PRAWDA ŚCIŚLE TAJNA!

Tekst poniższy został początkowo przesłany do „Dziennika Polskiego”. Jego redakcja jednak na informacje tu zawarte nie zareagowała, a samego artykułu, rzecz jasna nie opublikowała, gdyż opowiada się za lustracją ale innych czasopism i gazet.

Autor był członkiem LDP”N” – Oddziału Małopolskiego i w maju 1986 roku uciekł SB, która aresztowała kilku jego kolegów za próbę zagazowania pierwszomajowej manifestacji komunistów. Grupa została oskarżona o terroryzm i ku radości ówczesnej opozycji posiedziała sobie, nie chciała bowiem budować porozumienia z Towarzyszami z bezpieczeństwa, co właśnie stało się w „Solidarności” modne. Red.

No i wyszło szydło z worka – poseł Macierewicz z Orlenowskiej Komisji Śledczej nie jest dżentelmenem. Z powodu oczywistego. Ujawnił opinii publicznej materiały z jawnych dokumentów przekazanych Komisji przez Instytut Pamięci Narodowej dotyczące współpracy najbogatszego Polaka, Jana Kulczyka ze Służbą Bezpieczeństwa. Prezes tegoż zaperzył się do tego stopnia, że nie tylko zanegował dżentelmeństwo Macierewicza, ale wręcz zagroził, że więcej jawnych materiałów nie ujawni (przepraszam za brak logiki w tym co powyżej, ale ja skromny pismak jedynie opisuję fakty). Na szczęście do wieczora prezesowi Kieresowi przeszło i poinformował nas wszystkich, że jednak przekaże Wysokiej Komisji wszystkie jawne akta. Jednak posła Macierewicza do rangi dżentelmena nie przywrócił. I słusznie chciałoby się powiedzieć. Cóż bowiem z niego za dżentelmen, skoro dzieli się prawdą z hołotą zamiast z Prezesem wymownie milczeć.

Ledwo skończył się dzień wczorajszy kolejna sensacja: generał Wojciech Jaruzelski, jeszcze wczoraj wystawiający świadectwo moralności Lechowi Wałęsie, w rewelacyjnych doniesieniach dziennikarzy TVN, okazuje się od 1946 roku agentem Informacji Wojskowej, sowieckiej tajnej służby działającej w wojsku polskim po II wojnie. Wyjaśniało by to jego szybki awans w wieku lat 33 na generała, sowieckie ordery i ostatnie zaproszenie do Moskwy. [A już niemalże pomyślałem, że to polski patriota.].

W mniej widowiskowy sposób, ale również stałem się uczestnikiem obecnego festiwalu tajnych i jawnych teczek. Po 20-tu latach od zaistniałych zdarzeń mogłem w siedzibie IPN przeczytać akta zgromadzone przeciwko mnie i moim kolegom przez Służbę Bezpieczeństwa PRL. Po 20-tu latach od zaistniałych zdarzeń mogłem dowiedzieć się kto rzeczywiście był moim kolegą, a kto na mnie donosił. Komu mogę podawać rękę, a komu nie. I z tymi, którym mogę podawać rękę wzniosłem toast. Uczciliśmy wspólnie to, że do roku 1987 żaden z nas nie okazał się agentem. I w smutku zapiliśmy to, że 3 (słownie: trzech) naszych wydawałoby się kolegów okazało się agentami. Dwóch - cywilnej SB (następczyni Urzędu Bezpieczeństwa), a jeden wojskowej WSW (następczyni Informacji Wojskowej).

Dla mnie samego brzmiałoby to prawie jak groteska (ta prawda po latach dwudziestu), gdyby nie fakt, że jeden z odkrytych agentów okazał się być obecnie jednym z najodważniejszych w Polsce, a na pewno najodważniejszym w Krakowie, dziennikarzem opowiadającym się za powszechną lustracją i dostępem do teczek dla każdego. Znowu pewnie ciśnie się wam na usta pytanie o sens i logikę. Dopowiem zatem moją indywidualną historyjkę do końca. Otóż materiały na mój temat zebrane przez SB zakończyły się definitywnie w roku 1987 (już brakowało mnóstwa wątków), pomimo tego , że inwigilacja mojej skromnej osoby trwała do maja 1990 roku, co wynika z akt.

Ten osobisty przykład, naprawdę nie lubię o sobie pisać, dowodzi jednego. Tego mianowicie, że agentura czuje się w dzisiejszej Polsce jak ryba w wodzie. Skoro agent SB może dzisiaj występować publicznie jako największy zwolennik lustracji i powszechnego dostępu do teczek, czegóż chcieć więcej. Dlaczegóż jednak nie boi się?, wypadałoby zapytać. Otóż nie boi się z prostego powodu, teczki agentów przejętych przez struktury nowego państwa występującego pod nazwą Rzeczpospolita Polska zostały zniszczone. I nasz agent taką właśnie informację traktuje za dobrą monetę. Ale, i tu rozczarowanie, tajne PRL-owskie służby działały podobnie jak i cały PRL – na niby i nie do końca. Do pewnego momentu czytając akta wszystko zdawałoby się wskazywać, że odkryty agent wcale nie jest agentem ale niemalże bohaterem, który przesłuchującego go śledczego robi w lolo. Dopiero ściśle tajne notatki przesłane przez generała Grubę, szefa WUSW w Krakowie do generała Ciastonia wyjaśniają wszystko. Nasz niemalże bohater okazuje się agentem. Zwykła komunistyczna fuszerka. No ale dosyć tego kieresowania. Agent, o którym piszę to Włodzimierz Knap, obecnie dziennikarz krakowskiego „Dziennika Polskiego”. A to co powyżej można sprawdzić w czytelni IPN w Wieliczce (IPN Kr 07/5525, t. X str. 177 – 180). Ale chociaż są to materiały jawne, tylko pod warunkiem, że jest się historykiem, dziennikarzem lub poszkodowanym w tej konkretnej sprawie.

Dzięki tej komunistycznej fuszerce mogłem częściowo poznać prawdę do roku 1987. Całych 18 lat minęło od tamtych chwil. W międzyczasie rzekomo upadający komunistyczny system przeobraził się w niby kapitalizm. W tej fikcyjnej przemianie wykorzystując nie tylko ministerstwo finansów pod wodzą Leszka Balcerowicza, niby wolny Sejm i swoich towarzyszy – niby biznesmenów, ale także niby naszych dziennikarzy, sterujących pod dyktando komunistów opinią publiczną.

I na zakończenie jeszcze jedno. Pewnie zauważyliście, Drodzy Czytelnicy, mój nieskrywany w tekstach uraz do inteligencji jako grupy społecznej. Otóż, pragnę Was poinformować, że po lekturze akt Bezpieki ten uraz jeszcze się pogłębił. Oficerowie SB w mozole rozpracowujący sprawę moją i moich kolegów, ani na chwilę nie ukrywają łatwości z jaką mogą uruchomić swoich agentów z tej grupy się rekrutujących. Nazwijmy ich zatem profesorami SB.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: