KRAJOBRAZ PO PRAWICY

Krajobraz po wiosennej bitwie w trójkącie premier – prezydent – opozycja jest następujący. Władzę wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą sprawuje premier. Ma on również niemały wpływ na IV władzę, czyli mass-media. Z kolei na premiera mają wpływ: najbliżsi współpracownicy, zwłaszcza ci, którzy nadzorują służby specjalne (Szmajdziński, Janik), aparat SLD, zwany skrótowo „baronami”, ośrodki biznesowe (Kulczyk, Gudzowaty), Amerykanie (decyzje z zakresu polityki zagranicznej oraz biznesowe), prezydent w wypadku nowych nominacji w rządzie.

Premier rządzi, posiłkując się w parlamencie „Samoobroną” i tzw. planktonem sejmowym (posłowie nie zrzeszeni i z małych zespołów poselskich). Czasem wpływ na decyzje mają mass-media, jeśli ujawniają poważne afery, jak np. nadużycia w służbie zdrowia. Jest to wpływ negatywny, to znaczy media mogą spowodować odwołanie kogoś z funkcji, ale jeszcze nigdy nikogo na funkcję nie wypromowały.

Prezydent liczy straty i goi rany. Dla ratowania twarzy przed opozycją i żeby móc jeszcze być w bieżącej grze politycznej, Kwaśniewski zaproponował obywatelskie listy kandydatów do Parlamentu Europejskiego w wyborach w czerwcu 2004r. Nie sądzę, żeby propozycja ta spotkała się z dobrym przyjęciem poza Unią Wolności. Platforma i partia Kaczyńskich nie będą chciały zrezygnować z autonomii w tych wyborach. Trudno zresztą pojąć na czym miałby w takim scenariuszu polegać ich interes?

Opozycja – piszę tutaj o niej jako o całości, choć taką nie jest i nie będzie w dającej przewidzieć się przyszłości – opozycja zatem ma teraz o czym myśleć. Wciągnięta od wielu miesięcy w grę prezydenta przeciw premierowi została na placu boju z ręką w nocniku. Na tle tego zdarzenia doskonale widać roztropność polityczną Adama Michnika i jego „Gazety Wyborczej”, który mimo zapewne wielu pokus – wzmacnianych dodatkowo aferą Rywina i jej pokłosiem - nie dał się wmanewrować w te rozgrywki, zachowując publicznie równy dystans do premiera i prezydenta. Platforma i PiS powinny teraz coś zrobić ze swoim hasłem „Miller musi odejść”, co było ich zdaniem podstawowym, wstępnym warunkiem do działań klasy politycznej na rzecz uzdrowienia państwa. Miller na razie nie odejdzie, a państwo trzeba naprawiać już dziś, również przez działania w parlamencie, co – jeśli ma mieć skutki praktyczne, a nie tylko propagandowo-polityczne - wymaga współpracy z SLD.

Ugrupowania opozycyjne muszą zadać sobie pytania o parę kwestii. Pierwsze pytanie dotyczy przyszłości samej opozycji. Czy będziemy mieli do czynienia z próbami federalizacji tych ugrupowań, czy raczej z szukaniem porozumień programowych. Kaczyńscy zaproponowali rozmowy programowe wszystkim poza SLD i „Samoobroną”, których celem ma być wypracowanie nowej „umowy społecznej”. Jednocześnie zapowiedzieli powołanie po wakacjach grupy programowej(?), rady autorytetów(?), które to niesformalizowane zapewne ciała miałyby określić sposoby ratowania III RP, a właściwie przebudowy jej w IV RP. Państwo, jak rozumiem, uwolnione już od trądu III RP. PSL zaproponował sojusz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Platforma milczy, choć dokonuje przegrupowań personalnych. Objęcie funkcji sekretarza PO przez Pawła Piskorskiego, który wykazał się w Warszawie dużą sprawnością organizacyjną, ma wyrwać to ugrupowanie z marazmu.

Rozmawiać, jak proponuje PiS, zawsze można. Nie jest też wykluczone, że z takich rozmów wyniknie coś wartościowego. Większe nadzieje pokładałbym jednak w samodzielnej pracy umysłowej wykonywanej przez każdą z partii opozycyjnych na osobności. Wezwanie do wspólnych rozmów, oczywiście, sprzyja odrabianiu własnej pracy domowej, więc inicjatywa Kaczyńskich budzi moją sympatię. Radbym, i nie jestem w tym osamotniony, poznać nie hasłowe, a rzeczowe programy poszczególnych partii opozycyjnych, głównie PO, PiS i PSL.

Zresztą, z punktu widzenia przyszłych wyborów parlamentarnych dla prawicy korzystniejsze będzie pójście do nich w kilku osobnych partiach. Można wówczas zdobyć więcej głosów. Pod warunkiem przedstawienia przez te partie rzeczowych i wyrazistych programów. PO ma szansę zdominować środowiska biznesowe i kształtującą się klasę średnią, PiS pracowników najemnych, UW – inteligencję. To daje szansę na objęcie rządów w przyszłym parlamencie. Ewentualnie, gdyby taka była arytmetyka poselskich mandatów, ze wsparciem PSL-u.

Pytanie brzmi zatem nie, czy się teraz łączyć, bo to ani nie jest realne, ani sensowne, ale czy po przyszłych wyborach ugrupowania te są w stanie utworzyć wspólny rząd ze spójnym programem państwowym i gospodarczym? Notabene, myślę, że pora już najwyższa zrezygnować z zabobonu, iż jedyną szansą dla prawicy jest jej jedność na wzór AWS. Czym się kończą takie sztuczne twory przekonaliśmy się aż nadto boleśnie.

Postulowane przeze mnie minimum programowe, które mogłoby stanowić podstawę do przyszłych wspólnych działań partii prawicowych, musi składać się z odpowiedzi na kilka rudymentarnych pytań. I one właśnie stanowią, poza wspomnianym na wstępie pytaniem o federalizację, najważniejsze wyzwanie dla liderów prawicy. Po pierwsze, jak ustawić politykę zagraniczną w trójkącie USA –UE – Polska? Po drugie – jak stymulować rozwój gospodarczy i społeczny, w tym jak ograniczyć bezrobocie i jak rozwijać szkolnictwo i naukę? Po trzecie – jak uprościć i zmniejszyć podatki, w tym kwestia podatku liniowego? Po czwarte – czy i w jakim kierunku przebudowywać ustrój państwa; utrzymać system parlamentarno-gabinetowy czy iść w stronę systemu prezydenckiego; jaka ordynacja wyborcza – większościowa czy proporcjonalna?

Są to pytania, na które odpowiedzi udzielone przez poszczególne partie stanowić będą ważną wskazówkę dla obywateli na kogo oddać swój głos w wyborach. Odpowiedzi te jednocześnie pomogą samym partiom w konstruowaniu koalicji po wyborczych. Może też, ale tu już chyba ponosi mnie chciejstwo, partie opozycyjne dorobiłby się wówczas „gabinetów cieni”? Wyłoniliby się menedżerowie i eksperci w poszczególnych dziedzinach. Skończyłaby się chora przecież sytuacja, kiedy w poszczególnych partiach jest grupka 3-4 liderów, którzy są omnibusami od wszystkich spraw i tematów, a ich dominacja polityczna blokuje wyłanianie się nowych ludzi. Prymat ludzi polityki nad ludźmi merytorycznymi jest przekleństwem współczesnej prawicy. Gdyby ta sytuacja uległa zmianie mogłaby się zacząć prawdziwa praca państwowa, a nie tylko kolejne dojście do władzy, nauka przez – jak mówi się w wojsku – rozpoznanie bojem i opuszczenie placówek nim zdołało się cokolwiek sensownego zrobić.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: