MAŁE BIESY III RP

W popularnej w pierwszej połowie minionego stulecia powieści „Mały bies” rosyjski pisarz Fiodor Sołogub przedstawił portret człowieka owładniętego obsesją donosicielstwa, widzącego wszędzie wrogów gotowych go zadenuncjować, mówiąc językiem III RP: oszołoma. Jednak ta obrzydliwa kreatura popełniła zbrodnię, którą przysłużyła się społeczności, w której żyła – pozwoliła bowiem, by nie mniej od niej obrzydliwi współziomkowie żyli spokojnie dalej w niezmąconym przekonaniu o swej zacności. Podobna historia rozgrywa się dziś w Polsce.

Bohater, czy raczej „antybohater” powieści Sołoguba żył w przeświadczeniu, że każdy chce złożyć na niego donos. W akcie samoobrony sam zaczął denuncjować, demaskować, składać odpowiednie zaświadczenia odpowiednim organom, itd. Przez ogół uważany był oczywiście za wariata. Szydzono z niego, naigrywano się. Psuł zdrową zasadniczo atmosferę takiego sobie przeciętnego miasteczka. Dopuścił się nawet oskarżenia (w formie donosu, rzecz jasna) pewnego ucznia o to, iż jest on w rzeczywistości... dziewczynką. Szybko okazało się, że to tylko majaczenia obłąkańca, Pieriedonow pozostał przedmiotem kpin, postanowiono też sprowadzić mu psychiatrę. Fakt, że wkrótce dopuścił się makabrycznej zbrodni na swym przyjacielu, któremu poderżnął gardło, tylko uświadczył wszystkich w przekonaniu, że mają do czynienia z szaleńcem.

Pozostało jedno „ale”. Otóż ów obłąkany wariat, nawet jeśli czasem przesadzał, nie mylił się aż tak bardzo w ocenie swych współziomków. Chociaż rzeczony uczeń był w rzeczywistości chłopcem, to nocami biegał do swej koleżanki, by, no cóż, przebierać się w damskie ciuszki. Wszelkie sugestie na ten temat czynione mu przez troskliwego dyrektora szkoły zbywał zresztą twierdzeniami, iż pomawiany jest w sposób obrzydliwy przez będącego niespełna rozumu nauczyciela. Inni współobywatele, ze swymi mniejszymi i większymi podłościami, ciągłymi kłamstwami i trybem życia dalekim od elementarnych zasad przyzwoitości dawali Pieriedonowowi podstawy do postrzegania świata w ten właśnie, a nie inny sposób. Ale to on skończył źle.

Powieść Sołoguba nieodparcie kojarzy mi się z ostatnimi wydarzeniami politycznymi w naszym kraju. Oto na porządku dziennym (chociaż właściwsze będzie stwierdzenie, „na porządku medialnym”, niektórzy bowiem, jak choćby twórcy tego portalu, poruszali tę sprawę już dawno), stanęła sprawa ujawnienia tajnych współpracowników komunistycznych służb bezpieczeństwa. I oto znowu, po raz n-ty w ciągu ostatnich 15 lat, ludzie, którzy inicjują lub choćby napomkną o konieczności powiedzenia prawdy o początkach i istocie systemu politycznego i gospodarczego III RP, odsądzani są od czci i wiary przez autorytety polskiego dziennikarstwa i polityki, które, tak się jakoś składa miały swój wielki udział w budowie tego farsowego feudalno-socjalistycznego tworu jakim jest Polska Anno Domini 2005. W obronie ubecko-mafijnego układu, którym stoi dziś nasz kraj, utworzono nawet nową partię, odwołującą się w swych ideowych założeniach do liberalizmu, demokracji i państwa prawa.

Liberalizm w wydaniu tych „demokratów” sprowadza się, jak się zdaje do tego, że wysługiwanie się donosicielstwem totalitarnemu reżimowi to prywatna sprawa każdego człowieka. Zdaniem owych „liberałów” największym zagrożeniem dla Polski jest „szalejąca prawica” chcąca nikczemnie zlustrować nasze autorytety, które przecież biegały z granatami w Powstaniu Warszawskim (Tak honoru prof. Jerzego Kłoczowskiego bronił w telewizyjnym programie Jana Pośpieszalskiego publicysta „Gazety Wyborczej” Paweł Wroński – Panie Redaktorze! Późniejsze donoszenie nie zmazuje tych zasług, ale te zasługi nie unieważniają późniejszych zachowań!). W dodatku, mówią „liberałowie”, ludzie, którzy chcą wszystkich lustrować nie walczyli wcale z komunizmem, ale z nim jawnie kolaborowali, poza tym są przeciwko Unii Europejskiej, religijnej tolerancji i innym postępowym świętościom, dalecy są więc od obowiązujących zasad przyzwoitości i politycznej zacności. Propagandowa machina antylustracyjna działa więc na zasadzie mechanizmu: Radio Maryja nie może mówić prawdy o agentach, bo jest antysemickie; Wyszkowski jest podejrzany, bo kobieciarz, ma żal do Wałęsy, itd. Nie twierdzę, że założyciele nowej partii i dziennikarze głównych mediów są agentami. Nie podzielam sporej części poglądów prezentowanych na stronach portalu ABCNET, z którym z przyjemnością od czasu do czasu współpracuję; nie uważam też tajnych służb za siłę sprawczą historii (co nie znaczy, że nie doceniam ich znaczenia). Jednak argumenty promoskiewskim fanatykom z Radia Maryja dostarcza deklarujący liberalne, demokratyczne i europejskie establishment III RP. Ten sam, który spycha na margines wszystkich tych, którzy wolność słowa i demokrację traktują poważnie, a nie rozumieją je jako nakaz uznania za podstawę swych przemyśleń wyłącznie „Gazety Wyborczej” i jej medialno-politycznych satelitów: „Polityki”, „Tygodnika Powszechnego”, „Rzeczpospolitej” i gigantycznej większości mediów elektronicznych. Jeśli nie podzielasz zasadniczych założeń wizji Polski i świata prezentowanych przez te media, nie godzisz się na oficjalną wersję prawdy – jesteś oszołomem, wariatem, antysemitą, szumowiną, „małym biesem”, Pieriedonowem.

I tak wracamy do Sołoguba. Kochający swą ojczyznę, uczciwy Rosjanin początku XX wieku musiał się chyba wstydzić, że prawdę o swym kraju poznaje patrząc nań oczami owładniętego manią szaleńca. Jestem w trochę bardziej komfortowej sytuacji. Pieriedonowa w polskiej polityce na szczęście dziś nie widzę, chociaż jego istnienie usilnie usiłują mi zasugerować (upodabniając się tym samym do tej nieszczęsnej kreatury) „liberalni” dziennikarze, jak Jacek Żakowski czy politycy, jak Władysław Frasyniuk. W 1989 roku miałem dziesięć lat i za komunizm nie mam potrzeby się wstydzić, moja rodzina nie dała mi w tamtych czasach podstaw ani do wielkiego wstydu, ani do wielkiej dumy. Moje intelektualne dojrzewanie dokonywało się pod wpływem liberalizmu. Chcąc jednak pozostać wiernym wizji świata zakładającej prawomocność takich wartości jak wolność, prawda, uczciwość czy demokracja, nie mogę zgodzić się dziś z tymi, którzy wolność i demokrację wypisują na sztandarach. Bo nie godzę się na to, by w imię tych wartości moja ośmiomiesięczna dziś córka uznawała w przyszłości „małych biesów” - donosicieli, ubeków i kłamców za ojców wolnej Polski, którym winna jest cześć.

P.S. A wymieniona książka, którą polecam? Jej autor nie był komunistą, a drugie wydanie tej powieści cieszyło się w 1933 roku w ZSRR wielką popularnością. I w jakiej moralnej czasoprzestrzeni my żyjemy?

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: