ARTYSTA, CZYLI CZŁOWIEK III KATEGORII

W Polsce istnieje w majestacie prawa całkiem niemała szara strefa. I nikomu nie zależy, żeby ją zlikwidować. Wprost przeciwnie – rządzący – bez względu na przynależność partyjną - robią wszystko aby istniała ona jak najdłużej.

Karol (imię zostało zmienione) jest muzykiem. Latem gra w ogródkach piwnych, zimą – czasem w pubach. Trochę nagrywa. Rocznie zarabia „na czysto” około 12 000 zł (od takiej kwoty płaci podatek). Nie opłaca składek ZUS od ponad 10 lat.

– Z czego? – zadaje retoryczne pytanie.

„Siwy” (nie chce podać nawet imienia) od pół wieku sprzedaje swoje rzeźby na warszawskiej Starówce. Do 1989 r. płacił jakieś grosze na ubezpieczenie społeczne przez swój związek. Zarabia, jak sam mówi – w sezonie to nawet 2000 zł miesięcznie. Poza sezonem – sam nie wie ile.

– W marcu sprzedałem tylko jedną figurkę za 500 zł. Nie płaci składek ZUS od 12 lat. Na lekarzy nie wydaje ani grosza. Gdy go boli ząb, usuwa go!

– Tak jest najtaniej – tłumaczy z zażenowaniem.

Współautor książki, uznanej w 2000 r. za najlepszą w swojej kategorii, która na niektórych uczelniach stanowi pomoc dydaktyczną, otrzymał za roczną pracę nad nią 6000 zł. Gdyby opłacał w tym czasie ZUS, musiałby „dołożyć do interesu” ponad 1200 zł.

Obowiązujące w Polsce przepisy powodują, że osoby wykonujące tzw. wolny zawód bez względu na wielkość dochodów muszą płacić składki ZUS w takiej samej wysokości, jak wielokrotnie lepiej od nich zarabiający właściciele prywatnych firm. Dziś jest to ponad 600 zł miesięcznie. Powstaje swoiste kuriozum: pracownik – przedstawiciel wolnego zawodu, wykonujący pracę na zlecenie prywatnego przedsiębiorcy (np. wydawcy albo organizatora trasy koncertowej) zapłaci dokładnie takie same składki jak znacznie lepiej od niego zarabiający właściciel zatrudniającej go firmy. Wysokość wymuszonych prawem składek nieraz przewyższa dochody potencjalnego ubezpieczonego – dlatego bardzo wielu pisarzy, kompozytorów i muzyków (są wśród nich osoby o znanych nazwiskach) działa półlegalnie, płacąc tylko podatki, nie rejestrując się jednak jako wykonawcy wolnych zawodów. Aby przeżyć, pozbawia się prawa do bezpłatnej opieki lekarskiej i do emerytury. Ludzie ci zarabiają jednak zbyt dużo, aby móc korzystać z przywileju bycia bezrobotnymi.

Najgorzej mają artyści, którzy albo zarejestrowali działalność gospodarczą, albo zostali uznani przez Ministerstwo Kultury za twórcę lub artystę. Ci muszą co miesiąc przeznaczyć na ZUS ponad 600 zł, nawet, jeśli nie mają dochodu! Jeżeli nie zapłacą w terminie – oprócz odsetek karnych grozi im wysoka grzywna lub nawet trafią na kilka miesięcy za kraty!

Uzdolnieni artystycznie mają jednak dwa wyjścia ze swojej trudnej sytuacji. Mądrzejsi choć mniej uczciwi rejestrują się u zaprzyjaźnionego rzemieślnika na 1/8 etatu albo na tzw. umowę zlecenie, np. jako konsultanci, z obowiązkiem świadczenia pracy raz na tydzień przez kilka godzin i z pensją rzędu 200 zł. Płacą wówczas ZUS-owi tylko 100 zł miesięcznie. Mają za to wszystkie prawa, łącznie z prawem do emerytury w najniższym wymiarze! Dla mniej zapobiegliwych Kasy Chorych stworzyły możliwość opłacania kilkusetzłotowej składki na ubezpieczenie zdrowotne (bez składki emerytalnej). Jednak nie korzystający z ubezpieczenia przez dłuższy okres musieli uiścić „wpisowe” w wysokości kilku tysięcy złotych. Dla większości z nich stanowiło to barierę nie do przebycia. Problem sam się rozwiązał - Kasy Chorych zostały zlikwidowane!

Na własne życzenie państwo polski traci każdego roku co najmniej kilkanaście milionów złotych, a ludzie nabierają przekonania, że aby żyć trzeba oszukiwać. Pobieżna ocena artystycznego rynku warszawskiego wskazuje, że składek ZUS nie płaci ok. 60% twórców. W małych miejscowościach, gdzie zarobki artystów są niższe, odsetek ten jest o wiele większy. Wszyscy ci ludzie wcześniej czy później trafią po zapomogi do Ośrodków Pomocy Społecznej – za niefrasobliwość ustawodawców zapłaci więc ogół podatników.

W sprawie składek na ubezpieczenie socjalne ludzi pracy twórczej Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się 5.04.2001 r. do Ministra Pracy i Polityki Socjalnej. Uzyskał odpowiedź negatywną – składki ZUS pozostaną więc takie same – czyli nadal ogromna rzesza artystów będzie obywatelami III kategorii.

Gdyby jednak tyko ZUS był wrogo nastawiony do polskiej Kultury... Ostatnio minister Kołodko różnymi sposobami usiłuje dobrać się do pustawych kieszeni artystów. Jego ostatnim „pomysłem” jest zmniejszenie tzw. zryczałtowanych kosztów uzyskania przychodu z 50 do 20 procent. Świadczy to albo o nieznajomości realiów świata artystycznego przez ministra finansów, o co nie śmiem go posądzać, albo o zwykłym cynizmie. Jak można inaczej niż cynizmem nazwać odbieranie artystom przywileju ryczałtowego odliczania od podstawy podatku wydatków ponoszonych na narzędzia pracy??? Malarz MUSI kupić pędzel, płótno, farby, sztalugi... Muzyk, aby grać – musi sam sobie kupić instrument – zatrudniająca go firma mu tego nie da. Skrzypce czy gitara to nie młotek i mesel – o czym polski minister powinien wiedzieć. Instrument „musi” pasować do ręki wirtuoza, musi mieć odpowiadające mu brzmienie... Artysta MUSI za własne pieniądze kupić swoje ubranie robocze – kostium sceniczny, garnitur, frak czy smoking. Musi za własne pieniądze nabyć kosmetyki do makijażu... Musi wiele rzeczy – na które często wydaje znacznie więcej niż może odpisać od podatku. Obniżenie więc tej i tak niskiej stawki kosztów uzyskania przychodu w praktyce pozbawi artystów realnych dochodów. Mogą oni co prawda podjąć działalność gospodarczą i odliczać rzeczywiste koszty uzyskania przychodu, ale wówczas będą musieli płacić składki ZUS, na co go nie stać. Koło się więc zamyka.

Komu potrzebni są artyści? Przecież ci ludzie mogą kopać rowy albo robić tysiące innych pożyteczniejszych rzeczy, np. pobierać zasiłek dla bezrobotnych.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: