4. LIST DZIAŁACZA „S” NISKIEGO SZCZEBLA

POCZTA DO I OD REDAKCJI Warszawa, dnia 7.01.83 r. Szanowna Redakcji! Miałem okazję przeczytać jedynie dwa Wasze numery (10 i 11/12) i robiłem to z mieszanymi uczuciami. Na wstępie musze stwierdzić, iż podzielam wasze poglądy w większości poruszanych kwestii. Z jednym chyba wyjątkiem – razi mnie Wasz niefrasobliwy stosunek do morderstw w Szatila i Szabra. Pomijając, że uważam takie fakty za wysoce niekorzystne politycznie – jestem zdania, że jeśli ceną za nasze zwycięstwa mają być morderstwa na kobietach i dzieciach, to lepiej byśmy nie zwyciężyli. I nie jest to dla mnie demagogia, tylko moralność, która obowiązuje, choć jest często niewygodna – także w polityce. Ponieważ jednak spór o aksjomaty na ogół nie ma sensu, wracajmy do rzeczy; choć podzielam z grubsza wasze poglądy i choć myślę, że podziela je w tym kraju znacznie więcej ludzi, niż sami podejrzewacie – nie mogę nie oceniać tego, co próbujecie robić jako wysoce szkodliwego społecznie. Pomijam tu także fakt stosowania chwytów polemicznych żywcem z… (mniejsza z tym, to też byłby chwyt poniżej pasa), jak np. mieszanie z błotem nie uczynków i wypowiedzi, co jest oczywiście dozwolone, nawet nie poglądów, co już bywa mniej eleganckie, ale ludzi – co jest na ogół, delikatnie mówiąc, brzydkie. Nie to jest jednak ciągle najważniejsze. Ważne jest to, że nie zbudowawszy jeszcze niczego (jak to sami przyznajecie – nie mając na to większych widoków), bierzecie się za demontaż tego, co choć niedoskonałe i okaleczone ma dla naszego narodu nadal znaczenie ogromne. Chodzi mi tu o różne tyleż złośliwe co ogólnikowe uwagi pod adresem TKK i jej niektórych członków, dość obrzydliwe insynuacje pod adresem niektórych działaczy i doradców „S” (Wielowiejski, Mazowiecki, Rusinek, Bujak, żeby pozostać tylko przy numerze 11/12), pełne Schadenfreude (radość z czyjegoś niepowodzenia – przyp. „N”), obwieszczenie końca podziemnej „S”, którymi przepojone są jak kiełbasa tłuszczem Wasze artykuły. Cel jest chyba oczywisty – szarpanie autorytetu kierownictwa „S” w imię… Właśnie w imię czego? Chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ja też raczej nie jestem konformistą, a słowo „autorytet” zawsze brzmi dla mnie trochę podejrzanie – tyle, że to wszystko jest dobre w czasach pokoju. Ale na pokój, jak wiadomo, na razie się nie zanosi. I to co piszę, nie jest pisane w obronie autorytetów jako takich, ani niczyjego autorytetu w szczególności – a jedynie w obronie tego, co uważam dziś za najoczywistszą rację stanu tego społeczeństwa. Nie wiem czy mieliście kiedyś okazję obserwować, jak trudno jest rozproszyć grupę ludzi wyposażonych w coś, co pełni rolę sztandaru. Ja brałem kiedyś udział w takiej demonstracji – po każdym ataku „gestapo” już za chwilę ludzie zbierali się z powrotem wokół faceta z biało-czerwoną szturmówką. Chyba to sprawa drugorzędna, jaki przedmiot pełni taką rolę – czy jest to szturmówka, zielona gałąź, czy też wrona nadziana na kij od szczotki. Ważne jest by ludzie uznali to za swój sztandar. I nie ma sensu – o ile z grubsza akceptuje się cel demonstracji – próbować zrywania tego sztandaru w nadziei, że może uda się go zastąpić nieco lepszym. Zwłaszcza, jeśli dysponuje się tylko chustką do nosa. Za taki sztandar uważam w tej chwili ludzi, którzy stoją na czele podziemnej „S”. Jeżeli to w ogóle jeszcze możliwe, tylko oni dysponują takim autorytetem w kraju i na świecie, że mają szansę skupić wokół siebie wszystkie grupy opozycji demokratycznej i życzliwe poparcie zagranicy. Popełnili oni poważne błędy, które mogą okazać się – a raczej już się okazały – tragiczne w skutkach. Ważne jest jednak to, że ludzi tych i ich autorytetu, nawet nadszarpniętego, nikt dziś nie zastąpi, więc sprawą życia i śmierci jest dla nas skupić się wokół nich i wspierać – bo tylko w taki sposób możemy wspierać siebie nawzajem. Trudno jest wojna i musimy teraz szukać przede wszystkim tego co nas łączy, albo razem pójdziemy do klatki – tyle, że poszturchując się w wejściu i opluwając. Nie mam Wam oczywiście za złe, że głosicie własne poglądy, zwykle sprzeczne z poglądami „tych wielkich” z podziemia. Podkreślam jeszcze raz, że Wasze poglądy w dużym stopniu podzielam. Ale co innego wskazywać drogę, którą uważa się za lepszą do wspólnego przecież celu, a co innego podstawiać nogę tym, którzy tą drogą iść nie chcą. Oczywiście istnieje możliwość (tu chciałbym z góry przeprosić za cień podejrzenia), że jesteście… po prostu… no, powiedzmy studentami p. Koseckiego (maniak manipulacji – przyp. „N”). W takim razie bardzo przepraszam i odwołuję co napisałem. Myślę jednak, że wykazujecie na to zbyt wiele wyobraźni. Dlatego proszę: atakujcie kogo chcecie, byle to była polemika a nie podszczuwanie. Przedstawiajcie swój program, przeciwstawiajcie go innym programom. Ale wstrzymajcie się od nie popartych argumentami wierzgnięć w stronę osób, których nie lubicie. I nie spieszcie się tak z pogrzebem „S”, bo kiedy ta upadnie naprawdę – nasze pokolenie nie zdobędzie się drugi raz na dzieło tej miary. Pamiętajcie jedno: dzielenie Polaków nie Polakom dziś służy. Nawet dzielenie na tych, co mają rację, i tych co jej nie mają. Nawet jeśli to Wy macie rację. Z wyrazami szacunku działacz „S” niskiego szczebla.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: