NIEBEZPIECZNA ZMIANA

Upadek premiera Leszka Millera i powstanie rządu Marka Belki zamknęło pewien etap w polityce lewicowego obozu władzy. I nie chodzi mi tu o żadne tzw. afery czy inne przekręty. Od tej strony patrząc, nie spodziewam się zmian. Jednak istotne zmiany na pewno się szykują, a moim zdaniem, nawet już zachodzą.

Sądzę, że najważniejszą jest porażka tendencji proamerykańskiej. Koalicja Polski z USA w wojnie przeciw terroryzmowi, udział naszych żołnierzy w wyprawie wojskowej na Irak, zakup samolotów F16, to była kulminacja tej tendencji. Obejmowała ona wówczas rząd, prezydenta i większość opozycji. Jednak powszechna polityczna miłość do Waszyngtonu nie przyniosła III RP widocznych korzyści. Amerykanom zabrakło wyobraźni, żeby wspomóc nas – bezpośrednio lub przez Wielką Brytanię – w bojach o mocną pozycję w Unii Europejskiej. Poskąpili też pieniędzy na pobudzenie naszej gospodarki, choć mogli to spokojnie zrobić w ramach tzw. offsetu przy F16. Ba, nawet nie byli w stanie wykonać – nic ich przecież de facto nie kosztującego – gestu symbolicznego w postaci zniesienia wiz.

Odnoszę wrażenie, że Waszyngton tak się uwikłał w militarną próbę poskromienia terroryzmu, że nie ma czasu ani pomysłu na politykę globalną, w tym europejską. Szkoda, że rząd ani prezydent nie wystąpili z inicjatywami politycznymi, które pomogłyby Amerykanom w sensownym myśleniu o Europie i o Polsce. Wprawdzie stanie przy boku USA na pewno jest nadal polską racją stanu, jednak mamy przecież też rozliczne swoje interesy, niekoniecznie takie same, jak Amerykanie – i – co ważniejsze – ileś swoich spraw możemy załatwić tylko dzięki wsparciu tego mocarstwa. Było i jest grzechem niewykorzystywanie przez polskie władze tego, że Waszyngtonowi od paru lat bardzo zależy na umiędzynarodawianiu swoich przedsięwzięć.

Wierni i bierni

Bierność polskich władz w formułowaniu planów, propozycji politycznych wobec prezydenta Busha wypływa zapewne z dwóch przyczyn: braku suwerenności i z niechęci. Znacząca część lewicowego układu kierowniczego w państwie z Millerem, Oleksym i Kwaśniewskim na czele była niegdyś, jeszcze w czasach PRL-u, ale i później, ściśle związana z Moskwą i służbami specjalnymi ZSRR i Rosji. Jakie były dalsze losy tych ludzi i wielu innych działaczy SdRP i SLD w momencie, gdy III RP wstępując do NATO przeszła z rosyjskiej w amerykańską strefę wpływów, nie wiem. Z tego, co było widać gołym okiem, Leszek Miller stał się bardzo lojalnym współpracownikiem Amerykanów. Wystarczy tu przypomnieć jego rolę w utorowaniu drogi do Polski pułkownikowi Kuklińskiemu. Prawdopodobnie, gdyby nie ta wolta Millera, Jerzy Urban przymknąłby oczy na niejeden „przekręt” tego rządu. A tak ten miłośnik lewicy, stanu wojennego i generała Jaruzelskiego (ewidentnego przecież i do końca agenta sowieckiego), stał się głównym medialnym pogromcą rządu tejże lewicy, którego premier był funkcjonariuszem PRL-u.

Wobec Amerykanów Miller mógł być tylko wierny i bierny. Do czasu naszego wstąpienia do NATO i do UE, taka bierność grup rządzących w Polsce, była dla naszego kraju błogosławieństwem. Każdy przejaw suwerenności, a nie daj Bóg jakiś nowatorski pomysł polityczny, groził zatrzaśnięciem przed nami drzwi do instytucji zachodnich. Obecnie jednak, wierny i bierny, daje w efekcie – mierny dla interesu państwowego. Dalsza dominacja w polskiej polityce grup nie suwerennych można przynieść Polsce złe skutki.

Wczoraj Moskwa, dziś Paryż

Oczywiście, także politycy związani niegdyś z Moskwą, a dziś nie wiadomo z kim, również nie są suwerenni, przy czym zagrożenie dla interesu państwowego stanowią jeszcze większe niż potulni przyjaciele Waszyngtonu . Do tej grupy można zaliczyć część lewicy, która dziś staje się orędownikiem podporządkowania Polski Brukseli; główną postacią jest tu prezydent Kwaśniewski. Notabene, radykalny zwrot od „Nicea albo śmierć” Rokity przyjęte za swoje przez Millera do podpisania bez szemrania Traktatu Konstytucyjnego przez Belkę, najlepiej pokazuje istotę zmiany władzy w obozie lewicy. Zauważalne przez ostatnie miesiące ostrożne dystansowanie się przez Kwaśniewskiego od Busha ( np. „przejęzyczenie się” o wprowadzeniu przez Amerykanów Polski w błąd, jeśli chodzi o broń masowego rażenia Saddama Husajna), znalazło swoje europejskie potwierdzenie. Kwaśniewski najwyraźniej postawił na bezpośrednie dogadywanie się z Berlinem i Paryżem. Sugerowane przez premiera Belkę, jeszcze przed uzyskaniem wotum zaufania w Sejmie, jego ścisłe związki z Waszyngtonem mogą okazać się zwykłą zasłoną dymną.

Obóz władzy najwyraźniej zmienia orientację z proamerykańskiej na proeuropejską. Na pozór to logiczne postępowanie, gdy sami Amerykanie lekceważą dotychczasowe polskie karesy. Rzecz jednak w tym, że polityka Berlina i Paryża – a ona stanowi istotę tzw. orientacji proeuropejskiej – jest silnie sprzęgnięta z polityką Putina. Nie ulega już wątpliwości, że konsekwentnie realizowanym celem prezydenta Rosji jest odbudowa jej imperialnej pozycji. W skali globalnej będzie to bardzo trudne, w skali europejskiej o wiele łatwiejsze. Spoiwem przyjaźni moskiewsko-parysko-berlińskiej jest przecież niechęć do hegemonii USA. Kwaśniewski i jego obóz są albo bardzo naiwni, sądząc, że staną się atrakcyjniejsi od Putina dla Niemiec i Francji, albo – w istocie godzą się z dominacją rosyjską, tyle, że idącą via główne europejskie stolice. Zresztą, niezależnie od intencji, rezultatem będzie marginalizacja Polski. Chciałbym zobaczyć miny polskich polityków, gdy przekonają się komu przypadną pieniądze w europejskim budżecie na lata 2006-2013. Wtedy się okaże, kto miał rację: czy ci, którzy mówili, że w UE twardo trzeba walczyć o swoje, czy ci, którzy mówili – bądźmy grzeczni, to nas pogładzą po główce. Mogę się założyć, że grzeczni znowu obudzą się z ręką w nocniku.

Czy najbliższe wybory parlamentarne i ewentualna wygrana prawicy mogą zmienić tę sytuację?

Wątła, ale nadzieja

Na prawicy są w tej chwili trzy znaczące ugrupowania: Platforma Obywatelska, Liga Polskich Rodzin, Prawo i Sprawiedliwość. LPR od początku nie krył swoich sympatii prorosyjskich i antyeuropejskich. Silny związek tej partii z Radiem Maryja i ojcem Rydzykiem potwierdzał jej tradycyjny endecki pro-moskiewski kierunek. Jakiś czas temu Roman Giertych ogłosił zerwanie z taką orientacją. Na ile szczerze, a na ile taktycznie po tym, jak Polacy przegłosowali w referendum chęć należenia do Unii Europejskiej, trudno dziś stwierdzić. Osobiście byłbym ostrożny, ponieważ takie nawrócenia z dnia na dzień są, oczywiście, możliwe, ale wymagają potwierdzeń w praktyce politycznej. Na pewno jednak wobec Amerykanów, byłby LPR, gdyby nagle przybrał orientację proamerykańską, w podobnej sytuacji jak wcześniej Miller: wierny i bierny. Czyli bez pomysłu jak życiowo potrzebny III RP sojusz z USA przekształcić z fasadowego w formie i martwego w treści w żywy i korzystny dla naszego państwa. Nadzieja w PiS-ie i w PO (no, chyba, że tam nastąpiłaby reaktywacja Olechowskiego w miejsce Rokity).

Obie te partie różnią się pod wieloma względami. Mają inne podejście do zmian w Konstytucji (polskiej), do ordynacji wyborczej, do gospodarki, do rozwiązania problemów społecznych. Ale mają jedną cechę wspólną. Liderzy tych partii formułują wprost postulat utworzenia kierownictwa państwowego III RP, które będzie miało wolę, chęć i siłę do generalnej przebudowy polityki polskiej i polskiego państwa. Co do spraw wewnętrznych, czyje koncepcje będą miały większą siłę przebicia, zdecyduje wyborca, przydzielając więcej głosów albo PO albo PiS. Na szczęście, w sprawach zagranicznych te partie są zbliżone do siebie: kurs proamerykański, twardo w Brukseli, czujnie z Moskwą... Czy mają jednak pomysł, jak zachęcić Amerykanów, żeby chcieli odwzajemnić politycznie naszą miłość? I czy Amerykanie zrozumieją, że model polityki wasalnej właśnie się na naszych oczach wyczerpał?

Z politykami, którzy myślą w kategoriach własnego państwa trudniej się nieraz rozmawia. Jednak politycy suwerenni są na dłuższą metę lepszymi partnerami. Sojusz ma wtedy żywą treść, zaspokaja wiele ważnych interesów z obu stron i dlatego nie jest łatwo go odwrócić. No, ale to już zadanie dla nowego, prawicowego obozu władzy: przekonać Amerykanów, że byłoby lepiej, gdyby Polska odzyskała kurs proatlantycki. Bez pomocy Waszyngtonu jednak może się to okazać zadaniem w praktyce niewykonalnym. Choćby dlatego, że zbyt dużo obcych interesów jest zaangażowanych w politykę polską.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: