RELATYWISTYCZNY BEŁKOT SOROSA

Rzeczpospolita z 28 stycznia w „Opiniach” zamieściła tekst Georgea Sorosa (liberalnego filantropa amerykańskiego i zdecydowanego przeciwnika prezydenta USA Georgea W. Busha). Soros prezentuje swą krytykę wobec nowej doktryny polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych przedstawionej podczas przemowy prezydenta, inaugurującej jego drugą kadencję.

Tekst Sorosa jest niczym innym jak tylko ujawnieniem zasadniczego sporu ideologicznego, który toczy się od pokoleń pomiędzy powiedzmy „konserwatystami i liberałami”. Polega on zasadniczo na przekonaniu tych pierwszych, że istnieją prawdy obiektywne oraz możliwość odróżnienia dobra od zła i na twierdzeniu tych drugich, że żadne z przekonań nie zasługuje na szczególne miejsce i wiele poglądów może być równie uprawnionych. Silne przekonanie o naszej racji może nas zaślepiać i prowadzić do makabrycznych rezultatów. Lepiej więc zatem relatywizować pojęcie dobra i zła.

Oczywiście, relatywizm i dystans do samego siebie są niesłychanie potrzebne i godne pielęgnacji. Czy jednak możemy uczynić z nich naczelną zasadę naszego życia i polityki państwa? Czy nie prowadzi to do paraliżu życia społecznego i politycznego całych krajów? Czy nie odbiera to możliwości „nazywania rzeczy po imieniu” i trzeźwej oceny rzeczywistości? Nawet największy relatywista musi mieć przecież jakieś prawdy niepodważalne aby móc funkcjonować. Czy odrzucenie tego oczywistego faktu nie doprowadziło już sporej części państw zachodnioeuropejskich do kryzysu społecznego (np. problemy z integracją mniejszości muzułmańskiej), politycznego (np. impotencja Europy w kwestii reakcji na ludobójstwo w Kosowie) i cywilizacyjnego (np. kryzys tożsamości europejskiej i negacja chrześcijańskiej bazy naszej cywilizacji)?

W swym tekscie Soros przyznaje, że ostatnie deklaracje Busha są zgodne z jego oczekiwaniami. Zauważa z zadowoleniem, że „...Bush składa ukłon w stronę dyplomacji. Przyznaje też, że nie można z zewnątrz wymuszać wolności na jakimś narodzie. W tym przemówieniu jest także akceptacja różnorodności” pisze. I tu zgoda się kończy. A krytyka Sorosa sprowadza się naprawdę nie do koncepcji polityki zagranicznej Busha (czyli do tego o czym teoretycznie ma traktować ten tekst), ale do jego przekonań i wiary zasady niepodważalne. Soros będzie po prostu krytykował wszystko co Bush powie czy zrobi. Dalej czytamy: „Zgadzam się z tymi celami: żeby je osiągnąć, poświęciłem ostatnie piętnaście lat mego życia i przeznaczyłem na to kilka miliardów dolarów. A mimo to zdecydowanie nie zgadzam się z administracją Busha”. Zgadza się więc z poglądami Busha co do imponderabiliów (wolność i demokracja), ale nie zgadza się ze sposobem ich wdrażania w życie – tak z tekstu wynika. Jednak kilka zdań wcześniej zgadza się z Bushem właśnie w kwestii nie tylko celów jego polityki, ale także i sposobów jej realizacji mówiąc choćby z uznaniem o ukłonie w stronę dyplomacji. To zwyczajny bełkot i nieudana próba ukrycia niechęci do Busha wynikającej nie z tego co mówi i robi tylko z jego „filozofii życia”. Wydaje się, że Soros po prostu nie jest w stanie poprzeć Busha bez względu na to co ten ostatni by powiedział. To jest Bush, zatem nawet jak ma rację to udowodnię, że nie ma racji.

Soros stara się jednak wytłumaczyć dlaczego zgadzając się z Bushem nie zgadza się z nim. „Żeby wyjaśnić co jest błędne w nowej doktrynie Busha, muszę odwołać się do koncepcji społeczeństwa otwartego... Koncepcja społeczeństwa otwartego zasadza się bowiem na przekonaniu, że nikt nie jest w posiadaniu prawdy ostatecznej. Jeśli uważa się inaczej, może to prowadzić do represji. Mówiąc wprost – możemy nie mieć racji. Bush odrzuca akceptację takiej właśnie możliwości...”.

Ciekaw jestem jaka „prawda ostateczna” wydała się najbardziej niebezpieczną dla Sorosa w przemówieniu Busha? Czy Bush byłby wtedy idealnym prezydentem narodu będącego de facto w stanie wojny, gdyby nie miał jasnych celów i przekonań i nie wiedział co robić?

Krytyka Sorosa idzie dalej i nie odnosi się tak naprawdę do przemówienia inauguracyjnego, ale jest stałym elementem poglądów jego przeciwników (od miłośników Fidela Castro i Che do Rosji i państw muzułmańskich). A mianowicie: „Jeśli chcemy szerzyć wolność i demokrację, można to robić tylko za pomocą prawa międzynarodowego i instytucji międzynarodowych” pisze Soros. Znów niby zgadza się z Bushem co do celów, ale nie akceptuje sposobu ich realizacji. Co jednak proponuje w zamian? Zdanie się na opinię Rosji, Chin czy Francji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ? Oni z pewnością rozwiążą problemy uciskanych i prześladowanych na świecie. Na pewno też przejmą się losem Amerykanów po następnym dużym zamachu terrorystycznym w USA i podejmą niewątpliwie skuteczne rozmowy dyplomatyczne z terrorystami apelując do ich sumień i rozsądku.

Przyznać trzeba, że Soros dopuszcza możliwość interwencji USA w innym kraju lecz jak pisze „interwencja w wewnętrzne sprawy innych państw musi być uprawomocniona i odbywać się według jasno określonych reguł”. I tu dochodzimy do sedna i zasadniczej płytkości relatywistycznych poglądów Sorosa. Tu znów ujawnia się bełkot i sprzeczność. Jak można twierdzić, że nikt nie jest w posiadaniu prawdy ostatecznej by następnie mówić o „jasno określonych regułach”. Czyżby jednak takie reguły istniały, ale tylko Pan George Soros je znał? Niestety nie dowiadujemy się na czym polegają te „jasno określone reguły”. Wiadomo jedynie, że nie są to reguły Busha i jego administracji. Kto ma je wyznaczyć? Czy ma je przegłosować Rada Bezpieczeństwa ONZ? Jeśli odrzuca się możliwość dotarcia do prawdy odrzuca się możliwość działania. Wówczas pojawiają się prawdy „tymczasowe”. Wówczas cel uświęca środki. Wówczas pojawiają się sezonowi bogowie, którzy zawsze okazują się bardzo krwiożerczy. Czy na takie efemerydy warto było wydać kilka miliardów dolarów Panie Soros?

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: