Przemalowywanie szyldów

Komentatorzy polityczni od kilku miesięcy powtarzają zgodnie twierdzenie, że nadszedł czas prawicy. Lewica bowiem, ich zdaniem, leży już w grobie. Sądzę, że komentatorzy bardzo się mylą. Jak na razie, niewiele wskazuje na to, że lewica utraci władzę, co najwyżej przemaluje swój szyld. Przygotowania do takiej operacji widać gołym okiem: tzw. weryfikacja w SLD, wyjście z cienia stowarzyszenia „Ordynacka”, pojawienie się Jolanty Kwaśniewskiej jako kandydata na kandydata lewicy w wyborach prezydenckich, projekty projektu partii (komitetów obywatelskich?) obecnego prezydenta. Ostrożność czy wręcz kunktatorstwo widoczne w większości z tych działań wskazują, że wyszły one spod ręki jednego majstra: Aleksandra Kwaśniewskiego i jego przyjaciół politycznych.

Rząd Millera niewątpliwie przeżywa głęboki kryzys. Składa się na to kilka elementów. Po pierwsze, brak ożywienia gospodarczego. Po drugie – ujawnienie poważnych afer, w kontekście których pojawiają się nazwiska ważnych działaczy partii rządzącej. Państwo rządzone przez SLD coraz bardziej przypomina republikę kolesiów politycznych powiązanych z zorganizowaną przestępczością. Parlament zdominowany przez koalicję SLD-UP pełni funkcję usługową wobec interesów tych grup. Stało się to już całkiem oczywiste, gdy dziennikarze (m.in. ”Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”) ujawnili podział rynku automatów do gier pieniężnych między firmy kontrolowane przez grupy przestępcze i firmy powiązane z działaczami SLD. Prawo ustanowione przez parlament w sprawie tych automatów – niezależnie od tego, kto kiedy zgłaszał jaką poprawkę - było kropką nad i tego swoistego podziału łupów. Jednoznacznie przekonują o tym, wydobyte z czeluści prokuratury i przytoczone przez „GW”, zeznania skruszonych gangsterów w Warszawie i we Wrocławiu. Ma zatem po stokroć rację opozycja, gdy odmawia parlamentowi wiarygodności i z inicjatywy PiS domaga się samo rozwiązania Sejmu i rozpisania przedterminowych wyborów w czerwcu przyszłego roku (przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego). Jednak z tej racji wcale nie wynika, że takie przedterminowe wybory się odbędą, ani że wybory (wcześniejsze lub w terminie) przyniosą zmianę rządu lewicowego na prawicowy. Dotychczasowe badania opinii publicznej bowiem wskazują, że choć SLD traci, to zyskują Samoobrona i Unia Pracy, a partie prawicowe ( w możliwej do wyobrażenia konfiguracji koalicyjnej) nadal nie mają odpowiedniego do utworzenia większości parlamentarnej poparcia w elektoracie. Lewica ma więc nadal szansę na zachowanie władzy w państwie. W tym celu jednak musi dokonać przegrupowania sił.

Rozgrywający Kwaśniewski

Odpływ elektoratu od SLD odbywa się w dwóch kierunkach: do Samoobrony i do Platformy Obywatelskiej. Jeśli chodzi o Samoobronę, SLD przeciwstawi tej niedobrej dla siebie tendencji, radykalizację postulatów społecznych: legalizację aborcji, związków partnerskich, walkę z uprzywilejowaniem podatkowym Kościoła, może roboty publiczne? Już są pierwsze zapowiedzi takich działań. Jest też ogólnie korzystny w SLD klimat dla – jak to się określa – nadania partii wyrazistości ideowej. Jeśli chodzi o PO, SLD jest w trudniejszej sytuacji ponieważ w polityce gospodarczej musi iść w stronę tej partii, zaś jako alternatywa w niezbędnym reformowaniu państwa nie ma potrzebnego autorytetu. I tutaj właśnie otwiera się pole dla prezydenta Kwaśniewskiego. Jego partia europejska?, rozsądku?, socjaldemokratyczna?, prezydencka? czy jak ją jeszcze zwał, może liczyć na część tych zwolenników Samoobrony, którzy szukają rozwiązań polskich problemów w nowych inicjatywach politycznych (spoza dotychczasowego układu, jakby to dziwnie nie brzmiało w wypadku Kwaśniewskiego), może też liczyć na liberalniejszą część SLD, a co najważniejsze – na tych, którzy z SLD przesunęli się do PO oraz tych, którzy nie wierzą już w powrót Unii Wolności na scenę parlamentarną. Nie wykluczałbym również częściowego odpływu elektoratu PiS w tę stronę, zwłaszcza pod wpływem sondaży, wieszczących miażdżące zwycięstwo Jolanty Kwaśniewskiej w najbliższych wyborach prezydenckich. Z tego samego powodu, głosy na lewicę mogą oddać ludzie, którzy ostatnio unikali urn wyborczych. Koncepcja zamiany Aleksandra na Jolantę jest głównym atutem lewicy w rozgrywce z prawicą o rząd dusz elektoratu. Gwarantuje ona lewicy ciągłość władzy i interesów, a jednocześnie pozwala na niemal dowolne przemalowywanie szyldów politycznych. SLD się samo oczyści, o czym nie omieszka wszystkich zawiadomić. Samoobrona będzie gwarantem dbania o interesy polskich rolników w Unii Europejskiej. Nowa partia Kwaśniewskiego zgromadzi siły rozsądku i postępu w duchu europejskim, profesjonalistów i ludzi środka. Nowy rząd koalicyjny powstały z zsumowania mandatów poselskich SLD, Samoobrony i partii (inicjatywy obywatelskiej?) obecnego prezydenta jest, moim zdaniem, w dzisiejszej sytuacji najrealniejszą prognozą na czas po najbliższych wyborach. Tym pewniejszą, im później się te wybory odbędą. Wiele wskazuje na to, że rząd lewicowy będzie miał wówczas, podobnie jak teraz, mocne wsparcie w lewicowym prezydencie.

Na lewicy zatem zaczyna się generalna renowacja, w myśl starej maksymy księcia z „Lamparta” Giuseppe Tomasi di Lampedusy, że trzeba wszystko zmienić, żeby nic nie uległo zmianie. Na prawicy obserwujemy podobny proces, choć z całkiem innych powodów.

Troje muszkieterów i pozostali

PO stała się w ostatnich miesiącach zagrożeniem dla SLD i liderem na prawicy. Dokonało się to zadziwiająco gładko, bez starań i nadmiernego wysiłku tej partii. Do starego uniformu partii rozsądku gospodarczego, PO dodała szaty radykalnych reformatorów państwa, tępicieli korupcji, obrońców uczciwości i polskiej racji stanu. Jednym słowem, zabrała SLD wszystkich zniesmaczonych aferami i zabrała PiS tych, którzy chcą niczym dzielny szeryf walczyć z rozpanoszonym w Polsce złem. Jak wiadomo, trzech muszkieterów to w rzeczywistości czterech. Nie inaczej jest w PO. Donald Tusk daje sznyt tradycji walki o wolną Polskę i liberalizm, Zyta Gilowska – żarliwość i bystrość w sprawach gospodarczych, Andrzej Olechowski – orientację w meandrach światowych i europejskich, Jan Maria Rokita - niezłomność i sprawność w budowie uczciwego, porządnego państwa. Są to, oczywiście, wizerunki medialne tych polityków, niekoniecznie mające coś wspólnego z rzeczywistością, jednak to one właśnie znacząco wpływają na rezultaty sondaży opinii publicznej i mogą też przesądzić o wynikach samych wyborów.

Liga Polskich Rodzin znowu wchodzi do gry na prawicy. To niewątpliwie efekt bardzo dobrego posunięcia jej lidera, Romana Giertycha, który z przeciwnika wstąpienia Polski do UE stał się - po referendum akcesyjnym – eurosceptykiem i zdeklarowanym obrońcą polskich interesów w Brukseli. Ważnym argumentem dla wielu osób, które dołączyły do zwolenników LPR było też, jak sądzę, zdystansowanie się tego ugrupowania od Radia Maryja, a zwłaszcza od ojca Rydzyka
.
PO mknie w górę jak rakieta, LPR – zadziwiająco porasta w piórka, za to PiS znalazło się w bardzo trudnej sytuacji. Rokita, bicz Boży na afery, odbiera PiS-owi elektorat, pragnący radykalnych zmian w funkcjonowaniu państwa, Giertych – po swojej wolcie na pozycję eurosceptyka – zabiera Kaczyńskim wyborców, którzy uważają, że w UE należy twardo walczyć o swoje. Jest przy tym uważany za wiarygodniejszego w swej postawie, co – jako żywo – ma tyle samo rzeczywistych podstaw, jak w przytoczonych wizerunkach medialnych liderów PO. Inicjatywy polityczne PiS, jak np. hasło budowy IV RP, postulat referendum w sprawie europejskiego Traktatu Konstytucyjnego, żądanie samo rozwiązania Sejmu – choć merytorycznie bardzo zasadne – nie pozwoliły tej partii, jak na razie, odzyskać dynamiki sprzed paru miesięcy.

Unia Wolności, która w notowaniach sondażowych przekracza ostatnio próg parlamentu, sformułowała kartę zasad budowy uczciwego państwa. Ta inicjatywa nie wyróżnia obecnie tej partii spośród innych, w związku z czym nie należy się spodziewać gwałtownego przyrostu poparcia dla niej wśród obywateli.

Również najnowsza inicjatywa polityczna połączenia sił Ruchu Społecznego byłej AWS, SKL i jeszcze drobniejszych ugrupowań prawicowych, pod przewodem Zbigniewa Religi i Krzysztofa Piesiewicza, nie zyskała jeszcze oblicza, pozwalającego na sensowne prognozowanie jej przyszłości.

W sumie, odnawianie lub przemalowywanie szyldów na prawicy nie przydaje tej formacji – poza głosami, które napłynęły do PO z SLD – nowych wyborców. Jest to, jak często pisał Kisiel, mieszanie łyżeczką herbaty bez wsypania cukru; od samego mieszania nie zrobi się ona słodsza.

Co czeka za rogiem?

Przykłady karier politycznych Tymińskiego, Leppera, Kwaśniewskiej udowadniają, że polski wyborca jest ciągle otwarty na propozycje spoza klasy politycznej. Stąd zresztą wielka szansa obecnego prezydenta na budowę czegoś pozornie nowego. Czy możemy zatem spodziewać się jakiejś partyjnej niespodzianki? Są podstawy do odpowiedzi pozytywnej na to pytanie. Przede wszystkim, dlatego, że żadna partia, jak do tej pory, nie przedstawiła obywatelom przekonującego programu rozwiązania podstawowych problemów społecznych: bezrobocia, bezpieczeństwa socjalnego, perspektyw zawodowych młodzieży, polepszania warunków życia. Nikt wiarygodnie nie gwarantuje obywatelom, że po wejściu do UE, Polska stanie się państwem sprawniejszym i sprawiedliwszym. Wręcz przeciwnie, wielu ludzi ma wrażenie, mocno poparte doświadczeniem minionych lat, że poszczególne ugrupowania polityczne różnią się wprawdzie swoim podejściem etycznym do państwa i spraw publicznych, stopniem deprawacji polityków, jednak łączy je jedna cecha: nieumiejętność zarządzania państwem. Nie przypadkiem przecież najbardziej deficytowym towarem na polskiej scenie publicznej jest myślenie strategiczne, rozumowanie w kategoriach polskiej racji stanu.

Oczekiwanie społeczne jest. Brakuje jednak kandydata na udzielenie odpowiedzi. To stwarza niebezpieczeństwo pojawienia się ruchu demagogicznego. A, powtórzę z uporem maniaka, najnowszy przykład niesłychanego powodzenia politycznego Jolanty Kwaśniewskiej, wskazuje, że obywatele zniechęceni do polityki oficjalnej są skłonni bezrozumnie dać się ponieść naiwnej wierze w cuda, wzmacnianej przez manipulujące opinią publiczną niektóre mass media, zwłaszcza te pozornie nie polityczne, choć wielce opiniotwórcze, jak kolorowe tygodniki popularne, pisma kobiece itp. Taką właśnie kartę próbuje rozegrać lewica, ratując się przed katastrofą. Gdyby się jej to udało, oznaczać to będzie trwanie patologii, degradujących III RP. Czy prawica - ta myśląca o ratowaniu nie siebie, a państwa - zdoła sensownie i skutecznie temu przeciwdziałać? Nie wiem.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: