WYGRAĆ NICEĘ I CO DALEJ?

Jest oczywiste, że polskie władze powinny bronić interesów naszego państwa w rozmowach z Unią Europejską. Rzecz jednak w tym, żeby dobrze te interesy zdefiniować. Inaczej niczego nie wygramy, a do stracenia - my, a nie Europa! - mamy bardzo dużo.

Czy to się komu podoba, czy nie, Polska nie ma prawie nic do zaoferowania Europie. Gospodarka kuleje, państwo znajduje się w przededniu krachu finansów publicznych, bardzo wysokie bezrobocie podminowuje nastroje społeczne. Okazuje się, że i politycy i obywatele naszego kraju, potrafili niegdyś brawurowo wywalczyć niepodległość, ale mają dramatyczną niezdolność do jej sensownego zagospodarowania. W tak trudnym położeniu materialnym, w jakim znajduje się społeczeństwo, przy świadomości, że i prawica i lewica nie potrafiły w ostatnich latach wprowadzić Polski na ścieżkę szybkiego rozwoju gospodarczego, poklask u ludzi zyskują hasła populistyczne i partykularne. Dlatego politycznie będą wzrastali Lepper, Giertych, ojciec Rydzyk, przywódcy radykalnych związków zawodowych i im podobni, nawet jeśli sondaże ośrodków badania opinii publicznej jeszcze tego nie wykazują. Sposób myślenia populistów odciśnie się negatywnie na przywódcach partii przewidywalnych, jak SLD, PSL, PO i PiS. Należy się zatem spodziewać, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, dalszego rozkładu naszego państwa.

Socjotechnika i sens

Obawiam się – zawężając tę kwestię do interesującego mnie w tym tekście wątku europejskiego – że poczucie bezradności, czy wręcz strach przed ewentualną polską katastrofą pcha większość naszych polityków do działań zastępczych. Gdy nie można nic zrobić realnie, robi się na pokaz. Niestety, wyraża się to głównie w buńczuczności wobec UE. A wszystko po to żeby zarobić parę punktów w notowaniach ośrodków, badających opinię publiczną lub żeby tych punktów nie zarobił przeciwnik, konkurent polityczny.

Ostatnio jednym głosem zabrzmiała nasza klasa polityczna: nie ma i nie będzie zgody na zmianę warunków nicejskich! A jeżeli w imię polskiej racji stanu, w imię przyszłości młodych Polaków, ktoś by spytał: a niby dlaczego nie ma takiej zgody? Czy alternatywą jest nie przystąpienie do UE? To mało prawdopodobne, to prawda. Ale jeżeli alternatywą jest, owszem, wejście do UE, lecz osłabionej, z zablokowanymi dźwigniami rozwoju gospodarczego, do UE, w której czołówka państw najbogatszych będzie sobie radzić m i m o Unii, a reszta – wegetować na marginesie? To jaka padnie odpowiedź?

Jest, oczywiście, różnica między taktyką negocjacji a stanowiskiem, określającym nieprzekraczalne granice. Nikt nie powinien z góry oddawać korzystnych pozycji. Dlatego skoro już się nam tak psim swędem trafiło, że mamy w Radzie Ministrów UE tylko o jeden głos mniej od Francji czy Niemiec, to możemy na prawo i lewo głosić, że nam się to bardzo podoba i nie wyobrażamy sobie życia europejskiego bez tego. Jednak w ciszy gabinetów politycznych, poza opinią publiczną i bez telewizyjnych kamer, trzeba sobie rzetelnie odpowiedzieć na kilka pytań:

- Czy Polska ma szansę rozwoju poza Unią Europejską?

- Czy dla Polski jest korzystny rozwój Europy jako luźnego stowarzyszenia suwerennych państw czy jako organizmu coraz bardziej zintegrowanego ekonomicznie? politycznie? wojskowo?

- Czy Unia Europejska powinna się rozwijać dzięki dynamice, ale i przy dominacji państw najbogatszych (Niemcy, Francja) czy przy większej roli „hamulcowych” w postaci takich państw jak Polska i jeszcze słabszych ekonomicznie?

Na chłodno

Gdyby ktoś z innej planety popatrzył na Europę, to zapewne by się zdziwił, że kraj o dychawicznej gospodarce, ze zdegenerowaną administracją i społeczeństwem o roszczeniowych postawach, żąda dla siebie miejsca na miarę europejskiej potęgi. Postawa roszczeniowa jest, widać, zakodowana nie tylko wśród polskich pracowników najemnych, ale i wśród elit politycznych i intelektualnych. Jednak złe rozpoznanie własnych możliwości może prowadzić do fatalnych skutków. Nasze atuty bowiem mają prawie jedynie charakter polityczny i w pewnym sensie są głównie zewnętrzne wobec nas, niejako nam nadane przez potencje obce. Wymieńmy je dla porządku: ścisły sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, również wojskowy, zdecydowanie największy potencjał ludnościowy i gospodarczy wśród grupy przystępującej do UE (czyli bez nas operacja znacznego rozszerzenia UE pali na panewce) oraz, wspomniany już, nadmiernie duży głos w europejskim rządzie . Innych zalet nie widzę.

To UE jest szansą dla nas, a nie odwrotnie. W UE możemy uzyskać środki i wiedzę jak naprawić III RP oraz jej gospodarkę. Może tak się stać w dwóch wariantach. Model pierwszy: przehandlowujemy już dziś naszą pozycję polityczną za przyszłe korzyści ekonomiczne. Myślę, że jest to pokusa części polskich elit. Drugi – przedłużamy, nawet za cenę weta, trwanie porozumienia nicejskiego. I przez najbliższe lata negocjujemy w UE równolegle i kształt Konstytucji Europejskiej i budżet UE, pomoc strukturalną i regionalną dla takich zapóźnionych krajów jak Polska. Wydaje się to postępowanie rozsądniejsze i rokujące lepsze rezultaty dla Polski. Przy jednym wszak zastrzeżeniu: Polska musi stać się państwem przygotowanym na przyjęcie, zagospodarowanie, pomocy unijnej. Tego ostatniego nikt za nas samych nie zrobi.

W sprawie Konstytucji Europejskiej i porozumień nicejskich, wbrew atmosferze nerwowości, jaka wprowadzają Niemcy i Francja, nie trzeba wcale się spieszyć. Nicea i tak ma obowiązywać do 2009r. Jest więc czas na spokojne negocjacje. Oczywiście, UE nie pozwoli sobie na spowolnienie rozwoju gospodarczego, na pewno nie pozwolą na to kraje najwyżej rozwinięte, czyli Niemcy i Francja. Dlatego musimy być gotowi do przyjęcia rozwiązań, które realistycznie „wycenią” potencjał poszczególnych członków UE. To, co dla nas najważniejsze mamy i tak do zrobienia u siebie w kraju, a nie na konferencjach międzynarodowych. Możemy być pasażerem w ostatnim wagonie europejskiego pociągu, żyjącym resztkami z pańskiego stołu, możemy starać się ulokować, gdzieś w pobliżu I-klasy, ale to zależy od naszej ciężkiej – państwowej, obywatelskiej i społecznej - pracy. Przedłużenie Nicei da szansę polskim elitom politycznym na sanację naszego państwa i gospodarki, przy znacznej pomocy finansowej UE. Ale, powiem szczerze, marna jakość tych elit każe sceptycznie zapatrywać się na rezultaty ich przyszłych działań. Wiadomo doskonale, że Nicea na dłuższą metę nie przetrwa, ponieważ byłoby wbrew rozsądkowi, gdyby lokomotywy gospodarcze Europy dostosowały się do tempa maruderów. Francja i Niemcy muszą zreformować po swojej myśli UE i takim czy innym sposobem dopną swego. Od polskiej klasy politycznej – od ich pracy w kraju! - zależy, czy znajdziemy się w Europie „A” czy „B”.

Co robić?

Przez najbliższe kilka lat, za wszelką cenę powinniśmy bronić naszych walorów politycznych uzyskanych w Nicei. Wykorzystywać status europejskiej potęgi oraz siłę wynikającą z więzi sojuszniczych z USA do zapewnienia z wszelkich możliwych źródeł zasilania dla naszej gospodarki. Tylko w ten sposób możemy zbudować trwały fundament pod rzeczywiście silną pozycję Polski w Europie czy nawet zostać tzw. regionalnym liderem. Ale warunkiem powodzenia tego planu jest solidna praca organiczna, od podstaw, w samej III RP.

Gdyby się miało okazać, że nie potrafimy zbudować sensownego państwa prawa, również w dziedzinie obrotu gospodarczego, nie potrafimy zracjonalizować finansów publicznych, ani stworzyć warunków do rozwoju przedsiębiorczości, to lepiej od razu ustawmy się na pozycjach rencisty Europy, marząc po cichu, że kiedyś zostaniemy rentierem. I wówczas najsensowniej jest „oddać Niceę”, niech bogaci i mądrzy myślą za nas. Przecież, jeśli Europa przestanie się rozwijać, najpierw odbije się to na takich biedakach jak my. Bogaci na pewno wiedzą lepiej jak nie dopuścić do kryzysu. Mówię to bez ironii. Ba, jestem właściwie pewien, że znajdziemy się w takiej sytuacji, ponieważ nic nie wskazuje na to, że Polacy dadzą sobie radę z własnym zdegenerowanym państwem. A to osłabiające wymowę poprzedniego zdania słówko „właściwie” wstawiam jedynie ze względu na wrodzoną niechęć do ponuractwa.

Kto, jaka partia czy grupa polityczna, odważy się krzyczeć nie tylko przeciw projektowi Konstytucji Europejskiej, bo to każdy głupi potrafi, ale i krzyczeć za bolesnymi reformami III RP? Krzyczeć przeciw roszczeniowym związkom zawodowym? Przeciw powiązaną z mafią własną nomenklaturą? Przeciw własnej chęci zawiadywania każdą złotówką w tym kraju i kontrolowania każdego obywatela? Przeciw samowładnym służbom specjalnym, które są w ogóle dobre, a złe tylko, gdy nie nam podlegają? Przeciw skorumpowanym, skoncentrowanym w paru koncernach i dyspozycyjnym mass-mediom? Że to nie jest cała prawda o Polsce? No, nie jest. Są uczciwi polityce i są uczciwe mass-media. Ale to nie zmienia faktu, że w tendencji i tonacji ogólnej jest bardzo źle. Zatem pytanie, kto będzie przeciw temu protestował, krzyczał i działał jest bardzo na czasie. I jeszcze zrobi to z głową i skutecznie.

No kto?

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: