TOWARZYSTWO W UBEZPIECZENIACH

Firma ubezpieczeniowa Polisa miała zapewnić przetrwanie aparatczykom odsuniętym od władzy. Później okazała się dla nich niezłym źródłem zarobku. Kiedy stała się niewygodna – przestała istnieć. Po drodze pochłonęła mnóstwo państwowych pieniędzy.

Historia powstania spółki Polisa sięga jeszcze czasów późnego PRL-u. Komunizm chylił się ku upadkowi. Prominentni działacze partyjni szukali sposobów na przetrwanie w spodziewanej nowej rzeczywistości. Jak grzyby po deszczu powstawały małe i duże spółki nomenklaturowe. Tworzyła się „elita” przyszłego biznesu.

Od połowy lat osiemdziesiątych kwitnąć zaczęły tzw. przedsiębiorstwa handlowo – usługowe (PHU). Powstał Elektromis, Art – B, Transakcja itp. Zazwyczaj nikt nie wiedział kto te firmy zakłada, w jakim celu i za czyje pieniądze. Dziś wiemy, że spora część z nich powstała dzięki gigantycznym funduszom zgromadzonym przez PZPR.

Partia pod koniec lat osiemdziesiątych dążyła bowiem do zachowania pieniędzy zagrabionych państwu. Zastosowano mechanizm, który później masowo wykorzystywały organizacje mafijne do zalegalizowania ukradzionych bogactw. Duże sumy pieniędzy przekuwano w legalnie działające firmy: hurtownie, restauracje, przedsiębiorstwa usługowe, hotele, agencje ochrony.

W listopadzie 1988 r. ówczesny minister finansów w rządzie Mieczysława Rakowskiego, Andrzej Wróblewski wydał zezwolenie na prowadzenie działalności ubezpieczeniowej Towarzystwu Ubezpieczeniowo – Reasekuracyjnemu Polisa SA. Operacja założenia spółki była prosta. Parę większych instytucji oraz kilkadziesiąt osób prywatnych złożyło się na kapitał założycielski. Należeli do nich prominentni działacze partyjni, a wśród nich sam minister Wróblewski.

Do największych inwestorów Polisy zaliczała się spółka Transakcja, patronująca wielu inwestycjom podjętym przez ludzi związanych z PZPR. Na koniec lat 80 – tych przypadał okres największej aktywności inwestycyjnej Transakcji. Jej założycielami byli członkowie partii, a znaczną część kapitału sfinansował ogromny w owych czasach koncern RSW Prasa – Książka – Ruch, ówczesny monopolista na rynku wydawnictw prasowych. Drugim wspólnikiem była kuźnia partyjnych kadr czyli Akademia Nauk Społecznych przy KC PZPR. W radzie nadzorczej Transakcji zasiadali m.in. Marek Siwiec (dziś minister w Kancelarii Prezydenta, szef BBN), Jerzy Szmajdziński (dziś szef MON, poseł SLD) i Wiesław Huszcza, późniejszy skarbnik SdRP. Ze spółką powiązany był Leszek Miller, który przez pewien czas także był w radzie nadzorczej. Transakcja była więc dla „towarzystwa”, czyli lewicowych prominentów rodzajem funduszu powierniczego.

W pierwszych latach działalności Polisy głównym inwestorem stał się Bank Inicjatyw Gospodarczych (BIG). Firma założona podobnie jak Polisa przez Transakcję. W gronie jej twórców znaleźli także: Dariusz Przywieczerski – dyrektor Universalu, zamieszany w gigantyczną aferę finansową, a obecnie należący do grona współwydawców dziennika „Trybuna”, Andrzej Cichy – dyrektor Generalny Poczty Polskiej Telegraf i Telefon, Stanisław Tołwiński – prezes spółki Interster oraz Fundacja Rozwoju Żeglarstwa – prawdziwa przechowalnia dla komunistów. Do jej założycieli zaliczają się: Mieczysław Rakowski, Aleksander Kwaśniewski i Bogusław Kott. Ten ostatni został szefem BIG-u.

W pierwszych latach działalności Bank Inicjatyw Gospodarczych otrzymał zastrzyk finansowy od FOZZ-u. Jak podaje „Rzeczpospolita” wynosił on 100 mld starych złotych, czyli bagatela 10 mln nowych złotych, nie licząc inflacji. Pomoc ta umożliwiła zresztą później BIG-owi przejęcie Banku Gdańskiego od jego założycieli braci Jedamskich oraz wyrzucenie ich ze spółki.

Polisa prowadziła przede wszystkim działalność na polu nierentownych ubezpieczeń komunikacyjnych i rolniczych. Choć przynosiły on milionowe straty, pozwalały jednak na pozyskiwanie znacznych wpływów z tytułu składek. W owym czasie przepisy o działalności ubezpieczeniowej nie były tak zaostrzone jak obecnie, nadzór sprawował minister finansów (dziś zajmuje się tym osobna Komisja Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych), co pozwalało na prowadzenie działalności w sposób ryzykowny, szczególnie z punktu widzenia bezpieczeństwa środków powierzonych przez klientów. Umożliwiał jednak korzystanie z majątku firmy osobom z kierownictwa oraz ludziom z nimi powiązanym.

W 1995 r. doszło do spektakularnego przekrętu z udziałem ministrów współpracy gospodarczej z zagranicą w rządach Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza: Lesława Podkańskiego oraz kontynuującego jego dokonania Jacka Buchacza. Ministrowie powołali do życia spółki, do których wnieśli majątek skarbu państwa o wartości blisko 1 mld zł. Dzięki operacjom finansowym skarb państwa utracił kontrolę nad tymi pieniędzmi. Skorzystała m.in. Polisa

Zaczęło się od powołania Agencji Rozwoju Gospodarczego, przekształconej później w Polski Fundusz Gwarancyjny. Minister Podkański przekazał jej akcje państwowych spółek warte 450 mln zł. Agencja otrzymała m.in. akcje Agrosu, Animeksu, BRE, Elektrimu i Universalu. Jednym z pomysłodawców utworzenia ARG miał być Piotr Bykowski, współpracownik m.in. Waldemara Pawlaka. Dziś postrzegany jako tajemniczy biznesmen posiadający wpływy wśród prominentnych polityków lewicy, podejrzewany o nielegalne interesy.

Jeszcze w grudniu 1996 r. rząd zobowiązał ministra Jacka Buchacza do rozwiązania Polskiego Funduszu Gwarancyjnego. Skarb państwa miał dzięki temu odzyskać 200 mln zł. Nie odzyskał ich do dzisiaj. Głównie dlatego, że w lipcu 1996 r. tak skomplikowano system przepływu kapitału pomiędzy spółkami powiązanymi z PFG, iż państwo straciło kontrolę nad tą częścią własnego majątku. Gdy ARG przekształcono w PFG, powołano kolejne podmioty: Międzynarodową Korporację Gwarancyjną (na początku 1996 r. przekształconą w Polską Korporację Eksportową) oraz dwa Fundusze Poręczeń Inwestycyjno-Eksportowych (FPIE). Udziałowcami obu korporacji - utworzonych na prawie spółdzielczym - zostały PFG, należący do grupy Piotra Bykowskiego Bank Staropolski oraz Polisa.

Ta ostatnia mogła liczyć na wsparcie także innych instytucji państwowych. Z hojności, ale i z katastrofalnego gospodarowania publicznymi środkami słynął i do dziś słynie Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Angażował się w prywatne przedsięwzięcia, których efektem były gigantyczne straty. W ciągu dwóch kolejnych lat fundusz na zakupie akcji Polisy stracił 4,8 mln zł (płacił po 8 zł za akcje, które po siedmiu miesiącach były warte zaledwie 3 gr), a 4,5 mln zł wierzytelności uległo przedawnieniu. Polisa była już wówczas notowana na giełdzie papierów wartościowych.

Ponadto jej udziałowcami były także instytucje takie jak: Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Głównym akcjonariuszem była Spółdzielcza Korporacja "Spólnota Pracy", utworzona na bazie rozwiązanego Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy.

Interesujące były również powiązania ze spółką kluczowych polityków lewicy: Józefa Oleksego i Aleksandra Kwaśniewskiego, który zresztą w okresie kampanii prezydenckiej większość faktów z tym związanych zataił.

Zaczęło się od artykułu "Czerwona pajęczyna" opublikowanego przez "Życie Warszawy", kierowane wówczas przez Tomasza Wołka. Ujawniono, że żona premiera Józefa Oleksego i małżonka lidera SLD, kandydata na prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, są akcjonariuszkami Polisy. "Życie Warszawy" wymieniło wśród indywidualnych akcjonariuszy peerelowskich prominentów m. in.: Manfreda Gorywodę - członka KC PZPR, Zdzisława Sadowskiego - wicepremiera w rządzie Messnera, Andrzeja Wróblewskiego - ministra finansów w rządzie Rakowskiego, Waldemara Krajewskiego - I sekretarza PZPR w Radiokomitecie. Akcjonariusze wymieniani przez "ŻW" to także: Ireneusz Nawrocki - ówczesny prezes zarządu IX Narodowego Funduszu Inwestycyjnego, prezes Rady Nadzorczej "Polska Miedź" SA, a także członek Rady Nadzorczej Pekao Trading Corporation Polska sp. z o.o., a później prezes PZU Życie, namaszczony przez Wiesława Kaczmarka.

Kwaśniewska była właścicielką akcji Polisy stanowiących równowartość 1,6 mld starych złotych, czyli 160 tys. nowych nie licząc inflacji. Maria Oleksy miała natomiast udziały wartości aż 2,6 mld stary złotych, czyli w nowych – 260 tys. zł plus inflacja. Ponadto pracowała w Polisie jako doradca zarządu.

Powiązania te stały się niewygodne dla ludzi SLD, związanych z tzw. towarzystwem, czyli elitą byłych aparatczyków. Coraz częściej podnoszono kwestię przejrzystości majątku i potrzeby ujawniania oświadczeń majątkowych polityków, zwłaszcza lewicy. W 1999 r. postanowiono zlikwidować Spółkę. Oczywiście należało to przeprowadzić rynkowymi metodami, dlatego Polisa upadła w wyniku braku dostatecznych kapitałów. Wcześniej najważniejsi udziałowcy wycofali się z niej sprzedając udziały na giełdzie.

W lutym 2000 r. sąd ogłosił upadłość towarzystwa. Problem finansowego zaplecza polityków przestał istnieć. Niewłaściwe zarządzanie odbiło się niewielką czkawką menedżerom Polisy. Prokuratura postawiła pięciu członkom zarządu w tym prezesowi Stanisławowi Gutkowi zarzuty z artykułu 296 par.3 kodeksu karnego. Określa on odpowiedzialność karną osoby zajmującej kierownicze stanowisko w przedsiębiorstwie, której działalność wyrządziła mu szkodę majątkową. Sprawy nie wyjaśniono jednak do dziś.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: