PORADA STAREGO DZIADA

Jak obronić Polskę przed populizmem? Skrzykiwanie się pod hasłem obrony białego człowieka przed barbarzyńcami niewątpliwe poprawia samopoczucie tych, co się skrzykują, ale równie niewątpliwie jest nieskuteczne. Siła populizmu wynika przecież na równi z trudnej sytuacji bytowej wielu Polaków, jak i z obywatelskiego zniesmaczenia poziomem profesjonalnym i etycznym dotychczasowych elit rządzących. Takie hasło zatem może być odbierane – a już to chytrze podkreśla Andrzej Lepper – jako zmowa tych, którzy przez ostatnie lata udowodnili swoją arogancję i niekompetencję. Zmowę przeciw tym, którzy chcieliby fachowo i uczciwie rządzić III RP. Kiedy zatem prezydent Kwaśniewski konsultuje powołanie Marka Belki na premiera ze wszystkimi klubami parlamentarnymi poza „Samoobroną”, to w istocie wzmacnia tę partię i nastroje populistyczne. Zwycięski marsz odrzuconych na Warszawę staje się w tej sytuacji coraz realniejszy. Odrzuceni obywatele – a tak się czuje bardzo wielu ludzi z powodu swej trudnej sytuacji materialnej – zagłosują na odrzuconych polityków. Odrzucenie bowiem staje się znakiem rozpoznawczym, sztandarem i hasłem, jak również certyfikatem uczciwości i patriotyzmu. W tak zaplanowanej wojnie nikt nie wygra z Lepperem. Tym bardziej, że pękło już kolejne tabu: po raz pierwszy w historii „Samoobrona” została liderem w rankingach poparcia wyborczego.

Myślę, że do dzieła należy zabrać się inaczej. Jak? O tym traktuje ten tekst, bez złudzeń autora, że ktokolwiek jest zainteresowany jego uwagami.

Najpierw pomyśl, durniu

Żeby rozwiązać najpilniejsze polskie problemy potrzebujemy pieniędzy. Możemy je uzyskać z trzech głównych źródeł. Z Unii Europejskiej, dzięki racjonalizacji wydatków publicznych i funkcjonowania państwa oraz dzięki wzrostowi gospodarczemu. Jeśli chodzi o wzrost, to nie jest źle. Zaczynamy szybować w rejonach 4-5% przyrostu PKB rocznie. Módlmy się tylko, żeby politycy nie zaczęli przy tym majdrować.

Finanse publiczne są teraz prześwietlane i choć plan Hausnera robi się coraz bardziej zachowawczy, to jednak można liczyć na pewną poprawę w tej dziedzinie. O racjonalizacji struktur państwowych mało kto myśli. Dźwigamy więc garb rozdętej administracji rządowej, państwowej i samorządowej. Administracja III RP jest nie tylko zbyt duża, ale również – co być może się z tym łączy – mało efektywna, marnotrawna, blokująca inicjatywy gospodarcze i społeczne. Dla uzasadnienia swojej gargantuicznej formy administracja potrzebuje przecież jak największego władztwa w postaci wydawania zezwoleń, certyfikatów, dopuszczeń i innych koncesji. W ten sposób w miejsce prawa konstytucyjnego - wolności gospodarczych, politycznych i społecznych - wkradają się prawo powielaczowe, samowola i uznaniowość. Znakomita pożywka dla korupcji, która niczym rak toczy nasze życie publiczne od gminy do centrali.

Ta rozdęta administracja ma – razem z rządem Millera – największy grzech na swoim sumieniu: nie przygotowanie struktur naszego państwa do korzystania z pieniędzy Unii Europejskiej. Dotyczy to tak czasu sprzed akcesji, jak i – niestety – pierwszego roku po przyjęciu Polski do UE. W efekcie, może dojść do sytuacji, że w latach 2004 i 2005 staniemy się w UE płatnikiem netto. Nasza składka bowiem jest niezmienna i wysoka, a możliwości skonsumowania pieniędzy unijnych nader skromne. Przypomnę, że większość funduszy UE wymaga wkładu własnego tych, którzy występują o dofinansowanie. W kasie rządowej i samorządowych są pustki, banki nie są zainteresowane uruchamianiem sensownych kredytów, gdyż żyją głównie z kredytowania deficytu III RP, zapasów kapitałowych w polskiej gospodarce brak. To rodzi uzasadnione obawy czy zdołamy w pierwszych kilkunastu miesiącach członkostwa w UE skorzystać z finansowego zasilania Brukseli.

Już nawet wolę sobie nie wyobrażać, jakie mogłyby być skutki polityczne, gdyby się za rok okazało, że jesteśmy płatnikiem netto! Mogłoby to postawić pod znakiem zapytania historyczne – i absolutnie podstawowe dla polskiej racji stanu - osiągnięcia III RP, czyli członkostwo w NATO i UE. O cofnięciu nas do statusu Białorusi zdecydowałyby, o ironio!, demokratyczne wybory anno domini 2005.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego myślenie o Brukseli powinno stać się wyznacznikiem polskiego myślenia politycznego w ogóle. I taktycznego i strategicznego. Tym powodem są, oczywiście, pieniądze. Wielkie pieniądze. Większe niż te, które nas kiedyś ominęły z Planu Marshalla. Począwszy od 2007 roku są to sumy corocznie rzędu 10-13 miliardów euro. Wszystkie mogą służyć rozwojowi naszej gospodarki i państwa. Jeśli będziemy przygotowani na ich przyjęcie. Bruksela jest gotowa w ramach tzw. polityki spójności, czyli podciągania krajów słabszych ekonomicznie, mniej rozwiniętych do poziomu europejskiej przyzwoitości, do wyasygnowania na ten cel dla Polski 60-80 miliardów euro w latach 2007-2013. Jeśli doliczyć do tego pieniądze rezerwowane dla nas w ramach funduszy strukturalnych, daje nam to co roku sumę, odpowiadającą 4 (czterem) procentom PKB. W ten oto sposób możemy stać się prawdziwym europejskim tygrysem o przyroście rocznym PKB rzędu 10 procent! A przecież tak stymulowany wzrost gospodarczy powinno owocować jeszcze większą dynamiką w latach następnych. Jest tylko jeden warunek: musimy być jako państwo przygotowani do racjonalnego wchłonięcia i sensownego wykorzystania tych pieniędzy.

Jeśli zatem mówimy dziś jednym głosem, że nowa polska władza – wszystko jedno czy wyłoniona w wyniku porozumienia prezydenta i większości parlamentarnej czy w przedterminowych wyborach - musi przygotować program, ratujący nasz kraj przed populizmem i katastrofą, to odpowiedź nasuwa się sama. Ten program już jest. Punkt pierwszy – nie przeszkadzać wzrostowi gospodarczemu, który się właśnie zaczął. Punkt drugi – „odchudzić” państwo i wydatki publiczne. Punkt trzeci – przygotować się do wykorzystania pieniędzy unijnych.

Znowu pomyśl, durniu

Czasu nie ma wiele. Do połowy przyszłego roku powinien powstać sensowny Narodowy Plan Rozwoju, na podstawie którego od roku 2007 Bruksela może wspierać finansowo rozwój III RP. Ten plan, jeśli ma mieć ręce i nogi, wymaga głównie określenia obszarów innowacji w polskiej gospodarce i nauce oraz kształtu polityki regionalnej (redystrybucja czy budowanie samodzielnej zdolności konkurencyjnej?). Trzeba też zdecydować, w jakie dziedziny chcemy inwestować jako zbiorowość, np. czy w edukację czy w infrastrukturę? W sumie, chodzi o to, żeby określić przedsięwzięcia, dzięki którym polski wzrost gospodarczy i przemiany społeczno-infrastrukturalne pozwolą nam wypracować poziom życia (prywatnego i publicznego) zbliżony do średniej europejskiej. Alternatywą jest zmarnotrawienie brukselskich pieniędzy na projekty, służące tylko interesom partykularnym lub przejedzenie ich. Apetyty rozmaitych grup interesów są na pewno nieposkromione! Byłaby to złośliwa powtórka epoki Edwarda Gierka.

Temu Narodowemu Planowi Rozwoju zostaną, siłą rzeczy, podporządkowane finanse całego państwa, rządu i samorządu. Przypominam bowiem, że unijne pieniądze mają swoją odwrotną stronę – wymagają od Polski wkładu własnego. Jeśli zatem ten plan uderzy - a skoro ma być sensowny to musi uderzyć – w interesy grupowe, napotka olbrzymi opór. Rząd, który miałby z siebie wykrzesać chęć i energię na tworzenie takiego planu, musiałby dodatkowo mieć siłę do jego politycznego przeforsowania. W obecnie istniejącym parlamencie nie ma szans na utworzenia silnego rządu. Każdy nowy premier i jego nowi ministrowie, wywodzący się z porozumienia obecnych klubów i grupek parlamentarnych, byliby – tak jak rząd obecny – zakładnikiem grup i grupek, myślących tylko o własnych, doraźnych korzyściach. Nie mieliby głowy, chęci ani siły do tworzenia Narodowego Planu Rozwoju. Myśleliby tylko o przyszłorocznych wyborach.

Praktycznie, na gruncie Konstytucji, są jeszcze możliwe dwa rozwiązania. Rząd prezydencki i przedterminowe wybory. Oba są obciążone ryzykiem i oba mają zalety. Po kolei.

Teoretycznie jest możliwe, że prezydent Kwaśniewski wysuwając pomysł z rządem premiera Belki chce właśnie doprowadzić do powstania rządu bezpartyjnych i niepolitycznych fachowców. Taki rząd, gdyby rzeczywiście odpowiadał swojej nazwie (fachowcy!), mógłby stworzyć sensowny Narodowy Plan Rozwoju i przygotować Polskę do czerpania korzyści z członkostwa w UE. Wówczas wybory wiosną czy jesienią 2005r. Nie kryłyby w sobie ryzyka zwycięstwa populizmu. Jednak na taki właśnie rząd nic w tej chwili nie wskazuje. Prezydent mówi: albo Belka albo wybory, co wbrew pozorom wcale nie świadczy o jego sile, tylko o słabości. Znaczy to bowiem, że prezydent może tylko parlamentarzystów straszyć, a wpłynąć politycznie, przekonać, nie ma czym i jak. Dlatego też prezydent będzie musiał iść na ustępstwa wobec parlamentu, gdyż wyborów w tym roku boi się chyba nie mniej niż posłowie. A to oznacza w praktyce, że powstanie rząd mieszany, trochę bezpartyjnych, większość partyjnych. Pytanie za złotówkę: kto będzie rządził taki rządem? Po drugie zaś – tak utworzony rząd nie ma szans na zatwierdzenie niezbędnych ustaw w parlamencie. Czas do nowych wyborów będzie więc czasem dryfowania, podobnie jak w wypadku dziś rządu Millera, a pojutrze, być może, rządu Oleksego.

Wcześniejsze wybory parlamentarne, jeszcze w tym roku przed jesienią, niosą za sobą ryzyko wygrania ich przez Samoobronę. To prawda. Ale nawet najbardziej przygnębiające sondaże wyborcze nie wykazały jak dotychczas możliwości utworzenia przez Samoobronę (samodzielnie lub w koalicji) rządu. Byłoby to możliwe tylko przy współudziale SLD, no, ale czym by się taki rząd różnił od obecnie istniejącego i możliwych w dzisiejszym parlamencie? Dużo bardziej prawdopodobne jest powstanie rządu Platformy Obywatelskiej z – PiS? lub SdPl? Może na dodatek z PSL-em? Główną jednak zaletą rządu wyłonionego przez wcześniejsze wybory byłby uzyskany czas. W perspektywie 4-letniej kadencji łatwiej brać się do pracy nad kluczowym dla przyszłości III RP Narodowym Planem Rozwoju. Zwłaszcza, że sukces tego planu może jego politycznym twórcom zagwarantować władzę przez kilka kolejnych kadencji.

I jeszcze raz pomyśl, durniu

Oczywiście, te polityczne puzzle nie dadzą się tak łatwo ułożyć. Zapewne dla Polski w obecnej sytuacji najlepszy byłby absolutyzm oświecony. Oświecony dlatego, żeby polskie działania miały sens, absolutyzm, żeby je narzucić wszystkim siłom kierowniczym i politycznym w państwie. Ale żyjemy w rozchwianej i skorumpowanej demokracji. III RP jest na tyle słaba, że nie ma siły nawet myśleć o własnej przyszłości, nie mówiąc już o programowaniu potrzebnych działań czy o samych działaniach wreszcie. Trzeba więc bazować na tych ruchomych piaskach, które jeszcze istnieją w polskiej polityce demokratycznej, nim nastąpi era lepperyzacji. Moim zdaniem, nieuchronna, jeśli wybory odbędą się w terminie konstytucyjnym, a do wyborów będzie sprawował władzę rząd partyjny wyłoniony z obecnego parlamentu.

Wcześniejsze wybory i kampania z nimi związana na pewno nie wyeliminują populizmu. Zapewne obywatele zostaną wręcz zasypani obietnicami bez pokrycia. Im jednak wcześniej III RP ustabilizuje swój układ rządzący na kursie wspomagania gospodarki, „odchudzania” państwa i racjonalnego czerpania korzyści z UE, tym wcześniej populiści odejdą tam gdzie ich miejsce – na śmietnik. Obecnie – z partii parlamentarnych - tylko Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość oraz Socjaldemokracja Polska Marka Borowskiego i PSL dają taką nadzieję. Można też liczyć na racjonalność Unii Wolności i Inicjatywy Centrum, gdyby te partie zdobyły mandaty poselskie. Bez przedterminowych wyborów stanie się to szansą nieziszczoną. Cała zaś obecna kampania antypopulistyczna – choć potrzebna dziś jako alarm – będzie tyle warta, ile jest zwykle warta propaganda. Czyli – nic.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: