SPOWIEDŹ DZIECIĘCIA W STARSZYM WIEKU

Już po raz drugi parafrazuję tytuł słynnej powieści Alfreda de Musset Confession d'un enfant du siècle. Czynię to z premedytacją, jako że w ostatnich kilku latach podobne nawiązania stały się sygnałem wywoławczym czegoś, co wyłamuje się z ram rozważań o duchu czasów, w których żyjemy. Określenia tego rodzaju zaczęły pojawiać się w czymś szczególnym: w obrachunkach z przeszłością byłych współpracowników SB. Po szoku spowodowanym ujawnieniem agenturalności Lesława Maleszki, serii oświadczeń, artykułów i dyskusji, przyszły refleksje natury moralnej, prowadzące do dość smutnych wniosków, z którymi musieli się zgodzić nawet przedstawiciele środowisk niechętnych wobec lustracji. W trzecim numerze „Więzi” z 2002 roku Stanisław Obirek SJ opublikował komentarz pod znamiennym tytułem „Niedokończona spowiedź dziecięcia wieku”, w którym ubolewał nad połowicznością i wykrętnością konfesyjnych wypowiedzi publicysty „Gazety Wyborczej”. Zawierał ów komentarz jedno niezwykle trafne zdanie: „skruchy nie można wymóc, do niej można tylko dorosnąć, dojrzeć”. Minęło cztery lata, przed konfesjonałem robi się tłoczno, kolejka grzeszników wydłuża się i zaczyna sięgać środowisk emigracji, ale tak naprawdę, nikt z nich nie przybył spowiadać się z własnej nieprzymuszonej woli.

19 stycznia b.r. nowojorski „Nowy Dziennik” doniósł, że Jerzy Prus, przybyły z Polski w roku 1986 działacz opozycji antykomunistycznej, dyrektor Instytutu Piłsudskiego w latach 1987-92 oraz członek Zarządu Wydziału New Jersey Północne KPA (w latach 1999-2002 i 2004-2006) przyznał się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Zdaniem dziennika „sprawa wyszła na jaw, kiedy w Stanach Zjednoczonych przebywał z wizytą historyk dr Sławomir Cenckiewicz”. Trzeba więc było wizyty pracownika IPN, który posiadał niezbite dowody na współpracę opozycyjnego aktywisty z komunistycznymi specsłużbami, by skłonić go do przyznania się. Nawiasem mówiąc, rola dr Cenckiewicza ograniczyła się w tym wypadku do przeprowadzenia prywatnej rozmowy z Prusem. W wystąpieniach publicznych o sprawie znajomego nie wspominał, choć miał niejedną okazję, jak choćby w Klubie Dyskusyjnym przy Parafii Księży Chrystusowców w Sterling Heights (Michigan), gdzie wygłosił prelekcję na temat PRL-owskich metod walki z Polonią amerykańską.

Nie zamierzam komentować decyzji Jerzego Prusa sprzed dwudziestu czterech lat, ani formułować jakichkolwiek ocen odnośnie jego współpracy z SB (do tego uprawnione są przede wszystkim osoby, w sprawie których złożył pisemny raport), nie mogę jednak przemilczeć tego, co on sam ma dziś na ten temat do powiedzenia. Pomijam fakt, że z równie żenującym i niesmacznym wyjaśnieniem motywów podjęcia współpracy z wrogiem nie spotkałem się do tej pory. Idzie mi przede wszystkim o to, iż wyjaśnienia Prusa już przez sam swój kształt retoryczny zaciemniają i fałszują obraz historii. Jego „Spowiedź po latach” opublikowana na stronie internetowej Videofactu http://www.videofact.com/polska/gotowe/p/prus/prus.html sprawiać może wrażenie spontanicznych wyznań człowieka porażonego przeżyciem, które zostawia ślad w postaci selektywnej amnezji. To, co zapamiętał, wydaje się przybierać fragmentaryczny kształt i zaczyna zlewać się w strumień nie powiązanych ze sobą epizodów. W zestawieniu z towarzyszącym owej dziwnej spowiedzi oświadczeniem widać jednak, że w całym tym szaleństwie jest metoda. A oświadczenie brzmi tak:

Oświadczam, że pod przymusem – co prawnie oznacza nieważność zobowiązania – w styczniu 1982 r. podpisałem deklarację lojalności i o współpracy z bezpieką by nie pójść do więzienia lub internatu, w moim przekonaniu [o] żadnej współpracy faktycznej nie było, nikogo nie wydałem, żadnej korzyści materialnej nie przyjąłem. Chyba w styczniu 1985 r., co przypomniał mi dr Cenckiewicz, kategorycznie odmówiłem dalszych konwersacji. O faktach tych poinformowałem kilka osób z którymi współpracowałem w Kraju w stanie wojennym, najdokładniej i na bieżąco tą osobę do której miałem najwięcej zaufania tj. do Michała Więckowskiego (zmarł mając lat 40, 29 VIII 1984 r.). Ciąg dalszy pozostawiam do wyjaśnienia w sądzie lustracyjnym w Kraju, jeśli będzie mi dane prawo do obrony.

Jerzy Prus, 12 stycznia 2006 r.

Trudno nie zauważyć, iż autor usiłuje tłumaczyć się między innymi również z czegoś, o co nikt go nie oskarża, mianowicie – z podpisania deklaracji lojalności, po czym natychmiast, w tej samej sekwencji słownej wymienia zobowiązanie do współpracy. Niezorientowany czytelnik może w tej sytuacji dojść do wniosku, że są to pojęcia równoważne, tymczasem jedno dzieli od drugiego przepaść. Deklaracja lojalności zobowiązywała podpisujące ją osoby do przestrzegania narzuconego przez władze komunistyczne porządku prawnego. W kręgach działaczy Solidarności nie posiadających opozycyjnego stażu podpisywano ją masowo ze względów czysto pragmatycznych i nikt nie ma dziś o to do nikogo pretensji. W obozach internowania konsekwentnie odmawiałem stawienia się na rozmowę z funkcjonariuszami SB (siłą nikogo nie doprowadzano!) i nie złożyłem podpisu pod „lojalką”, przez myśl nie przeszło mi wszakże, by obwiniać kolegów, którzy takie dokumenty podpisywali, gdyż przyszedł czas zasiewów lub w domach czekały na nich chore matki. Podpis złożony pod zobowiązaniem do współpracy oznaczał jednak zwykły akt zdrady, przejście na stronę wroga.

Jerzy Prus twierdzi, że do faktycznej współpracy nigdy nie doszło, ale z dokumentów, do których dotarł Sławomir Cenckiewicz, wynika podobno coś innego i nie widzę powodów, dla których miałbym podważać kwalifikacje historyków IPN. Aby ocalić resztki wiarygodności Prus musiałby opowiedzieć normalnym językiem wiarygodną historię. Zdobywa się jednak tylko na mieszanie agresywnych oskarżeń z opowieścią o własnych zasługach tudzież o zdarzeniach, które mogłyby świadczyć, że tak naprawdę to właśnie osoby „zmuszone” do współpracy były głównymi ofiarami stanu wojennego. Wersja oświadczenia, którą rozesłał znajomym, kończy się zdaniem: „Ujmowanie tego wszystkiego wyłącznie z perspektywy akt IPN i bez uwzględniania stanowiska tych, którzy wtedy nie mogli tworzyć archiwów, uważam za wspieranie ubeckiej wersji historii” (skąd my to znamy?). Co więcej, w swojej „Spowiedzi po latach” Prus zarzuca Cenckiewiczowi mieszanie prawdy z fałszem. To, co robi IPN, jest w jego opinii swego rodzaju kontynuacją ubeckich praktyk. Wersji wydarzeń zawartej w archiwach usiłuje przeciwstawić własną pamięć, ta wszakże co chwila go zawodzi (nie o wszystkim chce się pamiętać). W rezultacie czytelnik dowiaduje się o wielu szczegółach bez znaczenia, ale to, co naprawdę mogłoby go zainteresować, zostaje niemalże całkowicie zamazane. Z niedopowiedzeń wnioskować można tylko tyle, że w obawie, by nie pójść do więzienia, Prus zgodził się na współpracę z SB i sporządził pisemną charakterystykę działaczy związanych z grupą „Głosu”, przy czym do „podpisania współpracy” nakłonił go wcześniej swoimi opowiadaniami o zamordowanym w czasach stalinowskich bracie ojciec-rencista. Reszta, zdaniem Prusa, to produkt manipulacji ubeckich funkcjonariuszy, którzy o sprawach rzekomo przez niego ujawnianych musieli wiedzieć z podsłuchów.

Prus zdaje się sugerować, że do obiektywnej prawdy nie sposób dotrzeć, … że historia jest zlepkiem różnych punktów widzenia; czymś, co przypomina opowiadania bohaterów „Rashomona” Kurosawy. Wiedza o metodach pracy SB i zasadach gromadzenia tudzież archiwizowania informacji zaprzecza jednak wersji wydarzeń, do której stara się czytelnika przekonać i posługiwanie się słowem „kipisz” zrozumiałym tylko dla osób, które mają za sobą więzienia i obozy internowania niczego tu nie zmieni. Niektórzy będą zapewne chcieli dowiedzieć się, jakaż to straszna wpadka sprawiła, że Jerzy Prus musiał zrobić to, co zrobił. Kim był, zanim przeszedł na rentę, nakłaniający go do „podpisania współpracy” ojciec? Jak to się stało, że w rok po zerwaniu kontaktów z bezpieką Prus dostał paszport na wyjazd do USA, zaś po przybyciu do Stanów otrzymał stypendium Barbary Piaseckiej Johnson i niedługo potem posadę dyrektora Instytutu Józefa Piłsudskiego? Dlaczego nie poinformował uczciwie o swojej przeszłości władz organizacji polonijnych, w których rozpoczął działalność? Jak godził swoją przeszłość z oskarżeniami pod adresem innych osób figurujących w ewidencji tajnych współpracowników SB?

Przeciwnicy lustracji nie lubią mówić o indywidualnej odpowiedzialności. Winą za zło obarczają najchętniej system komunistyczny. Człowiek jest w ich rozumieniu przede wszystkim dzieckiem epoki; jeśli czyni coś złego, dzieje się tak dlatego, że sam staje się ofiarą systemu. Jeżeli dorosły wykorzystuje dzieci, to nie one, ale on właśnie powinien ponieść karę. Poza tym, czy można wierzyć jego świadectwu? Według Jerzego Prusa akta bezpieki są co najwyżej „wiarygodnym świadectwem upodlania ludzi, ale tylko w tym zakresie, o tym co było wielkiego i szlachetnego – nic nie powiedzą”. I tu właśnie penitent myli się raz jeszcze. Akta te świadczą również o tym, co jest w człowieku wielkie i szlachetne. Tyle że świadczą nie wprost. Żeby to dostrzec, trzeba rozumieć ich język. W końcu nie wszyscy dawali się zwerbować. Zanim bezpieka zaproponowała komuś współpracę, starannie go „opracowywała”. Nie każdy nadawał się do tej roli, wybierano tylko spośród osób o odpowiednich predyspozycjach. Słyszałem, że przy dobrym „opracowaniu” było 90% „pozyskań”, ale tak wysoki wskaźnik wynikał właśnie z rozeznania sytuacji. Wiedziano, iż w przypadku wielu osób ze środowisk opozycji wszelkie próby werbunku są z góry skazane na porażkę i nikt nie próbował ich do współpracy nakłaniać.

Jeśli więc „złamani” zasługują dziś na współczucie, to chyba tylko w takim zakresie, w jakim na współczucie zasługuje Judasz z Kariothu (oczywiście, przy zachowaniu właściwych proporcji). Judasz zdradził, gdyż było mu to pisane; ktoś musiał wypełnić Boży plan odkupienia. Cały problem w tym, że III Rzeczpospolitą trudno uznać za realizację Bożego planu. Jeśli z narodzinami nowego, społecznego porządku w Polsce (AD 1989) łączyła się jakakolwiek tajemnica nieprawości, nie miała ona nic wspólnego z teologicznym mysterium iniquitatis. Można więc zgodzić się z Prusem, gdy dowodzi, że bez złamanych „nie byłoby nadłamania komuny”, nie należy jednak zapominać, że zarówno „nadłamani” jak i „złamani” mają się nadal całkiem dobrze. Powiedziałbym nawet, że znacznie lepiej niż ci, co za komuny nie dali się upodlić.

Autor publikacji: