ADAM I ANITA

Wiem, że każdy przeciętny polski czytacz gazet oraz wielbiciel dzienników telewizyjnych ma już szczerze dosyć sprawy zwanej „aferą Rywina”. Wiem, lecz mimo to, pozwolę sobie wtrącić na ten temat kilka słów. Chociaż powiem Wam szczerze, że i ja już mam dosyć zawiłych pytań i odpowiedzi nie na temat, domniemywań i kolejnych wersji w tej „aferze afer”. Uważałem, że ja swoje wiem, że domyślam się kto i co i dlaczego, w związku z tym starczy. Zacząłem nawet omijać kolejne relacje i komentarze w tej sprawie. Aż nagle coś ponad miesiąc temu zaczęło się zmieniać. Jakby inny rodzaj komentarzy, jakby jedni i drudzy bardziej dosadnie formułowali swe myśli. I co najważniejsze prasa sama zaczęła kreować dobrych i złych bohaterów tego widowiska. Wszystko to jednak działo się w ogólnie przyjętych schematach działań prasowych. Czy to poseł Rokita stylizowany na „trzecią płeć”, czy też sławne „kurwiki” w oczach czy też inne prowokacyjne pytania i wywiady. Wszystko to mieściło się w normach działań mass mediów, trochę dziwiło, trochę szokowało.

Aż tu nagle niewiadomo czemu część mass mediów powiązana ze sobą i kasą i personalnymi zależnościami zaczęła wkładać niewspółmierne wysiłki w wykazanie, iż panna poseł Anita (inaczej – poślica) to osoba wyjątkowo nieciekawa. Kiedy do ręki wpadł mi „Przekrój” a w nim relacja o tym kim była Anita, na dodatek ilustrowana wyjątkowo kompromitującymi zdjęciami zacząłem być pewien, iż tak zmasowany atak musi mieć jakąś głęboko skrywaną przyczynę. Zestawiając wydarzenia z atakiem na pannę poseł Anitę łatwo było zorientować się, iż totalne uderzenie w jej medialny wizerunek nastąpiło na początku listopada, co z kolei dziwnie się składa z faktem, iż w dniach 21, 22, 24 października przed Komisją Sejmową był przepytywany sam twórca całej ten afery czyli Sam – Pan - Adam.

Czyżby to był przypadek, ta zbieżność, czy może oba wydarzenia cos łączy na co mało kto zwrócił uwagę?

Postanowiłem więc dokładniej zapoznać się ze stenogramem pytań panny poseł Anity i odpowiedzi samego pana Adama, bo tylko w tym pojedynku słownym, gdzie ponoć czysty intelekt dawał odpór brutalności i prostocie myślenia, mogła kryć się przyczyna ataku na publiczny wizerunek panny poseł.

Wczytywałem się, wdrażałem, nie powiem, nie było mi łatwo ale w końcu wydało mi się że znalazłem. Najpierw jednak podzielę się z Wami moją pierwszą, ogólną, refleksją – otóż w odróżnieniu od innych pytających, sam pan Adam wyjątkowo źle znosił pytania wypowiadane przez pannę poseł. Nawet z tak bezuczuciowego źródła jakim jest zadrukowana kartka ze stenogramem czuje się co najmniej niechęć, a nawet strach samego pana Adama przed słowami panny poseł. Oczywiście sam pan Adam jako stary intelektualny wyjadacz co pewien czas stara się zyskać na czasie kokietując na różne sposoby publiczność:

- a to twierdząc, że nie nadąża za tokiem myślenia pytającej, gdyż jest kaleką (chodzi mu o jąkanie – czyżby więc także jąkał się myśląc?);

- a to oceniając pytania panny poseł i na dodatek pytając się do czego też ona zmierza (i sam dodaje, że on też dąży do „Prawdy” – nie wyjaśnia tylko czy „Prawdy” w oryginale czy w tłumaczeniu na polski):

Pan Adam Michnik:

To nie jest ważne, pani poseł. To jest w ogóle nieistotne.

Poseł Anita Błochowiak:

Ale... Dla pana.

Pan Adam Michnik:

Ale ja chętnie odpowiem. Nie dla mnie, dla prawdy...

Pan Adam Michnik:

Proszę pani, wydaje mi się, że jak był na tarasie, ale nie jestem tego w 100% pewien. Natomiast jeżeli... Do czego pani zmierza? Że nie było takiej rozmowy?

Poseł Anita Błochowiak:

Jak bym znała odpowiedzi, to bym nie pytała.

Pan Adam Michnik:

Że ona nie taka była, no?

Poseł Anita Błochowiak:

Ale nie, zupełnie nie, mówię, niech się pan nie denerwuje, niech pan przyjmie z dobrą wiarą...

Pan Adam Michnik:

Nie, jak widzi pani, jestem rozluźniony, uśmiechnięty, wcale nie chcę opuszczać pomieszczenia. Zupełnie się nie denerwuję.

Poseł Anita Błochowiak:

To już dużo, fakt.

Pan Adam Michnik:

W ogóle się nie denerwuję, tylko nie rozumiem, do czego pani zmierza.

Pan Adam Michnik:

A skąd to pani wie, jak ja się przygotowywałem? Przecież ja tego nie opowiadałem pani. Skąd to pani wie?

Przewodniczący:

Panie redaktorze, właśnie pani poseł o to pyta.

Pan Adam Michnik:

No, nie. Pani poseł powiedziała to z wykrzyknikiem, a nie ze znakiem zapytania, panie przewodniczący.
Przewodniczący:
Nie, pyta.

Pan Adam Michnik:

Nie, nie, nie. To było stwierdzenie, a nie pytanie.

- a to stosując też tak zwane zarzutki – zboczki czyli celowe odchodzenia od tematu:

Pan Adam Michnik:

Wielce szanowna pani poseł, ja widziałem, jak był napad na bank z bronią w ręku...

Poseł Anita Błochowiak:

Panie redaktorze, proszę.

Pan Adam Michnik:

... a pani się dziwi, że ja nie pamiętam, w jakiej garsonce była portierka.

Poseł Anita Błochowiak:

Przecież ja nie o to pytam.

Pan Adam Michnik:

No nie pamiętam tego.

Poseł Anita Błochowiak:

Ale, panie redaktorze, niech pan zupełnie nie spłyca tego, to są istotne dla sprawy pytania między innymi. Więc proszę tego nie spłycać, ja nie pytam o garsonkę przecież.

Poseł Anita Błochowiak:

Dlaczego tego nie ma na taśmie na początku?

Pan Adam Michnik:

Dlaczego na taśmie nie ma czego, łaskawa pani poseł? Proszę sformułować pytanie...

- a to popisując się swoją erudycją raz stwierdzając, iż woli czytywać Dostojewskiego (szkoda że nie precyzuje – którego Dostojewskiego oraz czy chodzi mu o czytanie samego nazwiska czy też może coś co napisał dany Dostojewski) zamiast stenogramów z posiedzeń komisji, zaś innym razem stwierdzając iż:

To jest, pani poseł, już taki surrealizm, że nawet ja, miłośnik Baudelaire'a, bym na to nigdy nie wpadł.

Ja wiem, że się czepiam, wiem, że sam pan Adam miał ciężko bo nauki pobierał w więzieniu, że wtedy kiedy ja się uczyłem to on nie miał czasu, bo walczył. Ogólnie i za wszystkich i wszystko. I dlatego teraz on jest redaktorem „Gazety” a ja szarym zjadaczem chleba, ale coś takiego jak surrealizm powstał na długo po śmierci Baudelaire’a. Obawiam się, że jak zwykle sam pan Adam ogólnie miał rację. Bo co prawda nie w Moskwie ale w Warszawie, nie „Fordy” a rowery, i nie rozdają lecz kradną. A reszta się zgadza. To samo z Baudelaire’m.

Fakt, że był poetą a nie reżyserem, bardziej Francuzem a nie Hiszpanem i nie nazywał się Baudelaire a Bunuel. A reszta jest w pytę.

Ale to tak na marginesie. W końcu Sam Pan Adam jest „colo”, bo jest etosem a jak ktoś uważa, że nie, to w zanadrzu posiada on jeszcze tytuł redaktora naczelnego „Gazety” (spróbuj brachu podskoczyć!).

Lecz wróćmy do samej sprawy. Otóż w trakcie przesłuchania nie mogąc doczekać się odpowiedzi na pytania panna poseł sama sformułowała główne niejasności związane z początkiem afery Rycina. oto one:

Poseł Anita Błochowiak:

Czy magnetofony były włączone już wówczas, gdy Lew Rywin wszedł do pokoju, pan go zaprosił na taras, czy magnetofony zostały włączone dopiero wtedy, kiedy Lew Rywin był na tarasie?

Poseł Anita Błochowiak:

/…/ To jest szczególny moment, ma pan rację, James Bond. Pan decyduje się na zakup nowego magnetofonu, tam mamy opis, jak idzie, wybiera najlepszy magnetofon, wszystko to już wiemy. Pan Smoleński jest informowany, jak zeznaje w prokuraturze, o tym, że Lew Rywin pojawia się na terenie Agory i wchodzi włączyć ten magnetofon. Pytanie jest proste, na które musiał pan wówczas zwracać uwagę. Przypuszczam, że pan miał pełny scenariusz tej rozmowy. Pan wyszedł może na taras dlatego, żeby Smoleński wszedł, ale to by pan pamiętał, tego pan nie pamięta; albo... no jakieś przypadki musiały mieć miejsce. Poza tym pytanie: Czy w nagraniu jest informacja w środku gdzieś, że przynosi jakaś pani, prawdopodobnie sekretarka, poczęstunek? A kiedy zamawiacie panowie ten poczęstunek? W którym momencie?

Poseł Anita Błochowiak:

Ale, panie redaktorze, niech pan zupełnie nie spłyca tego, to są istotne dla sprawy pytania między innymi. Więc proszę tego nie spłycać, ja nie pytam o garsonkę przecież. Nagranie zaczyna się od słów trochę wyrwanych z kontekstu, o czymś wcześniej panowie rozmawialiście, czego nie ma na taśmie. Jest na taśmie kilka pustych czystych minut ciszy. I to się zgadza z zeznaniem pana Smoleńskiego, że włączył wcześniej magnetofony, zanim Lew Rywin przyszedł. Ale panowie, jak pan sam zeznał, przeszli przez pokój i poszli na taras, i wiemy, że sekretarka przyniosła jakiś poczęstunek, który wcześniej ktoś musiał zamówić. To była rozmowa, która była zapisana w pana głowie i pan ją realizował. Mamy opis psychologa, dlaczego pan nawiązywał do tych, a nie innych wątków. Dlaczego tego nie ma na taśmie na początku?

Że tak powiem wszystko zostało chyba powiedziane, a jeśli nie to zreasumuję.

Wszystkie te zagrania wskazują dobitnie, iż sam pan Adam obawiał się pytań panny poseł, czyli czuł respekt przed panną Anitą. Tylko czy przed nią jako osobą czy przed jej pytaniami czy też możliwościami intelektualnymi? Trudno powiedzieć. Za to na pewno pojedynek ten sam pan Adam przegrał całkowicie. Wstyd powiedzieć ale panna poseł Anita udowodniła ponad wszelką wątpliwość, iż od samego początku mieliśmy do czynienia z manipulacją:

- rozmowa „Michnik – Rywin” była przygotowana i prowadzona przez samego pana Adama ze świadomością, iż jest nagrywana, stąd ukierunkowane pytania i sugerowanie odpowiedzi;

- od samego początku do publicznej wiadomości nie podana była cała rozmowa Michnika z Rywinem, (m.in. brakuje w nagraniu ponad wszelką wątpliwość całego początku spotkania z powitaniem i zamówieniem napojów u sekretarki);

- do tej pory nie wiadomo jak długo i o czym rozmawiali panowie na balkonie redakcji;

- do dziś nie wiadomo komu dano do odsłuchania nagraną rozmowę w ciągu ponad 4 miesięcy zanim nie ukazał się artykuł w „Gazecie Wyborczej”.

Wydaje mi się, że niejasności co do samego początku afery Rywina jest zbyt wiele aby móc serio traktować samego pana Adama. Za wiele tu niedomówień, potknięć, braku profesjonalizmu, nie mówiąc już o podstawowej wiedzy.

Jak na opokę, autorytet moralny i chodzący etos to dużo za dużo. Tak tylko postępują w filmach o złych i dobrych skorumpowani politycy oraz gangsterzy. A już zagłuszenie całej sprawy obroną mniejszości seksualnej to jawna kpina i z „pedałów”, czytelników i obywateli naszego kraju. Zwekslowanie całego przesłuchania do szydzenia z panny poseł Anity, iż jest skrytą rasistką bo w jej praktycznym, upartyjnionym umyśle kolorowe skarpetki kojarzą się z „homoseksualizmem” to jawna hucpa. To żałosne widowisko. Nie wiem czy nie bardziej kompromitujące jak brak podstawowej wiedzy na temat literatury i kultury.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: