MOJE WSPOMNIENIA 1980-1983

Później dowiedziałem się o wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Zacząłem słuchać Radia Wolna Europa, mówili tam o pobitych, aresztowaniach, zwalnianiu protestujących z pracy, zawiązaniu się KOR-u. Zauważałem niezgodność artykułów prasowych i wiadomości TV z rzeczywistością. Rozmawiałem o tym z Rodzicami, opowiedzieli mi o latach czterdziestych, pięćdziesiątych, Armii Krajowej, wkroczeniu wojsk ZSRR do Polski 17 września 1939 r., etc. Przestrzegali mnie jednak przed aktywnym działaniem przeciwko ówczesnej władzy.

Szafa biblioteczna, stara, z początków XX wieku. Przeszklone kryształowe drzwi, bajecznie kolorowe refleksy światła. Za nimi przebijają grzbiety równo poustawianych książek, skórzane, płócienne, w niektórych miejscach wytarte, poszarzałe. Miałem 9 lat, rodzice gdzieś wyszli, byłem sam w domu. Znudziła mi się zabawa kolejką, siedziałem naprzeciwko księgozbioru i patrzyłem. „Dziesięciolecie Polski Odrodzonej 1918-1928” - wielka księga z bordową okładką z orłem w koronie przyciągnęła mój wzrok. Otworzyłem tę piękną księgę i zobaczyłem fotografie polskich żołnierzy, kawalerzystów. Bardzo mi zaimponowali, chciałem być taki jak oni. Rodzice znaleźli mnie śpiącego na podłodze obok rozłożonej księgi.

Słuchając radia (nie mieliśmy jeszcze wtedy telewizora), nie rozumiałem, dlaczego często ktoś tak długo przemawiał, a inni wciąż krzyczeli: „niech żyje!”, zadawałem sporo pytań: dlaczego jeśli Polska ma biało-czerwoną flagę, to po co obok niej wisi czerwona?, dlaczego pisze się PRL i co to znaczy, czy to to samo co Polska?, czemu nie możemy pojechać na wycieczkę do Lwowa i Wilna, dlaczego orzeł kiedyś miał koronę a teraz już nie?

Ostrożne odpowiedzi Rodziców wzmagały tylko moją ciekawość. Pamiętam zdarzenie podczas powrotu autobusem z Kiekrza, u zbiegu ulic dzisiejszej Bukowskiej a Szpitalnej, stała tam w latach 60. olbrzymia plansza z hasłem: „Jesteśmy z Tobą Wiesławie”. „Kto to jest Wiesław” - głośno zapytałem. „To pan, który rządzi w naszym kraju” – odpowiedział mój Tata. - „Wiesław”? – „właściwie Władysław, a nazywa się Gomułka”. – „Jak ma na imię Władysław, to po co pisze Wiesław”. Wiele głów odwróciło się wtedy w moim kierunku, wysiedliśmy na najbliższym przystanku, a ja otrzymałem reprymendę, żeby w miejscach publicznych nie wypowiadać się na tematy o rządzących krajem. Dopiero po latach zrozumiałem, że mogłem narazić Rodziców na daleko idące w skutkach nieprzyjemności.

Bohaterowie, dzielni rycerze, szlachetne postawy, zwycięskie szarże husarii, powstańcy styczniowi, ustawicznie walczący w słusznej sprawie Polacy ze „złymi” Niemcami, Rosjanami, Turkami, Tatarami, Szwedami, Kozakami i Bóg wie jeszcze z kim, kształtowały moją postawę i hierarchię wartości.

Nastał rok 1976, miałem 16 lat, czas dojrzewania, pierwszych miłości, wyjazdów z kumplami pod namioty. Śmialiśmy się z rzadkich wówczas dowcipów o Gierku, Leninie, Rosjanach. Nam nastolatkom żyło się wtedy fajnie – praktycznie żadnych obowiązków, rodzice nas utrzymywali, nauka – byłe zdać do następnej klasy, marzyliśmy o markowych dżinsach Wranglera, organizowaliśmy imprezy, graliśmy w piłkę. Pełen luz. W czerwcu żyłem już wakacjami, w TV miał być jakiś film, ale zamiast niego jakieś kolejne nudne przemówienie. Słyszałem, jak Rodzice rozmawiają podniesionymi głosami. „Czerwona hołota, szubrawcy, banda”, takie padały komentarze do wystąpienia ówczesnego premiera PRL – Jaroszewicza.

Później dowiedziałem się o wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Zacząłem słuchać Radia Wolna Europa, mówili tam o pobitych, aresztowaniach, zwalnianiu protestujących z pracy, zawiązaniu się KOR-u. Zauważałem niezgodność artykułów prasowych i wiadomości TV z rzeczywistością. Rozmawiałem o tym z Rodzicami, opowiedzieli mi o latach czterdziestych, pięćdziesiątych, Armii Krajowej, wkroczeniu wojsk ZSRR do Polski 17 września 1939 r., etc. Przestrzegali mnie jednak przed aktywnym działaniem przeciwko ówczesnej władzy.

W II klasię liceum namówiłem kolegę Michała Kolińskiego, by kredą domalować orłu koronę. Godło zostało „poprawione”, czekaliśmy w napięciu na reakcję nauczyciela. Profesor natychmiast dostrzegł zmiany, zamknął drzwi od sali i poprosił o ujawnienie sprawcy. Po ponownym pytaniu kolega wstał, profesor rzucił: „Proszę zmazać koronę”. Godło zostało niezwłocznie przywrócone do stanu pierwotnego. Profesor nie wyciągał wobec nas żadnych konsekwencji. Nigdy do tego nie wracał, okazał się w porządku, a my nie zdawaliśmy sobie sprawy jak to się mogło dla nas skończyć, gdybyśmy trafili na kogoś innego.

W tym czasie zaprzyjaźniłem się z kolegą z poza liceum, wcześniej chodziłem z nim do szkoły podstawowej. Jego rodzina została przesiedlona z dawnych Kresów Wschodnich, stracili tam majątek. Często bywałem u nich w domu, słuchałem niewiarygodnych opowieści o represjach wobec Polaków, dowiedziałem się o NKWD, podłościach komunistów, łagrach na Syberii, Katyniu. Widziałem też jakie zakłamanie panuje w Polsce. Grzegorz Pelankiewicz natchnął mnie do działania. Wpadliśmy na pomysł wykonania ulotek. W domu mieliśmy starą poniemiecka maszynę do pisania „Erica”, na której Mama dorabiała przepisywaniem prac, często jej pomagałem, więc miałem już wprawę w pisaniu. Grzegorz też miał maszynę do pisania, wystarczyło więc skomponować odpowiedni tekst. Wspólnie przeglądaliśmy Dziesięciolecie Polski Odrodzonej, wcześniej wspomnianą przedwojenną księgę, w poszukiwaniu weny twórczej. Znaleźliśmy! Dosłownie zerznęliśmy wiersz z okresu walk z Ukraińcami o Lwów w 1918 r. - ulotka kończyła się frazą: „...Bo Lwów był i będzie nasz!”

Kilkadziesiąt ulotek rozłożyliśmy w tramwajach stojących na pętlach (m.in. na pętli tramwajowej na Golęcinie), kilkanaście nakleiliśmy na przystankach używając gumy arabskiej. Na drugi dzień zobaczyliśmy, że wszystkie ulotki naklejone na przystankach zniknęły. Zmartwiliśmy się, że już ich nie ma, postanowiliśmy zatem zwiększyć ich ilość. Przez dwa dni pracowicie wystukiwaliśmy ów wiersz. Ponowiliśmy akcję, ulotek było ok. 200, byłiśmy z siebie dumni. Do roku 1980 kilkakrotnie redagowaliśmy i rozlepialiśmy ulotki. Poznałem kilkanaście nowych osób, spotkania miały charakter typowo towarzyski. Podczas jednej z prywatek narodził się pomysł zorganizowanej akcji ulotkowej. Jedna z ulotek, zredagowana w roku 1979 nosiła tytuł: „Rodacy! Polska, Litwa, Białoruś tonie w morzu bolszewickiej anarchii...”, została wykonana przeze mnie w ok. 400 egz. Podzieliłem Poznań na rejony, dwuosobowe „patrole” zaopatrzone w klej i ulotki, wyruszyły o zmierzchu motocyklami. Akcja przebiegła bardzo sprawnie, byłem zadowolony z jej przebiegu. Pech chciał, że zawieszono ulotkę na drzwiach zakładu mojej Mamy. Mama była pracownikiem kadr i do niej przyszli funkcjonariusze SB z zapytaniem, czy w firmie jest ktoś kto przeciwny jest systemowi. Po czcionce Mama poznała swoją maszynę do pisania. Skończyło się awanturą w domu, zniszczeniem kalek i taśmy od maszyny. Maszyna została zamknięta na klucz w szafie, nie ruszałem jej przez ponad pół roku. Zapisałem się do biblioteki w konsulacie amerykańskim przy ul. Chopina, jedna z pracownic tłumaczyła mi teksty z Time’a, Newsweek’a. Poznałem prawdę o Katyniu. Postanowiłem sporządzić ulotki. Od kolegi dostałem artystyczne farby olejne do malowania na płótnie. Przygotowałem matrycę z linoleum, wyciąłem żyletką napis: „Katyń pamiętamy”.1) Motocykliści jeszcze wielokrotnie krążyli po mieście rozklejając ulotki i plakaty, aż do wprowadzenia stanu wojennego. Podjąłem pracę w zecerni, w drukarni UAM, miałem dostęp do czcionek. Przydały się bardzo do produkcji kolejnych druków. Latem 1980 r. byłem z kolegami nad morzem, z radia dowiedziałem się o strajkach w Gdańsku. 20 sierpnia zdecydowaliśmy się na powrót do Poznania. Nie wiedzieliśmy jak rozwinie się sytuacja, w domu czułem się bezpieczny. Wspólnie z kolegą postanowiliśmy założyć wtedy jakąś organizację i wydawać w sposób chałupniczy gazetkę (nakład 40 egz).Tak powstał Ruch Wolność i Niepodległość i tak zrodziła się wydawana przez nas gazetka o szumnej nazwie „Ojczyzna”.2) Byłiśmy dumni z tej swojej wolnej i niezależnej jak nam się wydawało prasy. Wtedy ten tytuł wydawał nam się wielki. Ze wzruszeniem oglądałem zwycięstwo strajkujących. Podpisanie porozumień 31 sierpnia zmieniało całkowicie układ sił w Polsce, tak mi się przynajmniej wtedy zdawało. W 1980 r. wydałem jeszcze plakat upamiętniający obronę Lwowa 1918 3) i drugi z okazji 62 rocznicy odzyskania Niepodległości.4)

W październiku 1980 r. podjąłem pracę jako ogrodnik w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym przy ul. Lutyckiej. Zaraz też zapisałem się do „Solidarności”. W uzgodnieniu z Komisją Zakładową „S” zająłem się oprawą plastyczną tablic związkowych. W styczniu 1981 r. zgłosiłem się do Zarządu Regionu „S”, oferując pomoc w działaniu. Uderzyła mnie ogromna życzliwość, spontaniczność i bezinteresowność panujące wśród osób zaangażowanych w tworzenie struktur związku. Poznałem wtedy m.in. Juliana Zydorka, z którym przyjaźnię się do dnia obecnego. W porozumieniu z Działem Informacji Zarządu Regionu „S”, Plakatowałem miasto, kolportowałem wydawnictwa związkowe, wykonywałem transparenty. W październiku 1981 r. NSZZ „S” podjęła ogólnopolska akcję, o dostęp „S” do środków masowego przekazu. Wraz z grupą kolegów malowaliśmy hasła na murach i chodnikach: „DTV=DDT”, „Partyjny bełkot to nie informacja” itp. Do ogłoszenia stanu wojennego 14 razy zatrzymywała mnie MO, opuszczałem komisariaty na skutek monitów Zarządu Regionu „S”. Prokuratura Wojewódzka prowadziła też wobec mnie śledztwo w sprawie afiszy „Cyrk gospodarczy” o „lżenie naczelnych organów PRL”.

To był także okres funkcjonowania KPN. W jego strukturze istniał podział kraju na obszary - Kierownictwa Akcji Bieżącej - tak to się wtedy szumnie nazywało - Coś na wzór AK, ale tak naprawdę w Poznaniu zakres działania obejmował druk broszur, ulotek, malowanie haseł. Latem można było nas spotkać pod pomnikiem Czerwca 1956, gdzie sprzedawaliśmy materiały KPN.

Rok 1981 był rokiem „gorącym”, w kraju na półkach były ocet i nic. Służba Bezpieczeństwa starała się przenikać do organizacji związkowych i niepodległościowych. W poznańskim KPN-ie zaczął pojawiać się człowiek Ryszard D., który przedstawił się nam jako były oficer dywizji SS Brandenburg (z racji wieku mógł nim być) spec jak to on mówił od uzbrojenia.

Zacząłem wtedy coś podejrzewać, stałem się nieufny, bo przecież w programie KPN nie było nic o tworzeniu struktur zbrojnych. Aby go zdemaskować, podjęliśmy z tym człowiekiem „grę”, która dla mnie okazała się zgubna w skutkach.

Nie przewidywałem tego, że zostanie wprowadzony stan wojenny. Cały czas prowadziłem grę z R.D. dotyczącą fikcyjnych „dostaw” uzbrojenia. W momencie kiedy zaproponowałem mu „dostarczenie” 2 karabinów maszynowych typu czołgowego (PKT), kaliber 7,62 mm z 1000 sztuk amunicji w taśmach, granatów itp. stanąłem w sytuacji człowieka, który organizuje zbrojne ramię KPN.

Nic więc dziwnego, że po wybuchu stanu wojennego, gdy aresztowano mnie 14 grudnia było pytanie o strukturę zbrojną KPN. W czasię przesłuchiwania mnie w Komendzie Wojewódzkiej Milicji przy ul. Kochanowskiego w Poznaniu upewniłem jakby funkcjonariusza SB w tym, że znam się bardzo dobrze na broni, stwierdzeniem, że pistolet P-64, którym ostentacyjnie się bawił jest nie odbezpieczony i to co robi jest dla mnie zabawne... Mniej zabawne było, jak mi go przyłożył do potylicy.

16 grudnia po krótkiej podróży wraz z 4-ma innymi „wrogami państwa” trafiłem do obozu dla internowanych w Gębarzewie. Po opuszczeniu samochodu milicyjnego weszliśmy w morze świateł. Nasunęła mi się wtedy myśl, że to samo widziałem kiedyś w kinie w filmie o obozie koncentracyjnym. My - w sumie bezbronni skuci kajdankami ludzie i szpaler 60-70 funkcjonariuszy SW z psami przy nogach w pełnym uzbrojeniu. To była atmosfera niewiarygodnej grozy i utraty poczucia bezpieczeństwa.

Kolejny szok przy przyjmowaniu na stan obozu. Siarczysty mróz, a my rozebrani do naga, odarci z ludzkiej godności, upokorzeni, upodleni i nie bardzo wiedzący co dalej z nami się stanie. W obozie w Gębarzewie przebywałem do 14 czerwca 1982 roku, potem przewieziono mnie z uwagi na zły stan zdrowia do szpitala w Gnieźnie, a 12 sierpnia ze szpitala do obozu dla internowanych do Kwidzyna w byłym województwie Elbląskim, przebywałem tam do 15 października 1982 r. W obozach wykonałem sporo stempli i znaczków, dziś patrzę na nie ze wzruszeniem. Były momenty w czasie mojego pobytu w obozach, gdy było mi bardzo ciężko, gdy po prostu jak dziecko popłakałem się. Pierwszy moment to Wigilia,10 dni po zatrzymaniu, ciche śpiewanie kolęd, szloch i łamanie się z braku opłatka kromką chleba. Jest mi ciężko do tej pory o tym mówić choć minęło tyle lat.

Drugim takim momentem było 10 minutowe pierwsze widzenie z rodziną w połowie stycznia 1982 roku. Nie zdawałem sobie sprawy co przeżywali moi Rodzice gdy zniknąłem. Od 14 grudnia usiłowali mnie znaleźć, pisali pisma do KW MO, do KW PZPR, do innych instytucji, dziesiątki jeśli nie setki pism, dopiero dzięki ojcom Dominikanom odnaleźli moje nazwisko na liście osób internowanych.

Pomimo swych 21 lat czułem się dojrzałym, to nastąpiło błyskawicznie. Byłem najmłodszym internowanym z terenu wielkopolski. Ocierałem się o osoby, których nazwiska znałem z pierwszych stron gazet, Ci ludzie byłi dla mnie ostoją i autorytetem. Uważałem się za kogoś wręcz bardzo ważnego i woda sodowa uderzyła mi trochę do głowy...

Po wyjściu z obozu leżałem w różnych szpitalach do końca 1982 r. Od tamtego okresu jestem na rencie inwalidzkiej. A następne lata determinowały moją postawę – rok 1983 był tylko przedłużeniem mojej aktywności. Przeciwnik pozostał ten sam i stosował te same metody. Od września 1983 r. zacząłem działać w poznańskim oddziale Solidarności Walczącej. Ale to już całkiem inna historia...

14 sierpnia w obozie kwidzyńskim przeżyłem koszmarną pacyfikację internowanych dokonaną przez oddział szturmowy służby więziennej i ZOMO. To był trzeci moment. Nie zapomnę tego do końca życia. Tym wspomnieniem chciałbym zakończyć próbę opisania moich doświadczeń.

Pro memoria zdecydowałem się utworzyć witrynę internetową: www.internowani.webpark.pl.

Mam nadzieję, że przysłuży się ona poznaniu niewielkiego lecz burzliwego okresu naszej najnowszej historii. Żywię przekonanie o sensie tworzenia pamięci, że nie wszystko stracone i że po prostu warto to robić.

Poznań, sierpień 2005

PRZYPISY:

1) (Format: 21x11 cm. Linoryt – kolor czarny. Ulotka wykonana w kwietniu 1980 roku i naklejana na terenie miasta. Nakład ok. 700 egz.).

2) (Ojczyzna - Pismo RWN (Ruch Wolność i Niepodległość). Nr 1 z 1.09.1980 r. Poznań. Grupa opozycyjna założona przez Krzysztofa Stasiewskiego w 1978 r. skupiała kilkanaście osób ze środowisk młodzieży szkół średnich. Format A4, powielany maszynopis, 4 str. Ukazał się 1 numer. Nakład: do 40 egz. Autor: K Stasiewski i G. Pelankiewicz.).

3) (Plakat „OBRONA LWOWA”. Format: 17 cm x 21cm na kartce A4, kolor ciemnozielony. Linoryt. Wykonany w Poznaniu w październiku 1980 roku i rozpowszechniany w tzw. „drugim obiegu”, czyli poza kontrolą cenzury. Nakład ok. 500 egz. Autor: Krzysztof Stasiewski).

4) (Plakat „JÓZEF PIŁSUDSKI 1918-1980” Format A4, wizerunek J. Piłudskiego – linoryt, tekst – czcionkowy ręczny i linotyp /linotyp wykonał Stanisław Szymański z drukarni UAM/. Wykonany z okazji 62 rocznicy Niepodległości w Poznaniu, w listopadzie 1980 roku i rozpowszechniany w tzw. „drugim obiegu”, czyli poza kontrolą cenzury. Nakład ok. 500 egz. Autor: Krzysztof Stasiewski).

INTERNAT WRONY, KWIDZYN

15 sierpnia 82 roku. Niedziela wieczorem.

Można w miarę spokojnie spisać wrażenia po wczorajszym dniu, tzn. po sobocie 14 sierpnia 1982 r. Dla tego wiezienia jest to dzień zupełnie przełomowy, a dla nas, jego „pensjonariuszy” również. Jestem przekonany, ze zdecydowana większość zapamięta ten dzień na cale życie. I jak na ironie – równo dwa lata temu, 14 sierpnia 1980 r. rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej, strajk który w efekcie doprowadził do powstania Solidarności. A wczoraj – dwa lata później, 14 sierpnia 82 r. działacze (w przeważającej większości) tejże Solidarności dostali okrutne lanie – po prostu zwykle pałowanie na „ścieżkach zdrowia”. Dostali lanie od umundurowanych oprawców, działających w majestacie tego „niby prawa”, które w tym kraju panuje.

Ale po kolei. Cala sprawa rozpoczęła się od widzeń z rodzinami. Tydzień wcześniej, przed poprzednia sobota ustalono z komendantem obozu, ze widzenia, w miarę pogody, będą się odbywały na świeżym powietrzu, na specjalnie ustawionych stołach i krzesłach a nawet na kocach (przyjeżdżają tutaj do wiezienia też małe dzieci zobaczyć od czasu do czasu swoich ojców). I według tego ustalenia odbyło się to w poprzednia sobotę, 7 sierpnia. Jak ludzie weszli na widzenia ok. godz. 9-tej, to wyszli ok. 15-tej. Słowem, pełny luz i pełna kultura.

Zaczęliśmy już naprawdę myśleć, że jesteśmy w pewnego rodzaju “wronim sanatorium”, gdzie mamy być przechowani aby teraz nie wywoływać „niepokojów i rozruchów”. Bo to i widzenia – wg. ustaleń nieograniczona ilość i nieograniczony praktycznie czas, co było o tyle istotne, ze siedzą tutaj ludzie z Zamościa i Jeleniej Góry (a do Gdańska jest stąd tylko ok. 100 km) dla rodzin, których sam dojazd często trwa ponad jeden dzień; i spacery po świeżym powietrzu od 9-tej do 22-ej (a pogoda jest piękna); a nawet obsługa prawie bez zarzutu, poza tzw. wychowawcami, którzy obaj są wyjątkowo wredni.

Potem przyszła niedziela 8 sierpnia. Od rana informacja, ze w sprawie widzeń zmiana – już nie na świeżym powietrzu, a i czas ograniczony (właściwie siłą rzeczy). Po prostu komendant zmienił swoja poprzednia decyzje, motywując to tym, ze jeden z „internistów” nawiał – faktycznie, jeden z chłopak z Siedlec zwiał w tym zamieszaniu braku nadzoru ze strony „klawiatury”.

Oczywistym dla wszystkich było, że taka motywacja nie może zostać przyjęta przez internowanych – nie mogło przecież być mowy o odpowiedzialności zbiorowej, i to w dodatku za bałagan przez nich stworzony. Więc w odpowiedzi na te informacje wiara zebrała się przed bramą i zaczęło się robienie hałasu „platerem”, czyli więziennymi miskami. W przerwach miedzy waleniem w miski (nazywano to – „bango”) jest śpiewanie internistycznych piosenek. Bango trwało ok. 2 godzin – mniej więcej do 11-tej. Wtedy wrócił komendant, który po wydaniu zmieniającej decyzji po prostu nawiał. Po krótkiej rozmowie naszej delegacji z nim, podczas której uznano to, co się stało w sprawie widzeń za nieporozumienie powrócono do poprzednich zasad. Stoły i krzesła poszły na plac – i widzenia zaczęły się normalnie.

Sądy o kuracyjnym charakterze obozu umocniły się. W następującym po tej niedzieli tygodniu przypadała kolejna miesięcznica tej dziwnej wojny – 13 sierpnia. Z tej okazji została przygotowana uroczystość. W nocy z 12 na 13 sierpnia, o północy były śpiewy patriotyczne przed blokami. Potem wszyscy rozeszliśmy się do cel. Nikt nam nawet nie usiłował przeszkadzać.

Następnie w ciągu dnia, ok. godz. 12-tej poszły na latarnie flagi z kirem – zarzucone metoda opanowana już w czasie okupacji hitlerowskiej, przy pomocy rzutki. Dalej na lince rozciągniętej nad placem zostały zawieszone transparenty Solidarności. Chwila ciszy, a potem śpiewy patriotyczne i internistyczne. Po południu „pogadanka” na tematy prawne, związane z wprowadzeniem wojny.

O godz. 20-tej tradycyjnie, jak co dzień, apel i ściągniecie flagi i transparentów. Znowu nikt w niczym nie próbował przeszkadzać.

Potem się dowiedzieliśmy, że w tym czasie, gdy mieliśmy południowa uroczystość, odbyła się „ceremonia” zmiany komendanta. Przyszła nowa „miotła” i należało oczekiwać, że zaczną się nowe porządki. Nawet mówiono, że przyszedł tutaj po to, aby właśnie zrobić porządek (tamten był major, ten kapitan).

Jak się znacznie później dowiedzieliśmy nasz nowy komendant, kapitan mgr Juliusz Pobłocki, wychowanek ciężkiego więzienia w pobliskim Sztumie (więzienie jeszcze z czasów zaboru pruskiego), był przez jakiś czas komendantem obozu internowania dla kobiet w Goldapii, a przedtem wsławił się jako dowódca jednej z ekip pacyfikujących bunt więźniów w Kamińsku, w 1981 roku. Zostało wtedy zastrzelonych dwóch więźniów. Na razie nawet nikt nam oficjalnie nie powiedział o zmianie szefa tego interesu.

Można było przypuszczać, że pierwsze starcie z „nowym” będzie miało miejsce następnego dnia, w sobotę, przy okazji widzeń. I tak się też stało.

Od rana – 14 sierpnia – całkiem nowe porządki. Chłopcy poszli na widzenia i od razu zgrzyt – nie ma widzeń na powietrzu, czas ograniczony do jednej godziny, odmowa widzeń dla kogoś, kto już miał widzenie w tym miesiącu. Towarzystwo idzie więc pod bramę i znowu „bango”. Ze strony komendanta nie ma żadnej reakcji, mimo, ze jest cały czas na miejscu. Chłopcy zaczynają się denerwować. Zaczyna wyglądać na to, że tą metodą nic się nie uzyska. Tym bardziej, ze nikt go właściwie nie widział, a on nie raczył się nam przedstawić. Gdzieś po godzinie „banga” wychodzi tzw. wychowawca – nazywa się Młotkowski, porucznik – i prosi delegacje do komendanta. Idzie do niego 3 ludzi – są to praktycznie ci, którzy stali najbliżej bramki. My - cisza – czekamy. Ale „rozmowy” trwają już ok. pół godziny i nie wiemy nic o tym jaki jest ich przebieg. Zaczynamy śpiewać. Na to wychodzi jeden z naszych „negocjatorów” i mówi, żeby na razie przestać, żeby śpiewy nie przeszkadzały. Ale również mówi, że te rozmowy właściwie do niczego nie prowadza. Siedzi tam jakiś esbek, komendant i ten Młotkowski (ksywa –Przebieraniec). Młotkowski nadaje ton rozmowom, twierdząc że nie można na nic się zgodzić i nam w czymkolwiek popuścić. Natomiast pod brama z tamtej strony dużo ludzi (rodziny) czeka. Część z nich potem przeniosła się na skarpę za murem więziennym, skąd był wspaniały widok na cały ten kryminał od wewnątrz.

Rozmowy trwały do momentu, (w tym czasie komendant cały czas się zasłaniał regulaminem i oglądał na Mlotkowskiego i esbeka) gdy ktoś wszedł do gabinetu i powiedział – gotowe. To „gotowe” to była ekipa umundurowanych i uzbrojonych w tarcze, pały i hełmy z przyłbicami - zbirów przywiezionych ze Sztumu. W żargonie więziennym takie „porządkowe” ekipy nazywa się „atanda”. Pod brama krzyki ludzi – uciekajcie, ZOMO przyjechało. Tak, ale gdzie tutaj uciekać? Przecież jesteśmy po to w kryminale, aby nie móc nigdzie uciec.

Gdy rozmowy skończyły się niczym, cześć internistów weszła na dach budynku gospodarczego (parterowy barak) a następnie część z nich zeskoczyła za siatkę, oddzielającą nasz teren od muru, bramy i budynku administracji. Pałkarze byli jeszcze na zewnątrz. Zaczęliśmy skandować – „wpuścić rodziny, wpuścić rodziny” (był to zresztą jedyny powód i cel naszych działań pod bramą). Śpiewaliśmy pieśni. Na teren wiezienia weszli tamci – po prostu zamiast rodzin wpuszczono “atandę”. Ponieważ chłopcy byli za siatka, a wiec w tym momencie już oko w oko z „nimi”, ale od nas oddzieleni siatką, musieliśmy im umożliwić odwrót – a nam ewentualne przyłączenie się do nich. Została w kilku miejscach rozpruta siatka, a również otworzona brama wewnętrzna (chłopcy otworzyli zamek – fachowcy!).

Mimo, ze tamtych w tym momencie było około 30-tu, ale w tym uzbrojeniu (jeden z psem) i długimi pałami (ale nie tymi bojowymi, do walk ulicznych) i tarczami – wyglądało to dosyć groźnie. A mimo to wszystko duża cześć naszych była przekonana, ze nie pójdą do ataku, że to tylko dla postraszenia, ze nie odważą się. O, naiwni!!!

W tym czasie mamy informacje od rodzin z zewnątrz, że przyjechała straż pożarna wozem bojowym z dziadkiem wodnym. Do tej pory cały czas trwają widzenia tej grupy, która weszła jeszcze przed „bangiem”. Klawisze kilkakrotnie chcieli wyprosić odwiedzających, ale nikt nie wyszedł. Wezwali milicję. Na sygnale przyjechała Nyska z glinami. Najpierw wzięli dowody osobiste odwiedzających i następnie wygonili ich z terenu więzienia. Później zgonili widownie ze skarpy obserwującą, co się dzieje wewnątrz. Z daleka było widać jak kogoś tam legitymowali, chyba były też mandaty.

W tym czasie pałkarze z miejscowymi klawiszami rozłożyli motopompę strażacką i rozciągnęli węże. Wodę ciągnąć mieli z basenu przeciwpożarowego. Zaczęliśmy się powoli wycofywać z terenu za siatką, zabierając ze sobą taborety. Bramę zatrzasnęliśmy, aby nie ułatwiać wejścia grupie szturmowej. Tamci włączyli agregat prądotwórczy, znajdujący się przy bramie – głośno pracujący silnik wysokoprężny – najprawdopodobniej po to, aby zagłuszyć to, co się będzie działo w środku.

Jak się potem dowiedzieliśmy, ZOMO usunęło ludzi spod bramy motywując to niebezpieczeństwem pożaru. Natomiast po tej stronie skończyły się już przygotowania – i zaczęła się „akcja kapitana Pobłockiego”.

Najpierw woda. Byliśmy już chyba wszyscy z tej strony siatki. Ale jeden jeszcze tam został – wtedy ten skurwysyn przyłożył mu strumieniem wody z odległości ok. 2 metrów w prosto w twarz. Gościa ścięło z nóg. Koledzy wciągnęli go na naszą stronę siatki. Tutaj część broni się przed wodą przytrzymując blaty od stołów do siatki. Tamci lali po tych stołach z dwóch prądownic – oraz po reszcie ludzi znajdujących się na placu. W pewnym momencie uzbrojeni bandyci przeszli przez dziurę w siatce na nasza stronę. Ci od stołów wycofali się. Sikawki przechodzą również na tę stronę siatki. Wszystko to dzieje się ok. godz. 13-tej – 14-tej – wtedy się ta akcja zaczęła. Na dachu budynku zostało jeszcze dwóch ludzi. Jeden z nich zszedł wtedy, gdy przyciskani woda zaczęliśmy się wycofywać do baraków. Drugi został. To go zgubiło.

Już na placu, pod osłoną wody, pałkarze ruszyli ostro na nas. Ale tam właściwie jeszcze nie było bicia. Wycofywaliśmy się do bloków I i II (dwa pierwsze) dosyć chaotycznie. Ale nikt nie został na placu – poza tym na dachu. Natomiast pomiędzy blokami zbiry ruszyły ostro. Część już wtedy nieźle oberwała. Dostaliśmy się do środka baraków i zabarykadowaliśmy wspólne wejście do II i III baraku. Stoły pingpongowe, zwykle, łóżka, biurko Młotkowskiego – wszystko to poszło na barykadę. Ale niestety – krata otwierała się tam na zewnątrz – i ta barykada nic nie dala. Tym bardziej, ze podciągnęli węże i zaczęli lać wodę do środka, do baraków. Pałkownicy sforsowali w końcu barykadę i zaczęli nas gonić do cel. Uciekaliśmy gdzie popadnie. Cele zostały zatrzaśnięte, my zamknięci – czyli właściwie sytuacja opanowana. Od biedy można by uznać, że to wszystko co było do tej pory, to była poniekąd usprawiedliwiona działalność komendanta, chcącego zaprowadzić porządek wśród „niegrzecznych” internowanych.

Ale wszystko zaczęło się właściwie wtedy, gdy cele już zostały zamknięte, a my praktycznie unieszkodliwieni. Teraz dopiero zostało okazane bestialstwo i sadyzm „stróżów porządku”.

Wnioskując z mundurów, w akcji cały czas brały udział tylko siły więzienne, cały czas była to “atanda”. Naprzeciwko celi, w której się znalazłem, jeden z tych „stróżów” złapał sikawkę i zaczął lać wodę do zamkniętych cel, przez lufciki, których najprawdopodobniej nie można było zamknąć.

Po zapędzeniu nas do cel część zbirów wróciła do tego gościa na dachu. Najpierw próbowano go spędzić strumieniami wody z armatki wozu strażackiego, potem kilku oprawców goniło go po dachu. Pojmanego zrzucili go na ziemię. Gonili go i bili. Kilkunastu – w końcu go dopadli. I na oczach ludzi patrzących z bloku II i III, tego leżącego na ziemi bili pałami. Po prostu znęcali się nad nieprzytomnym już w tym momencie, bezbronnym człowiekiem. Warto zapamiętać jego nazwisko - Władysław Kaludziński. Bandytyzm – ale w majestacie komunistycznego prawa.

Podczas bicia tego leżącego próbował interweniować ktoś z szarż, ale nikt go nie słuchał?! W końcu przestali, ale w taki sposób, ze jedni odciągali drugich.

Z okien okrzyki – „mordercy, gestapo”. Jeden z bandytów pobiegł po nosze. Zabrali go i zanieśli w kierunku bramy – najprawdopodobniej do karetki, która należała do wyposażenia więzienia. Jedna z dwóch pielęgniarek, która miała tego dnia dyżur – z nimi. Chyba wywieźli go do szpitala.1)

Natomiast zbiry wróciły po swoje ofiary – I w blokach I i II zaczęły się jatki. Właśnie – zaczęły się osławione „ścieżki zdrowia”. Grupy zbirów wpadały do cel – szli systematycznie, po kolei cela po celi – i wyciągali ludzi na korytarz. Odbywało to się w ten sposób, ze chodzili „wskazywacze” i pokazywali kogo (często po nazwisku) i uderzeniem pałki wyrzucali na korytarz. Tam już stali następni – i bili, bili – bili gdzie popadło. A każdy chciał uderzyć. Kto bił? – nie wiadomo. Na korytarzu panował półmrok (światło wyłączono jeszcze przed akcja), ciosy leciały z góry, oni wszyscy jednakowo umundurowani, osłonięci. Dla zwiększenia „atrakcji” na korytarzu rozbili butelki z pasta do podłóg (potem twierdzili, ze to myśmy w nich rzucali tymi butelkami), i gonili ludzi po tej śliskiej, szkłem usłanej posadzce. Upaść było bardzo łatwo – i często ktoś to się przewracał. W jedne z cel – u Lubomirskiego – po pałowaniu ludzi, gdzie i jak popadło, wygonili wszystkich na korytarz i bijąc przegonili ich do świetlicy. Tam już było kilka osób. W świetlicy nie bili. Potem po jednym wywoływali ze świetlicy – i znowu „ścieżka zdrowia”. Tym razem pojedynczo.

Janek Chmielwski z Płocka, jak dostał pala w nasadę czaszki i w głowę to padł jak ścięty. Koledzy go wciągnęli, pod razami, z powrotem do świetlicy. Dwóch zbirów stało przy drzwiach świetlicy – i lali. Szczególnie wykazał się tutaj sierżant Kalbukowski. Mieszkańców celi 23 (Lubomirskiego) przegonili po korytarzu kilkakrotnie, natomiast ich „gości” – Janka i Kazia – tylko pogonili do celi. W celi czekali już miejscowi klawisze, z Kwidzynia i wśród wyzwisk i poszturchiwań pałką kazali zlizywać napisy ze ścian. Szczególnie aktywny był tutaj „Kantyniarz” – kapral Kegel, postać numer jeden wśród oprawców.

W celi numer 9 jeden z internowanych nosił jakiś znaczek. Kazali mu oddać. Tłumaczył, ze to znaczek po ojcu (może dziadku?), który był w Legionach Piłsudskiego. W końcu oddal. Jak przyszli drugi raz do tej celi, to szukali właśnie tego chłopaka. Wywołali go na korytarz – i od razu przy wyjściu bili. Pobity został w bestialski sposób.

Cały czas w korytarzu słychać było krzyki rozjuszonych klawiszy i jęki, często dosłownie kwiki bitych ludzi. Słychać było również ujadanie psa, który cały czas był w akcji. I cały czas był bez kagańca.

W pewnym momencie słychać było taka akcje – wściekle ujadanie psa, krzyk człowieka i po tym już pies przez jakiś czas był prowadzony w kagańcu. Być może ze kogoś poszczuli nim, chociaż, trzeba to oddać, nikogo nie pogryzł.

W celi 15-tej Andrzej Priebe z Piły dostał ataku serca. Przez okno wzywano do niego pomocy – przechodził akurat „przebieraniec” Młotkowski i pielęgniarka – wróciła widocznie już ze szpitala, gdzie zawieźli pierwsza ofiarę. Przyszli oboje do celi, oczywiście w asyście „pałkownikow” – i pozwolili go wynieść do karetki. Przed wyjściem z bloku siedział już inny kandydat do szpitala, podtrzymywany przez kolegę. Pobicie - i serce. Podjechała karetka więzienna i obu wniesiono do niej.

Kapral Kossobudzki) – podbiegł do jednego z kolegów– i z tylu - tak sobie, dla zabawy, walił pałą po plecach! W celi zerwali instalacje elektryczną, kazali skrobać napisy na ścianach, zdzierać plakaty. Któryś z oprawców powiedział – “te cele już załatwiliśmy”. Z okien widać było trzech bandytów pałowało zwiniętego w kłębek chłopaka, leżącego na posadzce.

Jest tutaj jeden chłopak, Radek Sarnicki z Zamościa, osiemnastolatek, uczeń liceum, o posturze niewiele większej od 8 letniego dziecka. Również i po niego przyszli, imiennie – i zlali w sposób straszliwy.2) Pastwili się nad tym okruchem człowieka. W niedziele, 14-tego, miał widzenie – i na sali widzeń rozebrał się do pasa, pokazując wszystkim zebranym plecy. Był to jeden wielki, jeszcze nie fioletowy, siniak. Ponadto kulał.

W tym czasie uzbrojona atanda zrobiła wstępna rewizje w celach. W jednej znaleźli dwa radia. Zabrali rożne rzeczy, między innymi listy. Kazali zerwać instalację elektryczną, zabrali grzałki, maszynkę elektryczną, noże, poprzewracali łóżka, zabrali lub poniszczyli ostemplowane obozowymi stemplami koperty.

Ok. godziny 17-tej przyjechał lekarz z pogotowia. W tym czasie już trzech naszych było w szpitalu. I zaczęło się – przed naszymi oknami była akurat droga do izby chorych i ambulatorium. Po tej drodze zaczął się snuć korowód jęczących i kuśtykających (oczywiście – nie wszyscy kuśtykali) przedstawicieli ludzi pracy – jak chcieli jedni – a określonych sił anty, jak chciała „waaadza”. Powracającego od lekarza Juliana Zydorka z Poznania jeden z klawiszy uderzył pałką w tył głowy, Padł jak ścięty, nieprzytomnego wciągnęliśmy go z korytarza do celi. Tak to właśnie władza potraktowała internowanych.

Do lekarza przyniesiono na noszach nieprzytomnego Andrzeja Goławskiego z Siedlec (22 lata) – którego, nieprzytomnego cały czas, odwieziono zaraz karetką do szpitala. Była to czwarta ofiara, i to jedna z najpoważniejszych.3) Jego też szukali w celi, znaleźli i skatowali. Dostał kilkadziesiąt ciosów w głowę i z informacji, jakie uzyskaliśmy w niedziele po widzeniach, najprawdopodobniej ma wylew krwi do mózgu. Natomiast ten z dachu (Kałudziński) ma uszkodzony kręgosłup.

Do lekarza zgłosiło się wtedy ponad 50 osób, z tym że nie byli to wszyscy tego dnia pobici. Niektórzy uznali, że to i tak nic nie da i do niczego nie służy.

To pałowanie to była dopiero część „atrakcji” tego dnia. Zaczął się systematyczny kipisz (czyli rewizja) w celach. Do cel wchodziło kilkunastu klawiszy i zaczynali szukać. Właściwie szukali wszystkiego i wszędzie. Do naszej celi przyszli ok. 0:30 w nocy, pietnastu. Obudzili nas, w wulgarny zresztą sposób, jeden np. wyzywał nas “te pierdolone docenty i profesory” (niezłe wyzwiska!!!). Jeden z naszych został w celi, resztę wyprowadzili. Każdy wyprowadzany miał rewizje osobistą przy wyjściu, w świetlicy musieliśmy rozebrać się do naga – mnie klawisz przy okazji uderzył w żołądek i poszczuł wilczurem. Stałem przyparty do ściany przez to bydlę – a oni się śmiali.

Jak wróciliśmy do cel, zastaliśmy widok przerażający. Wszystko powywalane, powysypywane na ziemie, szafki pozwalane na kupę, z łóżek powyrzucana pościel, podeptane to wszystko, pogniecione, porozsypywane. Po prostu robili te rewizje po to głównie, aby jak najwięcej zniszczyć. Mamy dużo towarów zagranicznych – dary – to im stało najbardziej w gardle (ale tutaj maja Kanadę!…). Zabrali to, co nie zabrali za pierwszym razem – grzałki, garnki, patelnie, powysypywali lekarstwa, rozbili słoiki z dżemami, powysypywali owoce, proszek do prania. Banda, po prostu banda. Na jeden dzień atrakcji było aż nadto.

Przyszła niedziela, 15 sierpnia 1982 roku.

Pierwszy dzień restrykcji po „buncie”. Od rana w betoniarze (czyli głośniku radiowęzłowym) komunikat, że w związku z … znosi się wszystko praktycznie, co było dla nas do tej pory w tym kryminale dostępne. Cele zamknięte, spacer godzinę, kąpiel raz w tygodniu (przedtem była codziennie), wstawanie na apele poranne itp. Od pierwszego dnia oni sami zaczęli nie przestrzegać tego regulaminu – ani pory posiłków, ani nikt nie wstaje podczas apeli (i jak z tego widać, oni nawet tego nie oczekują). Najpierw jest informacja, ze msza w niedziele o godz. … - a zaraz po tym, ze w te niedziele, w związku z … mszy nie będzie. Tylko tyle, że po tym były widzenia – no i oczywiście informacja poszła w Polskę. Równocześnie dowiedzieliśmy sie, jak milicja rozpędziła nasze rodziny pod bramą.

W celi naprzeciwko naszej zainstalowali „atandę” na nocną zmianę. I już w nocy z niedzieli na poniedziałek ją wykorzystali. Najpierw po apelu ok. godziny 11-tej w nocy chłopaki z pierwszego lub drugiego bloku zaczęli się domagać lekarza do kilku poszkodowanych. Przyjechało pogotowie – lekarz i sanitariusz. Nie wiadomo, czy kogoś zabrali, ale zdaje się, że nie załatwili wszystkich około godziny 12-tej znowu wołanie o lekarza. Długo, donośnie. Ktoś wali w kratę. Zamiast lekarza idzie oficer dyżurny. Jakiś czas cisza. Potem słyszymy telefon w dyżurce w naszym bloku – i „atanda” wstaje z łóżek. Ubierają się – 18-tu chłopa. Idą w kierunku bramy. Za jakaś chwile wracają – 15-tu uzbrojonych w pały, hełmy, tarcze – jak zwykle. „Lekarze!”. Zamiast lekarza – „atanda”. Idą w kierunku bloków I i II. Długi czas cisza. Nie słychać żadnych krzyków. Potem dwóch pałkownikow idzie w kierunku naszego bloku. Za nimi zza budynku wychodzi jeden z internowanych – Heniek Piwowarczyk (Kalisz) i niesie powłóczącego nogami kolegę (Witek Cieślukowski – Poznań). Tamten stęka, jęczy. Pałkarze przepuścili ich – ci idą do izby chorych. Pałkarze, trzymając pałki i tarcze – za nimi. Krok po kroku. Reszta „atandy” wróciła w kierunku bramy głównej. Chorego zostawili w izbie chorych, a pałkarze odprowadzili Heńka z powrotem do celi. Potem wrócili w pełnym rynsztunku do „swojej” sypialni. Tak minął drugi dzień „stanu wyjątkowego” w obozie dla internowanych w Kwidzyniu, pod nowym szefem.

Poniedziałek, 16 sierpnia 1982 roku.

Podjęliśmy dzisiaj głodówkę, z głównym zadaniem podjęcia śledztwa w sprawie bestialskiego pobicia. Nie wiemy jeszcze ile osób podjęło te głodówkę, ale np. w naszym bloku 3 cele na 5 zamieszkałych.

Wracając jeszcze do soboty. Jeden z kolegów - Pietrzyk poszedł do lekarza w związku z sensacjami sercowymi. Jak wracał - rozmawiał na korytarzu z Jankiem Chmielewskim (Płock). Już po minięciu jego celi uzbrojony pałkarz (starszy sierżant Czesław Szuksta z Elblaga) doskoczył do niego i zdzielił pałą przez plecy. Jak zatrzymali się przed celą – on też się zatrzymał. Widać było, ze czeka na sposobność. I jak było do przewidzenia – przy wejściu do celi znowu dostał dwukrotnie, tak że właściwie wpadł do celi. Jak się okazuje, w tym kryminale nawet chodzenie do lekarza jest niebezpieczna czynnością.

Również w niedziele – kolejny cyrk. Od rana idziemy po paczki, jeszcze zostawione przez rodziny w sobotę. Najpierw z celi do świetlicy – tam rewizja osobista, ze zdejmowaniem skarpetek włącznie. Potem do drugiego bloku po paczkę. Tam gruntowne przeglądanie paczek (oni to nazywają przeszukiwaniem, ale słowo kipisz jest znacznie lepsze). Potem z paczkami do naszego bloku – w świetlicy ponowne przeglądanie paczek. A potem znowu gruntowna rewizja osobista. Idioci myślą, że się przestraszymy takiego postępowania. Zresztą – komendant zuch Pobłocki obiecał, że jak będziemy grzeczni, to będzie popuszczał wędzidła – „odda nam zabawki”. Nie wiadomo, czy podjęcie głodówki uznają za objaw „postępującej normalizacji” i grzeczności. Zobaczymy.

Po południu przed naszymi oknami znowu nasi przechodzili do lekarza. Jest to swoista ścieżka hańby sytemu penitencjarnego w tym kraju, ustroju komuno-faszystowkiego i zwykłego bestialstwa i sadyzmu. Dzisiaj Zygmunta Golawskiego już prowadzono – nie mógł iść o własnych siłach. A jeszcze w sobotę wieczorem, wokół nieprzytomnego młodszego brata chodził bardzo aktywnie.4) Ma być przewieziony do szpitala. Do izby chorych został przyprowadzony przez kolegę ten mały Radek. W pewnym momencie powłóczący nogami chłopak na naszych oczach osunął się na ziemię – i kolega bezwładnego po prostu zaniósł do „izby chorych”. W tej „izbie chorych” jest ten jedyny plus, ze w pobliżu jest więzień - sanitariusz (ale tylko w dzień) i może im ewentualnie w czymś pomoc. Wg statystyki do lekarza w te „pobłocką” sobotę zgłosiło się 59 internowanych.

Wtorek, 17 sierpnia 1982 roku.

Dzisiaj w południe sensacja – jest już Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Wiesiek był dzisiaj w szpitalu u neurologa i wracając zobaczył stojące przed wiezieniem trzy samochody z czerwonymi krzyżami. Przywiózł też informacje, ze w Kwidzynie w sobotę było coś na kształt godziny policyjnej, ze sprowadzili z Elbląga posiłki (mówi się o 6 samochodach, ale nie jest to pewne), ze w dzień i w nocy były wzmocnione posterunki wokół obozu.

W szpitalu jest w tej chwili pięciu naszych, a dzisiaj wywieźli dwóch dalszych. Zlikwidowali też w naszym bloku „atande” – w nocy z soboty na niedziele i potem spało tutaj w dwóch celach 30 stróży porządku kryminalnego. Równocześnie – od rana otworzyli nam cele – ale tyle tylko, ze możemy wychodzić na korytarz. Na zewnątrz w dalszym ciągu jest krata. Oczywiście komendant wydal stosowny komunikat, w iście jaruzelsko-urbanowskim stylu, ze większość internowanych zrozumiała … itp. bzdury.

Wracając do MCK. Wyjątkowo dziwnym i szczęśliwym zbiegiem okoliczności ich wizyta tutaj była ustalona na ten tydzień już cztery tygodnie temu. I oni, wyjeżdżając z Warszawy rano jeszcze nie wiedzieli, co się tutaj stało i co tutaj zastana. Dopiero po drodze dowiedzieli się o „buncie” internowanych, próbie zbiorowej ucieczki i podpalenia kryminału – oczywiście to wszystko od przedstawiciela Ministerstwa tzw. Sprawiedliwości (jest to raczej ministerstwo niesprawiedliwości ze swoja chlubą, ministrem Zawadzkim na czele). Będą tutaj trzy dni – i bardzo dokładnie zostaną poinformowani o tym, co się tutaj stało. Ich lekarz już oglądał Radka.

Kolejne wiadomości jak to się wtedy działo. Radka bili trzy razy – raz gdy wpadli do celi po raz pierwszy, drugi raz gdy wyciągali pojedyńczo ich na „ścieżkę zdrowia” , trzeci raz, gdy ponownie wpadli do celi sprawdzić, czy zostały starte napisy na ścianach. Bili palami i drewnianymi kastetami. Lekarz z MCK powiedział, ze mimo tego pobicia nie ma uszkodzeń wewnętrznych, ze za kilka dni będzie się czul lepiej, a za jakieś 10 powinien móc chodzić.5) Natomiast z wielkim niedowierzaniem przyjmował informacje, ze chłopak ma 19 lat (w dodatku jeszcze nieskończone) i ze jest uczniem.

Drugi który leży w izbie (Witek), a którego przynieśli, w towarzystwie pałkarzy, koledzy wtedy w nocy z niedzieli na poniedziałek, kwalifikuje się natychmiast do szpitala. Nie zrobiono mu tutaj żadnych badań, a chłopak ma najprawdopodobniej odbita nerkę. Więzienny lekarz „badał” go dosłownie przez minutę. Lekarz z MCK poza tym był szczerze zdziwiony, ze na tak duży obóz i tylu ludzi nie ma tutaj lekarza codziennie, a pielęgniarki przez całą dobę.

Trochę z tymi z MCK rozmawialiśmy – im przestawiono sytuacje, ze tutaj był bunt, ze usiłowaliśmy podpalić wiezienie, że zaatakowaliśmy klawiszy. Jeden z nich, rozumiejący zresztą (i mówiący) po polsku był bardzo zdziwiony, że na zewnątrz (zbiorowa próba ucieczki?) budynków był jeden pobity (ten z dachu, teraz w szpitalu) a cała reszta wewnątrz, po zamknięciu cel. Ponoć już w sobotę, w ostatnim dzienniku mówiła o wydarzeniach w Kwidzynie Wolna Europa (brawo!).

Środa, 18 sierpnia 1982 roku.

Dzisiaj w nocy zaczął mdleć w tej „izbie chorych” Radek. Przyjechało pogotowie i lekarz kazał zabrać go do szpitala. W ten sposób jest w szpitalu co najmniej 7 osób. Lekarz przy bramie, w chwili gdy wyjeżdżali, musiał się awanturować z klawiszami, bo go nie chcieli wypuścić z internowanym. Pielęgniarka z pogotowia wyzywała ich od „morderców” – te informacje od Augusiaka, który w nocy wrócił z przepustki. Od niego również – prymas wiedział o sytuacji w Kwidzynie wczesnym wieczorem w sobotę; podczas pielgrzymki przechodzącej przez Włocławek jeden z księży miał kazanie – było na tyle dobre, ze esbecja zdjęła go omalże z ambony (tzn. pozwolili mu dokończyć jedynie msze); esbecy włocławscy jeszcze w poniedziałek nie bardzo wiedzieli, co się u nas stało; jeden z wychowawców, por. Kopowski, który w piątek odchodził na urlop (wtedy Augusiak szedł na przepustkę) powiedział, ze teraz jest już nowy szef, ze oni teraz wreszcie zrobią z nami porządek, ze nas „zetrą na pył”. Wiec oni już w piątek wiedzieli, co się będzie działo w sobotę – ot wyższość komunistycznego sytemu planowania wszystkiego.

Kolejne informacje z pałowania – oprawcy szarpali chłopaków za brody (a prawie każdy ma), a jednemu po spałowaniu kazali się ogolić, dając mu na to 10 minut. Ogolili go koledzy. Innemu kazali się modlić pod drzwiami celi o ich otwarcie, bijąc oczywiście przy tym. Konrad mówi, ze słyszał jak krzyczeli do kogoś – „całuj buty funkcjonariusza, ty skurwysynu”.

W niedziele „komediant” wymyślił, że informacje reżimowych dzienników będą dla nas cenzurowane – były wiec nagrywane i puszczane tylko kawałkami o innej porze niz. zwykle. Np. w poniedziałek była tylko informacja o wizycie Ślepowrona u Leonida B.

Dzisiaj kolejne cztery osoby skierowano do szpitala – pojechali tam, ale nie było dla nich miejsca i przywieziono ich z powrotem. Mają jechać jutro znowu. Od nich wiadomości ze szpitala – właściwie wszyscy czują się już lepiej, wszyscy są przytomni. Był u nich ksiądz Miecznikowski z Lodzi (którego do wiezienia oczywiście nie wpuszczono). Natomiast niedobrze jest z Radkiem – odwieziono go do Gdańska, do kliniki.

Kolejny dzień wizyty MCK – szczegółowa relacja z wydarzeń, badania lekarskie wszystkich pobitych. Też byłem, chociaż to co ja dostałem to był jedynie masaż w stosunku do tego, co dostali inni.

Mieliśmy też rozmowę z fagasem z więziennictwa, ale właściwie to szkoda było na nią czasu. On przyjechał się tylko dowiedzieć, obiektywnie zbadać sprawę, ale tylko po to, aby przekazać ją dalej. Z tym że twierdzi, iż szkoda, że ktoś wszedł na dach, szkoda, że ktoś przeciął siatkę, szkoda, ze ktoś podpalił materac…,6) szkoda, że… Taka jest jego ocena, oczywiście najbardziej „obiektywna”.

Ten z więziennictwa potwierdził poprzednia wiadomość o wydarzeniach w obozie Mielęcinie. Pięciu młodych więźniów zabarykadowało się w celi i podpaliło. Spalili się doszczętnie – z dwóch został tylko popiół. Pogrzeb był w poniedziałek. Tragiczne! Cale naczalstwo wiezienia, łącznie z „Tata” (komendantem, tak go nazywaliśmy) który był wtedy na urlopie zawieszone.

Nasza głodówka trwa. W cały m wiezieniu głoduje ok. 60 osób. Nie jest to dużo, można było oczekiwać więcej. Chociaż, jedno z żądań, o przyjeździe MCK, przypadkowo, ale samo się spełniło. Głównie chodzi jednak o wszczęcie postępowania prokuratorskiego w stosunku do Poblockiego i klawiszy. Ten z więziennictwa mówi, że meldunek o wydarzeniach w Kwidzynie został złożony prze niego Jaruzelskiemu jeszcze przed wyjazdem tutaj – tak że bez śledztwa chyba się nie obejdzie.

Dalsze informacje o sobocie. W jednej z cel (nr 12) internowani odmawiali różaniec na klęcząco – i w takiej pozycji dostali swoja porcje pałek. Z celi nr 8 wszyscy byli na „ścieżce zdrowia” (teraz wszyscy są w szpitalu) – na jedna „ścieżkę” przypadało ok. 30 – 40 razów pałką. W celach 5, 8 i 9 „atanda” była trzy, cztery razy, oczywiście za każdym razem bijąc. Ciężko pobitego Zygmunta Golawskiego zmuszono do sprzątania celi, w której było pełno wody wlanej przez okno, na kolanach. I wtedy dokończyli pałowania. W trakcie akcji esbeki i klawisze fotografowali i filmowali jej przebieg. Na korytarzu w “jedynce” podczas “ścieżki” był jakiś cywil – wyglądał na jakiegoś ubeckiego ważniaka, oraz milicjant z lotnej (w białej czapce).

Statystyka – I blok - 28 pobitych na 55 zamkniętych, II blok - 31 na 57, III blok – 20 na 35. Ludzie w szpitalu w dniu 19 sierpnia: 1. Władysław Kałudzinski (Olsztyn), 2. Andrzej Tomaszewicz (Sieradz), 3. Andrzej Priebe (Pila), 4. Witold Cieślukowski (Poznań), 5. Andrzej I 6. Zygmunt Golawscy (Siedlce), 7. Radosław Sarnicki (Olsztyn), 8. Ryszard Piekart (Siedlce), 9. Andrzej Bober (Olsztyn) – oraz cztery skierowania do szpitala.

Wczoraj (czwartek), wszystkie bratnie radiostacje podały wiadomość o akcji w Kwidzynie. Podały ja za artykułem, jaki się ukazał w NYT, pióra Johna Dardtona. Opisał tam dosyć dokładnie podłoże (z historią) protestu oraz przebieg – ale ten tylko o tyle, o ile wiadomo było cos na zewnątrz w sobotę wieczorem – a w sumie tych wiadomości było raczej mało. Ale były. Słuchaliśmy tych audycji przez ocalałe radio. Rzecznicy naszej ludowe władzy z tym z uszami na czele oczywiście zaprzeczyli – nieprawda jest jakoby użyto ZOMO, nieprawda jest jakoby byli ranni – a w ogóle to NYT przekazał wiadomości nieprawdziwe (jak bardzo były one prawdziwe to wtedy tylko my wiedzieliśmy) i niesprawdzone. No i chcieli cofnąć Dardtonowi akredytacje. Zrobił się spory szum wokół tego – ale to dobrze.

Spisane na żywo wtedy tam w Kwidzynie.

Przypisy:

1) Jak się później okazało, była to pierwsza ale nie ostatnia ofiara wywieziona tego dnia do szpitala. Gościa wywieźli zalanego krwią. W “sprawie kwidzyńskiej” w maju 1983 roku dostał 1 rok wiezienia i 15 tys. zł grzywny za czynna napaść na funkcjonariusza straży więziennej.

2) Radosław Sarnicki przebywał w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku na leczeniu od 18 sierpnia do 20 grudnia 1982 roku z rozpoznaniem wstrząśnienia pnia mózgu oraz wstrząśnienia siatkówki oka prawego. W maju 1983 roku został skazany na 1 rok wiezienia z zawieszeniem na 3 lata za dopuszczenie się czynnej napaści na funkcjonariusza służby więziennej (jako jeden z sześciu oskarżonych w tzw. sprawie kwidzyńskiej).

3) Andrzej „doznał kompresyjnego złamania trzonu kręgu piersiowego Th-12 i stłuczenia odcinka lędźwiowego grzbietu”. Ze względu na stan zdrowia został wyłączony do osobnej rozprawy w „sprawie kwidzyńskiej”.

4) W tzw. „sprawie kwidzyńskiej” został skazany na 2 lata więzienia i 25 tys. zł grzywny – oczywiście za czynna napaść na funkcjonariusza służby więziennej.

5) …aż nie do wiary, jak bardzo się mylił.

6) Faktycznie podpalił ten materac ich człowiek, którego już w środę nie było w kryminale.

Autor publikacji: 
Ruch Antykomunistyczny: