WSPOMNIENIA

Urodziłem się 19 grudnia 1951 roku w Gliwicach, ojciec Edward, matka Irena z domu Śliwa. Mama urodziła się we Wrocławiu (Breslau 1926r.) potem jakiś czas mieszkała w Dreźnie, ale że nie bardzo zgadzała się z drugim ojcem, została wysłana na wychowanie do dziadków do Gliwic (Gleiwitz). Pochodzenie mamy jest dla mnie do tej pory niejasne. Robiąc drzewo genealogiczne przeszukałem wiele dokumentów, natrafiając na sprzeczne informacje. Doszedłem do wniosku, że wymieszały się tam wszystkie narody, tak jak to bywa w regionach przygranicznych. Po wojnie, w 1949r. mama poznała ojca, który odbywał w Gliwicach służbę wojskowa. Jestem ich drugim z czworga dzieci.

Ojciec pochodzi z Sulejowa koło Piotrkowa Trybunalskiego. Rodzina Michalczyków byli to bogaci chłopi na wioskach kolo Tulejowa, chociaż w koligacjach było paru herbowych. Dziadek, Józef Michalczyk, przeniósł się do Sulejowa, kupił dom i miał dobrze prosperującą rzeźnie i dwa sklepy mięsne. Najstarszy brat ojca, wujek Janek był w 1939r. w wojsku i dostał się do niewoli sowieckiej, przeszedł łagry i trafił do armii Andersa. Przeszedł cały szlak bojowy i zmarł w Oxford w Wielkiej Brytanii. Zdobył wiele medali, których nie pamiętam, ale medal za Monte Cassino pamiętam. Nigdy nie przyjął obywatelstwa Brytyjskiego. Został do śmierci żołnierzem tułaczem. Nigdy go nie spotkałem, niewiele wiem o nim, znam go tylko ze zdjęcia.

Wujek Marian, starszy brat ojca (drugi z sześciorga dzieci Józefa), był w lesie u partyzantów, jak opowiadał, żeby go nie wywieźli Niemcy, a ciocia Marysia, małolata chodziła do lasu z koszyczkiem i zanosiła jedzenie i pocztę. Niewiele wiem o tym, bo opowiadali o tym nie szczegółowo, a i nam spieszno było nad wodę, zamiast siedzieć i słuchać starych.

Bardzo mile wspominam wakacje, które bardzo często spędzaliśmy w Sulejowie. Rzeka Pilica, czyściutka woda, ogromne stare lasy. Codzienne rano wyjeżdżało się na kucyku wujka Jurka, nad Pilicę, myśmy się kąpali a kucyk się pasł. Wielokrotnie nam uciekał i sam wracał do domu. Chodziliśmy na ryby i grzyby. Pamiętam jak byłem raz w lesie z ojcem na grzybach. Ojciec stanął w jednym takim bardzo pofałdowanym miejscu i zapytał mnie czy wiem, co to jest. Opowiedział mi wtedy, że w 1939r. były tu okopy i po bombardowaniu był w tym miejscu… leżało tu wielu zabitych żołnierzy i wielu rannych. Ranni, z bardzo porozszarpywanym ciałem, wyciągali ręce do ojca i często powtarzali „dobij mnie, dobij mnie”...

W 1945r. Niemcy uciekli i przyszli Ruscy. Pierwszy ruski żołnierz, którego ojciec wyszedł powitać, ukradł mu latarkę.

Lata 1950-te były nieciekawe. Wujek Marian po kryjomu trzymał świnię; przez cały dzień przebywała w ciemnej i ciasnej komórce, ze strachu przed kapusiami, tylko w nocy wypuszczał ja żeby sobie pochodziła.

Na początku mieszkaliśmy w oficynie przy ulicy Plebańskiej w Gliwicach. W mieszkaniu jednopokojowym, okna z kuchni wychodziły na podwórko, a z pokoju na ulicę Kościelną, naprzeciwko Komendy MO. Całe noce było słychać krzyki i płacze. Często podjeżdżały radiowozy i przywozili ludzi. Mieliśmy zabronione podchodzić do okna, ale przebudzeni krzykiem mimo wszystko szliśmy zobaczyć, co się dzieje. Po wizytach milicjantów ojciec najpierw zabił okno deskami, a wkrótce potem przeprowadziliśmy się na ulice Skowrońskiego gdzie mieszkaliśmy w suterynie. Było to bardzo zabawne, bo na podwórko, przez okno wychodziło się do góry.

Dziecko zapamiętuje przeważnie to, co jest tajemnicą. Dlatego też zapamiętałem jak ojciec z wujkiem w Sulejowie wyciągali ukryte radio, zamykali się w pokoju i słuchali Wolnej Europy. A potem długo dyskutowali.

Pamiętam rok 1956. W domu nerwowa dyskusja, że nie można nic zrobić, bo ruskie zgniotą nas czołgami. Mieszkaliśmy już wtedy w pięknym trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Długosza, za które ojciec dal bardzo duże odstępne. Dostawaliśmy pocztę z zagranicy. Od wujka z Anglii, mojej matki chrzestnej z USA i od mamy rodziny, listy i paczki z RFN. Z tego powodu przychodzili panowie w długich skórzanych płaszczach i zabierali tatę na noc lub dwie. Pamiętam jak mama w nocy siedziała i płakała. Rodzice później listów nie odbierali, kazali listonoszowi zabrać pocztę z powrotem i żeby powiedział, że tu taki nie mieszka.

Szkoły nie lubiłem i wszystkich przedmiotów ścisłych. Podstawówkę udało mi się cudem skończyć bez repetowania.

Ojciec często powtarzał, że nie wolno nikomu mówić o tym, co mówi się w domu. Zanudzał nas opowiadaniami o tym jak to wszyscy są źli i nie można nikomu wierzyć. W tym czasie ojciec założył fermę lisów i norek. Jako dzieci chodziliśmy z wózkiem dwukółką 4 km na piechotę nakarmić zwierzęta. Jak były młode, trzeba było iść dwa razy na dzień. Nierzadko szedłem przed szkolą na fermę i po szkole drugi raz. Zamiast iść grać w piłkę chodziliśmy z tatą na fermę, budowaliśmy klatki, naprawialiśmy stare. Siatkę kręciliśmy z drutu sami. W niedziele obowiązkowo do kościoła, a po kościele trzeba było opowiedzieć tacie, co mówił ksiądz na kazaniu. Jako ministrant musiałem czasami iść na szóstą rano służyć do mszy. Tak lata szkolne mijały między szkołą, fermą i kościołem.

Któregoś razu wszystkie zwierzęta (około 100 sztuk) leżały z napuchniętymi brzuchami do góry nogami. Lekarz stwierdził otrucie. Później tata powtarzał, że to ONI go załatwili, bo za dużo gadał. Pił w knajpie z takimi typami z SB, którzy ponoć ojca ostrzegali: „Edek uspokój się bo ciebie załatwimy.” Z fermą próbował jeszcze parę razy, ale nie dał rady. Nie odczułem tego jako ogromnej straty, raczej jako uwolnienie od codziennej ciężkiej pracy. I chyba się cieszyłem, że będę miał więcej czasu dla siebie. Tak naprawdę to zamartwiał się tylko tata.

W Zasadniczej Szkole Samochodowej w Gliwicach, byłem niezły. Dużo czytałem. Z kolegami z dzielnicy wymienialiśmy się książkami, żeby można było potem o nich pogadać. Wzorem i idolem naszym był Zbyszko z Bogdańca, Jurand ze Spychowa, Pan Michał Wołodyjowski albo Kmicic. Wywarły na mnie wrażenie też takie książki jak „Zły”, „Stary człowiek i Morze“, „Wyspa zaginionych okrętów”. Przeczytałem wszystkie książki „Przygody Tomka …..”. Z każdej beczki po trochę. Nadrobiłem wtedy wszystkie obowiązkowe lektury, których nie przeczytałem w podstawówce. W dzielnicy byliśmy bandą chuliganów, którzy znali na pamięć inwokację „Pana Tadeusza” lub „Odę do Młodości”. Na cmentarzu niemieckim, koło kawiarni „Kolorowa“ paliliśmy ognisko, piliśmy patykiem pisane, J 23 i wszystkie inne najtańsze alkohole. Oprócz dziewczyn, alkoholu i gitary, ulubioną rozrywką było bicie się po mordach, całą bandą, lub jeden na jednego (Solo). Byłem wielokrotnie skazywany przez kolegium orzekające na karę pieniężną za pobicie. W ostatnim wyroku jest wpis, że następna kara powinna być karą pozbawienia wolności, ponieważ kary pieniężne nie wywierają na mnie skutku.

Zawodówkę skończyłem w roku 1968 mając 17 lat. W marcu chodziłem ze studentami w demonstracji, ludzie rzucali z okien gazety, studenci je palili i krzyczeli, „Prasa kłamie”. Traktowałem to jako dodatkową możliwość rozróby, rzucania kamieni w milicję. Pod pomnikiem Mickiewicza w Gliwicach byłem wśród gapiów i widziałem jak milicja aresztowała tych, co chcieli złożyć kwiaty. Sąsiad z klatki, który studiował na politechnice, opowiadał nam, że wszyscy studenci byli przesłuchiwani i pod groźbą wydalenia z uczelni zmuszani do wydania prowodyrów i przywódców. „Ale przecież myśmy nie mieli przywódców, to było spontaniczne”, …. nerwowo powtarzał.

W wieku 19 lat pracowałem jako mechanik samochodowy w PKS w Zabrzu. Był rok 1970. Informacje o rozruchach na Wybrzeżu dochodziły do mnie w strzępach. Wiedziałem o zabitych i aresztowanych. Chciałoby się coś zrobić, ale paraliżował mnie strach i niewiedza, co można zrobić. Na wagonach węglowych powracających z Wybrzeża były napisy: „Górnicy pomóżcie”, wezwania do poparcia i inne prowokujące i obraźliwe napisy. Pamiętam, że było mi bardzo wstyd, że tam walczą i giną, a my siedzimy z założonymi rękami.

Miałem drugą zmianę. Na warsztacie było nas czterech mechaników i majster. W czasie przerwy śniadaniowej zagadaliśmy się o sytuacji na Wybrzeżu i w pewnym momencie wpadł majster z krzykiem, dlaczego my nie idziemy pracować. W żartach powiedziałem, a właściwie wyrwało mi się: „ Bo my strajkujemy”. Oczekiwałem ochrzanu i jeszcze większego krzyku, a zobaczyłem jak majster wyraźnie się przestraszył, usiadł koło nas i zaczął cicho mówić: „nie wygłupiajcie się, przecież nas wszystkich zamkną, ja was rozumiem, mi też to się nie podoba, ale mam dzieci” itp. itd. W każdym razie już do końca zmiany nie poszliśmy do roboty. Później w żartach mówiłem, że ja w 70-tym też strajkowałem.

Mój pierworodny syn Zbyszek urodził się 10.08.1978r. i już po dwóch tygodniach życia znalazł się w szpitalu. Zachorował na „Posocznicę”, bakteryjne zapalenie krwi. Lekarze nie dawali nadziei na przeżycie. Poszedłem do mojego dyrektora po pomoc. Pojechał ze mną do szpitala i rozmawiał z lekarzem naczelnym. Lekarz powiedział mu, że jest lekarstwo zagraniczne, bardzo drogie, ale szpital nie ma dostępu. Wtedy dyrektor powiedział, że daje na szpital milion złoty, ale mają zrobić wszystko, co jest w ich mocy, aby uratować mojego syna.

Lekarstwo się znalazło, a syn żyje do dzisiaj. Milion, była to dla mnie suma astronomiczna, zarabiałem wtedy 3200 zł. Pracowałem jako kierowca dyrektora w Zjednoczeniu Materiałów Ogniotrwałych w Gliwicach. Syn został wyleczony z posocznicy, ale jedna choroba goniła drugą. Przeziębienia, obustronne zapalenie płuc, gruźlica kości, choroba sieroca. Tak cały czas (trzy lata) po szpitalach w Gliwicach, Zabrzu, Bytomiu i Otwocku, w Centrum Zdrowia Dziecka.

Zdawałem sobie sprawę, że głównym powodem było mieszkanie. Mieszkaliśmy wtedy w mieszkaniu zaadoptowanym po kuźni. Źle izolowane, wilgoć i grzyb na ścianach sięgał sufitu. Otrzymanie wtedy mieszkania było niemożliwe. Sekretarz partii w zjednoczeniu obiecał mi pomoc, ale warunek był żebym się zapisał do partii, żeby miał jakieś argumenty. Zapisałem się, on mi i tak nie pomógł, a mieszkanie zdobyłem poprzez włamanie na pustostan. Za co moja żona, w zaawansowanej ciąży z drugim dzieckiem, została ukarana przez kolegium grzywną 5000 zł. Prace zmieniłem i w roku 1980-tym, gdy byłem już w komisji założycielskiej „S”, oddałem legitymację.

Przed „Solidarnością” moja wiedza o opozycji, KOR, wolnych związkach zawodowych była znikoma. Ktoś kiedyś mi powiedział, że jak by mi się chciało to można było wtedy uzyskać informacje. Miał rację, ja tego nie szukałem.

W 1980 roku pracowałem w KBM PW „FAMONT“. Kombinat Budowlano – Montażowy Przemysłu Węglowego „FAMONT” w Gliwicach ul. Łabędzką 26. Zakład ten składał się z dużego budynku, zaraz koło dyrekcji na ulicy Łabędzkiej, Bazy Sprzętu i Transportu i przy tym siedziby kierownictw budów i Fabryki Domów w drugim końcu Gliwic. W różnych punktach Gliwic i nie tylko, prowadziliśmy budowy domów i całych nowo powstających osiedli z tak zwanej wielkiej płyty.

Baza Sprzętu i Transport (BSiT), na której pracowałem jako kierowca „Nysy”, obsługiwała w sprzęt budowlany, samochody towarowe i do przewozu osób wszystkie te zespoły. Byłem przydzielony do dyspozycji kierownika Fabryki Domów pana inżyniera Kubińskiego.

Samochód „Nysa”, był to samochód osobowy i mieściło się w nim 9 osób. Woziłem cały czas ludzi. Kasjerki z wyplata, kierownika, pracowników na budowę itd. W tym czasie byłem na drugim roku Technikum Samochodowego, które robiłem w systemie zaocznym.

KOMISJA ZAŁOŻYCIELSKA „S”

Nie pamiętam dat. Było to w sierpniu 1980, na Wybrzeżu trwały jeszcze strajki, w Jastrzębiu powstał MKS. Pojechałem rano jak zwykle na Fabrykę Domów i zameldowałem się w sekretariacie kierownika. Sekretarka, Bronia Ulkowska natychmiast opowiedziała mi, że na Fabryce powstała Komisja Założycielska „S” ze Zbyszkiem Sawickim na czele. A co wy tam na Bazie robicie, musicie zrobić to samo, zaraz skontaktuje ciebie ze Zbyszkiem…. I nie dając mi szans odpowiedzi, zadzwoniła i wyleciała z sekretariatu. Za chwile przyszedł Sawicki (myślę, że go wtedy poznałem) i nie pytając mnie o nic, zaczął mnie instruować jak to zrobić na Bazie. Za chwile Bronia podała mi zeszyt, pięknie wypisany, porobione rubryki i wpisane moje nazwisko, jako „Komisja Założycielska”. Powiedziała tylko, zrobiłam to tak jak u nas, a teraz jedź! … Nie powiem, że nie chciałem, bo mnie już od początku strajków na Wybrzeżu świerzbiły ręce, ale bez tego pchnięcia w plecy na pewno zadawałbym masę głupich pytań i trwałoby to dłużej. Zanim pojechałem z tym na Bazę naradziłem się z Dzidkiem Kwiatkowskim, kolegą z dzielnicy, który pracował ze mną na Bazie jako kierowca. Dzidek obiecał mi swoje pełne poparcie i od razu wpisał się na listę. Na Bazie poszedłem najpierw do znajomych w biurze. W tajemnicy powiedziałem im, co chce zrobić i pokazałem im zeszyt. Wtedy już były nici z tajemnicy, jeden poleciał po pokojach i zwołał wszystkich, drugi otworzył okno i zawołał stojących tam kierowców: „Chodźcie tutaj, zakładamy wolne związki”. Wszyscy grzecznie po kolei przychodzili i jedyne pytanie, jakie padało, było, gdzie mam się podpisać. Tak jakby już wszystko było jasne, jakby już na to czekali.

Tak powstała czteroosobowa Komisja Założycielska. Zbyszek Sawicki – Fabryka Domów, Janusz Dziubiński – Dyrekcja, Kazimierz Michalczyk – Baza Sprzętu i Transportu i jeszcze jedna osoba, której nie pamiętam. Przeprowadziliśmy wybory na poszczególnych oddziałach i ogólne Kombinatu.

Na wyborach BSiT odmówiłem kandydowania tłumacząc się tym, że chodzę zaocznie do technikum, co było fatalne w skutkach, bo w krótkim czasie musiałem przeprowadzić drugie wybory. Po prostu wybrany przewodniczący zaczął kombinować i ludzie zrobili bunt. W drugich wyborach zostałem zmuszony do kandydowania. Po uzgodnieniu z Piotrkiem Goryczką (kierowca), on zgodził się być przewodniczącym jak ja będę jego zastępcą. I tak się stało.

Nauczyłem się, że jak coś robisz, to zrób to do końca. Od tej pory niewiele czasu miałem na naukę. Problemy w Związku piętrzyły się i zabierały mi cały wolny czas. Jeden z wielu, który pozostał mi w pamięci, to problem podwyżki płac. Wszędzie naokoło słyszało się o podwyżkach, a myśmy mieli stawki na poziomie z przed sierpnia. Na zebraniach dyrektor mówił, że nie ma jeszcze żadnego przepisu na podstawie, którego mógłby wprowadzić podwyżki. Ekspert płacowy dyrekcji długimi wywodami, rzucając co drugie zdanie paragrafami, uzasadniał związane ręce dyrekcji. Dowiedziałem się, w którym zakładzie budowlanym już wprowadzono podwyżki. Był to taki sam Kombinat Budowlany jak nasz, nie pamiętam dokładnie skąd, ale prawdopodobnie z Sosnowca. Zadzwoniłem tam i umówiłem się z Przewodniczącym „S”. Pojechałem tam (w godzinach pracy, służbowym samochodem), pogadaliśmy z godzinkę. Przewodniczący (nie pamiętam nazwiska) okazał się bardzo fajnym, bezpośrednim i rzeczowym człowiekiem. Efekt tego spotkania można zamknąć w dwóch zdaniach. „Co się z nimi pieprzycie, ty nie masz ich prosić, tylko żądać. A jak będziesz miał problemy to powiedz im, że my zastrajkujemy z wami.”

Na następne zebranie płacowe w Dyrekcji, poszedłem uzbrojony w gruba książkę z paragrafami. Czekaliśmy tylko jak „Ekspert” zacznie rzucać paragrafami i wtedy sprawdziliśmy, czego ten paragraf dotyczy. Okazało się, że dotyczy zupełnie czegoś innego. Wtedy jemu przerwałem i odczytałem wszystkim, czego wymieniony paragraf dotyczy. Na Sali zawrzało, a Dyrektor zaczerwienił się ze złości. Chyba nie wiedział o tym. Wtedy dodałem jeszcze wynik rozmowy z Przewodniczącym „S” Kombinatu w Sosnowcu i zapanowała groźba strajku. Dyrektor postanowił wysłać „Eksperta” razem ze mną do Sosnowca, aby on zorientował się, na jakiej podstawie prawnej wprowadzono tam podwyżki. Telefonicznie powiadomiłem naszych w Sosnowcu, że przyjeżdżamy. „Ekspert” był w dziale płac może pięć minut, dowiedział się, że nie było żadnej podstawy prawnej i weszli NASI. Jak siedli na „Eksperta”, to „Ekspert” uciekł. Za tydzień mieliśmy podwyżki.

W tym czasie utrzymywałem bardzo ścisłe kontakty towarzyskie z Jolą i Zbyszkiem Sawickimi, Irenką i Zdzisiem Spitalami, Krysią i Jankiem Miecierzem, Bronią i Edziem Ulkowskim itd. Często się spotykaliśmy i świetnie się bawiliśmy. Wszyscy oni pracowali na Fabryce Domów, Tylko Jola była jakąś szychą na Poczcie. Całe noce dyskutowaliśmy o polityce, o tym co jest i co będzie. Co do jednego byliśmy wszyscy zgodni, że to co robimy jest słuszne i nie ma dla nas odwrotu. A ja czułem, że może pierwszy raz w życiu robię coś właściwego, czego nie będę się musiał wstydzić.

Zbyszek Sawicki wyróżniał się w naszej grupie. Miał skończone technikum, chociaż pracował jako zwykły ślusarz. Był bardzo oczytany, w jego pokoju „stołowym”, na około na ścianach były półki z książkami. Lubił demonstrować swoją wiedzę i jak mnie przyłapał, że czegoś nie wiedziałem, machał mi palcem wskazującym przed nosem, pokazywał na półki z książkami i mówił: „Jak ty przeczytasz te pięć tysięcy książek to też będziesz wiedział. Bardzo go lubiłem, chociaż często się kłóciliśmy na różne tematy. Miał bardzo rozwinięte poczucie sprawiedliwości. Występował bardzo zdecydowanie, jak komuś działa się krzywda. Dla mnie było jasne, że wszystkie sprawy związane ze Uwiązkiem, należy uzgodnić ze Zbyszkiem. I chociaż Rysiek Karczewski był przewodniczącym „S” w Kombinacie, to i tak Zbyszek z tyłu sterował wszystkim.

DZIAŁALNOŚĆ PO WPROWADZENIU STANU WOJENNEGO

Na wstępie trzeba powiedzieć, że w „S” prowadziliśmy już wcześniej przygotowania do obrony w razie napadu na Związek. Powstawały drugie garnitury władz, ustalono kto, z kim miał się kontaktować itp. itd. Tak na przykład 26.03.1981r. dostałem od Przewodniczącego „S” Bazy Sprzętu Piotra Goryczka upoważnienie do pełnienia jego funkcji w Komitecie Strajkowym KBM PW „FAMONT” w przypadku zewnętrznego uniemożliwienia mu dalszego jej pełnienia. Tak to się ładnie nazywał drugi garnitur. 08.12.1981r. z upoważnienia Ryszarda Karczewskiego, Przewodniczącego Komisji Zakładowej „Famontu”, wziąłem udział w zebraniu TOZR w Gliwicach, gdzie była dyskusja o oczekiwanym stanie wyjątkowym lub inwazji Związku Sowieckiego. W razie napadu Związku Sowieckiego mieliśmy na przykład, dla dezorientacji, zdejmować tabliczki z nazwami ulic. Byliśmy pewni, że w takim wypadku Wojsko Polskie stanie po stronie narodu.

13.12.1981r. jeszcze przed południem, wtedy kiedy cała ubecja była zajęta dużymi zakładami w Gliwicach, spotkałem się z Piotrem Goryczką i poszliśmy do kolegi Karczewskiego. Jego aresztowano już w nocy i po deklaracji lojalności zaraz wypuścili. Karczewski był bardzo wystraszony i oświadczył, że nie będzie podejmował żadnych działań. Szkoda, bo był to porządny i mądry człowiek. Nie miałem do niego pretensji i w późniejszym okresie zawsze mogłem do niego pójść i porozmawiać o wszystkim, nie bałem się, że mnie wyda. Regularnie brał ode mnie gazetki.

Następnie poszliśmy na bazę transportu i opróżniliśmy biuro „S“. Zabraliśmy wszystkie dokumenty i wywieźliśmy z zakładu. Strażnik na bramie (nazwiska nie pamiętam), członek „S” trochę się buntował, ale nas wypuścił i nikomu o tym nie powiedział. Porządny chłop. Po odstawieniu samochodu na bazę, ustaliliśmy spotkanie w kościele św. Krzyża na godz. 19:00. Rozeszliśmy się, aby powiadomić innych. Zadanie to nie było łatwe, ponieważ komunikacja nie działała, a trzeba było iść na koniec miasta. Miało przyjść wiele osób przyszło nas tylko trzech. Piotrek Goryczka, Zbigniew Sawicki (przewodniczący „S” Fabryki Domów), no i ja. Rozmowa trwała krótko, przygnębienie i rozczarowanie wzięły górę. Postanowiliśmy, że musimy nawiązać kontakty i koniecznie coś robić. Zdawaliśmy sobie sprawę, że właśnie w tej samej chwili spotykali się inni w małych grupkach najbardziej zaufanych i mieli ten sam problem co my. Nawiązywanie kontaktów było bardzo trudne, ludzie podejrzewali prowokację i nie chcieli rozmawiać. Bali się. Jednakże powoli udawało mi się nawiązywać kontakty.

PIERWSZE NASZE ULOTKI

Któregoś dnia w styczniu 1981r. w dzienniku telewizyjnym pokazali jak to w Warszawie wymalowane zostały autobusy znakami orła hitlerowskiego trzymającego w szponach gwiazdę sowiecką i pod spodem z napisem WRONa. To hasło tak nam się spodobało, że postanowiliśmy zrobić to samo. Pracujący w biurze kolega z bazy transportu, którego nazwiska nie pamiętam, zrobił matrycę na wzór monety niemieckiej. Wyglądało to tak, że na brystolu wycięty był wzór ulotki. Przez następną noc siedziałem i watą namoczoną w farbie odbijałem te ulotki. Udało mi się zrobić dwieście sztuk. Podzieliłem je na paczki po dwadzieścia – trzydzieści sztuk i rozdałem kolegom idącym do pracy z różnych punktów miasta. W drodze do pracy, w tym samym czasie i w różnych punktach miasta zostały rozklejone, lub przypięte pineską niecałe dwieście ulotek, bo nie wszystkie udało się powiesić. Wydawałoby się, że to bardzo mało, ale efekt był ogromny. Miasto wrzało. Ci, co widzieli opowiadali innym i wiadomość rozniosła się po całym mieście lotem błyskawicy. Pamiętam jak jeden z niewtajemniczonych kolegów przyszedł do mnie i podniecony opowiadał mi jak to całe miasto było oblepione ulotkami, że „S” nie zginęła i jeszcze nie wszystko stracone. Pamiętam także, jaką satysfakcję odczuwałem w tym czasie. Zachęcało to do dalszej działalności.

DRUKARNIA

Pod koniec stycznia 1982 roku dotarła do nas pierwsza ulotka. Była to straszna kopia. Prawie nieczytelna, ale była czytana i przekazywana jak największy skarb. Ponieważ był to znak, że jest ktoś w Gliwicach, kto umie drukować, postanowiliśmy, że musimy za wszelką cenę do niego dotrzeć. Nie pamiętam już za pośrednictwem kogo, ale wtedy poznaliśmy Tadeusza Drzazgowskiego, pseudonim „Spokojny”.

„Spokojny“, z zawodu murarz, pewny siebie, bardzo bezpośredni, cechujący się dużą wiedzą ogólną i polityczną, ziejący nienawiścią do komuny, był pierwszym człowiekiem, którego poznałem, który ukrywał się od początku stanu wojennego. Zrobił od samego początku na mnie ogromne wrażenie. Był to typ przywódcy. Podejmował decyzje szybko i trafnie. Swoją osobowością i postawą działał jak magnes. Przyciągał ludzi. Swoimi argumentami, ogromną wiedzą i pracowitością zjednał sobie elitę Gliwic i utworzył Gliwicką Komisję Koordynacyjną.

Spokojny przyszedł uczyć nas drukowania. Spotkanie odbyło się na Fabryce Domów, po pracy, wieczorem. Na spotkaniu byli obecni: Zbyszek Sawicki, Edek Ulkowski, Zdzisiu Spital, Janek Miecierz, no i ja. Wszyscy oprócz mnie byli pracownikami Fabryki Domów. Wtedy drukowaliśmy pierwszy biuletyn podziemny, ponieważ Spokojny nie pozwolił nam na bezproduktywną zabawę w naukę. Uczyć się i od razu parę gazetek wydrukować. Ale matryca szybko się zepsuła, a nie było drugiej, dlatego zrobiliśmy tylko około czterdziestu sztuk.

Zbyszek Sawicki szybko zorganizował na Fabryce Domów ślusarzy, którzy produkowali ramki i wałki, a „Spokojny” nauczając ludzi z następnego zakładu, od razu zostawiał im sprzęt. Takim sposobem można było wybierać sobie drukarnię, lub rozdając matryce, drukować w paru miejscach ten sam biuletyn.

Poprzez kasjerkę z Fabryki Domów, Panią Halinę Grabarę, z która często jeździłem jako kierowca, dostałem od jej męża Andrzeja, cały stos czegoś, co wyglądało jak kalki, tylko bardziej skomplikowane. Halinka wiedziała, że my coś robimy i miała do mnie zaufanie. Nie wiedząc, do czego to może być nam potrzebne zaniosłem kalki „Spokojnemu”. Dopiero on uświadomił mi, że są to matryce. W tamtych czasach rzecz droższa od złota. Ramki można było zrobić samemu, farbę z mydła i sadzy, tylko matryce trzeba było skombinować. Załatwiło to nam drukowanie ulotek na dłuższy czas.

Nie minęło wiele czasu i poznałem Andrzeja Grabarę osobiście i skontaktowałem go ze „Spokojnym”. Andrzej spełniał bardzo dużą rolę w naszych strukturach. Pracował w „Mostostalu” w Zabrzu. Był bardzo inteligentny, oczytany. Założył i prowadził „Latającą Bibliotekę”. Wypożyczał książki, których nie można było normalnie kupić w księgarni.

Andrzej był moim nauczycielem. Dawał mi książki i kazał je czytać. W taki sposób przeczytałem „Archipelag Gułag” i wiele innych książek. Andrzej był też moim psychologiem. Jak czasami miałem wszystkiego dość to przychodziłem do niego i on poprzez łagodną perswazję przywracał mnie do normalnego stanu.

Pewnego razu, w marcu albo w kwietniu przyszedł do mnie Rysiu Cydzik, kolega z pracy, pracujący w Dyrekcji. Powiedział mi, że jego znajomy, Tadeusz Bełz, kierownik jakiegoś zakładu, porządny, godny zaufania człowiek szuka kontaktu z Delegaturą. Powiadomiłem o tym „Spokojnego”, który zdecydował, że na spotkanie pójdę ja. Wtedy było u nas przyjęte, że ten, który nawiąże nowy kontakt, to już później prowadzi tę grupę. W ten sposób „nowy” pozna tylko jednego i możliwości wpadki ograniczy się do minimum. Na spotkaniu, po wymienieniu hasła, Tadziu Bełz z wielkim przejęciem opowiadał mi, a właściwie „meldował” o swojej grupie, co już zrobili i że chcą się dołączyć itd. Czułem się jak generał z szeregowym. Po krótkim czasie „Spokojny” odebrał mi grupę Bełza. Po prostu była to bardzo aktywna grupa i Bełz wszedł do ścisłego kierownictwa. Wtedy ja znowu byłem szeregowym, a on generałem.

MANIFESTACJA GLIWICKA 3.5.1982

Jak już jako tako funkcjonowała drukarnia, organizowaliśmy intensywnie kolportaż. Ja jako kierowca, załatwiałem „Famont” i ZREMB” (Zakład Remontowy Maszyn Budowlanych w Gliwicach). Andrzej Grabara zabierał ulotki do „Mostostalu”, Tadeusz Bełz do swojego zakładu. Były jeszcze grupy kierowane przez Władysława Kostrzewskiego i Tadeusza Listowskiego, o których wtedy nie wiedziałem. Ze względów bezpieczeństwa, wtedy było lepiej jak najmniej wiedzieć. Kierował tym wszystkim Drzazgowski. W tym czasie robiliśmy mniejsze akcje, jak na przykład, wydmuszki z jajek wypełnione farbą rzucaliśmy na komitet miejski PZPR, tak żeby nie było widać napisów. Jak nam już kolportaż się trochę rozwinął, „Spokojny” postanowił zorganizować manifestację na miarę całych Gliwic. Prawdopodobnie, nie pamiętam dokładnie, było to wezwanie Krajówki. Wydrukowaliśmy odpowiednio wcześniej w biuletynie trasę manifestacji. Przebiegała ona przez ulicę Zwycięstwa do dworca kolejowego, następnie z powrotem ulicą dworcową i znowu na ulicę Zwycięstwa. I tak w koło. Masowy udział gliwiczan w manifestacji zaskoczył nas wszystkich. Był to dowód na to, że nasze starania nie są daremne, że docieramy z naszymi biuletynami do wielu i jesteśmy czytani. Dawało to siłę i chęci do dalszego działania. Milicja ustawiona na trasie spaceru, spisywała uczestników. Ja byłem spisany trzy razy. Poza tym zachowywała się spokojnie. Telewizja rozdmuchała to na całą Polskę, co dawało nam satysfakcję, że dowiedzą się o nas inni. Po manifestacji, „Spokojny” oświadczył, że jest to świetna nazwa dla naszego biuletynu. Zrobił szybko winietę i od tej pory nasz biuletyn nazywał się „Manifestacja Gliwicka”.

INSTRUKCJA BHP

Byłoby grzechem jak nie wspomniałbym tutaj o instrukcji BHP. Uratowało to wielu działaczy, między innymi mnie także. Bezpieczeństwo i Higiena pracy w podziemiu – broszura – w której było napisane jak należy zachować się podczas wpadki, kontroli, przesłuchania itp. itd. Jak mnie aresztowano, stosowałem się ściśle do instrukcji i nie znaleźli na mnie paragrafu. Zostałem tylko internowany.

POŁĄCZENIE Z „KRAJÓWKĄ”

Józef Zbigniew Bełz, sędzia z Gorzowa Wielkopolskiego, działacz „S”, ukrywający się od początku stanu wojennego, poprosił swojego brata Tadeusza Bełza, mieszkającego w Gliwicach o nawiązanie kontaktu z Delegaturą i zorganizowanie spotkania. Spotkanie to odbyło się w moim domu przy ulicy Jana Długosza 13/1. Pamiętam, że na spotkanie przyjechał osobiście Zbigniew Bełz. Z naszej strony obecny był Tadeusz Bełz i Andrzej Grabara. Na tym spotkaniu miał być obecny szef delegatury gliwickiej „Spokojny”, jednak do końca podejrzewał prowokację i nie przyszedł. Potem okazało się, że to nie krajówka, tylko „Solidarność Walcząca”. Dopóki Delegatura Gliwicka nie zorganizowała skrzynki kontaktowej, przyjechał do mnie jeszcze raz łącznik z Wrocławia.

STRAJK W ZREMB-IE
Zakłady Remontowe Maszyn Budowlanych w Gliwicach przy ulicy portowej, były bardzo duże. Nawiązanie kontaktu z działającą tam już grupą było dla mnie stosunkowo łatwe, ponieważ w ZREMB-ie pracował mój brat, Janusz Michalczyk. Tak, że w miarę szybko zostałem łącznikiem Delegatury do ZREMB-u. Kolportaż pracował bez zarzutu. Przeprowadziliśmy wspólnie parę dobrych akcji. Na przykład brali udział w wybudowaniu w jedną noc, pomnika na cmentarzu lipowym i w akcji na remizę tramwajową. Znałem z tej grupy paru ludzi, ale tylko pseudonimy, dzisiaj nawet to zapomniałem. Najgorsze, że zapomniałem, kiedy ten strajk był. Staram się ich odszukać, ale jak do tej pory bez skutku.
Na wezwanie Krajówki do strajku ostrzegawczego byli oni jednym z nielicznych zakładów w Polsce, którzy strajk ten przeprowadzili. Niestety zakończyło się atakiem ZOMO i dużymi aresztowaniami. Mimo to, że wtedy było wielu pobitych i aresztowanych, działacze i pracownicy ZREMB-u mogą być dumni, ponieważ w okresie zmęczenia, kiedy wydawało się, że komuna nas już prawie wykończyła, pokazali nam, że to nie prawda, że są jeszcze ludzie, którzy się nie dali.

RADIO

Z zazdrością oglądaliśmy w telewizji informacje o podziemnym radiu w Warszawie, Gdańsku lub Wrocławiu. Nareszcie przyszła pora na nas. „Spokojny” poinformował mnie, że robimy radio.

Do montażu nadajnika zawoził mnie ze „Spokojnym”, Tadziu Bełz swoim prywatnym samochodem. Nadajnik i cały sprzęt przewoził kierowca taksówki Roman Sadowski. W gazetkach podziemnych była już wcześniej informacja o radiu i o czasie nadawania. Ubecja i ZOMO szalały, jak nigdy wcześniej pojawiły się na mieście silne patrole i częste kontrole. Na miejsce akcji wybrano nowo powstające osiedle na pograniczu Gliwic i Zabrza. Trzeba sobie tutaj wyobrazić na terenie ogrodzonym około dwudziestu budynków z wielkiej płyty, w stanie surowym, bez okien i bez drzwi. Jadąc przez miasto przejeżdżaliśmy przez kordony ZOMO. Zomowcy przypatrywali się nam i patrzyli przez szybę do samochodu. Mieliśmy szczęście, nie zostaliśmy zatrzymani. Na budowę zajechaliśmy przed godziną policyjną i mogliśmy zejść dopiero rano, po godzinie policyjnej. W pierwszą noc przygotowaliśmy całą instalację. To znaczy, musieliśmy z samego dołu, ze skrzynki elektrycznej, przeciągnąć przewód zasilający aż na sam dach. Na dachu rozwinęliśmy antenę, ustawiliśmy nadajnik i wypróbowaliśmy czy jest wszystko w porządku. Parę rzeczy trzeba było poprawić, następnie musieliśmy wszystko zwinąć kabel i ukryć do następnego dnia. Do rana siedzieliśmy ze „Spokojnym” i paliliśmy papierosy jeden za drugim aż skończyła się godzina policyjna i przyjechał Tadziu nas odebrać. Następnego dnia akcja była krótka.

Tadziu zawiózł nas w pobliże budowy i odjechał. Dla bezpieczeństwa wracać mieliśmy na własną rękę. Zmontowaliśmy szybko nadajnik i antenę. Włączyliśmy nadajnik i rozbiegliśmy się w różnych kierunkach. Od tej pory ubecja mogła nas namierzyć w parę minut. „Spokojny” pobiegł do znajomych, którzy mieszkali w pobliżu, aby zdążyć jeszcze wysłuchać audycji. Ja poleciałem na przystanek autobusowy i udałem się do domu. Odwrót udał się wspaniale, nie zauważyłem po drodze żadnych większych ruchów Milicji. Dopiero jak przyszedłem do domu dowiedziałem się, że audycji nie było słychać. Skontaktowałem się ze znajomymi i okazało się, że Ubecja nas skutecznie zagłuszyła. W poniedziałek rano robotnicy odkryli nadajnik i powiadomili władze. Po południu we wiadomościach radiowych można było usłyszeć, że urząd bezpieczeństwa państwa odkryła nadajnik, który nadawał audycję antypaństwową, audycja się odbyła, a słyszalność była w promieniu 60 kilometrów. Do tego telewizja w dzienniku wieczornym pokazała piękne zdjęcia naszego nadajnika i informacja o Radiu Solidarności w Gliwicach rozeszła się na całą Polskę.

Data: 28 i 29.08.1982r.

Tekst: Andrzej Jarczewski

Podkład muzyczny mix: Tadeusz Bełz

Czytała: Teresa Sadowska

Konstrukcja i budowa nadajnika: Witold Kuczyński

Transport: Tadeusz Bełz, pseudonim. Lew, Leo, Leon

taksówka Roman Sadowski

Montaż nadajnika na dachu: Kazimierz Michalczyk pseud. Czarny, Tadeusz Drzazgowski, pseud. Spokojny, Morda.

AKCJA NA REMIZĘ TRAMWAJOWĄ

Remiza tramwajowa i zajezdnia autobusowa były praktycznie w jednym miejscu, na jednym i tym samym placu. Do tej akcji Tadziu Bełz przygotował pieczątki o wymiarach około 40-50 cm x 15-25 cm, z napisem „ Solidarność żyje”. Jak zwykle Tadziu Bełz zawiózł nas, „Spokojnego” i mnie, na akcję i rano miał nas odebrać. Spokojny przygotował dla mnie nocleg w pobliżu remizy. Spotkanie uczestników akcji było z tyłu przy ogrodzeniu zajezdni. Dopiero wtedy mogłem zobaczyć te pieczątki. Fachowo i ładnie wykonane deseczki z gryfem do trzymania, na których naklejono litery wycięte z czegoś w rodzaju gąbki. Tak, że za jednym zamoczeniu w farbie, można było parę razy pieczętować. Wspaniały patent, który oni sami wymyślili. Nieznany jest mi przypadek żeby ktoś w Polsce w ten sposób robił. Na akcję przyszli wyjątkowo wszyscy i nawet zapasowe pieczątki zostały rozdane i tak dla jednej osoby brakło. Ponieważ ja byłem jedyną osobą, która miała dzieci, „Spokojny” kazał mi iść do domu. Jednak nie potrafiłem odejść. Przez mur ogrodzeniowy obserwowałem jak chłopaki sprawnie obskakują tramwaje. Umówiono się, że pieczątki będą stawiane z tyłu - a widziałem jak walą z tyłu, z przodu i po kilka razy z boku. Aż się serce radowało. Po pewnym czasie zniknęli mi za autobusami. Czas ciągnął się niesamowicie. W oddali słyszałem tylko jakieś ruchy i szczekanie psów. Po jakiejś pół godzinie wrócili szczęśliwie wszyscy. Z ożywieniem opowiadali jak oblecieli wszystkie tramwaje i wiele autobusów. W miarę szybko rozeszliśmy się na kwatery. Dobrze się stało, że rano przyjechał po nas Tadek Bełz, ponieważ nie jeździły ani autobusy ani tramwaje. W drodze do domu widzieliśmy ogromne tłumy ludzi na przystankach. Spóźnienia do pracy były wielogodzinne. Na dodatek ubecja nie chciała dać nam za wygraną i ściągnęła autobusy z całego Śląska. Do nas przyjechały one i tak późno a tam brakowało. Zapanował chaos w komunikacji na całym Śląsku.

Data: 08.10.1982

Sprzęt wykonał: Tadeusz Bełz

Transport: Tadeusz Bełz

Udział w akcji: Tadeusz Drzazgowski, Kazimierz Michalczyk, Grupa ZRĘB.

SITODRUK

Do tej pory drukowaliśmy prymitywnie na ramkach. Było ciężko z matrycami a sępy żądali za nie coraz więcej pieniędzy. Finansowaliśmy do tej pory wszystko ze składek, lub z własnej kieszeni. Coraz częściej z własnej kieszeni. Drukowanie na sitodruku było o wiele bardziej wydajne, ale nikt z nas nie znał się na tym. W tym celu zorganizowane zostało szkolenie sitodrukowe w Warszawie. 1 i 2 października 1982 roku, grupa, naście osób, w tym ja też, pojechała na szkolenie do Warszawy. Szkolenie było zorganizowane w sobotę i niedzielę, tak, że nikt nie musiał załatwiać sobie urlopu. Wszystko było świetnie zorganizowane. Zostaliśmy zakwaterowani do osób prywatnych po dwie, trzy osoby. Szkolenie odbywało się całkiem gdzie indziej. Wspaniali ludzie, u których nocowałem, starali się bardzo. Karmili nas do syta, gotowali jakieś wyszukane dania z warzyw, które ja robol wychowany na pietruszce i marchewce, wtedy pierwszy raz w życiu widziałem. Ukoronowaniem tego wszystkiego było, jak pani gospodyni zaprosiła nas na wystawę Powstania Warszawskiego pod tytułem „Warszawa Walczy”. Takie coś mogło wydarzyć się tylko w Warszawie. W stanie wojennym, kiedy za znaczek Polski Walczącej, wymalowany na murze groziło parę lat więzienia, organizują ogromną plenerową wystawę, gdzie na każdym murze są duże znaki Polski Walczącej, gdzie na każdym kroku można było spotkać prawdziwych, żywych powstańców, w mundurach AK z orzełkami w koronie. Można było porozmawiać, kupić pamiątkę, dostać autograf. Wspaniały prezent pani gospodyni, czułem się jak w wolnej Polsce.

INTERNOWANIE

Na polecenie ubecji, wojskowy komendant Famontu sporządził listę pracowników podejrzanych o działalność antyustrojową. Na liście tej między innymi znalazłem się także ja. Wcale się nie dziwię, że wpisał mnie na tę listę, ponieważ nie ukrywałem (z wzajemnością) antypatii do tej osoby. Był to emerytowany pułkownik wojska. Przed stanem wojennym pracował w Famoncie jako rzecznik wojskowy. W stanie wojennym zakład nasz został zmilitaryzowany i towarzysz pułkownik został mianowany na wojskowego komendanta. Traktował swoją funkcję bardzo poważnie.

Pewnego razu wiozłem moją służbową Nysą kasjerki z dyrekcji do fabryki domów. Na przystanku autobusowym w pobliżu dyrekcji zatrzymał mnie pan pułkownik. Chciał żebym po drodze podwiózł jego do centrum miasta. Jak zamknął za sobą drzwi, a nie zdążył jeszcze usiąść, dałem gazu tak, że pan pułkownik robiąc fikołka wylądował całkiem z tyłu samochodu. Jak zobaczyłem w lusterku, że się już podniósł, to depłem po hamulcach, aż zobaczyłem jego twarz na przedniej szybie. Poprosił żebym jego wysadził. Przejechał ze mną może sto metrów i już od tego czasu dobrowolnie więcej nie chciał ze mną jechać.

Zdarzyła się jeszcze jedna historia, podczas której mało brakowało żebym wyleciał z pracy. Znowu wiozłem kasjerkę z dyrekcji do fabryki domów, tylko tym razem z wypłatą dla ludzi, a pan pułkownik był jako ochrona. Jak już zajechaliśmy na miejsce, powiedział mi żebym zawiózł jego na komendę SB. Pomyślałem sobie: o nie, ja ciebie kapować wieźć nie będę. Poleciałem szybko do kierownika fabryki, którego miałem na karcie wpisanego jako dysponenta samochodu i zapytałem grzecznie, czy mam zawieźć pułkownika do dyrekcji. Kierownik odpowiedział, oczywiście tak. A więc na wyraźne polecenie dysponenta wiozłem pułkownika do dyrekcji. Podczas jazdy pienił się strasznie, przeklinał, krzyczał, straszył mnie. Ja kiwałem ze zrozumieniem głową i odpowiadałem, że poleceniem dysponenta była dyrekcja, a ja maluczki tego zmieniać nie mogę..... Nie zostałem wezwany do dyrektora. Po paru minutach dyrektor razem ze wszystkimi swoimi zastępcami zbiegli do mnie na dół. Okazało się, że pułkownik musiał na komendzie zdać broń, którą pobrał do ochrony kasjerki z wyplatą. Parę dni trwała jeszcze ta awantura. Tłumaczyć musiał się kierownik fabryki pan Kubiński. Z innej strony bardzo porządny człowiek, który regularnie czytał gazetki, które mu dostarczałem i informował mnie, o co pytali smutni panowie, którzy przychodzili od czasu do czasu do niego. W efekcie wszystkiego, nie zostałem zwolniony. Myślę, że stało się tak, dlatego ponieważ w gronie tych dyrektorów, było także paru porządnych ludzi (a może nie kazali). Kierownik Kubiński opowiadał mi jak pracownik SB, przychodzący regularnie, zawsze zaczynał rozmowę: „Feliks donosi”, i opowiadał co donosił kapuś o ludziach z Fabryki Domów. Wtedy Zbyszek Sawicki puścił na każdym wydziale inną informację. Następnym razem, jak przyszedł SB-ek do kierownika, wiedzieliśmy na którym wydziale mamy kapusia. Niestety nie udało nam się bliżej ustalić, kto to był.

Od pewnego czasu przygotowywaliśmy się do obchodów święta odzyskania niepodległości. Zaplanowane były różne akcje i demonstracje. Wydrukowane były już gazetki i dodatkowo jeszcze ulotki formatu A5 (na jednej kartce A4 dwie ulotki) wzywające do obchodów 11-tego Listopada. W tym czasie miałem dosyć dużo do rozprowadzenia. 4.11.1982r. rozesłałem już na wszystkie zakłady które miałem pod opieką i miałem, jak to się mówi, czyste mieszkanie. Jednak późnym wieczorem dostałem od Tadzia Bełza zwrot 285 jeszcze nie porozcinanych ulotek. Ponieważ było już późno, nie wyniosłem ich z domu tylko schowałem do tapczanu.

5.11.1982r. poszedłem do pracy jak zwykle, na godzinę szóstą rano. Od razu przy wejściu kazano mi zgłosić się do dyrektora naczelnego. Nie znałem powodu, różne myśli przechodziły mi przez głowę. Myślałem o zwolnieniu. W sekretariacie kazano mi czekać. Po jakiejś chwili z gabinetu dyrektora wyszedł dyrektor naczelny z trzema panami. Panowie ci pokazując mi legitymacje, przedstawili się i oświadczyli, że jestem aresztowany. Jednemu z nich wziąłem legitymację z ręki i dokładnie przeczytałem. Był to kapitan urzędu bezpieczeństwa. Z pod budynku dyrekcji, 150 m na bazę transportu, pojechaliśmy brązowym fiatem. Na bazie przeszukano moją szafkę i samochód. Następnie pojechaliśmy do mojego domu. Stosunkowo szybko znaleźli ulotki w tapczanie. Przy spisywaniu protokołu zapytano mnie skąd to mam. Odpowiedziałem zgodnie z instrukcją BHP, że jak wystawiałem butelki na mleko, zobaczyłem paczkę leżącą przed moimi drzwiami. Wziąłem ją do domu. Jak ją rozpakowałem i zobaczyłem co to jest to tak się przestraszyłem, że wrzuciłem ją do tapczanu.

Od tego czasu zaczęli przeszukiwać bardzo dokładnie. Brali każdą rzecz do ręki i oglądali czy może to służyć do druku. Muszę tutaj powiedzieć, że przed półtora miesiąca temu przeprowadziłem się z ul., Findera na ul. Długosza, do mojego Ojca. W komórce i piwnicy było pełno. Było ciężko się tam dostać, co dopiero przeprowadzić przeszukanie. Mieli chłopaki pełne ręce roboty. Jeden z ubeków znalazł jakąś szybę z wymalowanymi jakimiś gryzmołami. Moja żona bawiła się kiedyś w malowanie na szkle. Ubek zapytał mnie, co to jest. Ja odpowiedziałem, że to jest malowanie na szkle. Ale on niedowiarek zawołał kierowcę i posłał go z tym do centrali. Po około pół godzinie kierowca wrócił, oddal szkło i powiedział, że to nie to. Tak podróżował kierowca chyba ze trzy razy. Zbliżało się już południe gdy jeden z nich zapytał mnie znienacka, „a gdzie masz matryce”. Ja bez zastanowienia odpowiedziałem – w piwnicy. Nie ukrywali chłopaki zadowolenia jak to z zaskoczenia wydobyli ze mnie zeznanie. Jak każdy z nas w tamtych czasach próbowałem sobie trochę dorobić. W tym celu kupiliśmy z bratem wtryskarkę. Wtryskarka to taka maszyna, którą produkuje się różne rzeczy z plastiku. Polega to na tym, że rozgrzany do płynności plastik wtryskuje się do formy (matrycy). Myśmy posiadali matrycę okrągłej ramki lusterka kieszonkowego. Sama matryca była z metalu i ważyła około 2 – 3 kilogramów. Imadło do którego mocowana była matryca ważyło dobre 30 kg. Wtryskarka ta stała rozebrana w piwnicy.

Poszliśmy wszyscy razem do piwnicy i podałem ubekowi imadło z zamontowaną matrycą. Kierowca zawiózł ją do centrali. Było już około piętnastej, gdy zostałem zawieziony na komendę SB przy ul. Barlickiego w Gliwicach. Na portierni siedział stary zasłużony ubek, pamiętający jeszcze czasy stalinowskie. Wprowadzili mnie do pokoju przesłuchań z którego było przejście do drugiego pokoju. Na drzwiach do tego drugiego pokoju wisiała karteczka z napisem „Honorowi dawcy krwi obsługiwani są poza kolejnością.” Wiele razy straszono mnie później, że jak nie zacznę mówić to przejdziemy do tego pokoju gdzie mają narzędzia. Cały czas przesłuchiwali mnie w parę osób. Najmniej było ich dwie osoby, najwięcej siedem. Przesłuchanie trwało do rana. Zawsze był jeden dobry ubek i jeden zły. Ten dobry zawsze miał współczucie i dobre rady dla mnie. A przede wszystkim radził nie drażnić tego drugiego. Co jakiś czas zmieniali się przesłuchujący i jak przyszli znowu ci sami to zapominali kto jest zły a kto dobry i było czasem odwrotnie. W nocy jeden z nich wyciągnął pistolet i straszył, że jak nie zacznę mówić to mnie zastrzeli. Posadzili mnie na taborecie przewróconym do góry nogami, tak, że mogłem siedzieć tylko na jednej nodze od taboretu. Z bólu często zmieniałem pozycję, ale po pewnym czasie nie było już miejsca, w którym nie bolało. Nad ranem straciłem przytomność i spadłem z tego taboretu. Pamiętam jak do drugiego pokoju ktoś wszedł i zapytał czy zacząłem mówić. Zapytany odpowiedział mu, że nie, twardy jak Rus. Był to jedyny przypadek w moim życiu, w którym ucieszyło mnie porównanie do Rusa. Jeszcze przed południem przewieziono mnie do aresztu, na komendę miasta MO przy ul. Kościelnej. Tam mogłem dopiero coś zjeść i się przespać. Po południu przewieźli nas, całą grupę, do aresztu przy komendzie wojewódzkiej MO w Katowicach. Kolację jadłem już na Pentagonie. Pentagon - tak nazwał ktoś nowo wybudowaną komendę wojewódzką MO w Katowicach.

Obóz internowania w Zabrzu – Zaborzu do 09.12.1982r.

03.06.1983r. Emigracja

Autor publikacji: 
Ruch Antykomunistyczny: