Jan Józef Lipski. Proces Anny Rudzińskiej i Klub Krzywego Koła

Proces Anny Rudzińskiej na początku 1962 był ważnym czynnikiem nowego etapu w odchodzeniu ekipy Gomułki od Października.

Nie był to pierwszy w środowisku Klubu Krzywego Koła proces o kontakty z paryską "Kulturą" i jej kolportaż. W roku 1959 sądzono Hannę Szarzyńską-Rewską, geografkę. Bohaterski żołnierz AK, "Hanka" Szarzyńska uczestniczyła w zamachu na Kutscherę jako komendantka łączniczek, obok komendanta akcji, "Lota". Później walczyła w partyzantce, a następnie w Powstaniu Warszawskim. Tu dopiero dostała Krzyż Walecznych; dowództwo AK oszczędnie dysponowało odznaczeniami. Rewska była członkiem Klubu Krzywego Koła, otrzymała wyrok w zawieszeniu za kolportaż "Kultury" paryskiej.

Anna Rudzińska wyjechała na stypendium do Francji. Nawiązała tam kontakt z Jerzym Giedroyciem i "Kulturą", po czym wróciła do Warszawy z zamówieniami na dalsze przesyłanie książek i znalezienie tłumacza dla "Kultury". O ile Rewska prowadziła samotniczy styl życia, do tego stopnia, że z dużym opóźnieniem dowiedzieliśmy się o jej aresztowaniu - to Rudzińska głęboko tkwiła w życiu społecznym, miała ożywione stosunki towarzyskie, przede wszystkim zaś sekretarzowała faktycznie przez długi czas Klubowi Krzywego Koła i - później - Polskiemu Towarzystwu Socjologicznemu. Również żołnierz AK, uczestniczka Powstania Warszawskiego w Kompanii B-3 Pułku "Baszta" na Mokotowie (wraz ze swym ukochanym bratem, podchorążym Bronisławem Wojciechowskim) - późno studiowała socjologię na Uniwersytecie Warszawskim; musiała przedtem podchować dwoje dzieci. Znalazła się w kręgu osób skupionych wokół Marii i Stanisława Ossowskich. I odtąd, po ostatnie czasy, stała się osobą-instytucją: cokolwiek organizowano, pomagała w tym. Przepisywała większość dokumentów, które wyprodukowała opozycja (świetnie pisze na maszynie) i większość czasopism, gdy zaczęły się ukazywać, przy czym starała się nie dyskryminować i żadnemu nie przyznawać wyłączności. Jej dom stał się miejscem, gdzie ludzie z KOR spotykali się z ludźmi z ROPCiO. Niezwykle obowiązkowa, pracowita, punktualna, pełna poświęcenia, o miłym usposobieniu - stała się jedną z najpopularniejszych i jedna z najbardziej ustosunkowanych towarzysko osób w środowisku. Gdy aresztowano ją, już od dłuższego czasu w jej ręku skupiała się większość spraw organizacyjnych Klubu Krzywego Koła. Toteż jej aresztowanie zauważono natychmiast i zmobilizowało ono całe środowisko.

Klub Krzywego Koła zbliżał się do swego kresu. Była to już wówczas ostatnia enklawa Października. Co tydzień, w czwartek, zbierało się kilkadziesiąt osób ze środowisk intelektualnych Warszawy, by w atmosferze pełnej wolności wypowiedzi, po referacie możliwie najkompetentniejszego prelegenta (rzadko nam odmawiano, chociaż nie płaciliśmy) - toczyć dyskusje o najważniejszych w tym czasie problemach społecznych, gospodarczych, prawnych, politycznych, filozoficznych, kulturalnych i historycznych. Wiadomo było, że w KC PZPR odbywają się konsultacje, czy już likwidować Klub. Nie spodziewaliśmy się długiego trwania. Trudno powiedzieć dziś, nie znając tajnych archiwów, jaka była logika działań bezpieki: czy wytaczając proces Rudzińskiej wywierała ona tą drogą nacisk na Gomułkę, by wydał decyzję o likwidacji Klubu - czy też Rudzińska stała się pierwszą ofiarą rozpoczynającej się likwidacji. Trafiono w każdym razie celnie.

Jak zwykle w tych czasach, główną rolę w organizowaniu obrony odegrało dwoje adwokatów: Aniela Steinsbergowa i Jan Olszewski. Dużą rolę w sporządzaniu dokumentacji, organizowaniu ekspertyz itp. odegrał dzisiejszy profesor kryminologii, też - jak adwokaci - członek KKK, Jerzy Jasiński. Paweł Jasienica (Lech Beynar) na bieżąco uczestniczył w pracach przygotowujących obronę Rudzińskiej.

Aniela Steinsbergowa - podobnie jak w procesie Szarzyńskiej-Rewskiej - zażądała przede wszystkim, by sąd znalazł się oko w oko z salą, na której zasiądzie elita intelektualna Warszawy, a więc po części i Polski. Zaproszenie na proces było dużym wysiłkiem organizacyjnym: z każdym należało porozmawiać osobno, przedstawiając wiarygodnie sytuację procesową. Nie jestem dziś w stanie przedstawić listy obecnych na sali, czasy się zmieniają i zapewne wyciągnę dokumentację Klubu ze schowka. Pamiętam, że na procesie byli profesorowie [Maria] Kotarbińska i [Tadeusz] Kotarbiński, [Maria] Ossowska i [Stanisław] Ossowski, [Jan] Szczepański, [Jan] Strzelecki, seniorzy PPS i ruchu spółdzielczego: Stefan Zbrożyna i Jan Wolski, wielu pisarzy, prócz Jasienicy zapamiętałem [Jana] Parandowskiego, K.[azimierza] Brandysa, [Artura] Sandauera (!), [Pawła] Hertza. Tak, trzeba się dobrać do zamelinowanej dokumentacji! Ale Rudzińską aresztowano i sądzono (ciągle z haniebnego dla komunistów Małego Kodeksu Karnego) w innym już czasie niż Rewską. Mimo posiadania dwojga dzieci, którymi winna się opiekować (była już wtedy rozwiedziona), dostała roczny wyrok, w znacznej części w końcu odsiedziany.

VI. 1961. Sprawa "Kultury" paryskiej

(nagranie z Anną Rudzińską zimą 1990 roku, krótsza wersja drukowana w „Kulturze” nr 7-8/1999)

Przed wojną spędziłam dwa lata w Paryżu, najpiękniejsze lata mego życia. Od wybuchu wojny marzyłam, żeby tam powtórnie wyjechać.

W 1959 roku otrzymałam stypendium naukowe do Centre Universitaire Europeen w Nancy we Francji. Pracowałam wtedy w Polskim Towarzystwie Socjologicznym, w Bibliotece Wydziału Filozoficznego UW i jednocześnie studiowałam socjologię na UW. Kierownik Biblioteki, wspaniały bibliotekarz Janusz Krajewski, poprosił, abym starała się poznać z Jerzym Giedroyciem w Paryżu, aby pomógł bibliotece uzupełnić zbiory wydawnictw "Kultury" paryskiej. Chodziło mu o wszelkie prohibity, numery "Kultury" paryskiej - cokolwiek uda się dostać. We Francji, podczas pobytu w Paryżu poznałam rzeczywiście pana Giedroycia. Ucieszył się bardzo z tej propozycji, przyniósł mi parokrotnie całe walizki książek, i do Nancy przysyłał mi co miesiąc nowy numer "Kultury", dostałam też od niego egzemplarz Doktora Żywago Pasternaka, którego udało mi się przez kogoś znajomego od razu posłać do Polski.

Wracając w czerwcu 1960 roku przywiozłam do Polski całą wielką pakę książek. Na lotnisku nikt się tym szczęśliwie nie interesował i książki zaraz zaniosłam Krajewskiemu do biblioteki. Umówiłam się z Giedroyciem, że będę mu posyłała książki normalnie kupowane w księgarni, bo jemu wypadało to znacznie taniej niż zamawiane. Oczywiście, jeżeli ja je kupiłam za przysłane przez niego dolary, wypłacone mi w złotówkach przez Bank PeKaO, bo o czarnym rynku dolarowym wtedy nawet nie słyszałam. Poczta do Francji też była bardzo tania. Przysłał mi na to dwukrotnie pieniądze, 120 dolarów. Trwało to ponad rok.

W tym czasie dostałam od niego jeszcze kilka paczek z książkami i list z propozycją, żeby przetłumaczyć książkę Feliksa Grossa The Seizure of Political Power (O przechwyceniu władzy politycznej), która była pisana po angielsku, a on chciał ją wydać po polsku i pewnie tłumaczenie w Polsce wypadało mu taniej. Ja sama nie miałam właściwie pojęcia o angielskim, ale znalazłam osobę, która podjęła się tego, a ja jej przyrzekłam, że nigdy nie powiem, kto to jest i do tej pory dotrzymałam słowa.

Nie wiem, jakim sposobem - czy osoby, które mi przywoziły tę książkę były inwigilowane, czy była to wina mojego gadulstwa - ale latem 1961 roku sprawami najwyraźniej zainteresowały się władze. Na początku miałam tylko niemiłe uczucie, że coś się koło mnie w dzieje. Listy nagle szły bardzo długo, miałam też często wrażenie, że jestem inwigilowana. To wrażenie nasiliło się po 13 sierpnia, po zamknięciu muru berlińskiego. Były to ostatnie dni przeżyte w doskonałej atmosferze, u schyłku wczesnego Gomułki. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie Klubu krzywego Koła w początku lipca 1961 roku, tańczyliśmy pod śpiew własny do białego rana.

4 września czułam się bardzo nieswojo; wracałam do domu z częścią tego tłumaczenia. Wjechałam na czwarte piętro mojego domu na Marszałkowskiej i z windy zobaczyłam stojących na półpiętrze trzech panów z teczkami. Zjechałam natychmiast na dół, kupiłam w kiosku koperty i wysłałam notes z adresami i te teksty do mojej ciotki Zosi w Pyrach pod Warszawą. Ledwie weszłam do mieszkania, usłyszałam dzwonek do drzwi. Panowie mieli nakaz rewizji. Pierwsze ich słowa były: proszę wydać dolary i walory zagraniczne, jakie pani posiada. W życiu nie miałam ani jednego dolara, pieniądze od Giedroycia przychodziły przez bank, po 70 zł za dolara i do ręki dostawałam już złotówki.

Nie bardzo wiedzieli, o co mnie pytać. Interesował ich mój pobyt we Francji. Ponieważ znaleźli fragment maszynopisu i parę stron tłumaczenia, z przejęciem przyznałam się, że chciałam tłumaczyć tę książkę. Poprawki naniosła moja przyjaciółka, Janina Frentzel, która świetnie znała angielski i która potem również przesłuchiwano. Tych parę stron dotyczyły zresztą rewolucji na Kubie, a pan Gross ogromnie chwalił Fidela Castro. Poza tym tekst był zupełnie obojętny.

Znaleźli też stosy listów, posadzili mnie przy stole i kazali je numerować, bo mieli zamiar je zabrać. Przeglądając swoje papiery doszłam do wniosku, że są dwie kartki, które chciałabym ukryć: kartka od pana Przypkowskiego z pozdrowieniami od Giedroycia i kartka z Ameryki od mojej koleżanki, Zosi Kowalskiej. Udało mi się wsunąć je pod obrus.

W końcu oświadczyli, że muszę pójść z nimi. Włożyłam inną sukienkę, wzięłam parę drobiazgów i wyszliśmy. Na schodach powiedziałam im, że muszę jeszcze wrócić do łazienki. Wróciłam sama, wpadłam do pokoju, wyjęłam te kartki spod obrusa, podarłam i wrzuciłam je do toalety.

Aresztowano mnie. Moje dzieci przebywały wtedy w internacie. Zawieźli mnie do Pałacu Mostowskich na pierwsze przesłuchanie. Podczas pierwszej rozmowy postanowiłam, że będę mówić dużo, bo wiedzą, ze jestem gadatliwa, ale tylko o tym, na co mają dowody - na temat książki Grossa, bo w końcu ją znaleźli. Wszystkie inne otrzymane od Giedroycia książki oddawałam do Biblioteki Filozoficznej. O tym też wiedzieli. Kładłam więc nacisk na przywiezioną m.in. Pornografię Gombrowicza, w nadziei, że się nią zainteresują bardziej, niż innymi. Wypytywali, z kim się spotykałam we Francji, i o Klub Krzywego Koła. Pytania wciąż się powtarzały.

Po 48 godzinach przywieźli mnie jeszcze raz do domu, szukali tych schowanych listów. Zabrali mi jeszcze parę rzeczy. Pozwolili mi wziąć nożyczki, jakieś drobiazgi. Zatelefonował akurat mój brat, ale nie pozwolili mi podejść do telefonu, tylko powiedzieli mu, że jestem aresztowana. Kiedy wychodziliśmy, pozwolili mi kupić jakieś drobiazgi w drogerii koło do domu. Spotkałam tam Marylę Kurecką-Wirpszową, której dzieci, podobnie jak moje wtedy, były w tym samym internacie. Mówiłam do niej w kółko tylko: ucałuj ode mnie dzieci, ucałuj ode mnie dzieci, a ona bladła i czerwieniała, była wyraźnie przerażona, wiedziała już, że coś ze mną złego się stało. a nie mogłam jej powiedzieć, że jestem aresztowana.

Rozmowy toczyły się 3 miesiące, co 4 grudnia 1961 roku. Wokół mojego pobytu w Paryżu i wokół Giedroycia, wokół ludzi, których tam spotkałam. Podkreślałam, że mam w Paryżu rodzinę i do tego starałam się ograniczyć moje zeznania. Wymyśliłam całą grupę osób, które woziły do Giedroycia te książki, zupełnie inne, niż kto naprawdę woził. Te osoby były już na Zachodzie i byłam pewna, że długie lata nie wrócą. Wymyśliłam też, że książkę Grossa przyniósł ktoś pod moją nieobecność i zostawił opiekunce do dziecka, nie wiem kto. Wypytywał mnie, kto to mógł być. Każdy - powiedziałam spokojnie - nawet prof. Schaff. Więc to był profesor Schaff? - zapytał ten facet z nadzieją. Ależ nie, to mógł być każdy. Wydawało mi się, że pozycja prof. Schaffa w partii jest tak mocna, że taki żarcik mu nie zaszkodzi. Okazało się jednak, że i na niego rzuciliby się w tym momencie.

Potem zaczęli mnie wypytywać o Klub Krzywego Koła, co się tam robiło, kto itd. Pytano mnie też np., kto pracuje na Wydziale Filozoficznym. "Proszę pani, a kto jest na Wydziale Filozoficznym?". Zużyłam wiele czasu na przypominanie sobie pracowników, wreszcie doradziłam: "Niech pan sobie weźmie informator nauki polskiej, tam pan wszystko znajdzie". I wtedy się z tym odczepili.

Latem jeszcze dostałam list od Giedroycia (list ten tydzień wędrował w Warszawie, więc musiał być zatrzymany), w którym Giedroyc niepotrzebnie moim zdaniem pytał, czy mogłabym porozumieć się z Marią Dąbrowską, sławną pisarką, czy by nie napisała wstępu do wydawanej w Paryżu książki Hertza o Żydach polskich. Nie miałam zamiaru zajmować się panią Marią Dąbrowską, ale oni ten list przeczytali. Przesłuchiwał mnie taki wysoki, różowy pan, porucznik Zbigniew Pudysz, obecnie [w 1990 roku] wiceminister spraw wewnętrznych. Był bardzo grzeczny, dziwacznie rozdzielał spółgłoski, wymawiając Giedro-yć. Powiedziałam mu jak pamiętam, że jeżeli pani Maria Dąbrowska zechce, napisze wstęp do dowolnej książki wydawanej w Polsce czy zagranicą, i dodałam: "zrobi to bez mojego pośrednictwa i bez pańskiego zezwolenia".

Pytali mnie o różne osoby i dziwne sprawy. Np. o pana Jana Wolskiego. Jan Wolski, działacz spółdzielczy, pan z siwą bródką, istotnie był kiedyś u mnie z prośbą, by przesłać do Giedroycia jego tekst o spółdzielczości polskiej, co udało mi się zrobić. Wtedy był okres większego luzu paszportowego, moi znajomi jeździli tam i z powrotem i wozili te rzeczy. Wypytywano mnie więc parę godzin, jakiej wysokości może być honorarium dla pana Wolskiego, o czym naturalnie nie miałam pojęcia. Pytali, jakie pieniądze dawałam panu Wolskiemu, ale ja mu żadnych pieniędzy - podobnie jak komukolwiek innemu - nie dawałam. Pytali mnie także, dlaczego dałam Giedroyciowi swój numer telefonu. Powiedziałam, że dałam we Francji swój telefon kilkuset poznanym tam osobom, również jemu. Ale dlaczego jemu? - dręczyli mnie o to godzinami.

Pewnego dnia Pudysz oświadczył mi, że dziś będzie mnie przesłuchiwał jako świadka. "Zwracam pani uwagę, że jako świadek musi pani mówić prawdę" - ale nie powiedział mi o paragrafie 166, na podstawie którego wolno mi było odmówić zeznań, a ja o tym nie wiedziałam. Ale i tak nie miało to znaczenia. Pytał wtedy o pana Wolskiego, dręczyło go, dlaczego pan Wolski mnie odwiedzał. Powiedziałam, że może chciał o czymś porozmawiać, rzeczywiście chciał wtedy porozmawiać o wysłaniu jego tekstu do Giedroycia, ale tego naturalnie nie mówiłam. Nie mogłam zrozumieć, po co to tak drąży. Już po wyjściu z więzienia dowiedziałam się od Janka Olszewskiego, że pan Wolski, zapytany przez prokuratora, dlaczego mnie odwiedzał, wstał, wyprostował się na całą długość i powiedział: pan prokurator mnie obraża, ja nie zwykłem opowiadać o moich stosunkach z kobietami. Pan Wolski był o jakieś 35 lat starszy ode mnie, a wyglądał jeszcze starzej, bo był zupełnie łysy i miał zupełnie białą bródkę w szpic. Był to człowiek bardzo szlachetny, z bzikiem na temat spółdzielczości. Nocami powtarzałam sobie: jak to dobrze, że to ja siedzę, a nie Janek Lipski, jak to dobrze, że to ja, a nie Aleksander Małachowski, i inni koledzy z KKK. I naprawdę tak myślałam.

Śledztwo było prowadzone elegancko i spokojnie, można powiedzieć. Byli bardzo dla mnie grzeczni, nie doznałam żadnej przykrości większej, niż samo siedzenie w areszcie. Pewnego dnia w październiku przyszedł na przesłuchanie pan, który się przedstawił jako Franciszek Orłowski. Wypytywał mnie o ankietę Stefana Nowaka "Studenci Warszawy". I nagle powiedział: my panią natychmiast wypuścimy, jeżeli powie nam pani, gdzie jest archiwum "Po prostu". Powiedziałam mu, że nawet gdyby mnie bił przez 10 lat, nie powiem mu tego, bo nie wiem. A Orłowski powiedział: "ależ proszę pani, kto by panią teraz bił" z naciskiem na "teraz"; myślał pewnie o metodach, stosowanych jeszcze kilka lat wcześniej. I wyjął z kieszeni przedłużenie sankcji na kolejny miesiąc. Był raz czy dwa.

Wtedy, gdy zapytali o archiwum "Po prostu", przelękłam się. Przestraszyłam się rozszerzania zasięgu ich zainteresowań. Nie wiedziałam na szczęście, gdzie jest to archiwum (dowiedziałam się później, że u Witka Jedlickiego), ale pomyślałam, że to śledztwo staje się za szerokie, bo i Giedroyc, i książki, i Klub Krzywego Koła, i uniwersytet, i pani Maria Dąbrowska, i Wolski, i do tego jeszcze archiwum "Po prostu", to może kroją jakąś dużą sprawę, a uważałam, że nie ma nic gorszego, niż znaleźć się w dużej sprawie.

Starałam się być Zosia-samosia - wszystko tylko ja sama i tylko to, co ja sama, i nic więcej nie wiem. Musiałam się przyznać, kto robił poprawki na tych 7 stronach tekstu tłumaczenia - moją przyjaciółkę przesłuchiwano, ona to potwierdziła, ten fragment dotyczył krytyki rządów Battisty na Kubie, więc nie widziała w nim nic szczególnego. Starałam się zmęczyć Pudysza, przy okazji różnych jego pytań robiłam mu szczegółowe wykłady z filozofii i socjologii. I gdy na początku był to tęgi, różowy, powiedzmy, prosiakowato wyglądający facet, to po 5 miesiącach śledztwa, już na mojej sprawie, był wychudły, blady, żółty i bardzo źle wyglądał, jakby ciężko chory.

Próbowali dokładnie rozliczyć pieniądze od Giedroycia. Przyznałam się w pewnym momencie, że brakującą część z kwot przeznaczonych na książki zatrzymałam na własne potrzeby, co nie było prawdą (naprawdę zapłaciłam te pieniądze osobie, która tłumaczyła książkę). I wtedy ulga odmalowała się na twarzy Pudysza - nareszcie jakiś ludzki motyw! W ogóle nie mógł zrozumieć, że chciałam coś zrobić dla biblioteki, że narażałam się i nie zarabiałam na tym. Potem było mi bardzo nieprzyjemnie, kiedy musiałam powtórzyć to w czasie sprawy w obecności pani profesor Ossowskiej. Mogłam jej to wyjaśnić dopiero znacznie później. Potem dowiedziałam się, że wzywano i przesłuchiwano wszystkich moich przyjaciół, znajomych, rodzinę.

Siedziałam w śledztwie 3 miesiące na Mokotowie. Na II piętrze, najpierw w celi nr 44, potem 42, w dwie do czterech osób. Z reguły jedna była kapusiem, ale to było łatwo poznać. Mówiłam takiej dokładnie to, co miałam zamiar, radziłam się jej nawet. I ona to przekazywała, w związku z czym od pewnych spraw się odczepili. Większość spotykanych przeze mnie w więzieniu osób siedziała zupełnie niewinnie z punktu widzenia moralnego.

Śledztwo było jedyną rozrywką, a siedzenie w więzieniu jest bardzo nudne, dosłownie siedzi się przez cały dzień na bardzo twardym stołku, i to w nie swoim towarzystwie, i nie ma nic do roboty. Nuda i osamotnienie. Stale prosiłam w listach, żeby rodzina przysłała mi parę gąbek do mycia, które mogłabym zeszyć i położyć na tym twardym stołku, żeby było wygodniej, ale nikt nie zwracał na te prośby uwagi. Przydałyby się i do mycia.

Listy szły po 6 tygodni. Cenzura czytała i przetrzymywała listy. Wielką przyjemność sprawił mi list od Witka Jedlickiego, który był bardzo przejęty tym wszystkim. Potem dowiedziałam się od niego, że to archiwum "Po prostu" miał u siebie w domu. Myślał, że ja to wiem. Moja córka pisała do mnie bardzo piękne i poetyckie listy, których w ogóle nie mogłam zrozumieć, np. pisała jakieś historie z wysp na ciepłych morzach. Każdy list oblewało się łzami, czytało po 10 razy, i składało na pamiątkę. To największa przyjemność więzienna.

Przez ten czas dostałam jedną paczkę. Było w niej ciasto, smalec, jakieś inne jedzenie, a na dno moja matka włożyła świeżą, pachnącą różę, z korzeniem owiniętym w mokrą watę. I pamiętam, jak ta róża stała się dla mnie listem - pamiętamy o tobie, kochamy cię, jesteśmy z tobą. Uklękłam wtedy na pryczy i zaczęłam strasznie płakać. Wtedy poczułam, że rodzina i moi przyjaciele nie zaniedbują moich spraw, że wszyscy troszczą się o mnie. I rzeczywiście tak było. Moi przyjaciele z Klubu Krzywego Koła zbierali się, spotykali, radzili, jak mi pomóc, pomagali moim rodzicom, bo moi rodzice byli wtedy w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej i było im bardzo trudno, mieli tylko skromne renty. Mój wuj Zygmunt Zaleski z Paryża przesłał im wtedy też jakieś pieniądze na moją sprawę.

Siedziałam z różnymi osobami. Np. pani Wanda - nie będę podawać nazwisk, bo może i dziś te osoby nie życzyłyby sobie tego. Pani Wanda była oskarżona o szpiegostwo. Zgodziła się podczas pobytu zagranicą pod naciskiem na szpiegowanie na rzecz Niemiec Zachodnich, ale nigdy nic a nic na ich rzecz nie zrobiła. Była ponętną zdobyczą, bo jej mąż był wyższym oficerem. I rozzłoszczeni Niemcy przysłali polskim władzom konrtwywiadowczym podpisane przez nią zobowiązanie do współpracy. Dostała za to 3 lata. Siedziałyśmy najczęściej we dwie z panią Wandą, która była najwyraźniej kapusiem, i miała za zadanie wszystko ode mnie wyciągnąć. Ponieważ ja dokładnie wiedziałam, co chcę powiedzieć, więc zwierzałam się jej, ale nie powiedziałam jej nic innego, niż zamierzałam, tylko trochę innymi słowami niż na przesłuchaniach, właśnie tak, żeby o tym doniosła. Opowiedziałam jej np. na temat wypytywań o pana Wolskiego, a ona mi doradzała "pani się lepiej przyzna, pani Haniu", na co ja jej mówiłam "kiedy nic mu nie dawałam, nie mam do czego się przyznać". I rzeczywiście, dość szybko przestali mnie o niego pytać. Pani Wanda po 2 latach wyszła, kapowaniem skróciła sobie trochę swój absurdalny wyrok.

Pani z Londynu, zdaje się, rzeczywiście jakoś była związana z wywiadem francuskim. Chciała koniecznie więzienie traktować jako pensjonat dla panien, w którym będziemy razem śpiewać, uczyć się itd. Doprowadzała mnie tym do rozpaczy. Pewnego razu wyraziła się: bo przecież Giedroyc to człowiek z "naszej siatki". Zdrętwiałam na to, przecież był tam podsłuch, któraś mogła donosić. Nie miałam innego wyjścia - musiałam ją tak obrazić, żeby sama przestała się do mnie odzywać. Była też pani z jakiejś kancelarii tajnej w wysokim urzędzie, która dostała wyrok za zgubienie mapki.

Rozmowy w celi odbywały się na trzy tematy: mężczyźni, suknie i jedzenie. W ramach mężczyzn trochę ginekologii, porodów i skrobanek. Jedzenie było ważnym tematem, bo było wyjątkowo obrzydliwe. Jak potem słuchałam wspomnień internowanych po 1981 roku i ich narzekań na jedzenie, chciało mi się śmiać. To była inna skala. Szczególnie na Mokotowie, kuchnia była zupełnie gdzie indziej, prowadzili ją mężczyźni i wozili w takich dużych kotłach. Na nasze drugie piętro w zimie - bo to był grudzień, styczeń - wszystko docierało zupełnie zimne.

Jeść dawali nam na Mokotowie bardzo marnie. Rano pół bochenka czarnego chleba, tak źle upieczonego, że można z niego było jeść tylko skórkę, środek nie nadawał się do jedzenia. Kiedyś z nudów ulepiłyśmy z tego środka aż 7-metrowego węża. To była czysta, kleista glina. Pani Wanda miała ogromne wymagania, wyrzucała do śmieci właściwie wszystko, co jej dawano do jedzenia. Ja usiłowałam to jeść.

Gdzieś w połowie stycznia 1962 roku nagle jedzenie poprawiło się w sposób niesłychany. Parę razy dano nam po jajku, dawano trochę margaryny, słodzonej kawy, dobrze wypieczony chleb. Kiedyś dano nam nawet coś w rodzaju pierogów z mięsem i z kapustą, polanych skwarkami, bardzo smacznych. Przypuszczam, że musiała być jakaś kontrola. Po tygodniu wszystko wróciło do normy.

Warunki były takie. Cela była 4-osobowa, goła jak robak. Ale luksusowa, miała klozet ze spuszczaną wodą, kran z zimną wodą i umywalkę. Raz dziennie roznosili ciepłą wodę w wielkim garnku. Miałyśmy po misce metalowej i łyżce, a nawet coś w rodzaju noża.

Dla rozrywki całymi dniami grałyśmy w Chińczyka. Ja próbowałam czytać, ale trudno było dostać coś, co się chciało. Z przyjemnością przeczytałam wtedy parokrotnie Sagę Rodu Forsythe`ów, Lalkę Prusa i Pana Tadeusza, a także Dziady, które przypominały mi trochę moją sytuację, aczkolwiek moja sytuacja była lepsza. Przeczytałam wspomnienia z Francji Belli Czajki-Stachowicz.

Osobnym tematem jest leczenie w więzieniu. Na Mokotowie lekarką była osoba, której nazwiska dokładnie nie pamiętam, ale robiła wrażenie wyjątkowo niechlujne - była brudna, miała brudny biały fartuch i lepiące się włosy w strąkach. Do tego wydawała się dość paskudna. W jakimś momencie na Mokotowie dostałam potwornego bólu serca. Mogłam leżeć tylko na brzuchu i powstrzymywać się od krzyku z bólu. Moje współlokatorki zrobiły raban i na drugi dzień zaprowadzono mnie do tej lekarki. A ona zrobiła mi piekielną awanturę, że przyszłam do niej, zamiast żeby ją wezwać do celi. Poza tym straciłam dwa zęby, bo leczono je bez pojęcia i po wyjściu z więzienia musiałam je czym prędzej wyrwać.

To był okres zupełnego zamknięcia. Nie miałam w czasie śledztwa żadnych widzeń. 4 grudnia 1961 roku wezwali mnie na zakończenie śledztwa. Obecny był prokurator, pan Piotrowski, Zbigniew Pudysz i mecenas Jan Olszewski, mój adwokat i przyjaciel z Klubu Krzywego Koła. Piotrowski poinformował mnie, że pani Aniela Steinsbergowa, moja obrończyni, ustanowiła substytuta w osobie mecenasa Jana Olszewskiego. Ucieszyłam się strasznie, usiadłam koło Janka i dyskretnie szczypałam go cały czas, byłam wprost uszczęśliwiona. Mecenas Olszewski podpisał zakończenie mojego śledztwa i zaczęłam czytać akta. Nic to nie wniosło, każdy protokół podpisywałam na każdej stronie.

9 grudnia pierwszy raz przyszła na widzenie moja matka. Powiedziała mi, że mój brat ma już telefon. Brat potem opowiadał mi, że przez parę lat odmawiano mu założenia telefonu, aż nagle po zamknięciu mnie przeprowadzono linię napowietrzną i dostał ten telefon bez proszenia. Mieli widocznie nadzieję na jakieś owocne podsłuchy.

W tym czasie, jak się potem dowiedziałam od moich rodziców, Wolna Europa stale awanturowała się o mnie, że to "Kultura", Klub Krzywego Koła, samotna matka z dwojgiem dzieci itd. Rodzice w końcu zaczęli się tak tym denerwować, bo bali się, że mi to zaszkodzi, że poprosili przez znajomych, żeby przestali tyle o tym nadawać. I przestali.

W czasie, kiedy ja siedziałam w więzieniu, moje dzieci, jak już wspomniałam, były w internacie MSZ, przeznaczonym zasadniczo dla dzieci dostojników, którzy byli za granicą. Dyrektorką tego internatu była Anna Jędrychowska, rozwiedziona pierwsza żona ówczesnego wicepremiera Stefana Jędrychowskiego, nasza znajoma z okresu pobytu w Wilnie w 1941 roku, ktora przyjmowała tam dzieci twórców kultury, np. małych Piętaków, synka Łomnickiego, Wirpszów i innych osób. Do pani Jędrychowskiej, która była bardzo dobra dla dzieci, dotarli jacyś faceci z UB, czy z MSW i zażądali, by moje dzieci przekazać do zwykłego domu dziecka. Wtedy pani Jędrychowska spokojnie oświadczyła, że ona tych dzieci nie odda, bo w czasie wojny, jeszcze w 43 roku, gdy mieszkałam z moim ówczesnym mężem w Niemenczynie, aresztowano związanych z wileńskim ruchem komunistycznym rodziców małego Zbyszka Namysłowskiego, dziś wielkiego jazzmana, którym myśmy się właśnie zaopiekowali. "Jeżeli Hania Rudzińska nie obawiała się trzymać synka Namysłowskich aresztowanych przez gestapo, to ja będę opiekować się dziećmi Hani Rudzińskiej". Co na pewno było mniej niebezpieczne niż wtedy.

Po zamknięciu śledztwa nadal siedziałam na Mokotowie, w bardzo zimnej celi, z handlarką walutą. Dostawałam teraz częściej paczki. Matka przysłała mi kiedyś smalec z mało przesmażoną cebulą, żeby zachowało się więcej witamin i wszystko się niestety zepsuło. Bardzo wtedy było mi go szkoda, to w więzieniu wielka strata. Było śmiertelnie nudno, nie było nawet rozmów ze śledczymi.

Parokrotnie odwiedził mnie Janek Olszewski, raz była pani Steinsbergowa. Janek przyszedł również w Wigilię. Wigilia wypadała tamtego roku w niedzielę, w sobotę było 23. I Janek przyszedł w sobotę 23 grudnia. Przyniósł mi czekoladę, paczkę fig i malutki obrazeczek z szopką, który dał mu Wojtek Ziembiński. Wojtek zresztą cały czas szalał, bardzo dużo robił w mojej sprawie, zbierał pieniądze, `pomagał rodzicom, interesował się dziećmi. W więzieniu był taki zwyczaj, że podczas świąt kobiety - pracownice więzienia zwalniano do domu. Janek obawiał się, że ktoś ze straży zabierze mi te rzeczy, ale upewniłam go, że nikt nie śmie mnie tknąć. Wsunęłam te czekolady i figi do rękawa i przeniosłam do celi.

W 2 miesiące po zakończeniu śledztwa, w poniedziałek 4 lutego 1962 roku rozpoczął się proces. Przyniesiono mi z magazynu moje wyczyszczone ubranie (na spacery wychodziło się w grubej kurtce więziennej), koleżanki nakręciły mi na noc papiloty i rano uczesały mnie.

Zawieziono mnie do sądu. Wprowadzono mnie normalnym korytarzem, na którym stały tłumy znajomych, więc miałam wspaniałe entree. Potem, w kolejnych latach, bywało gorzej, np. kiedy siedzieli Kuroń i Modzelewski, wprowadzano ich bocznymi wejściami. Proces odbywał się na drugim piętrze, chyba w sali 242. Czekała tam też moja matka z kanapkami.

Ten oczekujący na mnie tłum był czymś fantastycznym po tylu miesiącach odosobnienia. Oczywiście, najpierw moja matka, sama, bo ojciec musiał zostać w domu z moim chorym synkiem. Ale była tam tout Varsovie. Zaczynając od Pawła Jasienicy, był Stefan Kisielewski, prof. Tadeusz Kotarbiński, prof. Władysław Tatarkiewicz, prof. Stanisław i Maria Ossowscy, moi przyjaciele Andrzej Koźmiński, Janek Lipski, Stefan Nowak, Wojtek Ziembiński. Był pan Jan Wolski i pan [Stefan] Zbrożyna, był też Melchior Wańkowicz. Byli moi koledzy i koleżanki z socjologii i UW. Prowadził mnie milicjant, a wszyscy mijani podchodzili i całowali mnie. I milicjant był coraz bardziej i bardziej zdziwiony, ale nic nie mówił.

Prokurator Piotrowski zażądał, by sprawa ze względu na swoją wagę i niebezpieczeństwo dla państwa odbywała się przy drzwiach zamkniętych. Adwokaci sprzeciwili się natychmiast, ale po pół godzinie sąd zdecydował o zamknięciu drzwi i kazał wszystkim opuścić salę. Na to pan Zbrożyna wezwał: nie wychodźmy, niech nas wyniosą! Wańkowicz zapytał:

- A co będzie, jak ja nie wyjdę?

- Zapłaci pan grzywnę.

- A to ja chętnie zapłacę i zostanę - zawołał Wańkowicz.

Okazało się, że mam prawo wybrać sobie mężów zaufania. Jednym została prof. Maria Ossowska, a drugim mój brat, Bronisław Wojciechowski. Zaczęły się przesłuchania świadków. Nie mieli zupełnie nic do powiedzenia, bo w gruncie rzeczy cała sprawa była całkowicie wymyślona. Zarzut brzmiał: o posiadanie jednej książki w języku angielskim i 7 stron tłumaczenia tej książki. Obowiązywał wtedy jeszcze tzw. Mały Kodeks Karny (MKK), w grę wchodził paragraf 23 albo 24 MKK. Paragraf 23, z którego mnie chcieli skazać, za rozpowszechnianie wiadomości niebezpiecznych dla państwa polskiego - był dla mnie bardzo niebezpieczny, bo przewidywał jako najniższą karę trzy lata więzienia, aż do kary śmierci. Natomiast paragraf 24 "za posiadanie" takich wiadomości - z którego w końcu mnie skazano, przewidywał od roku do pięciu lat więzienia.

Przyznałam się od razu, że dostawałam od Giedroycia książki, które lądowały w bibliotece uniwersyteckiej jako prohibity, że wysyłałam mu polskie książki kupowane w księgarni, i że miałam tłumaczyć tę książkę. Sąd zapytał, dlaczego podjęłam się tej roboty.

Moi adwokaci dowodzili, że ta książka w ogóle nie jest szkodliwa dla ustroju Polski Ludowej, Związku Radzieckiego i krajów demokracji ludowej. Taka była formułka. Ponadto podnosili, że wprawdzie miała być tłumaczona w Polsce, ale wydana na Zachodzie, więc tym bardziej nie mogła być szkodliwa dla kraju. Ponieważ sąd nic z tej książki nie rozumiał, bo w końcu była po angielsku, wezwano tłumacza przysięgłego i tłumacz przysięgły w ciągu 2 dni przetłumaczył wstęp. W tym czasie szły przesłuchania świadków.

Zeznawał mój kierownik z biblioteki, Janusz Krajewski. Był trochę głuchy. Na każde pytanie nachylał się z ręką przy uchu i pytał sąd: co proszę? przepraszam, co proszę? I nic się od niego nie mogli dowiedzieć. Zeznawał też jako świadek Stefan Nowak, którego zapytali o moja sylwetkę osobowościową, szukając motywacji mojego czynu. Podkreślał, że jestem osobą tak dobrą i uczynną, że nic dziwnego, że chciałam pomóc i Giedroyciowi. Podkreślał moją ciężką sytuację materialną, jako samotnej matki z dwojgiem dzieci. Zeznawał też prof. Julian Hochfeld, który oświadczył, że daje tę książkę w oryginale do czytania studentom na seminarium, więc nie widzi żadnego powodu, dla którego ktokolwiek miałby odpowiadać za jej treść.

Podkreślałam, że książkę Grossa przyniesiono do domu pod moją nieobecność i zostawiono opiekunce do dziecka, i nie wiem, kto to był. W pewnym momencie już w ogóle nie było wiadomo, o co chodzi i po co ten proces. Ja zresztą dopomagałam w tym wrażeniu jak mogłam, zamącając zeznania. Nie chciałam kogokolwiek mieszać do tej sprawy oprócz pana Giedroycia i tych kilku osób, którym wlepiłam rzekome wożenie paczek z książkami, no i Ninę Frentzel, która istotnie własną ręką poprawiała te siedem stron.

W rezultacie dogłębnych analiz znaleziono w tym tłumaczeniu jeden kawałek, uznano go za szkodliwy dla PRL, ZSRR i krajów demokracji ludowej, i on stał się podstawą całego wyroku. Tego zdania nauczyłam się na pamięć. Brzmiało ono: "Lenin, podobnie jak Mussolini, uważał, że władzę należy zdobywać siłą". Chodziło o obrazę, jaką było porównanie Lenina do Mussoliniego. I to był ten jedyny punkt zaczepienia. Tak więc skazana mnie na rok więzienia za porównanie Lenina z Mussolinim i to nie przeze mnie.

Pani mecenas Aniela Steinsbergowa przepięknie przemawiała. Ona zupełnie nie krępowała się sprawą pieniędzy. Powiedziała, że ta biedna kobieta tutaj sama wychowuje dwoje dzieci, męczy się, stara się coś zarobić, bierze tłumaczenia, pracuje ponad siły, i tak dalej, i to spowodowało chęć zarobienia na tłumaczeniu książki.

Sprawa była w oczywisty sposób dęta. Chodziło na pewno o przestraszenie moich przyjaciół, o znalezienie jeszcze jednego pretekstu do zamknięcia Klubu Krzywego Koła, co zaraz nastąpiło [w lutym 1962 roku]. Ta ostatnia sprawa zresztą nigdy nie została wyjaśniona, w każdym razie było to sprowokowane, kozłem ofiarnym był niejaki Matyjasiak z Krakowa, młody filozof, asystent Romana Ingardena, specjalista od Heideggera, i wtedy go pobito; czasem przychodził do mnie do domu, bo po prostu głodował.

W mowie prokuratorskiej prokurator Piotrowski (miał zresztą potem straszne nieszczęście, bo jego dziesięcioletni syn wpadł pod samochód i zginął) długo i zawile wyjaśniał moje winy, a zakończył to zdumiewającym oświadczeniem: "znakiem tego widziem, że oskarżona Rudzińska jest winna", itd. Trudno mi było powstrzymać się od śmiechu.

Milicjant, który mnie pilnował, ciągle na przerwach wypytywał mnie, co to jest filozofia, co to jest socjologia itd., a ja starałam się mu to wyjaśnić. Sprawa była wyznaczona na jeden dzień, ale adwokaci przeciągali ją jak mogli, żądali tłumaczenia książki, dodatkowych świadków i tak dalej, a ja codziennie byłam przywożona na rozprawy. I wszyscy ci wymieni przeze mnie ludzie codziennie czekali tłumnie i stali caluteńki dzień na korytarzu sądowym, aż będę przechodziła, odprowadzali mnie do tego tzw. kurnika na dole, gdzie czeka się na rozprawę i siedzi podczas przerwy, i tak całymi dniami od rana do wieczora, czekając na zakończenie. Tak że ta rozprawa stała się niemal przyjemnością w tym okropnym życiu więziennym. Denerwowałam się tylko o wyrok. Ogłoszono go na szczęście prędko, w pół godziny po zakończeniu ostatniej rozprawy.

Sąd odczytał wyrok i uzasadnienie. Za posiadanie jednej książki Feliksa Grossa w języku angielskim oraz siedmiu stron tłumaczenia skazuje się Annę Rudzińską na rok więzienia z paragrafu 24 MKK. Uzasadnienie: treść książki zagraża bezpieczeństwu PRL, krajów demokracji ludowej i ZSRR. Czyli skazano mnie na minimalną karę z tego paragrafu. Ponieważ siedziałam już pięć miesięcy, pani Steinsbergowa wystąpiła o zwolnienie mnie ze względu na opiekę nad dziećmi, ale sąd kazał mi dalej siedzieć.

Lipski opowiadał mi potem, że prokurator żądał skazania mnie z tego gorszego paragrafu MKK, adwokaci żądali, żeby to był ten lepszy. Asesorzy sądowi, sędziowie pomocniczy, też optowali za gorszym. Natomiast sędzia główny, Sikorski, oparł się temu i skazał mnie na rok więzienia.

Wróciłam na Mokotów. Dwa czy trzy dni później przyszły do celi gazety, a w nich tytuły: "Za dolary sprzedawała Polskę". Nie było ani dolarów, ani sprzedawania, a na pewno nie Polski. Szczególną przykrość sprawiła mi notatka w "Christian Science Monitor", w której napisano, że to bardzo nieładnie, że Anna Rudzińska zdradzała tajemnice jakiegoś wydawnictwa, ale przecież za to się nie sadza do więzienia. Wszystko było pomylone. Najwyraźniej sprawa nie mieściła im się w żadnych kategoriach. Moje współwięźniarki spoglądały na mnie wrogim okiem po tych notatkach, a mnie było trudno im nawet coś wytłumaczyć.

Doznałam jednak wielu wyrazów życzliwości i pamięci. Dowiedziałam się później, że wiele osób występowało w mojej obronie. Stefan Kisielewski poszedł do wiceministra spraw wewnętrznych Alstera, którego znał, i wygłosił do niego taki tekst: panie ministrze, ta wariatka Rudzińska miała jakieś kombinacje z Giedroyciem i zamknęliście ją za to, dlaczego, przecież ja dostaję stale od Giedroycia "Kulturę" i mnie nie zamykacie. Na co minister powiedział mu: bo za to w Polsce nie można zamknąć Kisielewskiego, ale można zamknąć Annę Rudzińską. Po czym mój przyjaciel Stanisław Stomma poszedł też do Alstera i wygłosił do niego: panie ministrze, ta idiotka Rudzińska... odpowiedzi ministra Stomma mi nie powtórzył. Ale skutek był ten sam.

Paweł Jasienica poszedł do samego ministra SW, Wichy, ale i to nie przyniosło rezultatu. Potem Janek Olszewski pytał mnie, czy nie zauważyłam w jakimś momencie pewnego zelżenia w śledztwie. Owszem, zauważyłam, gdzieś w połowie listopada. Ale potem Alster odszedł i to zelżenie się skończyło.

Przewieziono mnie do więzienia kobiecego przy ul. Namysłowskiej w Warszawie, tzw. Toledo. Widziałam, jak mokotowska strażniczka, zwana przez nas wszystkich "oczko", marzy o tym, żebym zapytała ją, dokąd mnie wiozą, po to naturalnie, żeby mogła mi odmówić odpowiedzi, ale nie zrobiłam jej tej przyjemności. Chociaż rzeczywiście strasznie byłam tego ciekawa.

Pamiętam pierwsze wrażenie z więzienia, które potwierdzało moje przekonanie, czym jest więzienie w PRL. W celi, do której mnie wprowadzono po rewizji itp. czynnościach wstępnych, siedziało kilka kobiet, zajętych pilnym robieniem kotylionów z kolorowych bibułek. Dyrygowała tym zaprzyjaźniona później ze mną pani Alicja, była więźniarka z Ravensbrück, którą co pewien czas wsadzano do więzienia, bo pracowała w spółdzielni mieszkaniowej, której dyrektor ustawicznie był w coś zamieszany, w czym ona nie brała udziału; w końcu jej się to znudziło i za kolejnym razem wyemigrowała do RFN. Były to kotyliony na bal służby więziennej. Z powodu nędzy moich uzdolnień manualnych zwolniła mnie z tej roboty bardzo prędko. Natomiast okazało się, że nadaję się do głośnego czytania i chętnie czytałam więźniarkom przy pracy.

Na Toledo dowiedziałam się, że więzienie to rodzaj przedsiębiorstwa, służącego głównie interesom służby więziennej. Były tam krawcowe, które szyły strażniczkom sukienki, płatne wtedy po 30 zł za sztukę (u zwykłej krawcowej uszycie sukienki kosztowało w tych czasach minimum 150 zł). Inne robiły na drutach. Były fryzjerki, które od rana do wieczora czesały strażniczki po 2 zł od fryzury, a te zawsze umawiały się z policją,1/ żeby nie zaniedbała przysłania chociaż jednej. Osoby o najrozmaitszych umiejętnościach zaspokajały wyszukane niekiedy potrzeby naczelniczki i jej podwładnych. Usługi świadczyło się wtedy strażniczkom, kierowniczce biblioteki, kierowniczkom kuchni i pralni, paniom wychowawczyniom, pani psycholog, żonom strażników i częściowo ich rodzinom. Jedna z pań udzielała korepetycji dziecku strażnika. Ja sama po jakimś czasie zaczęłam pracować w bibliotece, co było błogosławieństwem po nudzie siedzenia bezczynnie na Mokotowie. Biblioteką zarządzała pani z wolności, raczej nie przemęczając się. Starałam się doprowadzić tę bibliotekę do jakiego takiego ładu. Było nawet sporo wartościowych książek, które mogłyby urozmaicić pożytecznie czas więźniarkom, ale bałagan panował tu niesamowity. W katalogu były cuda, np. Szaleństwo Almayera autorstwa Józefa C. (sic!). Pięć razy na tydzień rozwoziłyśmy nowe książki do cel, doradzałam biednym kobietom, jak mogłam. Wiele zachęciłam do przeczytania dzieł Kraszewskiego, niektóre nie znały nawet Trylogii i zachwycały się nią. Rozmawiały o bohaterach książkowych jak o żywych ludziach. Pamiętam, jaką niechęć budziła w nich Irena z Sagi rodu Forsythe`ów - zbyt piękna! Pracę tę uważałam za rodzaj ważnej służby społecznej na rzecz moich współwięźniarek.

Ja też udzielałam korepetycji. Wszyscy pracownicy więzienia mieli obowiązek uzupełniać swoje wykształcenie, oddziałowi zrobić maturę. Oddziałowy nazywany Rudy Olek, niezbyt lubiany, przyszedł pewnego dnia do biblioteki i powiedział, że potrzebuje pomocy z języka polskiego, ale że ma zaufanie jedynie do tego człowieka, który tu siedzi. Byłam jedynym człowiekiem, który tam siedział, więc podjęłam się nowego zadania. Był w X klasie liceum i pisałam mu wszystkie zadania z polskiego. M. in. z Kraszewskiego. Opowiedziałam o tym już po wyjściu Jankowi Lipskiemu, który spojrzał na mnie surowo i zapytał: a czy umiałaś? Umiałam, korzystałam ze wstępów Hahna. Nie mogłam Rudemu Olkowi, niestety, pomóc chemii, bo zupełnie ją zapomniałam. Nikt nie ośmieliłby się płacić mi w papierosach, więc Rudy Olek odwdzięczał mi się inaczej: w czasie widzeń z moją matką starannie się odwracał, żeby nie widzieć, jak chowam do rękawów to, co ona mi podawała.

Słyszałam od matki, że wszyscy oni starają się o moje zwolnienie, nawet moja wolnościowa kierowniczka biblioteki podobno bardzo chwaliła moją pracę i zachowanie.

W celi były pod oknem trzypiętrowe prycze, co było bardzo niewygodne. Ale na początku musiałam spać na podłodze, bo w 6-osobowej celi umieszczono osiem kobiet. Woda stała w wiadrach i było tak ciasno, że raz w nocy wylałam na siebie całe wiadro. Kibel zasłonięty był kolorową firanką. Wymagano starannego, pod deseczkę, ścielenia łóżek. Trzeba było namaczać brzeg prześcieradła, żeby wyglądało jak świeżo uprasowane.

Wyroki wydawano za sprawy, które trudno dziś uznać za przestępstwa. Ja siedziałam za posiadanie książki, inna pani za handel walutą; inna dała łapówkę w spółdzielni mieszkaniowej, ale przecież naprawdę nie miała żadnych innych widoków na mieszkanie. Inna napisała w liście do Anglii, że podczas pobytu przyjaciół w Polsce da im jakąś sumę w złotówkach, którą oni jej oddadzą, gdy ona sama będzie w Anglii. Dostała za to 2 lata więzienia i olbrzymią grzywnę. Ktoś przeczytał ten list.2/ Wyrok był tak surowy, bo przy okazji wykryto, że sfałszowała ankietę personalną w pracy - napisała, że jej ojciec był przed wojną nauczycielem, gdy faktycznie był generałem WP i profesorem wyższej uczelni wojskowej; gdyby jednak to napisała, groziłyby jej prześladowania.

8 marca obchodzono w więzieniu Dzień Kobiet. Dostałyśmy dodatkowe paczki, ojciec przyniósł mi czekoladę i różowe goździki. Odbyła się akademia ze skeczami. Np. geograficzny: chciałoby się pojeździć po świecie, obejrzeć Rzym, Paryż, Madryt..., Toledo... nie, Toledo lepiej nie!

Pani wychowawczyni więzienna, Siezieniewska - ciekawa jestem, czy ma jakiś związek z obecnym korespondentem radiowym w Moskwie - dawała mi dodatkowy talon na paczkę, ilekroć wyraziłam chęć porozmawiania z nią. Ale rozmawiać nie chciała. Pani psycholog również bardzo starannie mnie pomijała. Szpital więzienny zajęty był w znacznej mierze przez stare kobiety, latem handlujące wódką i opłacające się milicjantom. Jesienią dawały się złapać i szły do ciepłego szpitala, gdzie miały jedzenie i dach nad głową. One naprawdę nie miały z czego żyć.

Jedzenie było zróżnicowane, raz lepsze, raz gorsze. Pamiętam świetnie barszcz z fasolą, w którym pływały robaki. Raz na tydzień było kino, raz telewizja. Była też świetlica, pomalowana przez panią Alicję w straszliwe pikasy, kolorowe ostre trójkąty i kwadraty. Na 1 maja też odbyła się akademia, ale przygotowana już mniej starannie niż na Dzień Kobiet.

Odwiedzała mnie matka, raz przyszła moja 14-letnia córka. 15 czerwca byłam w więziennym kinie na jakimś jak zwykle głupim i nudnym filmie. Weszła nagle nasza celowa: pani Haniu, do naczelnika. U naczelnika siedział cały trybunał - sędzia, jakichś dwóch panów, kierowniczka biblioteki. Kazali mi krótko opowiedzieć o swojej sprawie. Z opowiadania wynikło, że właściwie nie było żadnej sprawy. Wtedy sędzia wstał i ogłosił, że zwalnia mnie po odsiedzeniu 2/3 kary, za dobre sprawowanie, m.in. dzięki opinii kierowniczki biblioteki itd.

Zwolniono mnie tego samego dnia, nawet specjalnie sprowadzono magazyniera. Zaczęłam szaleć z radości, pożegnałam się z jedną z zaprzyjaźnionych dziewczyn, zabrałam swoje rzeczy i wyszłam przed więzienie, którego właściwie nigdy nie widziałam z zewnątrz. Złapałam taksówkę i pojechałam do domu, gdzie mój brat już zdążył zmienić zamki. Na szczęście zadzwoniłam z budki do niego do biura, był i zaraz przyjechał. W sklepie na dole kupiłam litrową butelkę mleka i natychmiast całą wypiłam, bo przez 9 miesięcy nie widziałam mleka. Zatelefonowałam do wszystkich przyjaciół. Byłam tak strasznie szczęśliwa, że już nie siedzę! Stefan Nowak powiedział mi wtedy: widzisz, jaka ta Polska Ludowa dobra, tyle ci szczęścia przysporzyła.

Oświadczono mi, że jest to zwolnienie warunkowe na dwa lata, muszę być pod opieką. Zatroszczono się o mnie i zostałam zobowiązana, by stawić się do pracy niezwłocznie w Polskim Towarzystwie Socjologicznym. Nie muszę dodawać, że było to moim największym marzeniem. Na najbliższym posiedzeniu PTS wyznaczył mi p. Marię Bielińską jako kuratora.

(tekst drukowany w "Po Prostu" nr 5/1990 i w „Kulturze” nr 7-8/1999)

Przypisy:

1/ Mama zawsze używała określenia „policja”, choć w tym przypadku chodzi oczywiście o Milicję Obywatelską.

2/ Założyciel NSZZ Funkcjonariuszy MO, Wiktor Mikusiński wspominał w latach 90., że w PRL kontrola korespondencji była znacznie większa, niż zwykło się sądzić. Czytano wszystkie listy idące zagranicę, do tego wybierano losowo np. co dwudziesty worek pocztowy i czytano wszystkie pochodzące z niego listy, wykorzystując je potem w działaniach operacyjnych MO i SB, do szantażowania autorów itp. Zatrudniano w tym celu tysiące żon funkcjonariuszy.

(Jest to fragment książki Anny Rudzińskiej pt. „O moją Polskę. Pamiętniki 1939-1991”, wstęp i opracowanie Teresa Bochwic. Książka ukaże się w najbliższym czasie w łódzkim wydawnictwie LODART).

Autor publikacji: 
Ruch Antykomunistyczny: