PIŁOWANIE ZĘBÓW CIA PO ZIMNEJ WOJNIE

"Zaprzyjaźniony reporter przytoczył mi treść (...) rozmowy z najwyższymi urzędnikami CIA. Gdy ucichnie wrzawa, powiadają oni, Amerykanie przekonają się, że 11 września nie był porażką, lecz triumfem służb wywiadu. Jeśli takie będzie oficjalne stanowisko Agencji (...) to jestem nie tylko wściekły, lecz także śmiertelnie przerażony tym, co nas czeka."

Robert Baer (1)

Tajna działalność państwa amerykańskiego realizowana poprzez agencje wywiadowcze po raz kolejny staje się tematem krytyk i publicznej debaty. Praktycznie od 11 września 2001 roku trwa nieustająca fala oskarżeń skierowana przeciwko służbom specjalnym. Argumenty jak zawsze w chwili wpadek są takie same; brak informacji, brak koordynacji, brak nadzoru. W pięciuset stronicowym raporcie Komisji Kongresu(2) badającej przyczyny wrześniowej tragedii jest wszystko, oprócz roli jaką odegrali politycy w demontażu własnego wywiadu. Od trzydziestu lat kolejne administracje tworzyły kaleki organizm i ze zdziwieniem, poniewczasie zauważyły, że nie jest on zdolny do wyczynów olimpijskich.

Świat po Zimnej Wojnie

Nie tylko zwykłych obywateli ale i analityków wywiadu zaskoczyły zmiany lat 1989-1991. Ich szybkość i natężenie spowodowały, że w bardzo krótkim okresie, państwa bloku komunistycznego zdążały do demokracji, a Związek Sowiecki padł w wyniku odśrodkowych działań poszczególnych narodów (zwłaszcza krajów bałtyckich) i własnej nomenklatury (casus Rosji, Tadżykistanu, Azerbejdżanu itp.).

Z miesiąca na miesiąc zmienił się cały świat. Niedawni przeciwnicy, zaczęli blisko kooperować, sugerując jednocześnie chęć przystąpienia do struktur europejskich i euroatlantyckich,. Rosja przeżywała wewnętrzny kryzys polityczny, społeczny i gospodarczy. Pozostałości po komunizmie, jak Kuba czy Korea Północna straciły z dnia na dzień protektorów.

W wyniku tych wydarzeń począł ewoluować cały świat i rzeczy niemożliwe stawały się codziennością, a dotychczasowe status quo przestawało istnieć.

Rewolucja tego typu nie tylko zmienia relacje między państwami, ale staje się przede wszystkim inspiracją do tworzenia nowych koncepcji dla nowych wyzwań. W sferze filozofii „Koniec Historii” skonfrontowany został ze „Zderzeniem Cywilizacji”, co wbrew pozorom miało bezpośredni wpływ na przyszłość działań służb specjalnych.

Początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przebiegał pod dyktando Fukuyamy, takie przynajmniej można byłoby odnieść wrażenie na podstawie działań, jakie zostały podjęte wobec służb specjalnych. Historia się skończyła. Komunizm, główne zagrożenie, przyczyna zimnej wojny, przestał istnieć. Przestało istnieć tym samym zapotrzebowanie na informacje tajną, jaką zbierać miały służby specjalne. Dotychczas ukryte dane stały się jawne i nie tyle dostęp do nich był istotą problemu, co potwierdzenie się wcześniejszych przypuszczeń co do niewydolności gospodarczej następczyni ZSRS, Federacji Rosyjskiej.

Główne agencje szpiegowskie USA były pod ostrzałem krytyków. Jak można nie przewidzieć tak globalnych zmian, dziejących się nagle w tylu punktach świata od Europy Wschodniej począwszy na Azji Środkowej skończywszy. Na te zarzuty nakładał się dodatkowo problem wyznaczenia nowej roli służb specjalnych w świecie post zimnowojennym.

Życie, i to szybko, toczyło się dalej, nie było więc czasu zastanowić się nad dotychczasowymi porażkami. Czas naglił. Potrzebą chwili były nowe koncepcje, nowe rozwiązania.

Oczywiście sam problem rozpadu Związku Sowieckiego ostał się jako jeden z najważniejszych celów działań służb wywiadowczych. Związane to było z dwoma faktami. Pierwszym było nie przygotowanie elit politycznych Zachodu na tak rewolucyjne zmiany. Szczytem marzeń rządzących był rozmówca-reformator komunizmu. I takiego dostali w 1986 roku w osobie siódmego sekretarza KPZR Michaiła Gorbaczowa. Pośród elit politycznych zapanował, jak to słusznie nazwał Wiktor Grotowicz ”Gorbazm”.(3) Był on szczególnie widoczny w Europie, zwłaszcza Francji i Niemczech, ale nie ominął on również ekipy Reagana.

Głasnost stała się się faktem. Rosjanie mogli pisać co chcieli i mówić co chcieli. Mogli się organizować i wiecować. Tak przynajmniej sądzili rządzący zachodnim światem. Fakt, że Rosjanie i inne narody Związku Sowieckiego robiły to pod dyktando i pod kontrolą KGB i urzędników partii, stanowiło ledwie zauważalną drobnostkę. Sceptycy, jak Alain Besançon, Françoise Thom, Leopold Łabędź czy amerykańscy neokonserwatyści zostali wyizolowani z oficjalnego kręgu, stali się niewygodni.

Więc w dniu, w którym doszło do tak zwanego puczu Janajewa i obalenia Gorbaczowa, przywódcy zachodu stali się nagle bezradni. Objęcie władzy przez Jelcyna i suwerenność, jaką ogłaszały kolejne sowieckie republiki stwarzały nową sytuację, tworzyły na wschód od Łaby krainę chaosu i wielkiej niewiadomej. Jeszcze w 1991 roku prezydent George Bush na wiecu w Kijowie namawiał Ukraińców do pozostania w ramach Związku Sowieckiego, chociaż wszystko na niebie i ziemi wskazywało, że w narodowym referendum opowiedzą się za niepodległością.

Dobrze odczucia amerykańskiej klasy politycznej określił Charles Krauthammer: „Naszą jedyną reakcją na 1990 rok było zakłopotanie. Następną reakcją był strach”.(4)

Na wschodzie powstała polityczna czarna dziura. Dotąd lekceważony Jelcyn stał się przywódcą nowej Rosji. Partyjny aparatczyk Krawczuk prezydentem niepodległej Ukrainy, a muzyk Landsbergis szefem małej Litwy. Potrzeba informacji na temat ich działań obecnych i przyszłych była ogromna.

I gdyby tylko brak wiedzy dotyczył głównych przywódców, to jeszcze można byłoby sobie z tym poradzić. Ale politycy, a tym samym służby specjalne stanęły wobec problemu państwa, które rozciągało się na dwa kontynenty, a to co działo się w Tomsku mogło być równie ważne co w Moskwie czy Petersburgu. Gra interesów, poszczególnych konkurujących grup ogólno rosyjskich, regionalnych czy biznesowych, rozpadająca się armia, bez wypłat i z nie kontrolowanymi bazami na Dalekim Wschodzie i Tadżykistanie to tylko kilka punktów z długiej, bardzo długiej listy pytań, jakie czekały na odpowiedź.

Drugim faktem, dla którego zainteresowanie służb specjalnych byłym blokiem komunistycznym nie uległo zmianie jest pochodnym pierwszego. Wynikiem nowej sytuacji była możliwość utraty kontroli nad arsenałami broni masowego rażenia – co w pewnym stopniu miało miejsce - i ucieczki najlepszych fachowców z dziedziny obronności do państw oferujących lepsze warunki finansowe.

Wraz z upadkiem systemu komunistycznego, przestał obowiązywać ścisły nadzór nad ośrodkami naukowymi i laboratoriami zajmującymi się tworzeniem nowych broni masowej zagłady. Naukowcy pozostawieni sami sobie często bez podstawowych środków do życia zostali zmuszeni do radzenia sami sobie. Ofert nie brakowało. Korea Północna, Irak, Syria, Libia, czy też poszczególne międzynarodowe grupy terrorystyczne.

Dopóki nad arsenałem pieczę sprawował Sekretarz Generalny KPZR, można było założyć, że jest on kontrolowalny i granice handlu technologiami były jasno określone i przewidywalne. Po 1991 roku uległo to zmianie. I obok politycznego chaosu, to właśnie niekontrolowane rozprzestrzenianie się broni jądrowej, biologicznej czy chemicznej stało się największym wyzwaniem dla tej części wywiadu, jaka zajmowała się problemem byłego Związku Sowieckiego.

Wobec takich zagadnień stanęły służby specjalne na początku lat dziewięćdziesiątych. Lecz w sukurs im przyszła niespodziewanie duża jawność, jaka nastąpiła w wyniku demokratycznych zmian. Polska, Węgry, Czechy stały się całkowicie otwarte i czytelne dla Wywiadu Amerykańskiego. Służby tych państw nawiązały podobnie jak do niedawna ze swoimi sowieckimi przyjaciółmi bliską współpracę. Nie trzeba już było angażować takich sił i środków, aby rozpoznać i zapobiegać infiltracji tych niedawnych wasali Moskwy.

A sama Rosja, płynąca na fali dopiero co uzyskanej wolności stała się rajem dla dotąd zamkniętych głęboko w sejfach publikacji specjalistycznych.

Dla rządzących stało się jasne, że czas szpiegów dobiega końca. Potrzebni byli analitycy, mogący przeczytać, zrozumieć i ułożyć w całość ten zalew dotąd niedostępnych danych. Defaktorzy, oficerowie służb byłego ZSRS sami zgłaszali się do ambasad i wystarczyło tylko ich przesłuchać i zapewnić w miarę dostatnie życie gdzieś w Arizonie, aby móc zapełnić luki, jakie powstały po samej analizie źródeł otwartych.

Tak na marginesie warto zauważyć, że konsumentem tego stanu rzeczy , przynajmniej w pewnym stopniu, stało się też samo KGB i jej następcy. „Rzeczywiście, ponieważ w 1990 roku zmniejszyło się na Zachodzie przeświadczenie, że Związek Sowiecki stanowi groźbę, dostęp Sowietów – a więc i KGB – do zachodnich społeczeństw bardzo się zwiększył. Za granicą rezydowało od 7 do 10 tys. zawodowych oficerów KGB”.(5)

Do wyżej wymienionych zainteresowań dołączono kolejne, bieżące więc tym samym najpotrzebniejsze. Antyterroryzm, narkotyki, gangi międzynarodowe, fałszerstwa itp. Powoli niezauważalnie wywiad amerykański z organizacji wywiadowczej zaczynał zamieniać się w formację policyjną.

Nowe kierunki zainteresowań wywiadu wyłuszczył Robert Geates, szef CIA i Dyrektor Wywiadu Centralnego (DCI) w administracji Busha „Ostateczna lista zagrożeń jest znana: rozprzestrzenianie się broni masowego rażenia, już dwa tuziny narodów posiada broń chemiczną i biologiczną, a ponad czterdzieści środki balistyczne do jej przenoszenia; globalna przestępczość zorganizowana, z zapleczem technologicznym i surowcowym niejednokrotnie większym niż poszczególne państwa, ze współpracującymi ze sobą strukturami regionalnymi i narodowymi; terroryzm (...) religijny; waśnie etniczne na Bałkanach i Afryce; regionalni agresorzy na Bliskim Wschodzie i Afryce; napięcia regionalne, jak pomiędzy Indiami i Pakistanem dysponującymi bronią jądrową”.(6)

Agencje Szpiegowskie bez Szpiegów

Obecnie między bajki należy włożyć historie rodem z powieści płaszcza i szpady. Służby specjalne stały się organizacją urzędników, a nie szpiegów. Czasy Alana Dulessa, Jima Angletona, czy Franka Wiznera to już zamierzchła przeszłość. Romantyczny okres minął.

Jak twierdzi prof. Raymond Wannall; „częściowa utrata zdolności CIA do pełnienia swoich funkcji, w szczególności w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego i antyterroryzmu rozpoczęła się po sprawie Watergate i związanych z nią przesłuchań w latach 1973-1975”.(7) Do tego należy dodać sprawę zwolnienia w grudniu 1974 roku James Jesusa Angletona, szefa kontrwywiadu CIA. W następnych tygodniach i miesiącach wyrzucono z Agencji kolejnych członków zespołu Angletona, a pozostałości rozbito po poszczególnych wydziałach.

Prestiż CIA podkopała również sprawa inwigilacji ruchów antywojennych, jaka miała miejsce od końca lat sześćdziesiątych, a ujawniona została w końcówce 1974 roku przez Seymoura Hersha.

Jednak zdecydowany cios działaniom szpiegowskim Agencji został zadany za czasów prezydentury Jimmego Cartera (1977-1981) i jak zwykle wpływ na to miało wiele przyczyn. Pierwszą z nich było udane umieszczenie na orbicie cudu techniki wywiadowczej satelity KH-11 „Kennan”. Miało to miejsce na dzień przed zaprzysiężeniem nowego prezydenta, tak że zdjęcia uzyskane tą drogą znalazły się na biurku Cartera dzień po jego zaprzysiężeniu. Jak można się spodziewać, nowy prezydent był pod wielkim wrażeniem tego cudu techniki. KH-11 dostarczał zdjęcia w czasie rzeczywistym i mógł dokładnie śledzić wszystkie ujawnione ruchy wojsk sowieckich i odkryte miejsca ich dyslokacji. Była to wyjątkowa broń w rękach Cartera, który szybko chciał osiągnąć porozumienie w sprawie kontroli zbrojeń. W jego opinii posiadał narzędzie do skutecznego nadzoru przestrzegania ustaleń przyszłego traktatu, więc szpiedzy nie byli mu już specjalnie potrzebni.

Drugim ciosem, jaki spotkał CIA było odwołanie ówczesnego dyrektora Georga Busha. W naszej kulturze politycznej nie ma w tym nic niezwykłego, jednak w kulturze pracy CIA była to pierwsza sytuacja od początku powstania Centralnej Agencji Wywiadowczej. Do tego czasu urząd Dyrektora Wywiadu Centralnego (DCI) szefa CIA nie podlegał fluktuacją politycznym. Do tego dobrego obyczaju powrócił dopiero George W. Bush, pozostawiając na czele Wspólnoty Wywiadowczej (IC) Georga Teneta szefa CIA za rządów Clintona.

Jednak największym zagrożeniem dla tradycyjnego wywiadu stał się nominowany na stanowisko DCI admirał Stansfield Turner. Ta była gwiazda akademickiego futbolu i prymus Akademii Morskiej okazał się szefem nie rozumiejącym zasad szpiegostwa i wyjątkowo ograniczonym intelektualnie. Odwołanie Busha i nominacja Turnera spowodowały rozgoryczenie pośród kadry CIA.

Nowy szef był pierwszym, który uznał, że nowoczesna technologia jest w stanie zastąpić człowieka, a satelity, komputery i radary dostarczą niezbędną informację na temat planów przeciwnika. ”Obu ( Cartera i Turnera – przyp. red) fascynowała zaawansowana technologia gromadzenia materiałów zdjęciowych i radiowych, natomiast - jak to określił Turner – uważali za kompletny przeżytek”.(8) Z takim poglądami szybko zabrał się do pracy i jeszcze w 1977 roku zwolnił 100 oficerów operacyjnych, zajmujących się problemem państw komunistycznych. Zanim został zmuszony do odejścia na emeryturę udało mu się zwolnić ich kilka tysięcy. Po tym wstrząsie Agencja już się nie odbudowała.(9) Sam personel wydziału operacyjnego z liczby 8000 został zredukowany do 4730 osób.

Cięcia nie tylko dosięgły pracowników operacyjnych, ale też budżet przeznaczony na tajne akcje. W 1977 roku wynosił on 5% całego budżetu CIA, co było najniższym poziomem od 1948 roku.(10)

Za swoja ignorancję Carter miał zapłacić utratą fotelu prezydenta. Gdy wydarzenia w Iranie przybrały niekorzystny obrót, a rewolucja islamska nabrała tempa nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi na podstawowe pytania, takie choćby, jak o stan zdrowia Chomeiniego, siłę jego zwolenników oraz źródła finansowania i szlaki przemytu broni. Więc gdy „studenci” szkół koranicznych zajęli ambasadę USA w Teheranie, zatrzymując kilkudziesięciu zakładników, satelity mogły co najwyżej ocenić jakość wykonania dachu ambasady i rozmiary trawników wokół niej. Nie mogły zajrzeć do środka, nie mogły porozmawiać z ukrytymi wewnątrz porywaczami i ich pomocnikami na zewnątrz budynku. I chociaż następna wpadka wywiadu dokonała się podczas nieprzewidzianej interwencji ZSRS w Afganistanie, to Teheran i zakładnicy utopili marzenia o reelekcji Cartera.

Wybór Reagana na stanowisko prezydenta w 1981 roku jedynie wstrzymał dalszy demontaż Agencji bez jej solidnej reformy i przebudowy. CIA i inne służby wywiadowcze otrzymały nowe rozkazy, których treść ograniczała się właściwie do stwierdzenia, że są one powołane do walki z komunizmem na wszystkich frontach.

Przy takim zadaniowaniu wywiadu można byłoby się spodziewać, że reformy nie tylko zatrzymają niewłaściwe tendencje, jakie zostały zapoczątkowane za rządów Cartera, ale zmodernizują Agencję przywracając jej rolę wywiadu ofensywnego. Reagan wyznawał teorię, że całe światowe zło bierze się z ekspansji komunizmu i Związku Sowieckiego i doskonale zdawał sobie sprawę, że sowieckie KGB jest największym, najniebezpieczniejszym i najważniejszym tego narzędziem.

Oprócz podstaw polityczno-moralnych za nadzieją na przebudową mogło przemawiać mianowanie członków gabinetu na czele z wiceprezydentem Georgem Bushem, byłym DCI za rządów Geralda R. Forda. I choć CIA zaangażowała się w tajną wojnę w Europie, Ameryce Środkowej czy Afganistanie, dostarczając wszystko od powielaczy dla „Solidarności” po Stingery dla Mudżachedinów, to sytuacja jakościowa nie uległa zmianie.

Pierwszym powodem tego stanu rzeczy było mianowanie nowym szefem wspólnoty wywiadowczej Williama J. Caseya. Ten były weteran OSS i prawnik milioner został najstarszym szefem w całej historii CIA. W 1981 roku miał 68 lat i do Langley przyszedł wprost ze sztabu wyborczego prezydenta, gdzie pełnił funkcję szefa i głównego stratega.

Casey był dość dziwaczną postacią. Siorbał przy stole, zasypiał na posiedzeniach rządu, a podczas przesłuchań w sprawie Iran-Contras tak bełkotał do blatu stołu, że zirytowani kongresmani zamontowali w tym miejscu mikrofon.

Myliłby się jednak ten, kto wziąłby te przypadłości za słabość i miękkość szefa CIA. Casey był zdecydowanym na wszystko antykomunistą, większość swojego czasu spędzając w odrzutowcu i odwiedzając rezydentury CIA rozrzucone po całym świecie.

Nie interesowała go administracja, ani zasady urzędnicze. Widział cel i wymagał jego realizacji. Był człowiekiem zdecydowanym i twardym. To co aktualnie wymyślił musiało być wprowadzone w życie od zaraz.

I to jego zdecydowanie, które narobiło tak wiele szkód komunizmowi, było również nieszczęściem dla Agencji. Casey nie potrafił i nie chciał zarządzać kilkudziesięciotysięczną strukturą. Nie był zainteresowany reformami w samej Agencji, a jedynie wypełnianiem jego poleceń, do realizacji których wystarczała niewielka grupa ludzi.

Jak twierdzi Herbert E. Meyer , Casey chciał w ramach ociężałej, upolitycznionej struktury zainstalować coś na kształt małej armii pretorian, zbliżonej do wojennej OSS, agencji ofensywnej, niż do jej powojennej sukcesorki defensywnej CIA. „William Casey rozumiał, że nie może grać Agencją zbudowaną jedynie dla obrony. Jego koncepcja zakładała nie przebudowę CIA, ale stworzenie w niej małej OSS”.(11) Nie znaczy to, że Casey nie chciał gruntownej przebudowy Agencji. Chciał, ale pierwsze próby szerokiej przebudowy doprowadziły do takiej ilości przecieków, kłamstw na temat reform i przesłuchań w Kongresie, jakie nie miały precedensu nigdy wcześniej. Więc, gdy zagrożeni reformami pracownicy CIA spotykali się z dziennikarzami, wyjawiając kolejne „sensacje” Casey utworzył wokół siebie małą grupkę specjalistów od wywiadu, chroniąc ich przed wścibskimi spojrzeniami mediów i pytaniami biurokratów.(12)

W 1986 roku Casey i jego zastępca Robert Gates założyli w ramach CIA strukturę nazwaną Counter-Terrorism Center (CTC). Na jej czele postawili doświadczonego oficera wywiadu w osobie Duane R. Clarridga. Jego zadaniem było wybranie najlepszych ludzi CIA i zmontowanie zespołu mogącego przy pomocy wszystkich dostępnych środków – w tym porwań i morderstw - skutecznie zwalczać terroryzm.

Pomimo że pomysł sam w sobie nie był zły, a oficerowie zwerbowani przez Clarridga faktycznie byli najlepsi, to CTC nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Mała mobilna struktura, popierana przez centralne kierownictwo Agencji nie przebiła się w gąszczu biurokratycznej maszyny, jaką jest CIA.

Dobrym przykładem rozchodzenia się CIA z jego szefem jest kwestia broni dostarczanej afgańskim Mudżachedinom.

Program pomocy rebeliantom został wprowadzony za rządów Cartera i następna ekipa go kontynuowała. Niestety, broń dostarczana do Afganistanu, była bronią lekkiej piechoty, zakupioną głównie z demobilu państw komunistycznych. Jej użycie przez powstańców powodowało straty pośród sowieckich wojsk okupacyjnych, nie powodowało jednakże przechylenia szali zwycięstwa na stronę Mudżachedinów.

Ich przedstawiciele wielokrotnie odwiedzali Waszyngton, próbując namówić polityków amerykańskich, aby zaczęto wysyłać rakiety ziemia-powietrze oraz ciężkie moździerze. Ponieważ, za dostarczania broni odpowiedzialna była CIA, a dokładnie zastępca szefa John McMahon, to głównie jego pytano czy jest możliwość eksportu tak pożądanej przez powstańców broni. Odpowiedź zawsze była taka sama; nie. Jako powód tego stanu rzeczy podawano niechęć Pakistanu.

Jednakże, co bardziej dociekliwi Kongresmeni zaczęli się zastanawiać dlaczego, można dostarczać lekkie działka przeciwlotnicze, a nie na przykład Stingery. Zaowocowało to kilkoma wizytami w Islamabadzie w 1984 – 1985 roku, gdzie okazało się, że po pierwsze Pakistan nie miał nic przeciwko dostarczaniu nowoczesnej broni powstańcom, wręcz do niej zachęcał, po drugie, i być może ważniejsze przedstawiciele CIA próbowali nie dopuścić do zadawania pytań w tej sprawie, a gdy zostały zadane to okazało się, że McMahon, kłamał. Zastępca Caseya musiał odejść, a duże partie Stingerów, trafiły w ręce rebeliantów.(13)

Powyższy przykład obrazuje jeszcze jedną rzecz, CIA w połowie lat osiemdziesiątych była jeszcze w stanie organizować skuteczne tajne operacje na dużą skalę. Do nich należy również zaliczyć sprawę Iran-Contras oraz akcje w Czadzie i Jemenie.

6 maja 1987 roku po ciężkiej chorobie zmarł William Joseph Casey. Jego następcą nie został wbrew oczekiwaniom, jego dotychczasowy pierwszy zastępca Robert Gates, lecz wieloletni szef FBI William Hadgcock Webster. „Pan sędzia odznaczał się lepszymi od swojego poprzednika manierami przy stole i Nancy Raeagan chętnie widziała go w życiu towarzyskim Białego Domu.”(14) Jest to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy jakie można powiedzieć o nowym dyrektorze CIA.

Duane R. Clarridge, który ma osobiste powody aby nie przepadać za Websterem, gdyż ten zmusił go do odejścia z CIA w związku z nigdy nie udowodnionymi powiązaniami w sprawie Iran-Contras, tak ocenia swojego byłego szefa: „Od szeregowych pracowników do najwyższych urzędników, ludzie z FBI serdecznie nie cierpieli Webstera. Niektórzy pogardzali nim, ponieważ uważali go za egoistyczne zero, człowieka fałszywego i pnącego się do góry po grzbietach innych. Ukończył Amherst, ale pozostał gburem; wydawało mu się, że należy do wschodniego establishmentu i starł się tam dostać w taki czy inny sposób. (...) Prawdopodobnie zaakceptowalibyśmy jego brak doświadczenia w sprawach międzynarodowych, jego małomiasteczkowy pogląd na świat, a nawet jego arogancję. Ale nie mogliśmy zaakceptować tego, że był prawnikiem. (...) Webster stanął przed problemem nie do pokonania, dotyczącym raison d’ệtre organizacji, którą przyszło mu kierować.”(15)

„Ponieważ pojmowanie spraw zagranicznych nigdy nie przychodziło mu ( Websterowi - przyp. autora) łatwo. (...) był prawnikiem, a nie ekspertem od problematyki zagranicznej. Żadnym sposobem nie mógł osiągnąć biegłości Roberta Gatesa w analizowaniu i komentowaniu wydarzeń na świecie.”(16)

Webster był człowiekiem pokroju Stansfielda Turnera, obaj panowie zresztą przyjaźnili się blisko i pierwszy z nich często korzystał z rad drugiego, więc można wyobrazić sobie jakie miało to wpływ na tajne akcje. Podczas jego kadencji pytania o tajne akcje zaczynały się od tego czy są one zgodne z prawem, co się stanie jeżeli się wydadzą i jak zareaguje na to społeczeństwo. Dopiero ostatnim pytaniem było dopiero – czy się uda.(17)

Pierwszym posunięciem nowego DCI było zmuszenie do odejścia Roberta Gatesa oraz Claira E. Georga, zastępcę dyrektora do spraw operacyjnych i postawienie na jego miejscu równie bezbarwnego jak główny szef Richarda F. Stolza. Wymagał też aby w Agencji nie nazywano go zwyczajowo szefem lecz zwracano się do niego „panie sędzio”. Ta wydaje się błahostka miała ogromny wpływ na działanie CIA pod jego rządami. CIA powołana do łamania prawa innych krajów poprzez wykradanie tajnych informacji miała teraz być zarządzana przez fanatyka prawa, policjanta z doświadczeniem sędziowskim.

Dla przykładu Webster uważał, że Kongres jest władzą nadrzędną, więc nie należy go oszukiwać lub przemilczać pewnych informacji, co doprowadziło do tego, że odpowiadał przed specjalnymi komisjami na pytania które zadawano lub nie zadawano.

Innym problemem była grupa tak zwanych asystentów, którzy szczelnie otaczali nowego dyrektora i byli według jego słów „oczami i uszami”. Ich zadaniem była filtracja informacji dla szefa oraz nadzór z jego ramienia nad działaniami poszczególnych dyrektoriatów.

Ponieważ pierwsi z nich przyszli do CIA razem z Websterm z FBI w związku z tym podzielali wszystkie poglądy szefa, w tym te na rolę i działalność Dyrektoriatu Operacji. Należy zaznaczyć, że wszyscy asystenci, jacy przewinęli się przez CIA nie mieli żadnego przygotowania wywiadowczego i nie posiadali odpowiednich kompetencji. Na początku swojej pracy nie rozróżniali szpiega od oficera. Wydaje się, że bardziej byli zainteresowani miejscem na parkingu dyrektorskim i prawem biesiadowania w stołówce dyrektora aniżeli poznaniem zasad pracy służb wywiadowczych.

Innym nietrafionym pomysłem Webstera było przesuwanie oficerów po poszczególnych Dyrektoriatach, co w zamierzeniu miało doprowadzić do zapoznania się ich z innymi segmentami CIA i uczulić ich na problemy innych. Efekt tej innowacji był taki, że będąc we wszystkich pionach poznawali wszystko, a jednocześnie nie byli wyspecjalizowani co utrudniało codzienną pracę wywiadu.

Webster ze swoim stylem bycia i uwrażliwieniem na prawa człowieka i prawo w ogóle bardziej odpowiadał wyobrażeniom o szefie wywiadu prezydentów z nominacji Demokratów., zresztą mianowany został na szefa FBI za kadencji Jimiego Cartera. Był on chyba pierwszym w historii DCI, który wziął sobie do serca zasady poprawności politycznej. W portfelu zwykł nosić kartkę z wyliczeniami personelu FBI, a następnie CIA zgodnymi z powyższą doktryną. Bezsprzecznie należy stwierdzić, że liczba funkcjonariuszy kobiet, murzynów czy latynosów za jego rządów systematycznie wzrastała.

Następca Raegana, George Bush pozostawił Webstera na stanowisku szefa CIA, jednak jego znaczenie i rola obniżyły się jeszcze bardziej, niż było to w okresie rządów jego poprzednika. Choć informacje o odwołaniu szefa wywiadu pojawiały się już wcześniej, to pierwsze poważne sygnały przyszły po nieudanym przewrocie w Panamie 13 października 1989 roku. Bush miał wtedy powiedzieć, że więcej dowiedział się na temat przewrotu z telewizji niż z Centralnej Agencji Wywiadowczej.(18) Anonimowe źródło z Białego Domu podało, że „...(Webster) nie jest mile widziany (...). Nie rozmawia z nim Baker. Nie ma nic wspólnego ze Scowcroftem. Ten człowiek się nie liczy”.(19)

Następne, ciężkie dni dla DCI nadeszły bezpośrednio przed inwazją na Irak w 1990 roku. Najpierw Webstera „zaskoczyło”, że CIA nie posiada agentów mogących skutecznie infiltrować władze Iraku, a później, że ci którzy znajdują się na jego terenie nie mogą zostać wycofani. Na pomoc Dyrektorowi pośpieszyli oficerowie komunistycznego wywiadu z Polski i wywieźli ze strefy zagrożenia zagubionych agentów CIA.

Dla Busha tego było już za wiele. I choć bezpośrednio po wojnie podczas przemówienia do weteranów OSS wychwalał zasługi wywiadu podczas „Pustynnej Burzy”, to dla zorientowanych w sprawie było jasne, że CIA poniosło klęskę, a dni Webstera są policzone.

Dla pracowników Dyrektoriatu Operacji, mianowanie Webstera miało też swoje konsekwencje, które w niedalekiej perspektywie podkopało morale tego pionu CIA. Okazało się, że prowadząc tajne akcje, zaakceptowane przez najważniejsze czynniki rządowe, mogą oni zostać pociągnięci do odpowiedzialności - co było do przyjęcia – jednakże zostali opuszczeni przez prezydenta, który odciął się od ich działań i skierował do czyszczenia Agencji Webstera. Ten pozbył się z CIA oficerów podejrzanych w aferze Iran-Contras i znanych z ostrego antykomunizmu, w tym między innymi: Claira Georga, Duane Clarridga, Alana Friersa - specjalistę od spraw latynoamerykańskich, Elroya Georga - szefa placówki w Atenach, Thomasa Castillo - szefa placówki w Kostaryce itd. Następnym razem pracownicy operacyjni skutecznie będą unikać tego typu operacji. Angelo Codevilla widzi ten problem tak: „Historia tajnego wsparcia (...) pokazuje, że upadek tajnych akcji (...) nie został spowodowany ani nadmiarem informacji w sferze publicznej ( przecieki), ani błędem w technice jej prowadzenia. Został spowodowany brakiem umiejętności prezydentów do formułowania właściwej polityki (...). Prezydenci sami wybierali tajne akcje jako półśrodki, kiedy nie chcieli forsować swojego stanowiska.”(20)

Ostatecznie kariera 14 DCI zakończyła się 31 sierpnia 1991 roku z powodu zaawansowanego wieku (67 lat) i chęci przejścia na emeryturę.

6 listopada 1991 roku na czele CIA staje Robert Gates. W Agencji od 1966 roku, związany z Dyrektoriatem Wywiadu, były zastępca Caseya. Nowy szef jest znany ze swych antykomunistycznych poglądów i sceptycyzmu co do pieriestrojkowych reform i samego Gorbaczowa. Gates był też pierwszym w historii DCI, który podaje się do dymisji po wygranych przez Billa Clintona wyborach. Jest jednym z najbardziej płodnych literacko byłych szefów CIA. Jego wspomnienia „From the Shadows”(21) opisująca ostatnie lata komunizmu i zimnej wojny stanowi wręcz podręcznik tajnej historii świata.

A. Codevilla tak charakteryzuje nowego DCI; „ Nie zdradzał żadnych cech, które powstrzymywały jego poprzedników przed reformowaniem Agencji. Nie było w Gatesie niczego, co przypominałoby nostalgiczną miłość do Agencji Caseya lub niezasłużony szacunek Georga Busha dla jej profesjonalistów. W odróżnieniu od Tunera, który chciał utrzeć nosa profesjonalistom , ale koncentrował się na wrogach wewnątrz Agencji, Gates gotów był zatrudniać i wywalać z pracy mając na względzie efekty tych działań na skuteczność zbierania informacji o świecie zewnętrznym. W odróżnieniu od Richarda Helmsa, raczej nie podchodził do pracy jak kapitan uważający za swe zadanie sterowanie a nie restrukturyzowanie (....). W odróżnieniu od Williama Colbyego, nie miał zamiaru rozstrzygania sporów między poszczególnymi frakcjami i w odróżnieniu od Alana Dullesa nie miał romantycznych wyobrażeń o działalności wywiadu (...). Bardziej przypominał Johna McConea – z wyjątkiem tego, że był o wiele lat młodszy, gdy objął stanowisko i że o ile w latach 60. reforma nie była rozważana, o tyle w latach 90. stała na porządku dziennym.”(22)

Na lata dyrektorowania Gatesa wpływają dwa czynniki; obejmuje swoje stanowisko praktycznie po pierwszej wojnie irackiej, gdy poniewczasie okazało się, że CIA nie posiada w otoczeniu Saddama agentury; kończy się zimna woja i wywiad potrzebuje nowych celów i zadań.

CIA jest atakowana ze wszystkich stron. Prawica oskarża, Agencję o niedociągnięcia w wojnie irackiej, a zwłaszcza brak wiedzy na temat poczynań Hussaina i jego polityki, lewica z kolei podnosi zarzuty dotyczące pomyłek wywiadu w analizowaniu sytuacji w Związku Sowieckim oraz rozdmuchiwaniu nowych programów i zadań mających uzasadnić sens dalszego istnienia Agencji i utrzymania wygórowanych budżetów.

Odpowiadając na te ataki prezydent George Bush wydaje National Security Review 29 (NSR – Przegląd Spraw Bezpieczeństwa Narodowego).(23) Na bazie tego memorandum przeprowadzono kilka strukturalnych zmian we wspólnocie wywiadowczej. Część dotyczyła koordynacji analiz, wsparcia dla armii i poprawienia działalności wywiadu fotograficznego. Przegląd dostrzegł też problem wywiadu osobowego i zalecił lepszą koordynację wewnątrz wspólnoty.(24) W następstwie memorandum w marcu 1992 roku utworzono podległe zastępcy – dyrektora do spraw operacyjnych National Human Intelligence Tasking Center (NHITC – Zadaniowe Centrum Wywiadu HUMINT).(25) Był to pierwszy tak zdecydowany krok w kierunku podkreślenia roli tradycyjnego szpiegostwa od czasu kadencji Jimiego Cartera. Jednak jak pokazał czas, następny po Bushu prezydent miał się okazać jeszcze mniej czuły na problemy wywiadu niż jakikolwiek w przeszłości.

Dość dosadną, wydaje się jednak, że trafną ocenę stosunku do służb specjalnych prezydenta Clintona daje Duane R. Clarridge: „/,,,/ prezydent nie był zainteresowany wywiadem zagranicznym. Nie miał ochoty popierać swych w tajnych służbach.”(26) I choć Clarridge podkreśla, że służby były również winne tej sytuacji „/,,,/ serwując prezydentowi takie jak fiasko sprawy Aldricha Amesa i sprawa francuskiego wywiadu gospodarczego”,(27) nie zmienia to sytuacji w której z winy prezydenta postępowała dalsza degrengolada środowiska wywiadowczego.

Wtóruje mu John. R. Bolton twierdząc wprost, że „ /.../centralna administracja była nastawiona wrogo lub co najmniej obojętnie do zadań wywiadu.”(28) Niechęć prezydenta nasiliła się po tym jak CIA ujawniła związki wiceprezydenta Ala Gora z Rosjanami, kryminalne działania premiera Rosji Wiktora Czernomerdina (popieranego przez amerykańską administrację) i sponsorowanie kampanii prezydenckiej przez osoby powiązane z wywiadem Chin.

Clinton był pierwszym i jak na razie jedynym w historii USA prezydentem, który nie odbierał przygotowywanego codziennie rano przez wywiad krótkiego raportu dla prezydenta, obejmującego często jeszcze „surowe” dane wywiadowcze na temat najważniejszych problemów świata.(29)

Clinton był przekonany, że nadzór nad nie rozprzestrzenianiem broni masowego rażenia do takich krajów, jak Irak strzegą międzynarodowi inspektorzy. W związku z tym nie był zainteresowany budową infrastruktury szpiegowskiej w Iraku i innych państwach Bliskiego Wschodu. W czasach jego prezydentury nie tylko w sposób niebywały ograniczono budżet na działalność w tym rejonie świata, ale też zwolniono dziesiątki oficerów operacyjnych. Tym, którzy pozostali na mocy dyrektywy prezydenckiej zabroniono kontaktów z osobami podejrzanymi o morderstwa, łamanie praw człowieka etc. co spowodowało całkowity zanik werbunków pośród terrorystów, gdyż odpowiadali oni klasyfikacją określonym przez Clintona Wynikiem tych decyzji był całkowity brak działalności wywiadowczej i kontrwywiadowczej na terenie Iraku. Doszło do tego, że wiedza amerykańskiego wywiadu na temat służb specjalnych Saddama była szczątkowa i nie można było zidentyfikować szefów poszczególnych służb.(30)

Już w 1997 roku administracja prezydencka posiadała informacje na temat powiązań Osamy bin-Ladena z wywiadem irackim i przygotowywanymi zamachami na Ambasady USA w Kenii i Tanzanii. Co może zakrawać na absurd, pracownicy administracji z Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Departamentu Stanu, nie tylko nie podjęli działań zmierzających do zweryfikowania tych danych, ale też zabroniły FBI i CIA spotkań z szefem sudańskiego wywiadu, który te informacje dostarczył.(31) Jeszcze jednak dziwniejsza sytuacja miała miejsce w marcu 1996 roku. W pokoju hotelowym w Arlington spotkali się Elfatih Erwa - sudański minister obrony, Timothy M. Carney, amerykański ambasador w Sudanie, David Shinn, dyrektor Wydziału Wschodniej Afryki w Departamencie Stanu oraz wysoki rangą oficer Dyrektoriatu Operacji. Erwa poinformował zebranych, że na terenie Sudanu znajduje się Osama oraz obozy szkoleniowe al.-Qaedy. Do następnego spotkania doszło w pięć dni później. Obecni byli tylko Erwa i oficer CIA. Minister Obrony stwierdził, że władze Sudanu chcą zatrzymać bin-Ladena i zapytał swojego rozmówcę gdzie go mają dostarczyć. Zaproponował podobną operację do tej, jaką miano rok później przeprowadzić w przypadku „Carlosa”, to znaczy wsadzić w Khartumie do samolotu i odesłać pod strażą do kraju przeznaczenia. Erwa nie doczekał się jednak odpowiedzi. Usłyszał jedynie, że rząd USA nie posiada dowodów terrorystycznej działalności Osamy i nie może narazić się na kompromitację przed sądem w USA, jeżeli okazałoby się, że są one niewystarczające.(32)

Elfatih Erwa zaproponował więc, że sudański wywiad przekaże USA wszystkie informacje, jakie posiada na temat siatki terrorystów, w tym ich dokumenty księgowe, faksy, plany ataków oraz nazwiska zwykłych terrorystów, jak i ich dowódców. Ta propozycja pozostała bez odpowiedzi.(33) W cztery miesiące od spotkania w Arlington w notatce służbowej CIA z lipca 1996 roku oznaczonej Ściśle Tajne „Cień”, napisano, że „(...) nie posiadamy żadnych informacji na temat Osamy bin-Ladena, oraz żadnych wiarygodnych źródeł do niego dotarcia. (...) musimy polegać na obcych wywiadach, by potwierdzić jego ruchy i działalność.”(34) Nie dziwi więc, że w ostatnim z raportów przesłanych przez prezydenta do Kongresu na temat działalności terrorystycznej, ani razu nie pojawia się nazwa al.-Qaedy czy bin-Ladena.(35)

Duży wpływ na działanie wywiadu w okresie rządów administracji Clintona miało również mianowanie szefów CIA. Podczas obu kadencji, prezydent powołał trzech DCI, z których każdy odbił swój koloryt na Agencji. Jest to o tyle istotne, gdyż Clinton kierował Ameryką i jej wywiadem w okresie faktycznego demontażu Związku Sowieckiego i musiał odpowiedzieć na pytania o przyszłe zagrożenia, jak i sposoby ich eliminacji.

Patrząc z perspektywy następnego wieku i wydarzeń z 11 września, mianowanie na szefa CIA Roberta J. Woolseya nie było specjalnie fortunne. Miejsce Roberta Gatesa, twardego antykomunisty, wychowanka Caseya, zastąpił wojskowy technokrata. W swojej pierwszej publicznej mowie jako DCI w dniu 11 marca 1993 roku w Smithsonian Institution określił główne zainteresowania wywiadu pod jego kierownictwem; szpiegostwo gospodarcze w tym międzynarodowe przepływy pieniężne i analiza wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów; kontrwywiad gospodarczy; rozprzestrzenianie broni masowego rażenia i środków do jej przenoszenia i tu wymienił Koreę Północną, Irak, Iran, Indie, Arabię Saudyjską, Izrael, Japonię i Argentynę. Woolsey wskazał również na nowe zainteresowania wywiadu, takie jak: półprzewodniki i nowoczesne systemy komputerowe oraz rozwój epidemii AIDS. Na temat terroryzmu nowy DCI odniósł się tylko raz potwierdzając w jednym zdaniu, że Agencja będzie nadal zajmować się tą problematyką.(36) Jak widać z powyższego nowe cele CIA, to połączenie zadań bliższych zainteresowaniu sektora militarnego - z którego nowy szef się wywodził – z lewicowym bełkotem o AIDS.

Następcą Woolseya został John Mark Deutch, dotychczasowy zastępca Sekretarza Obrony. Swoje obowiązki pełnił trochę ponad rok, gdy zastąpiony został przez Georga Teneta, byłego członka senackiej komisji wywiadu. Tenet, nie bez racji, stał się pierwszą, tak wysokiej rangą, ofiarą wydarzeń z 11 września.

Wpływ na dezintegrację tajnych operacji CIA, miała również kwitnąca w okresie prezydentury Clintona poprawność polityczna. Pomimo, że sam Clinton nie zaciągał się marihuaną, bardzo łatwo ulegał opiniom i naciskom różnych grup lewackich powołujących się na ochronę praw człowieka i obywatela. Środowiska te nawiązując do historii takich jak Watergate czy inwigilacja pacyfistów w latach siedemdziesiątych, przestrzegały prezydenta przed zbytnim usamodzielnieniem służb i ich, podobno, ukrywana chęcią do manipulacji politycznych.

Poprawność polityczna przeniosła się również na skład samej wspólnoty wywiadowczej (IC). Biały, heteroseksualny mężczyzna z rodziną i po dobrych studiach ustępował miejsca kobietom i czarnym. Znamiennym jest, że na stronie internetowej propagującej IC znajdują się obok siebie radar, kobieta i czarny mężczyzna. Gdzieś w tle zatarte postacie białych ludzi w garniturach.

Swoją frustrację zaczęło wyrażać coraz więcej oficerów operacyjnych. Edward G. Shirley napisał w 1998 roku, że „ W dwanaście lat później ( od momentu wstąpienia do CIA w 1985 r – przyp. aut.) zachowują uznanie dla wywiadu – dla tych rzadkich momentów, kiedy pojedynczy oficer przyczyniał się do obrony narodu. Ale już dawno temu Departament Operacji (DO) zagubił swój sens zamieniając się w mieszankę Monty Pytona i Wielkiego Brata. Dlatego odszedłem w 1993 roku”. Shirley dodaje „Prawie trzy czwarte oficerów z mojego rocznika 1985 opuściło służbę.”(37) Z podobnych powodów odszedł z CIA Reuel Marc Gerecht, specjalista z dziesięcioletnim stażem w sekcji bliskowschodniej DO, uznając, że poziom frustracji na sposoby pracy w Departamencie przekroczył już dopuszczalne granice.(38)

Bolton podsumowuje „ Pan Clinton konsekwentnie źle kierował tym czymś co dla każdej administracji powinno być najważniejszym zobowiązaniem wobec bezpieczeństwa zapewnianego przez wywiad.”(39)

Innym nie mniej istotnym czynnikiem powodującym degrengoladę wewnątrz CIA jest jakość materiału ludzkiego przyjmowanego do Agencji oraz sposoby pracy oficerów. Oczywiście ten problem jest pochodną wpływu polityków na wywiad, gdyż personel rekrutuje się według klucza użyteczności i przydatności dla Agencji, takiej jaką ma ona być w rozumieniu polityków.

„Oni ( analitycy CIA – przyp. aut) nie przeczytali dużo więcej z historii niż większość absolwentów collegu. To może wystarczać w innych segmentach rządu, ale nie w strukturze, na której informacjach opiera się prezydent, który chce wiedzieć co dzieje się w świecie i móc na tej bazie przewidywać przyszłość.”(40) Autor tego cytatu H.E. Meyer, zauważa ponadto, że analitycy wywiadu czerpią swoje informacje na temat świata głównie z lewicowych dzienników, lekceważąc całkowicie specjalistyczne periodyki polityczne i gospodarcze. Jeżeli dodać do tego zakaz kontaktów ze światem zewnętrznym, z biznesem, ośrodkami politycznymi i naukowymi, to dostajemy obraz mało profesjonalnej kadry, odciętej on aktualnych nowości politologicznych.

Meyer przywołuje typowy przykład rozumowania analityka CIA. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wewnątrz CIA trwała gorąca dyskusja czy Związek Sowiecki wspomaga i sponsoruje międzynarodowy terroryzm. Zwolennicy tej tezy wskazywali, że obozy szkoleniowe terrorystów istnieją w Czechosłowacji na Węgrzech i Rumunii. Jeżeli więc te państwa komunistyczne, nie mogły wyeksportować nawet jednego kałasznikowa bez zgody Moskwy, to jak mogły wspierać terrorystów bez jej wiedzy. Typową odpowiedzią analityków było – „nie mamy na to dowodów”.(41) I na nic była tu logika i podstawowa wiedza na temat komunizmu, bez dokumentu z biurka Leonida Breżniewa problem nie istniał.

Po kilkudziesięciu latach ograniczania roli DO, praca operacyjna została praktycznie zastopowana. Jeszcze w 2001 roku Biuletyn Wewnętrzny Departamentu Stanu nakazywał pracownikom ambasady i konsulatów w Pakistanie trzymanie się z daleka od Meczetów, miejsc kultu i bazarów na terenie całego Islamabadu.(42) Jak w takiej sytuacji mają zostać nawiązane kontakty operacyjne, umożliwiające pozyskanie agentury w organizacjach terrorystycznych?

Marc Reuel Gerecht twierdzi wręcz, że „(...) nawet oficer CIA arabskiego pochodzenia z biegłą znajomością języka ( a takich w wydziale Bliskiego Wschodu nie jest wielu) mógłby zrobić niewiele więcej niż niebieskooki blondyn. Oficerowie operacyjni nie mogą długo przebywać poza ambasadami i konsulatami, w których oni pracują. Zostali już sfotografowani i opisani przez miejscowy wywiad i służbę bezpieczeństwa, więc nie mogą dużo podróżować, zwłaszcza w krajach z tak rozwiniętą policją jak Pakistan (...).(43)

W wielu krajach, zwłaszcza tych, które utrzymują bliskie kontakty z USA, szefowie rezydentur wywiadu przedstawiają się odpowiednim władzom gospodarza. Wiodą tam życie podobne do pracowników dyplomacji, a w środowisku wiedza na temat ich faktycznej działalności jest powszechnie znana. „Szef rezydentury nie jest szpiegiem udającym kelnera, handlowca czy kolekcjonera motyli.”(44)

„Aby zostać rezydentem w danym kraju, oficer CIA nie musi mówić ani językiem tego kraju, ani językiem ludzi, których jego rezydentura próbuje zwerbować.”(45) Ten zwyczaj przeniesiony jest także na niższe szczeble rezydentury, więc de facto misja wywiadowcza pozostaje ślepa i głucha, uzależniona od źródeł angielskojęzycznych lub informacji wywiadowczych służb gospodarza, o ile są one przyjazne i chętne do współpracy. Ta paranoja według Angela Codevilli, ma swoje korzenie jeszcze w tradycji OSS. CIA oczekuje na oferentów, gdyż w jej opinii Ameryka jest na tyle atrakcyjnym krajem, ze swoim dobrobytem i wolnością, że obywatele interesujących państw zgłoszą się sami lub co najmniej będą otwarci na kontakty z oficerami Agencji.

Do tragedii 11 września panowała praktycznie zgoda co do tego, że satelity, nowoczesne technologie i urzędnicy ze służb specjalnych są przyszłością służb specjalnych. Dyktatura poprawności politycznej ubranej w szaty praw człowieka zabraniała używania tradycyjnych narzędzi szpiegostwa, takich jak werbunek, szantaż, porwania, zabójstwa. Ocenę tego stanu rzeczy daje Clarridge:

„Ci, którzy załamują ręce, utrzymują, że zbierając informacje na temat wymienionych celów ( terroryzm i terroryści – przyp. aut), sami stajemy się . Jest to absurd. Jednak trzeba się zadawać z nieodpowiednimi osobnikami, żeby przeniknąć do danych organizacji czy krajów, aby zdobyć potrzebne informacje. /.../ Tym co przeszkadza, to związana z tym hipokryzja niektórych członków Kongresu, władzy wykonawczej, mediów, świata akademickiego i, co szczególnie haniebne, obecnego kierownictwa CIA. /.../ Jeżeli chcesz mieć ochronę, która może zapewnić tajna służba wywiadowcza, nie możesz oczekiwać, że tajne służby będą miały do czynienia z samymi harcerzykami.”(46)

Wtóruje mu jego były podwładny Robert Baer; „ Współpraca z agentami – naszymi zagranicznymi informatorami – zaczęła brzydko pachnieć. Agenci bywają krnąbrni, wywołują przykre incydenty dyplomatyczne, a co gorsza – nie pasują do przyjętych przez Amerykę etycznych norm kierowania sprawami świata.”(47)

Co ważne dla obu opinii zostały one napisane przed atakiem na WTC i Pentagon, Clarridge w 1997 roku, Baera w 2001 roku.

Więc po zapoznaniu się z historią CIA ostatnich trzydziestu lat trudno dziwić się, że doszło do tragedii 11 września, a służby były bezbronne wobec kilku terrorystów z telefonami komórkowymi.

Szok 11 września

Na koniec, często tu przywoływanych wspomnień, Clarridge daje pesymistyczną wizję służb sprzed 11 września: „/.../ dochodzę do wniosku, że tajne służby są już skończone jako skuteczne narzędzie wywiadowcze” i przewiduje moment, w którym będą się mogły odrodzić: „Zostaną ponownie czy odtworzone, dopiero kiedy przytrafi nam się jakaś przerażająca katastrofa /.../ śledztwo, które zostanie potem wszczęte wykaże, iż ten czyn był nie do wykrycia przy pomocy posiadanych środków technicznych . Wówczas, kiedy stanie się oczywiste, że tylko czynnik ludzki, agent, mógł zapobiec katastrofie, ktoś zapyta, dlaczego nie mamy żadnych agentów. Niestety tak właśnie to się odbywa w Ameryce.”(48)

Czytając te słowa w siedem lat od czasu publikacji wspomnień uznać je należy za bardziej niż prorocze.

Od dnia 11 września historia wywiadu dzieli się na okres przed i po nim. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nastąpił wysyp ocen stanu rzeczy, jaki doprowadził do tragedii i analiz postulujących zmianę taktyki wywiadowczej.

Należy zauważyć, że większość komentatorów, analityków i specjalistów postulowała radykalny powrót do korzeni tradycyjnego wywiadu, a nowa administracja wsparta przez szereg autorytetów naukowych i profesjonalnych nie pozostała głucha na te propozycje.

10 lipca 2003 roku na łamach „The Economist” ukazał się artykuł kilku specjalistów od wywiadu, kontrwywiadu, antyterroryzmu, prawa etc.(49) Autorzy tekstu dostrzegając problem koordynacji wewnątrz wspólnoty wywiadowczej USA i braku dostatecznej analizy, zwracają szczególną uwagę na brak osobowych źródeł informacji w szeregach organizacji terrorystycznych. „ Nasz rząd nie był i nie jest w stanie zebrać systematyczną informację, aby w porę wykryć spisek. Po prostu nie mieliśmy wystarczająco dużo prawdziwych informacji z wewnątrz al.-Qaeda.”(50) W dalszej części tekstu autorzy przestrzegają, że wnioski zawarte w Joint Congressional Committee Report on September 11th, dotyczące zintensyfikowania prac analitycznych nad zagrożeniem antyterrorystycznym niebezpiecznie wprowadzają w błąd co do istoty problemu, odrywając uwagę od faktycznej przebudowy wywiadu i odpowiedzi na jego faktyczne zapotrzebowania. ”Nasze zbiorowe doświadczenie mówi zupełnie jasno, że aby się obronić i zniszczyć działalność terrorystyczną musimy przeniknąć do organizacji zajmujących się tym procederem. I najlepsza droga by to zrobić, to umieścić szpiegów w ich najgłębszych strukturach. (...) użyliśmy ich szczęśliwie w przeszłości i jeśli mamy odnosić sukcesy w wojnie przeciw terroryzmowi, potrzebujemy ich znów. Pytaniem jest kto to ma zrobić i kto to skontroluje.”(51)

Autorzy pozytywnie oceniają inicjatywę prezydenta Busha powołania Terrorist Threat Integration Centre, mającego skupić specjalistów od antyterroryzmu z CIA, FBI, Departamentu Sprawiedliwości i Obrony. Nowo powołana struktura miałaby podlegać pod DCI, zajmować się analizą na potrzeby polityków i wyznaczać kierunki zainteresowań dla poszczególnych służb odpowiedzialnych za zwalczanie terrorystów.

Jednak jej powstanie w opinii specjalistów nie rozwiąże czterech podstawowych problemów. Po pierwsze nie spowoduje wzrostu werbunków wewnątrz organizacji terrorystycznych, po drugie TTIC nie zdoła zanalizować wszystkich informacji, dotyczących działalności terrorystycznej na terenie USA. Do tej pory ta działalność leży w kompetencjach FBI, które nie potrafi sobie z tym poradzić w sposób wystarczający. Po trzecie społeczeństwo jest niechętne powstaniu kolejnej organizacji szpiegowskiej sądząc, że ogranicza się tym samym prawa i swobody obywatelskie i po czwarte antyteroryzm w TTIC nie jest połączony z kontrwywiadem. Autorzy słusznie zwracają uwagę, że część organizacji wywiadowczych jest zaangażowana w pomoc terrorystom. Czasami wręcz istnieje problem odróżnienia szpiegostwa od terroryzmu.

Aby zaradzić powyższym problemom w opinii autorów z „The Economist” należy: powołać w wewnątrz FBI nową strukturę, która przejęłaby obowiązki zwalczania antyterroryzmu. Struktura taka miałaby własny personel, system rekrutacji i szkolenia oraz piony techniczne. Agenci całą swoja karierę podporządkowaliby zwalczaniu terroryzmu i kontrwywiadowi. Początkowo- zakładają pomysłodawcy – struktura byłaby obsadzona przez dotychczasowy personel FBI, z czasem jednak pozyskałaby nowych pracowników tak, aby większość stanowili zupełnie nowi agenci, elita spośród tych, którzy zajmują się tą problematyką.

Szefem nowej struktury byłaby osoba wyznaczona bezpośrednio przez prezydenta i jemu podlegająca. Struktura ta miałaby dużą niezależność wewnątrz samej FBI i powinna być samodzielną częścią wspólnoty wywiadowczej (IC), podlegającą DCI wyłącznie w kwestiach strategicznych. Nadzór nad przestrzeganiem prawa miałby Prokurator Generalny.

Autorzy zgadzają się, że pomysł jest rewolucyjny, ale podobne rozwiązanie już w USA istnieje. National Security Agency i National Reconnaissance Office są częścią Departamentu Obrony i jednocześnie IC podlegając DCI.

W odróżnieniu od pomysłów wyżej opisanych większość analityków i specjalistów skupiła się na przeorientowaniu roli CIA i nadaniu jej nowego imperatywu do działania. Herbert E. Meyer, w czasach administracji Reagana, specjalny asystent szefa CIA, słusznie zauważa, że 11 września był porażką wywiadu, lecz wydawałoby się, że tak oczywisty wniosek, iż należy go zreformować, nie jest tak oczywisty dla wszystkich.” CIA musi ulec zmianie z organizacji obronnej na ofensywną – twierdzi Meyer – (...) nie możemy już jak w czasach Caseya, tworzyć wewnątrz Agencji elitarnej . CIA musi cała ulec przeobrażeniom. Sam skręt CIA w kierunku agencji ofensywnej nie spowoduje wygrania wojny, ale będzie istotnym składnikiem zwycięstwa” – wieszczy H.E. Meyer.(52) Rozwiązaniem obecnego kryzysu ma być pozyskanie nowych, utalentowanych ludzi, którzy zasilą CIA i są gotowi walczyć i zwyciężyć w wojnie z terroryzmem.(53)

„Stare metody muszą zostać zastąpione nowymi, by móc skutecznie zająć się zwalczaniem nowego rodzaju terroryzmu” – twierdzi Gregory F. Treverton, były wice szef National Intelligence Council i analityk RAND.(54) W jego opinii żyjemy w świecie paradoksu, gdy USA są najsilniejszą potęgą militarną na świecie i nie grozi jej wojna konwencjonalna, a jednocześnie USA są państwem najbardziej narażonym na atak bronią niekonwencjonalną. Ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje otwartego konfliktu z Ameryką terroryści starają się znaleźć słabe punkty systemu bezpieczeństwa i używając broni chemicznej, biologicznej, czy nawet małych ładunków jądrowych, zagrozić potędze Stanów Zjednoczonych.

Treverton zauważa, że obecni terroryści są inni od swoich poprzedników z lat osiemdziesiątych tamtego wieku. Tym wyróżnikiem ma być brak racjonalności w swoich działaniach. Ich poprzednicy mogli być straszni, ale byli racjonalni, obecni są nieracjonalni i apokaliptyczni. „Oni używali terroru w celu osiągnięcia korzyści politycznych. Oni czegoś żądali. W ten sposób oni musieli ujawnić swoja rolę, otwierając możliwość zemsty przeciwko nim samym lub państwom ich sponsorującym. Dla kontrastu obecni wrogowie nie mają żadnych politycznych celów które można byłoby przyjąć lub odrzucić.”(55)

Autor „Kryzysu Wywiadu” widzi szansę na podołanie tym zagrożeniom poprzez ograniczenie zainteresowania CIA do naprawdę ważnych problemów. Utrzymania ogólnoświatowej siatki rezydentur, gdyż potrzebne informacje mogą znajdować się w dowolnym punkcie świata. Umiejscowienia oficerów CIA poza Ambasadami i Konsulatami tak, aby ich działalność nie ograniczała się wyłącznie do spotkań towarzyskich i kontaktów z zaprzyjaźnionymi służbami oraz określenia priorytetów informacyjnych, jakie mają zostać pozyskane w sposób tajny i nielegalny.

Treverton dostrzega także problem kadr wywiadowczych. Postuluje większą otwartość na nowe pomysły i idee pośród analityków wywiadu, co ma przyczynić się do polepszenia jakości analiz wywiadowczych. Co do oficerów operacyjnych sugeruje zmianę systemu kształcenia tak, aby oficer operacyjny czuł się swobodnie w Trypolisie czy Bagdadzie, a nie zachowywał się, jakby właśnie opuścił Waszyngton.

Wsłuchując się w rady Trevertona, CIA zmienia powoli taktykę działania. "Wywiad w chwili obecnej mocno się odradza. Korzystamy z pracy starych pracowników Agencji i werbujemy nowych" - powiedział Bob Rebelo, szef kadr CIA. W pierwszym roku po 11 września CIA podwoiła szeregi pracowników operacyjnych, wynika z informacji ujawnionych przez czynniki rządowe USA. Średni wiek nowo przyjętych to 29 lat. Jedna trzecia z nich to kobiety. Dwanaście procent pochodzi z mniejszości etnicznych zamieszkujących Amerykę. Jedna trzecia posługuje się przynajmniej jednym językiem obcym, a siedemdziesiąt procent nigdy nie pracowało dla jakichkolwiek agencji rządu lub wojska. Wielu z nich porzuciło bardzo intratne posady w biznesie, za które otrzymywali ponad 100,000 USD rocznie na rzecz 45,000, jakie otrzymują na początku swojej pracy w Agencji.(56)

Z rozumowaniem Trevertona zgadza się Melvin A. Goodman, postulując odświeżenie kierownictwa Dyrektoriatów Wywiadu i Operacji. Wskazuje on, że analitycy nie są zdolni do właściwej oceny materiału wywiadowczego, gdyż są sparaliżowani strachem przed niewłaściwymi ocenami, jakich już dopuścili się w przypadku faktycznego stanu Związku Sowieckiego i państw bloku komunistycznego. „Kierownictwu DI brakuje kadr z umiejętnościami lingwistycznymi i specjalistyczną wiedzą o regionie.”(57)

W tekście Goodmana dwie propozycje zasługują na szczególną uwagę. Pierwszą z nich jest „odmilitaryzowanie” wywiadu. Autor postuluje przesunięcia w budżecie służb wywiadowczych z Departamentu Obrony, który przejada 90% środków na korzyść innych agencji mogących, w sposób bardziej skuteczny realizować zapotrzebowania wywiadowcze państwa.(58)

Rozwiązanie proponowane przez Goodmana nie jest zupełnie nowe, ale najdalej idące. Już w 2001 roku generał Brent Scowcroft, który na zlecenie prezydenta Busha przeprowadzał inspekcję wspólnoty wywiadowczej postulował, aby część elementów wywiadowczych Departamentu Obrony, w tym NSA i NRO przenieść do nowo utworzonego Biura, podlegającego bezpośrednio DCI. Pomysłowi temu ostro sprzeciwił się Sekretarz Obrony Donald Rumsfeld oraz Senacki Komitet Sił Zbrojnych i tym samym nie został on wprowadzony w życie.

Druga propozycja jest tyleż radykalna co nowa. Goodman zwraca uwagę, że Komisje do spraw Wywiadu Izby Reprezentantów i Senatu nie spełniają swojej roli i nie były w stanie przez ostatnie kilkanaście lat odwrócić negatywnych tendencji w działalności wywiadu. Posiadając pełne informacje z wewnątrz IC członkowie komisji nie uczynili nic, aby nie doszło do tragedii z września 2001 roku.

Brak reakcji kongresmenów na negatywne tendencje obrazuje przykład CTC. „ CTC wierzył, że za każdy akt międzynarodowego terroryzmu jest odpowiedzialny Związek Sowiecki (a nie był), analitycy i oficerowie operacyjni powinni pracować w jednym biurze (a nie powinni), CIA i inne agencje będą się dzielić swoimi sekretami ( a nie będą). Centrum nigdy nie widziało związku pomiędzy Ramzi Ahmed Yousef, koordynatorem ataków na WTC w 1993 roku, a al.-Qaidą oraz Centrum zakładało ataki na zewnątrz Ameryki, a nie na jej terenie.”(59) Dlaczego, kongresmeni posiadający wiedzę na temat ograniczeń CTC nie postulowali zmian, nie byli zainteresowani reformą – zdaje się pytać Goodman. I odpowiada, ponieważ od kilkudziesięciu lat utrwalił się zwyczaj przepływu ludzi z komisji kongresowych do służb wywiadowczych i na odwrót. Jeżeli wszyscy są kolegami wszystkich, nie są zainteresowani w przeszkadzaniu sobie nawzajem, nie chcą zadawać trudnych pytań i wysłuchiwać wymijających odpowiedzi. Ten problem widzi również Codevilla, twierdząc, że powołana komisja do zbadania przyczyn porażki wywiadu, skupi się na poszukiwaniu kozłów ofiarnych, a reformę Agencji zleci tym ludziom co zwykle i z wyżej wymienionych powodów jak zawsze nic z tego nie wyjdzie.(60)

Podobne tezy do Trevertona i Goodmana zgłasza Charles V. Pena, starszy analityk do spraw bezpieczeństwa w CATO Institute. Postuluje on jednak nie uleganie naciskom społeczeństwa i Departamentu Obrony żądających zwiększenia nakładów budżetowych na armię, gdyż czołgi, samoloty i okręty nie obronią Ameryki przed terrorystami. Rozdmuchany budżet obronny nie ustrzegł przed atakami z 11 września i nie obroni w przyszłości. Pena postuluje przesunięcia w budżecie obronnym z rozwoju konwencjonalnej armii, na system wywiadowczy i wynagrodzenia dla szpiegów.(61)

Richard L. Russell były analityk CIA, jest sceptyczny co do możliwości przeprowadzenia reform o strukturalnym wymiarze. W artykule opublikowanym na łamach „Policy Review” dowodzi, że Agencja sama z siebie nie jest w stanie doprowadzić do reformy. Jest zbyt ociężała i zbiurokratyzowana. Russell podkreśla, że wpływ na taki stan rzeczy ma również zbyt łatwy dostęp do prezydenta, w związku z czym ludzie CIA czują się bezpieczni, a ewentualne wpadki tak naprawdę nie powodują ostrych konsekwencji wobec winnych zaniedbań.

Propozycje Russella sprowadzają się do tego, aby kontrolę Agencji przeprowadził niezależny, poza agencyjny zespół, którego zadaniem byłoby porównanie CIA do instytucji sektora prywatnego, aby zidentyfikować, które piony i centra mogłyby być zlikwidowane lub zmniejszone, odzyskane zasoby skierowane do dyrektoriatów wywiadu i operacji. Autor posłużył się przykładem CTC CIA, w którym pracuje tylko trzech analityków, zajmujących się al.-Qaidą, a tylko w samym CTC jest kilkanaście stanowisk dyrektorskich i kierowniczych.(62)

Trochę inaczej na problem reformy służb specjalnych patrzy były DCI Robert Gates. W tekście opublikowanym na łamach prestiżowego „The Wall Street Journal” wskazuje na bezsens zaproponowanego przez Kongresową Komisję do Badania 11 Września, powołania Dyrektora Narodowego Wywiadu. W opinii Gatesa tworzenie kolejnej, administracyjnej czapy nie spowoduje polepszenia pracy wywiadu lecz wprowadzi kolejne zamieszanie. Nowe stanowisko, pozbawione prawa do nominacji szefów poszczególnych służb wywiadowczych od CIA począwszy, przez wywiad wojskowy na Departamencie Energetyki skończywszy i bez możliwości przesunięć w budżecie wywiadowczym, będzie tylko powieleniem „czapy”, jaką jest obecnie urząd Dyrektora Wywiadu Centralnego (DCI).

Gates nie wierzy w możliwość rezygnacji Sekretarza Obrony, z bezpośredniego wpływu na największe, obok CIA, agencje wywiadowcze i oddanie budżetu i praw do nominacji szefów poszczególnych służb w ręce inne niż jego. Były DCI mówi „nie eksperymentować”. Nie trzeba tworzyć nowych bytów, skoro te, które istnieją i w założeniu komisji mają istnieć, są niesprawne. Trzeba rozwinąć możliwości DCI – twierdzi Gates – i proponuje bezpośredni wpływ na kierowanie strumieniem pieniędzy budżetowych, w miejsca, które w chwili obecnej najbardziej jej potrzebują.(63)

Co wynika z powyższej dyskusji? Czy rządzący Ameryką są gotowi podjąć tytaniczny trud reformy całej wspólnoty wywiadowczej, obejmującej kilkanaście niezależnych organizacji? Czy tylko poprzestaną na kolejnych kosmetycznych zmianach zadowalając opinię publiczną i Kongres?

Z przytoczonych wypowiedzi wyłania się klarowny obraz kierunku reform:

• Reformy wymaga cała Wspólnota Wywiadowcza (IC). Szef tej wspólnoty powinien mieć szersze uprawnienia w ramach całej struktury nie ograniczając się jedynie do bezpośredniego wpływu na Centralną Agencję Wywiadowczą. Można to rozwiązać dwojako: albo tak, jak zaproponował Robert Gates, poprzez kontrolę nad przepływami finansów i kierowaniem ich czynników składowych na aktualnie pilniejsze, bieżące potrzeby lub podporządkować IC całkowicie pod prezydenta tak, aby był on właściwym szefem wywiadu centralnego i sam mianował oraz kontrolował poczynania poszczególnych służb podlegających różnym Departamentom;

• Należy przeprowadzić odbiurokratyzowanie w służbach specjalnych, zwłaszcza w NSA, NRO i CIA. Z uzyskanych środków wspomóc Dyrektoriaty Operacyjny i Wywiadu. Nie może być sytuacji – opisywanej przy okazji CTC – w której każdy kierownik, ma kilku zastępców, którzy mają swoich zastępców i tak dalej, a pracownicy merytoryczni stanowią mniejszość;

• Trzeba przeorganizować cały system analityczny wywiadu. Nie w ilości tkwi jakość. Po 11 września na kierunek antyterrorystyczny zostało skierowanych 160 analityków z innych dziedzin.(64) Pomijając, fakt, że w ten sposób inne zainteresowania wywiadu zostały pozbawione możliwości analitycznych, to specjalista od ekonomii państw trzeciego świata, nie stanie się z dnia na dzień ekspertem od organizacji islamistycznych we Francji. To wymaga czasu. Być może warto skorzystać ze specjalistów niezależnych, działających w strukturach pozarządowych, być może nawet obcokrajowców.

Innym problemem związanym z analizą jest sposób jej tworzenia. Aktualny system polegający na odwróconej piramidzie, gdzie na samym dole mamy jednego lub dwóch analityków przygotowujących raport, który jest następnie konsultowany z poszczególnymi wydziałami, dyrektorami itd., którzy nanoszą własne sugestie, czasami czego nie można uniknąć, o charakterze czysto politycznym, nie działa. Nie ma odpowiedzialności za słowo pisane. Ponieważ analizę przygotowują dziesiątki osób, tak naprawdę nie jest to analiza analityka lecz organizacji, struktury, biurokracji. Nawet mało kontrowersyjne tezy, są wygładzane, dopasowywane do oczekiwań kierownictwa Agencji i państwa. Dyskusja nad raportem analitycznym powinna odbywać się jeszcze podczas spotkań, a nie już na papierze. Raport musi mieć swoich autorów!

• Na koniec pozostawiłem, problem, którego waga i natura klasyfikują go, jako najważniejszy podczas reformy służb specjalnych. Myślę tu o szpiegach i tajnych operacjach, które stanowią kręgosłup i cel wywiadu od początków jego istnienia. Nie podważając znaczenia, jakie odgrywają inne sposoby zdobywania informacji zwłaszcza techniczne, to bez szeroko rozbudowanej siatki szpiegowskiej, nie jesteśmy się w stanie skutecznie bronić przed terrorystami, ani „krajami zbójnickimi”. Brak szpiegów powodował już w przeszłości napięcia, chociażby krach Związku Sowieckiego, pierwsza wojna w Iraku, czy zamachy z 11/09. Wydaje się, że również wszyscy analitycy wyciągają podobne wnioski. Wywiad techniczny, jest potrzebny, ale jest tylko, krótką i przemijającą modą. Dzięki niemu możemy stwierdzić, gdzie stoi czołg, nie możemy jednak powiedzieć na pewno, czy jest on prawdziwy czy ze styropianu. Dzięki podsłuchom, możemy usłyszeć ludzi, którzy coś mówią, ale czy jest to prawda?

Do weryfikacji tego typu wątpliwości potrzebujemy ludzi wyspecjalizowanych w zdobywaniu informacji, po prostu potrzebujemy szpiegów. Muszą oni przeniknąć na wszystkie poziomy organizacji terrorystycznych tak, aby znać ich zamiary, przeciwdziałać im, aresztować zamachowców, a jeżeli to nie będzie możliwe, zlikwidować.

Ale czy rządzący Ameryką będą gotowi do przeprowadzenia reform strukturalnych. Szczerze wątpię. Zresztą nie tylko ja. A. Codevilla ujmuje ten problem tak: „Gdyby rządziła logika, prezydenci USA powołaliby amerykańskie agencje wywiadowcze dopasowane do uzgodnionych zapotrzebowań i okresowo reformowaliby te agencje, gdyby zmieniały się ich potrzeby. Jednakże (...) wywiad amerykański wyrósł na gruncie imperatywów biurokratycznych. Prezydenci, chociaż często wyrażali niezadowolenie z wywiadu, nigdy nie zadali sobie trudu zapoznania się z jego problemami i znalezienia rozwiązań.”(65)

Wielki Chaos

George Tenet ostatni szef CIA powiedział przed połączonymi komisjami Kongresu i Senatu, że Agencja potrzebuje pięciu lat na reorganizację. Odparował mu przewodniczący Komisji Thomas Kean „zastanawiam się czy mamy te pięć lat.”(66)

W tym, krótkim cytacie tkwi aktualnie sedno sprawy. Po porażkach wywiadu związanych z 11 września i nie odnalezieniem broni masowej zagłady u Saddama, w sposób niebywały wrósł nacisk na służby specjalne, na ich profesjonalizację, połączoną z reformami. Jak wykazałem wcześniej, koncepcje reformy zostały przygotowane przez ludzi z wewnątrz systemu wywiadowczego, jak i z niezależnych ośrodków badawczych. Amerykańska dyskusja na temat reformy służb specjalnych była i jest potrzebna. To wielka siła amerykańskiej demokracji, że w sposób publiczny i fachowy można otwarcie dyskutować na tak newralgiczne dla każdego państwa tematy. Ale czy ta debata nie będzie kolejną bezpłodną dyskusją nie wnoszącą nic nowego, lub co gorsza zostanie wykorzystana do zakładania kolejnych kul u nogi służbom specjalnym, tak jak miało to miejsce w przeszłości?

Właściwe pytanie powinno jednak brzmieć, czy przypadkiem nie zmarnowaliśmy ostatnich trzech lat dzielących nas od 11/09/01? Czy nie zmarnowaliśmy tych czternastu lat od 1990 roku i końca zimnej wojny? Czy nie tracimy czasu na jałowe dyskusje decydentów?

Raport Komisji Kongresu, dotyczący wydarzeń z września dwa tysiące pierwszego roku to kilkaset stron, mądrych uwag i postulatów. Raport tyleż wielki co całkowicie bezpłodny. Wszystko zostało już powiedziane wcześniej, krócej, mądrzej. Wystarczyło tylko przeczytać; Codevilla w 1996, Clarrige w 1997, Bear w 2001.

Musimy wziąć pod uwagę, że wywiad amerykański działając w świecie jednobiegunowym, w którym Ameryka stanowi jedyne supermocarstwo, jest odpowiedzialny nie tylko za bezpieczeństwo USA, ale także swoich najbliższych sojuszników jak i całego świata. Pomimo wszystkich swoich niedociągnięć CIA i inne służby specjalne są elitą szpiegostwa, jedyną drużyną w super lidze wywiadu. W najbliższej przyszłości nic i nikt tego nie zmieni. Sam budżet przeznaczony na tajną działalność państwa amerykańskiego, jest wyższy niż wszystkich krajów NATO razem wziętych.

Z takiej sytuacji wynikają pewne obowiązki i rządzący Ameryką muszą zadawać sobie z tego sprawę. Dyskusja dotycząca roli i zadań służb specjalnych jest także kluczowa dla sojuszników USA, ponieważ wspólnie uczestniczymy w ogólnoświatowej wojnie z terroryzmem, rozgrywającej się od Manhattanu, przez tunele madryckiego metra, góry Afganistanu po spalone piaski Bliskiego Wschodu.

To jak będzie działał amerykański wywiad, ma bezpośredni wpływ na to co stanie się w Londynie, Rzymie czy Warszawie.

Przypisy:

(1) Robert Baer jest byłym oficerem operacyjnym CIA pracującym między innymi na Bliskim Wschodzie. Na kilka miesięcy przed atakami na WTC i Pentagon wydał swoje wspomnienia pod tytułem „See No Evil” opisując nieudolność amerykańskich służb specjalnych.

(2) Report of the Joint Inquiry Into the Terrorist Attacks of September 11, 2001 – by The House Permanent Select Committee on Intelligence and the Senate Select Committee on Intelligence – 20 grudnia 2002.

(3) Wiktor Grotowicz, Gorbazm, Kontakt nr 9/1989.

(4) Charles Krauthammer, Democratic Realism, An American Foreign Policy for a Unipolar World, wykład wygłoszony na AEI Annual Dinner (Washington), 10 luty 2004.

(5) Angelo Codevilla, Informing Statecraft: Intelligence for a New Century (Free Press 1992), s. 83.

(6) Robert Gates, Security Issues in the 21st Century: An Intelligence Perspective, National Security and The Future, Volum 1 Nr. 2 Summer 2000.

(7) Raymond Wannall, Undermining Counterintelligence Capability, International Journal of Intelligence and Counterintelligence, Volume 15, Number 3, Fall 2002.

(8) Christopher Andrew, Tylko dla Oczu Prezydenta Od Wshingtona do Busha – amerykańscy prezydenci i tajne służby (Warszawa Wydawnictwo Colori 1988), s. 474.

(9) R. Wannall, Undermining Counterintelligence Capability.

(10) Ch. Andrew, Tylko dla Oczu Prezydenta, s. 477.

(11) Herbert E. Meyer, The CIA Must Play Offense. An insider’s guide to reform, The Wall Street Journal, 1 października 2001.

(12) Herbert E. Meyer, What Wrong With CIA, tekst wykładu wygłoszonego w Hillsdale College w dniu 14 września 2003 roku, zbiory prywatne autora.

(13) Angelo Codevilla, Informing Statecraft: Intelligence for a New Century, ss. 349-350.

(14) Christopher Andrew, Tylko dla Oczu Prezydenta, s. 542.

(15) Duane R. Clarridge, Po Prostu Szpieg (Warszawa Dom Wydawniczy Bellona 2001), ss. 308-309.

(16) Ronald Kessler, CIA od Środka (Warszawa Wydawnictwo Ryton 1994), s. 246.

(17) Tamże, s. 229.

(18) Christopher Andrew, Tylko dla Oczu Prezydenta, s. 256.

(19) Ann Devrot i David B. Ottaway, CIA Director Undre Fire, Washington Post 16 października 1989.

(20) Angelo Codevilla, Informing Statecraft, s. 348.

(21) Robert M. Gates, From the Shadows; The Ultimate Insider’s Story of Five Presidents and How They Won the Cold War (Nowy Jork, Simon & Schuster 1997).

(22) Angelo Codevilla, Informing Statecraft, s. 378.

(23) Intelligence Capabilities 1992-2005, NSR-29, 15 listopad 1991.

(24) Tamże.

(25) Anthony Pendleton, The Bush Intelligence Agency, Kelly Air Force Base, Texas.

(26) Duane R. Clarridge, Po Prostu Szpieg, s. 334.

(27) Tamże, s. 334.

(28) John R. Bolton, Clinton’s Intelligence Failure, The Washington Times, 16 maj 1999.

(29) Tamże.

(30) John B. Roberts II, Stracone lata dziewięćdziesiąte, The Washington Times 16 lipca, 2003.

(31) Mansoor Ijaz, The Clinton Intel Record. Deeper Failures Revealed, National Review, 28 kwietnia, 2003.

(32) Richard Miniter, Losing bin Laden. How Bill Clinon’s Failures Unleashed Global Terror (Regnery Publishing 2003).

(33) Tamże.

(34) Richard Miniter, How Clinton Kept Bin Laden Free, Washington Times, 8 wrzesnień 2003.

(35) “A National Security Strategy for a Global Age” Final Official Assessment of National Security Policy and Strategy by the Clinton Administration, grudzień 2000.

(36) John Prados, Woolsey and the CIA, The Bulletin of the Atomic Scientist lipiec/sierpień 1993.

(37) Edward G. Shirley, Cant Anybody Here Play This Game?, The Atlantic Monthly, luty 1998.

(38) Reuel M. Gerecht, The Counterterrorist Myth, The Atlantic Monthly, lipiec/sierpień 2001.

(39) J. R. Bolton, Clinton’s Intelligence failure.

(40) Herbert E. Meyer, What Wrong With CIA.

(41) Tamże.

(42) Reuel M. Gerecht, The Counterterrorist Myth.

(43) Tamże.

(44) Angelo Codevilla, Informing Statecraft: Intelligence for a New Century, ss. 106-108.

(45) Tamże.

(46) D. R. Clarridge, Po Prostu Szpieg, s. 341.

(47) Robert Baer, Oblicze Zła. Prawda o wojnie z terroryzmem we wspomnieniach oficera CIA (Warszawa Wydawnictwo Magnum 2002), s. 17.

(48) D. R. Clarridge, Po Prostu Szpieg, ss. 343-344.

(49) Autorami tekstu „America needs more spies” byli: Robert Bryant, były zastępca dyrektora FBI, John Hamre, były zastępca sekretarza obrony, John Lawn z DEA, John MacGaffin, były zastępca dyrektora operacji CIA, Hovard Shapiro, były główny doradca FBI i Jeffrey Smith, były główny doradca CIA.

(50) America needs more spies, The Economist 10 lipca 2003.

(51) Tamże.

(52) Herbert E. Meyer, The CIA Must Play Offense. An insider’s guide to reform.

(53) Herbert E. Meyer, What Wrong With CIA.

(54) Gregory F. Treverton, Intelligence Crisis, GovExec, 1 listopada 2001.

(55) Tamże.

(56) Sebastian Rybarczyk, Odrodzenie Pracy Operacyjnej w CIA, jozefdarski.pl , Geopolityka, 29 sierpnia 2003.

(57) Melvin A. Goodman, A Cure for the CIA’s Disease, Foreign Policy in Focus 12 czerwca 2002.

(58) Tamże.

(59) Tamże.

(60) Angelo Codevilla, Yes: Reforming the CIA Means New Leaders New Ways of Doing Bussines and a Truckload Pink Slips, Insight on the News, 25 marca 2002 roku.

(61) Charles V. Pena, Bigger Military No Is Solution To Terrorism, CATO Biulletin, 20 września 2001.

(62) Richard L. Russell, Intelligence Failures, Policy Review marzec 2004 nr 123.

(63) Robert M. Gates, How Not to Reform Intelligence, The Wall Street Journal 3 września 2003.

(64) Richard L. Russell, Intelligence Failures.

(65) Angelo Codevilla, Informing Statecraft, s. 368.

(66) CIA Reform Will Take Five Years, Herald Sun 15 kwietnia 2004.

Sebastian Rybarczyk – dziennikarz, publicysta. Publikował min w tygodniku Spotkania, Więzi, Nowym Państwie, Nowym Świecie i portalu internetowym jozefdarski.pl. W latach 1997-2001 pracownik Sekretariatu Ministra Koordynatora Służb Specjalnych.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: