjnej i komisji skrutacyjnej. W piękny słoneczny dzień, w sobotę rano przed śniadaniem zawieziono wszystkich do kościoła i tam okazało się, że mało kto ze spędzonych zna słowa modlitwy „Ojcze Nasz” czy „Pod Twoją Obronę”, a niektórzy „delegaci” żegnali się na modłę prawosławną. Zresztą podobnie było na sali "obrad". Mało kto znał słowa hymnu Związku: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród", więc na zakończenie nadano hymn z taśmy magnetofonowej.

„Delegaci” po śniadaniu przyjechali pięcioma autobusami pod odnowiony rok temu przed ogólnokrajowymi dożynkami Dom Kultury. Smutno było na nich spojrzeć, bo poza uśmiechniętymi agentami, którzy zaszczycili swymi wypowiedziami antypolski film w białoruskiej TV, reszta miała nosy spuszczone na kwintę i nie patrzyła w oczy oblegających wejście do tego pałacu licznych dziennikarzy. Autora tych słów nie wpuszczono na salę, choć zwyczajowo na poprzednie zjazdy wchodził kto chciał nawet nie członkowie Związku a potem wpuszczono dziennikarzy ale nie członka redakcji opozycyjnego tygodnika „Glos z nad Niemna”. Dziennikarzy wpuszczono jednak tylko na 10 minut, na moment powołania prezydium zjazdu, w gruncie rzeczy takiego samego jakie było w Grodnie w marcu, a potem ich wyproszono z tego cyrku, który „zaszczycili” liczni urzędnicy władzy, w tym po raz pierwszy w historii Związku minister kultury. Obrady były podobne do dawnych plenów; przemawiały osoby wyznaczone i doszło tylko do jednego zgrzytu, gdy delegat z Baranowicz nie zgodził się wejść w skład komisji rewizyjnej motywując to tym, że jako inżynier do tego się nie nadaje a lepiej znaleźć jakąś księgową, co zresztą szybo uczyniono.

Zgłoszono trzech kandydatów, w tym dr Kruczkowskiego, którego administracja prezydenta teraz tak kocha a niecały rok temu skreśliła z listy kandydatów na posłów w bardzo polskim okręgu w Szczuczynie gdzie miał 95 % szans i J. Łucznika, kierownika szkoły w bardzo polskim Sopockinie, jedynej bodaj na Białorusi miejscowości gdzie na ulicy ludzie mówią po polsku ale zapewne za jego plecami będą rządzić dwaj wiceprezesi: Skrobocki, który od roku ma zakaz wjazdu do Polski oraz K. Zanjdziński.

Nowością było przybycie do Wołkowyska około 15 działaczy antyłukaszenkowskiego Młodego Frontu ale okazało się, że drugą grupę jadącą autobusem zatrzymano koło Stołpców, dawnej stacji na granicy Polski i ZSRR. Zresztą to nie była jedyna próba kontroli wjeżdżających do Wołkowyska; na trasie do tego miasta przed wszystkimi rogatkami stały po dwa wozy milicyjne, które zatrzymywały samochody nie posiadające rejestracji wołkowyskiej. Autorowi udało się do miasta dotrzeć tylko dzięki temu, że jechałem ze swego majątku położonego o 25 km od miasta autostopem i podwiózł mnie jakiś inżynier z zakładów produkcji materiałów budowlanych, od którego się dowiedziałem, że polowa zakładów miasta stoi nie od wczoraj. Najśmieszniejsze było to, że w sobotę wstrzymano wszystkie normalnie kursujące do Wołkowyska pociągi podmiejskie.

Koło południa przyjechał do nas pan Labiedźka, przewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej, jednej z sił opozycji antyłukaszenkowskiej. Wreszcie udało się Kołchoźnikowi pogodzić nas z nimi i za to Bogu niech będą dzięki.

Nie tylko w głównych drzwiach domu kultury stało kilku kagebistów ale pod dwoma bocznymi drzwiami a przed domem snuło się sporo smutnych osesków i jeden z nich stale nas filmował kamerą. Po zakończeniu spędu wszyscy udali się do podstawionego autobusu i można było stwierdzić, że było ich co najmniej 40.

I cóż dalej? Wśród zgromadzonych dziennikarzy polskich przeważała bardzo smutna opinia, że polski MSZ, które nigdy nie odniosło żadnego sukcesu na polu dyplomacji, przełknie z kwaśną miną to co zaszło i w końcu Kołchoźnik zwycięży. Wśród delegatów natomiast krążyła opinia, że będzie jeszcze gorzej, bo Polska zamknie swe granice dla przyjeżdżających z Białorusi obywateli tego kraju, a nie wprowadzi dwustu dolarowej opłaty za przekroczenie granicy przez TIR-y jadące dalej do Moskwy, co uderzyłoby nie w obywateli Białorusi ale w łukaszenkowskie władze, które czerpią spore zyski z tranzytu.

Co ciekawe tylko białoruska rządowa TV chciała ze mną rozmawiać i na jej ręce złożyłem gratulacje prezydentowi, że dał się wrobić w antypolską akcję, która z jednej strony zdynamizuje śpiącą dotąd mniejszość polską. Początek sojuszu Polaków z nacjonalistyczną opozycją jest na prawdę bardzo niebezpieczny dla prezydenta, którego ani Bush ani Putin nie kocha, tylko ani jeden, ani drugi nie widzi jeszcze kogo ma na miejsce Aleksandra Mniejszego wpakować.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: