KARIERA WYBITNEGO MĘŻCZYZNY

Dostatek dzięki Wschodowi?

Wielu Polaków w kraju aż do dzisiaj wierzy, że to Polska sama zmarnowała swoje szanse na korzystanie z możliwości eksportu na chłonny rynek sowiecki (a potem – np. rosyjski) drażniąc Rosjan pretensjami o krzywdy niejako w ich imieniu wyrządzone Polsce w przeszłości. Tymczasem decydującą rolę w tym względzie odegrał dekret prez. Gorbaczowa, który nie był wymierzony specjalnie w Polskę, ale stanowił złamanie umowy zawartej na krótko przedtem przez wszystkie państwa członkowskie RWPG:

"Nadwyżka eksportu nad importem w handlu z ZSRR w 1990 r. przekroczyła 4 mld rubli. Inaczej mówiąc budżet państwa, a więc całe społeczeństwo, finansowało dodatkowy eksport do Związku Radzieckiego. Różne są wartości w złotych tego finansowania. W wariancie optymistycznym kosztowało to Polskę 8 bilionów złotych! W pesymistycznym kilkadziesiąt bilionów złotych (kilka miliardów dolarów) – wynika to z przyjęcia w obliczeniach cen europejskich na energię i materiały, które w Polsce były o wiele niższe. [...] na sesji RWPG w Sofii w styczniu 1990 r. kraje członkowskie zapowiedziały przejście na płatności w twardych walutach z dniem 1 stycznia 1991 r. Chodziło o tzw. clearing dolarowy, czyli towar za towar wyceniany w dolarach. [...] W listopadzie 1990 r. prezydent Gorbaczow niespodziewanie wprowadził dekret o płatnościach gotówkowych w twardych walutach w handlu z zagranicą, nie dopuszczając w ten sposób do clearingu dolarowego. Właśnie ten dekret spowodował całkowite załamanie eksportu do ZSRR. Z dnia na dzień okazało się, że tak »opłacalny« w 1990 r. eksport praktycznie od stycznia ustał. [...] Co ciekawe, Polska płaci żywą gotówką za import ze Związku Radzieckiego, a więc partner ma dolary, za które mógłby kupować u nas. Czyżby chodziło nie tylko o pieniądze? A może komuś zależy, by w Polsce dochodziło do strajków? A może chodzi o wymuszenie na naszym rządzie dalszego kredytowania Związku Radzieckiego? [...] w dniach od 21 do 30 grudnia do Banku Handlowego SA w Warszawie wypłynęło 1437,9 mln rubli (w dziesięć dni), a od 1 stycznia do 22 kwietnia br. kolejne 1777,6 mln rubli. [...] Z Polski wywieziono więc setki milionów dolarów, w zamian napłynęły miliardy rubli transferowych." 1/

Mechanizm opisany przez ówczesnego posła Krasowskiego demaskuje przy okazji mit utraconego wschodniego rynku zbytu.

Toteż nie dlatego przestało się opłacać produkowanie z myślą o nabywcach ze Wschodu, że oni obrazili się na nas, lecz dlatego, że "Wielki Brat" dostrzegł dogodną okazję do wzmożenia wyzysku "mniejszych braci". Jeżeli sowiecki prezydent ustanowił ów dekret z myślą o Polsce, to MÓGŁ mieć na myśli np. to, że właśnie jego PRLowski kolega kończył kadencję pierwotnie zakrojoną na 6 lat (1989-1995; tak uzgodniono przy Okrągłym Stole i tak zapisano wśród poprawek do konstytucji PRL na wiosnę 1989 r.), a łatwemu wtedy do przewidzenia następcy tow. Jaruzelskiego na tym urzędzie (czyli Lechowi Wałęsie) warto na wszelki wypadek dołożyć jeszcze jeden kłopot, aby nie zapomniał, kto w „priwislinskiej riespublice” panuje naprawdę.

Decyzja dotycząca rozliczeń finansowych z satelitami zapadła bowiem wtedy, gdy prezydentem był tow. Gorbaczow, zaś w Polsce tow. Jaruzelski. Prez. Jaruzelski NIE dążył do wyprowadzenia Armii Czerwonej z kraju, jego następca, prez. Wałęsa również: pierwszy w tej sprawie udawał neutralność, drugi zaś udawał wolę jak najrychlejszego pozbycia się wojsk sowieckich z Polski. Premier Mazowiecki, urzędujący podczas znacznej większości kadencji prezydenckiej gen. Jaruzelskiego, swoim (formalnie: swojego rządu) rozporządzeniem wykonał warszawską część czynności prawnych potrzebnych do zaistnienia afery rublowej, wyprzedził w tym o 10 miesięcy dekret prez. Gorbaczowa. (Chodzi o w/w rozporządzenie Rady Ministrów z dn. 12 stycznia 1990 r. Ci, którzy w drugiej połowie 1990 r. podczas prezydenckiej kampanii wyborczej skandowali: "Mazowiecki – pies sowiecki!", może wcale nie wiedzieli o tym akcie prawnym, a na myśli mieli raczej aktywność Tadeusza Mazowieckiego w służbie socjalizmu za czasów dyktatur: Bieruta i Gomułki...) Twierdzić, że "nasz" premier Mazowiecki i "nasz" prezydent Wałęsa swoim antysowietyzmem popsuli eksport do wschodniego sąsiada i w TEN właśnie sposób przyczynili się do zapoczątkowania kryzysu, bezrobocia i biedy w Polsce, to znaczy paść ofiarą nieporozumienia. Właśnie SŁUŻALCZY stosunek premiera Mazowieckiego, a potem prezydenta Wałęsy do Moskwy przyczynił się do owych negatywnych skutków w polskiej gospodarce! Są to ludzie, którzy objęli swoje stanowiska premiera i prezydenta właśnie dlatego, że cieszyli się zaufaniem moskiewskich i warszawskich komunistów. Tak więc popularny w Polsce pogląd, że eksport do ZSRS (zaś potem na obszar WNP) załamał się, bo Rosja nie mogła ścierpieć drażnienia jej nieustannym wypominaniem zbrodni katyńskiej oraz dążeniem prezydenta Wałęsy do wyprowadzenia Armii Czerwonej z Polski, jest całkowicie błędny!

Zakładając jednak nawet, że eksport do wschodnich sąsiadów odbywałby się rzetelnie, a nie tak, jak FIKCYJNY eksport ziemniaków z roku 1990, który służył tylko do wyprania spekulacji rublami transferowymi kosztem Polaków, to liczenie na ogromną chłonność jest niebezpiecznym złudzeniem! Siła nabywcza danego kraju to nie po prostu liczba jego mieszkańców, ale – ta liczba, pomnożona przez średni dochód na głowę mieszkańca. W takim zestawieniu Belgia i Białoruś, chociaż mają podobną liczbę ludności, nie są porównywalnymi partnerami gospodarczymi dla polskich eksporterów – rynek białoruski jest od 35 do 40 razy mniejszy od belgijskiego (ba – nawet rynek rosyjski jest dziesięciokrotnie mniejszy od belgijskiego!), a ukraiński ma się do szwajcarskiego jak sześć do siedmiu.

Jeszcze bardziej niebezpieczny jest pomysł, ażeby przeznaczać pieniądze z budżetu państwa polskiego na dopłacanie do eksportu polskich towarów. Jest to krótkowzroczna, wręcz samobójcza strategia dla krajowej gospodarki, która na dłuższą metę nie zniosłaby tego obciążenia! Jednak ludzie, których myślenie zostało ukształtowane w Polsce Ludowej (albo, co jeszcze gorzej: w Moskwie – jak w wypadku min. Lesława Podkańskiego), dotacja z budżetu do jakiejkolwiek dziedziny gospodarki stanowi "normalkę". Cała owa po-PRLowska recydywa ze swadą posługiwała się tym poPRLowskim narzędziem!

Kompetencja min. L. Podkańskiego w sprawach gospodarczych jest zapewne podobna jak kompetencja jego krewniaka, Zdzisława Podkańskiego, ministra kultury w rządzie tow. Cimoszewicza – w dziedzinie kultury właśnie (Z. Podkański chciał, aby podwładni umówili go na spotkanie z emigracyjnym pisarzem, Józefem Czapskim, który od jakiegoś czasu... już nie żył!). Tacy ludzie odzyskali formalny udział we władzy w Polsce w 1993 r. i ponownie w 2001 roku. Fachowcy z... awansu społecznego! Z tą różnicą, że akurat "koledzy" (jak się mawiało wśród członków ZSL), a nie "towarzysze" (szerzej znana forma "grzecznościowa", obowiązująca między członkami PZPR).

Waldemar Pawlak, pierwszy premier z tej koalicji, nie dbając o uszczypliwy epitet "hamulcowego reformy", do ostatniej chwili zwlekał z podpisaniem zgody na włączenie tzw. "trzeciej transzy" przedsiębiorstw do programu NFI, na koniec wygłosił drętwe "kazanie" do telewidzów polskich, w którym uzasadniał, jakim to szkodliwym i niegodziwym krokiem byłoby jej podpisanie i, moim zdaniem, miał rację! Po czym oznajmił, że... podpisuje. Za to zupełnie NIE robił rozgłosu wokół innej decyzji swojej ekipy: dotacją z budżetu państwa uratował BGŻ, będący zapleczem finansowym jego partii (ZSL przemianowanego na PSL-SP, tj.: PSL – "Sojusz Programowy", dla odróżnienia od PSL – "Porozumienia Ludowego"), co nas wszystkich (od niemowląt do zgrzybiałych staruszków!) kosztowało średnio po ponad półtora miliona (starych) złotych. (Cztery biliony starych złotych przyznał Waldemar Pawlak zaraz po objęciu stanowiska premiera, pięćdziesiąt dwa dalsze przyznał Sejm. Po miesiącach wytężonych międzypartyjnych zabiegów w obrębie koalicji rządowej W. Pawlak odniósł sukces głosami znacznej większości posłów SLD (131 głosów za, 2 przeciw), UP (30 głosów za, 3 przeciw) i zapewne wszystkich posłów PSL-SP – to ostatnie uzyskało przychylną neutralność Unii Wolności w zamian za takąż swoją postawę w poprzednim dniu wobec proaborcyjnego rozstrzygnięcia forsowanego przez extow. Barbarę Labudową; ona jedyna z klubu Unii Wolności głosowała za tym, czego chciało PSL-SP – tak w każdym razie sugeruje Tomasz Sakiewicz.2/

Zatrzymajmy się jeszcze przy ilościowym wymiarze tej sprawy. Według "Gazety Polskiej" nr 5(185) z 30 stycznia 1997 r. (str. 4), na użytek postępowania karnego przeciwko aferzystom z FOZZ, poznańscy biegli wycenili wielkość strat wyrządzonych Polsce wskutek afery FOZZ na 1 bln 303 mld starych złotych. Natomiast strumień pieniędzy, które "ludowy" premier i "centrolewicowy" Sejm skierowali z portfeli podatników do Banku Gospodarki Żywnościowej wyniósł 56 bilionów złotych. Czyli tylko ta jedna dotacja to 43 afery FOZZ! Owszem, kierownictwo FOZZ sprzeniewierzało nasze pieniądze potajemnie, w jakiejś przynajmniej mierze dla czysto prywatnych korzyści swoich i swoich wspólników i – wbrew prawu, zaś dofinansowanie Banku Gospodarki Żywnościowej odbyło się może nie ze szczególnym nagłośnieniem, ale jednak jawnie i legalnie. Co z tego jednak za różnica dla naszych domowych budżetów? Żadna! Jedni i drudzy wzięli nasze jak swoje. To my nie wydaliśmy tych pieniędzy – na bilety kolejowe, na piwo, na tacę w kościele, na kwiaty, ...

Wróćmy zatem do właściwego wątku: roli wschodniego sąsiada w gospodarce Polski. Warto jednak dodać, że znany ekonomista w wywiadzie dla tygodnika "TAK" wskazał już w 1992 roku na liczbę ponad 100 bilionów starych złotych! "Szczególnie duże malwersacje mają miejsce w tym, co się nazywa parabudżetami [...] Jednym z tych parabudżetów był także Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, gdzie doszło wręcz do gigantycznej malwersacji i wytransferowania żywej gotówki. Przykładów tego można podać więcej. [...] zostało w ten sposób zmalwersowanych około 200 bilionów złotych. Gdyby to wszystko podsumować, na moje wyczucie [...], na dzień dzisiejszy nie mielibyśmy żadnego deficytu budżetowego – mimo takiego upadku gospodarczego. [...] Rzeczą straszną jest, że dziura budżetowa jest znacznie większa, niż to się podaje. Dziura ta wynosi – tak szacuję – ponad 100 bilionów złotych [...] To jest rzeczywiście coś niewiarygodnego, że produkcja w Jugosławii po ciężkiej wojnie spadła o 20%, a w Polsce, gdzie żadnej wojny nie było, spadła ona o 50% i spada nadal."3/

Z kolei na rok przed Jędraszczykiem poseł Edmund Krasowski szacował wielkość owych strat na 40 bilionów PLZ.4/ Nawet "Gazeta Wyborcza", a więc dziennik żadną miarą nie podejrzany o stronniczość na niekorzyść min. Balcerowicza i innych patronów "transformacji ustrojowej”, podała 29 kwietnia 1991 roku,5/ że w I kwartale owego roku dochody budżetu państwa okazały się o ok. 8 bln (starych) zł. niższe od planowanych, a deficyt wyniósł ok. 5,9 bilionów PLZ, czyli (po uwzględnieniu denominacji) 0,59 mld PLN.

Obecnie tzw. "dziura budżetowa" jest znacznie większa niż w 1991 roku. Sam wpływ inflacji wszystkiego tu nie tłumaczy (tym bardziej, że – przynajmniej według oficjalnych danych – ostatnio była ona dość niska, jednoprocentowa). 100 bilionów PLZ (starych złotych) to 10 miliardów PLN (nowych złotych), a to już jest ten rząd wielkości, co "dziura budżetowa", o której – za sprawą ministra finansów J. Bauca (AWS), potem zaś za sprawą opozycyjnego wtedy jeszcze SLD – dużo mówiono latem 2001 roku.

Nadzieja w poPRLowcach?

Podczas pierwszej recydywy PRLowskiej (kadencja 1993-1997) wzmogły się sztucznie wznowione nadzieje na odbudowanie eksportu z Polski na obszar byłego Związku Sowieckiego (zwłaszcza do Rosji) i na poprawienie dzięki temu kondycji gospodarczej Polski. Nadzieje te były stymulowane przez poPRLowskie partie, szczególnie jednak przez PSL-SP. Przykładem takiej agitacji jest wywiad prasowy kol. Lesława Podkańskiego, ministra współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Waldemara Pawlaka (a także – uwaga! – absolwenta Moskiewskiego Instytutu Przemysłu Gazowego i Naftowego) o szansach na odzyskanie przez Polskę rynków zbytu na obszarze b. RWPG. Z takim zwodniczym punktem widzenia polemizował znany ekonomista, prof. Jan Winiecki,6/ a później – innymi słowami – niemal dokładnie te same myśli wyraził red. Marek Arpad Kowalski.7/

Ten przykład pokazuje naocznie, jak SZKODLIWE JEST ZAANGAŻOWANIE PAŃSTWA W GOSPODARKĘ. Ludzie nieraz powiadają: "niech ONI się zajmą gospodarką". Oby nigdy ci "ONI" tego nie czynili! Państwo powinno zajmować się tylko: policją, wojskiem, więziennictwem i dyplomacją, nigdy zaś gospodarką! Im bardziej na przykład ONI walczą z bezrobociem, tym... więcej jest bezrobotnych! Przecież skoro dzięki "walce z bezrobociem" można mieć etat, to warto "zwalczać bezrobocie" jak najdłużej, jak najwolniej, aby tylko ten etat trwał aż do emerytury.

A już szczególnie szkodliwe jest zaangażowanie państwa w gospodarkę wtedy, kiedy jest realizowane przez ekipy, które lewicowość (socjalizm, "wrażliwość społeczną"...) mają niejako we krwi, w tym się wychowali i innego sposobu myślenia aniżeli socjalistyczny, ludowy, lewicowy – jak zwał, tak zwał! – nawet nie umieją (ani nie próbują) sobie wyobrazić. Tu zabrać, tam dołożyć, a jakoś to będzie. W ten sposób można myśleć o wygraniu następnych wyborów, ale nie o dobru publicznym, które ma znacznie dłuższy horyzont czasowy.

Następca kol. Pawlaka na fotelu premiera, tow. Oleksy, tuż przed dramatycznym odejściem z tego stanowiska przystał na zniesienie ceł ograniczających import zboża z krajów CEFTA. Ci, którzy uważają tę decyzję za złą – ja nie należę do nich! – NIE atakowali szczególnie intensywnie następnego rządu (tow. Włodzimierza Cimoszewicza) przez 22 miesiące jego istnienia żądaniem, by cofnął tę decyzję. Jednakże kolejny rząd (prof. J. Buzka) nie zdążył "zaliczyć" nawet połowy owych 22 miesięcy, a już w lipcu 1998 r. miał do czynienia z potężną i gwałtowną demonstracją ludzi, zrzeszonych głównie w Związku "Samoobrona" i niezadowolonych ze skutków decyzji tow. premiera Oleksego ze stycznia 1996 r. No, ale JAK można było być wyznawcą hasła "komuno, wróć!" i zarazem oburzać się na premierów z SLD? Na Oleksego? Na Cimoszewicza? Na Millera? Uchowaj Leninie!

Prosty sposób na szantaż

Pewien możliwy opis sytuacji, ilustrującej sposób wpływu dawnej komunistycznej agentury na los tzw. Trzeciej Rzeczypospolitej, przedstawił Edmund Krasowski, ówczesny poseł Porozumienia Centrum z Elbląga (obecnie – szef gdańskiej placówki Instytutu Pamięci Narodowej):

"Wiosną 1991 roku pojechałem [...] do Moskwy, negocjować razem z ministrem współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Bieleckiego, Dariuszem Ledworowskim, zapłatę przez Rosjan za statki wyprodukowane w polskiej Stoczni Północnej w Gdańsku, za cysterny produkowane w Zielonej Górze i za parę innych rzeczy. Uczestniczyłem we wszystkich rozmowach i mogę stwierdzić, że były to normalne handlowe negocjacje – twarde, ale uczciwe. [...] W pewnym momencie do pokoju, gdzie siedzieliśmy, wszedł wicepremier rządu radzieckiego (było to jeszcze za czasów Gorbaczowa) – Switarjanow. [...] Nie widziałem nic uwłaczającego w tym, że poseł Rzeczypospolitej Polskiej uczestniczy w rozmowach ministra, którego Sejm tejże Rzeczypospolitej wybierał na to stanowisko, z ministrem innego kraju. W pewnym momencie pan minister Ledworowski powiedział mi po cichu, żebym wyszedł, bo on z panem wicepremierem Switarjanowem chce porozmawiać w cztery oczy. Zbaraniałem i wyszedłem. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak to się dzieje, że rozmowy na tak wysokim szczeblu mogą się odbywać w cztery oczy. O czym mogli rozmawiać ci panowie? O jakich dalekosiężnych planach? Może o niezależności Polski? A może chodził im po głowie pomysł z wielką rurą?"8/

Tymczasem "Gazeta Polska" nr 4 (czerwiec 1993 r.) na str. 3 podała, że wśród tych, którzy zostali wykreśleni z tzw. "listy Macierewicza" z tego powodu, iż przestali pełnić wysokie funkcje państwowe przed realizacją uchwały lustracyjnej Sejmu (z 28 maja 1992 r.), znajduje się m. in. Dariusz LEDWOROWSKI, kryptonim "Ledwor", zarejestrowany w listopadzie 1978 r., wykreślony z rejestru 28 stycznia 1980 r. Kwalifikacja jego osoby jest tam dwojaka: TWk ("kandydat na tajnego współpracownika SB") oraz KO/DI ("kontakt operacyjny Departamentu I" tzn. odpowiednik TW SB w strukturach wywiadu policyjnego czyli I Departamentu MSW). Przy założeniu, że te kwalifikacje były poprawne, można uznać, że podany kryptonim i przynajmniej późniejsza z dat odnoszą się do współpracy D. Ledworowskiego z wywiadem MSW, a nie ze Służbą Bezpieczeństwa. (Notka w "GP" mylnie podaje imię Ledworowskiego jako "Mariusz".)

Czy rzeczywiście sowiecki wicepremier Switarjanow szantażował polskiego ministra Ledworowskiego groźbą skompromitowania go jako byłego komunistycznego szpicla? Czy celem tego szantażu było wymuszenie na Polsce zgody na bardzo niekorzystną umowę dotyczącą budowy gazociągu Jamał – Europa? Prawdziwe odpowiedzi na te pytania znają tylko Switarjanow i Ledworowski! – gdyby choć jedna z tych odpowiedzi miała być twierdząca, nie należy spodziewać się jej ujawnienia, bo któż dobrowolnie oskarży siebie o to, że posłużył się szantażem, albo, że szantażowi uległ? Że wymusił na obcym państwie podporządkowanie się, albo, że działając w imieniu swojego państwa, przyczynił się do zawarcia szkodliwej dlań umowy? Co natomiast jest pewne w sprawie owego gazociągu, to fakt, że SLD wręcz NADGORLIWIE strzegł dotrzymywania tej umowy, co okazało się prawdą ponownie wtedy, gdy tow. Miller i inni towarzysze protestowali przeciwko umowom Polski z Danią i z Norwegią o budowie podobnych gazociągów z tych krajów do Polski. UE też wolałaby, aby Polska była uzależniona energetycznie raczej od czegoś, co znajduje się pod jej kontrolą. Co gorsza, zbieżność interesów Moskwy i Brukseli – na niekorzyść (m. in.) Warszawy! – zachodzi nie tylko w tej sprawie i jest nieprzypadkowa. Dlatego negocjatorom Unii Europejskiej rozmawiającym z przedstawicielami Polski o przystąpieniu naszego kraju do UE byłoby na rękę, żeby mieli do czynienia z byłymi agentami komunistycznej bezpieki – i to z takimi, których jeszcze nie zdemaksowano, a więc mającymi czego się obawiać (bo tylko takich można szantażować posiadaniem wiedzy na ten temat). Ujawnienie faktu, że nowo powołany przez premiera Millera na szefa zespołu negocjacyjnego w relacjach z UE, niejaki Jan Truszczyński, jest osobą zlustrowaną negatywnie, z punktu widzenia UE było przedwczesne, a z punktu widzenia Polski – nieco zbyt późne... W kilka miesięcy później okazało się, że także tow. Sławomir Wiatr (syn tow. prof. Jerzego Wiatra, długoletniego ideologa PZPR, a w kadencji 1993-1997 – ministra edukacji narodowej), odpowiedzialny za propagandę na rzecz UE w rządzie tow. Leszka Millera, też jest osobą zlustrowaną negatywnie... Nawiasem pisząc: nie pierwsze to przypadki, że ludzie, którzy w tzw. Polsce Ludowej robili karierę na piętnowaniu: USA, NATO i Zachodu w ogóle, są teraz orędownikami związania tzw. "Trzeciej RP" z tymże Zachodem (przykład: tow. prof. Longin Pastusiak).

Gazrura a konkordat

Stosowanie podwójnej miary przez Czerwonych znakomicie ilustrują dwa zdarzenia, które nastąpiły w czasie, gdy panował prezydent Lech Wałęsa, rządziła premier Hanna Suchocka, zaś Sejm i Senat były rozwiązane. Koalicja SLD/PSL-SP/UP – głównie jednak jej "socjaldemokratyczna" frakcja! – przez całe 4 lata trzęsła się z oburzenia, wywołanego podpisaniem w dniu 28 lipca 1993 r. konkordatu przez prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, ministra spraw zagranicznych w rządzie (UD/ZChN) panny Hanny Suchockiej, a to dlatego, że dokonano tego bez możliwości bieżącej kontroli parlamentarnej.

To jednak był nieuczciwy chwyt propagandowy – naprawdę owym oburzonym chodziło zapewne o to, że i ekipa rządząca, i politycy SLD zdawali sobie sprawę z tego, iż w wyniku spodziewanego wyniku wyborów za kilka tygodni podpisanie konkordatu stałoby się niemożliwe i odwlokłoby się co najmniej o długość trwania przyszłej koalicji rządowej.... Wołano, że ta umowa nakłada jakoby na Polskę ciężary finansowe i inne uzależnienia zewnętrzne (np. konieczność zmian w prawie wewnętrznym).

Jednak z tub propagandowych koalicji poPRLowskiej nie rozległo się ANI JEDNO piśnięcie przeciwko umowie, którą – w tych samych warunkach co konkordat – wynegocjował w Moskwie ten sam rząd! A była to właśnie umowa o rurociągu Jamał – Europa. Podpisał ją 25 sierpnia 1993 r. wicepremier Henryk Goryszewski, wówczas – sztandarowy "katolik", działacz kierownictwa ZChN, dawniej, za PRL – członek ZSL i pracownik Ministerstwa Finansów (niedawno powrócił w szeregi – przemianowanego – ZSL...). W myśl tej umowy Polska miała za granicą pożyczyć pieniądze na budowę polskiego odcinka, zobowiązać się, że nie będzie zabiegać o budowę podobnego gazociągu umożliwiającego import z innego kraju (np. z Norwegii), oraz że zakupi i zużyje lub zmagazynuje (ale nie odsprzeda do krajów trzecich!) określoną ilość gazu ziemnego w każdym kolejnym roku (nawet, gdyby potrzeby gospodarki polskiej były mniejsze). 18 lutego 1995 roku premier Waldemar Pawlak zawarł dalej idące porozumienie z premierem Czernomyrdinem na temat gazociągu. Dokładnie w pół roku później 18 sierpnia 1995 roku premier Józef Oleksy zatwierdził je (bez zgody parlamentu! – ale tym razem zabrakło zgrai lewaków, oprotestowujących ów brak zgody, jak to, w sposób wielce nadgorliwy, czyniono w przypadku konkordatu!). 25 września 1996 roku już właściwą umowę zawarł z Rosją premier Włodzimierz Cimoszewicz.

Uzależniającej nas prawnie i OBCIĄŻAJĄCEJ FINANSOWO umowy o stowarzyszeniu z Unią Europejską owa koalicja nie tylko nie oprotestowywała, ale... właśnie ona ją zawarła! Nic dziwnego w tym, że ekipa SLDowska była tą, która dokonała w imieniu Polski rezygnacji z transakacji gazowej z Norwegami, a to zapewne pod naciskiem z dwóch kierunków na raz: z Moskwy, bo tak niefortunnie Polska zobowiązała się wobec Rosji już w 1993 r., i z Brukseli, bo tam już latem 2001 r. było słychać silne niezadowolenie z tego powodu, że kraj aspirujący do UE chce kupować coś od kraju, który Unią wzgardził – chodzi o starania rządu Jerzego Buzka o wznowienie działań opcji norweskiej.

W każdym razie wypowiedzi tow. Leszka Millera jeszcze w sierpniu 2001 r., a także pewne decyzje tow. min. Wiesława Kaczmarka już w czasie istnienia rządu tow. Millera, ku temu jednoznacznie prowadziły. (Strona norweska jeszcze we wczesnych latach 1990-tych sugerowała zbudowanie z Polski do pewnego miejsca w Niemczech rurociągu, umożliwiającego przepływ norweskiego gazu do Polski, natomiast tow. Miller, krytykując poczynania premiera J. Buzka, również sugerował rurociąg przekraczający granicę polsko-niemiecką, dokładniej mówiąc: Bernau – Szczecin, ale... łączący nas z tym systemem gazociągów, którego źródło znajduje się na Półwyspie Jamalskim – czy to sowiecka "natura ciągnie wilka [Millera] do lasu"?...) Kiedy tow. Leszek Miller był dopiero ministrem w rządzie tow. Włodzimierza Cimoszewicza – w styczniu 1996 r. – prezydenci Białorusi i Rosji zaproponowali utworzenie korytarza przez terytorium Polski, mającego łączyć Białoruś z okręgiem Królewieckim (tzw. "obwodem Kaliningradzkim"), chociaż już jesienią 1995 r. "Gazeta Polska" informowała o tym, że przedstawiciele rosyjskiej administracji z Królewca prowadzili na ten temat rozmowy z... wojewodą suwalskim! Owemu korytarzowi suwalskiemu też miała towarzyszyć odnoga gazociągu jamalskiego. Sprawa podobnie bulwersująca jak światłowód Wschód-Zachód, projektowany dla głównej nitki idącej przez Polskę. Kwestie tranzytu przez Polskę – czy to gazu, czy innych towarów, czy informacji (w światłowodzie), czy osób (między Rosją a okręgiem Królewieckim) – pokazują za każdym razem, że nasz kraj w tych kalkulacjach jest traktowany jako przedmiot, pomost, który własnego zdania nie ma i nie może mieć, który nie wytarguje korzystniejszych dla siebie warunków. W kwestii groźby "zakręcenia kurka" z gazem przez Rosjan zwolennicy monopolu tego państwa na eksport gazu ziemnego do Polski twierdzą uparcie, że w takim Razie Rosja zakręciłaby kurek naszym zachodnim sąsiadom, a przecież nie będzie chciała zrazić sobie tak bogatych klientów. I dodają, że gaz norweski jest droższy. Jedno i drugie to argumenty pisane patykiem na wodzie. Monopolista może w każdej chwili narzucić podwyżkę ceny (i to już się zdarzało), a nawet odmówić dostaw lub mocno je ograniczyć (w przeszłości to też zdarzyło się przynajmniej jeden raz, na początku 1992 r., kiedy zaszła "potrzeba" przyciśnięcia rządu mec. Olszewskiego – do najświeższego przykładu "zakręcenia kurka" przejdę na końcu tego artykułu). Poza tym państwa Europy Zachodniej już importują gaz ziemny z różnych źródeł – im rurociąg jamalski służy jako narzędzie nacisku na pozostałych dostawców, aby nie byli skorzy podnosić cen swoich dostaw gazu.

Gorzej: niedawno Moskwa umówiła się z Londynem co do budowy gazociągu na dnie Bałtyku. Jeśli to zostanie rychło zrealizowane, to szanse na import gazu z Norwegii do Polski zostaną chyba już na trwałe pogrzebane, bowiem prawo międzynarodowe zabrania tego, aby podmorskie rurociągi krzyżowały się...

Oddali władzę, ale NA NIBY

Jak zapewne (przynajmniej niektórzy) pamiętamy, rząd Mazowieckiego powstał z poparcia koalicji OKP + ZSL + SD, liczących odpowiednio: 161, 76 i 27 mandatów w kontraktowym Sejmie; razem – 264 posłów. Chociaż – przy założeniu stuprocentowej frekwencji poselskiej – wystarczyłoby o 33 mniej, bowiem zaledwie 231 głosów, to jednak tzw. votum zaufania dlań 12 września 1989 r. zostało jednak poparte aż 402 głosami! Głosów przeciwnych nie było, natomiast było 13 posłów wstrzymujących się od głosu i 45 nieobecnych. (Sam Mazowiecki po desygnowaniu go na premiera uzyskał zatwierdzenie swojej kandydatury 24 sierpnia przy 378 głosach poparcia, 4 głosach sprzeciwu i 41 głosach wstrzymujących się.) Zakładając, że koalicjanci wykazali maksymalną dyscyplinę (wszyscy posłowie z OKP, ZSL i SD obecni i głosujący ZA) oraz że wstrzymującymi się byli wyłącznie członkowie klubu poselskiego PZPR, widzimy, że poparło ten rząd co najmniej... 160 komunistów! (Jeżeli owe dwa założenia nie były spełnione, to ilość posłów komunistycznych głosujących za tym rządem była jeszcze trochę większa – może nawet wszystkich 173 ówczesnych członków PZPR w Sejmie poparło wtedy rząd Mazowieckiego?) Nie jest to niczym dziwnym, skoro uczestniczyli w nim: tow. gen. Kiszczak, tow. gen. Siwicki, tow. sekr. Święcicki (zięć tow. Eugeniusza Szyra, dawnego wicepremiera PRL, a w latach dziewięćdziesiątych – prezydent miasta stołecznego Warszawy) i inne osoby, wtedy jeszcze należące do PZPR (obok kilku ex-towarzyszy!), zaś wymaganą przepisami akceptację dla owej ekipy wyraził także tow. prez. Jaruzelski... Znaczy to także, że naprawdę mieliśmy wtedy koalicję PZPR + ZSL + SD + OKP, zaś teza publicystyczna ówczesnego senatora Jarosława Kaczyńskiego, jakoby jego wysiłki zapobiegły utworzeniu proponowanej jawnie przez tow. prez. W. Jaruzelskiego tzw. "Wielkiej Koalicji" z udziałem PZPR, to nieprawdziwa przechwałka.

Pomimo tego wszystkiego wyborcy w 1993 r. masowo poparli partie poPRLowskie, traktując to jako głosowanie przeciwko Balcerowiczowi i przeciwko wszystkim zmianom od 1989 r., które tenże polityk, a szerzej – "obóz solidarnościowy", w oczach wyborców uosabiają. Uwierzyli, że "tak dalej być nie musi". W wyniku wyborów parlamentarnych powstał rząd premiera Pawlaka, który miał poparcie jego macierzystej partii czyli PSLSP, liczącego 132 mandaty poselskie, i SLD (z SdRP, kontynuatorką PZPR, jako główną siłą w nim), liczącego 171 mandatów Sejmie. Nieformalnym uczestnikiem tej koalicji rządowej (poprzez osobę swego dzisiejszego lidera – a wówczas ministra – Marka Pola) była także Unia Pracy, posiadająca w tzw. "niższej izbie" Zgromadzenia Narodowego 41 miejsc. Razem było to 303 (albo nawet 344) mandaty. Tak czy owak, była to większość wystarczająca do uchwalania zwykłych ustaw. SLD/UP i PSL-SP łącznie miały 65,87% czyli niemal dwie trzecie izby – potrzebne dla odrzucania sprzeciwów Senatu albo Prezydenta (przynajmniej dopóty, dopóki nie został nim tow. Kwaśniewski). Czyżby jednak próbowano "odkręcić" którąkolwiek z ustaw, nadających z dniem 1 stycznia 1990 roku bieg prawny tzw. "programowi dostosowawczemu" min. Balcerowicza? Jak wiemy, nie próbowano: czerwono-zielona koalicja PZPR + ZSL, tj. SLD/UP + PSL-SP nie wykonała odwrotu od "PRLowskiego planu Balcerowicza" (jak pod koniec października 1995 r. nazwał go na łamach "Głosu" red. Paweł Wyszkowski) właśnie dlatego, że jest wierna swojemu własnemu, PRLowskiemu rodowodowi.

Czemużby więc nie powtórzyć tak wspaniałego pomysłu? Zwłaszcza, że rząd prof. Buzka istniejący od 1997 r. miał w swoim gronie RÓWNIEŻ przynajmniej trzech ludzi z pełnymi zasług stażami członkowskimi w PZPR; tzw. "drugi plan EX-TOW. Leszka Balcerowicza" i wiekopomne dokonania dyplomatyczne EX-TOW. Bronisława Geremka, tudzież inwencja byłego działacza PZPR w Szczecinie, EX-TOW. Longina Komołowskiego, sprawiły, że przed wyborami w 2001 roku obyło się nawet bez haseł "komuno, wróć!" albo "tak dalej być nie musi!". A potem nawet Czerwoni pokazali, że jak trzeba, to obejdą się bez Zielonych!

Zgodnie z retoryką Generała, usilnie stosowaną w propagandzie stanu wojennego (że nie ma powrotu ani do czasów sprzed Sierpnia 1980 r., ani sprzed Grudnia 1981 r.), uznali, że powrotu do okresu sprzed stycznia 1990 r. też nie będzie. I nie ma do tej pory! Nie wykonano odwrotu w kadencji 1993-1997 i nie wykonano go także w kadencji 2001-2005, bowiem wszystkie kolejne ekipy rządowe – czy to "posierpniowe", czy "poPRLowskie", to nieistotne! – całą politykę gospodarczą podporządkowały jednemu celowi, jakim jest włączenie Polski do EWG, w międzyczasie przemianowanej na Unię Europejską. Właśnie ta poPRLowska koalicja zawarła umowy o tzw. "dostosowaniu" Polski do wymagań Unii Europejskiej. Na tym polega ich obłuda, jednak nie na tym się kończy.

Powtórka z rozrywki po 8 latach

To za rządu tow. Włodzimierza Cimoszewicza (luty 1997 r.) uchwalono ustawę o kasach chorych, którą potem SLD zwalczał udając, jakoby to zwalczanie też należało do "sprzątania po rządzie Jerzego Buzka". Właśnie ta poPRLowska koalicja uchwaliła możliwość eksmitowania lokatorów "na bruk", co "wrażliwym społecznie" politykom tej szemranej "lewicy" dało asumpt do ubolewania (podczas kadencji z UW, AWS i prof. Jerzym Buzkiem u władzy) nad tym, jak to niewrażliwi są politycy "prawicowi"...

To minister spraw wewnętrznych i administracji tow. Leszek Miller przygotował projekt nowego podziału administracyjnego Polski, obejmujący przywrócenie powiatów i zmniejszenie liczby województw do 12 (a nawet, wariantywnie, 10 lub 8), a potem SLD będąc znowu w opozycji, histerycznie zwalczał szczególnie właśnie tę liczbę województw. Tow. pos. (i płk.) Grzegorz Gruszka przeciągle, niemal frenetycznie wył na wiecu jeszcze zimą 1997/1998 na bydgoskim rynku: "nigdy dwanaście, tylko siedemnaście!". Skoro nie ma być PRLowski wariant z 49 województwami (jak wolało PSL-SP), to ma być PRLowski wariant z 17 województwami (jak wtedy wolał SLD), i basta! Byleby ludzie PRL wyszli na "cacy", a ludzie Sierpnia na "be"! Zdaniem takich polityków (a także – zwykłych obywateli, podtrzymujących ten pogląd) widocznie historia Polski zaczęła się w 1945 roku. A nawet o 7 lat później – i tu nie chodzi tylko o nazwę PRL (od 22 lipca 1952 r.), ale także o liczbę województw; to w lipcu 1952 r. ustanowiono kilka dodatkowych, m. in. tak bliskie sercu obecnego tow. prezydenta woj. koszalińskie, które nieutuleni w żalu sympatycy chcą koniecznie teraz przywrócić pod szyldem wymyślonego (na zasadzie królika z cylindra) tzw. "Pomorza Środkowego"...

Takich "świń", podłożonych spodziewanej w 1997 r. koalicji "posierpniowej", było więcej. Wymieńmy już tylko na przykład – budżet przygotowany przez tow. Marka Belkę (jako ministra finansów w rządzie tow. Wł. Cimoszewicza); budżet został przedstawiony w Sejmie przez ex-tow. min. Leszka Balcerowicza – i tu widać jeden z przejawów ciągłości w polityce gospodarczej!

Tak więc przekazanie władzy rządowej "solidaruchom" w 1997 r. i odzyskanie jej w 2001 r. było powtórzeniem manewru z lat 1989/1993. Niepopularne decyzje, jak drenowanie budżetów rodzinnych za "pierwszego Balcerowicza" (rządy Mazowieckiego i Bieleckiego) i budżetu państwowego za "drugiego Balcerowicza" (większość kadencji rządu Buzka) trzeba powierzyć do przeprowadzenia tym, którzy mają opinię "katolików" i ludzi "Solidarności" (nawet, jeśli to opinia sztucznie lub na wyrost urobiona!), a potem można triumfalnie trąbić o zwalczaniu bezrobocia (1993 r.) i zatykaniu tzw. "dziury budżetowej" (2001 r.). Inne elementy rzeczywistości pozostawia się nie zmienione, zmienia się tylko ich szyldy, np. przemianowując podatek mający hamować wzrost płac: z PFAZ na PPWW.

Wymowny finisz poPRLowców

Wydarzenia ostatnich miesięcy a nawet tygodni same w sobie stanowią interesujący komentarz do opisanych powyżej wydarzeń z minionych lat osławionej "transformacji ustrojowej" w Polsce.

Premier Leszek Miller, który pod koniec kadencji rządu Jerzego Buzka apelował o jego podanie się do dymisji i o rozpisanie przedterminowych wyborów, przybrał pozę mentora: nie po tym poznaje się mężczyznę, jak zaczyna, lecz po tym, jak kończy – że niby to prof. Buzek i jego ekipa tak kurczowo trzymała się "stołków" ministerialnych. Kiedy jednak jego samego stosunkowo niedawno indagowano na temat ew. złożenia dymisji, odrzucił to niemal z oburzeniem, tłumacząc, że jego ekipa musi wytrwać do końca, bo tyle ma jeszcze do zrobienia.

Przed objęciem władzy, a także przez wiele następnych miesięcy, premier Leszek Miller wielokrotnie wbijał nam do głów potrzebę "sprzątania po rządzie Buzka". Wielkość dziury budżetowej, ujawniona przez min. Bauca, a także wyniki sondaży popularności polityków z owego rządu miały być czymś tak haniebnym, że jakoby wyjaśniały wszystko – całe odbierające mowę moralne oburzenie wyborców, rozczarowanych do Buzka i upatrujących swojego nowego wyraziciela w tow. Millerze.

Jednak jak bumerang, chociaż nieoczekiwanie, powróciła także sprawa zaopatrzenia w gaz ziemny. Tow. Miller, który z taką pewnością siebie krytykował umowę zawarta z Norwegami przez rząd Buzka na krótko przed końcem jego (tego rządu) kadencji, który zapowiadał jej zerwanie i słowa dotrzymał, także w tej sprawie, a nie tylko w sprawie tego, jak powinien zachowywać się prawdziwy mężczyzna, zapomniał, co mówił w 2001 roku. Nagle okazało się, że Rosja jest "nieobliczalnym" partnerem, że to jest niedopuszczalne, że trzeba nagle wrócić do problemu "dywersyfikacji" zaopatrzenia w gaz, a nawet – do kontaktów polsko-norweskich. Już nie mówi o kupowaniu rosyjskiego gazu z Niemiec (rurociąg Bernau – Szczecin). Raczej o kupowaniu norweskiego gazu od zachodnioeuropejskich krajów członkowskich UE. Argument o tym, że gaz norweski byłby droższy, jakoś dziwnie zniknął, chociaż kupowanie od pośrednika (czy to gazu z Półwyspu Jamalskiego, czy to – z Morza Północnego) i tak byłoby droższe niż wprost od producenta.

Wobec grozy sytuacji bledną rozczarowania, spowodowane tym, jak to eseldowcy poprawili własny błąd (ustanowienie kas chorych w lutym 1997 roku) w taki sposób, że teraz irytacja zarówno pacjentów, jak też pracowników służby zdrowia, jest jeszcze większa, niż była.

Można nie dziwić się, że ekipa tow. Leszka Millera przemilcza swoje przywiązanie do idei współpracy ze wschodnimi sąsiadami. Wszak to tow. prez. Aleksander Łukaszenka w imię tej samej koncepcji, popieranej przez licznych Białorusinów, chciał poprawić choć trochę poziom życia w "Republice Białoruś", a mimo to spotkał go taki afront! Rosja owszem, chce wchłonąć Białoruś, ale na SWOICH warunkach, a nie na białoruskich – choćby je formułował człowiek aż tak promoskiewsko nastawiony jak tow. Łukaszenka. W tej sytuacji nawet takiemu sprawdzonemu aparatczykowi, jak tow. Miller, nie było widocznie zręcznie udawać, że zakręcenie kurka gazowego przez Rosję to nic ważnego. Nawiasem pisząc: Białoruś ma podobno zapasy gazu na jedną dekadę, a Polska na dwie lub trzy, więc gdyby Rosjanie postanowili wstrzymywać dłużej dopływ jamalskiego gazu na zachód, to poważne dolegliwości w Polsce dałyby się odczuć niewiele później niż na Białorusi. Zaiste: "jak nie Unia, to Białoruś", ale jak Unia to... też Białoruś! Toteż uspokajające wypowiedzi pewnych innych osób publicznych w Polsce nie są wiele warte. Nawet obietnice rosyjskich polityków i "biznesmenów", że więcej nie powtórzą takiego "numeru", trudno traktować serio.

W powieści Larry'ego Bonda pt. "Kocioł" (której akcja toczy się w końcowych latach 1990-tych wieku XX – powieść pochodzi z roku 1993), zaliczającej się do tzw. "political fiction", jest mowa o UE nazywającej się „Konfederacją Europejską”. Jej rozszerzenie na Wschód dotyczy tam tylko krajów, które w realnym świecie zaliczają się do tzw. Czworokąta Wyszehradzkiego. Kanclerzem Niemiec jest człowiek, którego nazwisko jest bardzo podobne do nazwiska obecnego kanclerza w prawdziwych Niemczech: "Schraeder", jednak motorem ekspansji jest w tej powieściowej wizji Francja, nie zaś Niemcy. Motywem biurokratów francuskich i niemieckich jest chęć przerzucenia na nowych członków Konfederacji wzrastających kosztów socjalnych zachodnioeuropejskiego socjalizmu – głównie chodzi o bezrobocie, zwłaszcza pośród robotników pochodzących spoza Europy. W krajach Czworokąta nie doszły jednak do władzy ekipy, prowadzące długofalową politykę starań o przyjęcie do KE – dlatego władcy Konfederacji posuwają się do szantażu. Ze strony Niemiec i Francji jest to w ostatecznym rozrachunku agresja zbrojna, zaś wciągnięta (na pewien czas) do spisku Rosja stosuje wobec Polski właśnie szantaż ekonomiczny: zakręcenie kurka gazowego...

Czy polscy wyborcy wreszcie na masową skalę zrozumieją nauczki, które niebacznie sprawili sobie sami wcześniej, głosując NA PRZEKÓR: na "solidaruchów", gdy byli zniechęceni do "komuchów" i – odwrotnie? Ordynacja wyborcza, która nie jest większościowa (nazywa się "proporcjonalną", a jest czymś jeszcze innym, bardzo zawiłym), nie sprzyjała w żadnym ze swych kolejnych wariantów gruntownej wymianie elit. Przeciwnie – służyła konserwowaniu „porozumienia ponad podziałami”, stanowiącego istotę komitywy zawartej przy okrągłym stole (a naprawdę – jeszcze wcześniej). Jednak dostatecznie wielki poziom rozczarowania, irytacji i zniechęcenia do "elit", nawet pod rządem bardzo ułomnej ordynacji wyborczej, może spowodować to, że całość pookrągłostołowej elity zostanie po wyborach parlamentarnych i prezydenckich zmieciona z polskiej sceny politycznej! Rządy Pawlaka, Oleksego i Buzka działały w warunkach "kohabitacji": koalicja rządowa reprezentowała obóz (jakoby! – niekoniecznie naprawdę...) konkurencyjny wobec tego, z którego wywodził się prezydent. Rząd Millera nie odznacza się tą przypadłością – jest czysto poPRLowski, jak czysto "posierpniowymi" były rządy Mazowieckiego, Bieleckiego, Olszewskiego i Suchockiej. Mamy więc (jako wyborcy) już komplet możliwych doświadczeń i pora wreszcie na wnioski.

Przypisy:

1/ Por.: Edmund Krasowki, Ruble za dolary. Jeszcze jeden obieg waluty, na którym traci państwo, Spotkania z 19 czerwca 1991 r., str. 26; pogrubienia moje – A.K.

2/ Tomasz Sakiewicz, Żarłoczny BGŻ, Gazeta Polska nr 28 (52) z 14 lipca 1994 r., na str. 3; o następnej dotacji z budżetu dla BGŻ tenże autor napisał na str. 8 numeru 21(462) tegoż tygodnika datowanego 22 maja 2002 roku.

3/ Por.: Gospodarka bez gospodarza. Z ekonomistą dr Aleksandrem Jędraszczykiem rozmawia Stanisław Sauć, tygodnik TAK nr 8(13) z 3 kwietnia 1992 r., str. 3; wyróżnienie moje – A.K.

4/ Por.: Jan Maria Jackowski, Bitwa o Polskę, Inicjatywa Wydawnicza «Ad astra», Warszawa 1992, str. 40.

5/ W artykule pt. "Dziura w budżecie".

6/ Jan Winiecki, Mit »straconych« rynków wschodnich, Najwyższy Czas! nr 28 z 9 lipca 1994 r.

7/ Arpad Kowalski, Mit wielkiego rynku, Najwyższy Czas! nr 4(303) z 27 stycznia 1996 r.

8/ Elżbieta Isakiewicz, Afery, UOP, mafia, Wydawnictwo Antyk, Komorów 1993, str. 53-54; wyróżnienia moje – A.K.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: