DO PIACHU

Czy plan Hausnera jest lepszy od przedterminowych wyborów? I czy szybka zmiana rządu oznaczałaby destabilizację państwa przed wejściem Polski do UE 1 maja? Pozytywnie na te pytania odpowiada wielu komentatorów i wielu polityków. Premier Miller, za przykładem Władysława Gomułki, pohukiwał podczas obrad rządu pod koniec lutego, że ze stanowiska ustąpić nie zamierza („władzy raz zdobytej, nie oddamy” deklarował niegdyś tow.Wiesław). Publicznie zaś, co i raz, powtarza buńczucznie: jak ktoś mówi o zmianie rządu, niech przestanie mówić, a zrobi to. Premier świetnie wie, że w obecnej sytuacji w parlamencie, SLD nie zaryzykuje zmiany gabinetu. Stąd wysnuwany jest wniosek, że kwestię wcześniejszych wyborów i sprawę zmiany rządu należy odłożyć na po 1 maja, gdyż wówczas będziemy już w UE z planem Hausnera pod pachą. Prezydent Kwaśniewski przesunął teraz tę granicę, aż do wyborów do Parlamentu Europejskiego 13 czerwca br. Tak ponoć będzie bezpieczniej dla naszego państwa. Czy rzeczywiście?

Słabości naszego państwa i naszej gospodarki są powszechnie znane i po wielokroć opisane. W tym sensie, nie budzą one sporów ani emocji. Za to środki naprawy, proponowana terapia, rozpalają dyskutantów, głównie polityków, do czerwoności. Nie wnikając w te polemiki, ograniczę się do jednej tylko uwagi: bez pieniędzy z Unii Europejskiej niewiele da się w Polsce zrobić. Aby jednak takie środki uzyskać, rząd musi radykalnie zmienić sposób myślenia i działania.

Myśli premier o niedzieli...

a to był już poniedziałek. Rzecz w tym, że rząd tak słaby jak obecny, z warunkowym wsparciem na kilka tygodni własnej partii i klubu parlamentarnego, z niemal zerowym poparciem społecznym, może co najwyżej rozbijać się limuzynami po kraju, zaszczycać swoją obecnością i robić mądre miny w telewizji. Rządzić już nie może. Im dłużej takiego rządu, tym więcej zmarnowanego czasu i pieniędzy podatników, nie mówiąc o niekorzystnej dla skarbu państwa sprzedaży części majątku publicznego, jak np.szykowana sprzedaż koncernom niemieckim udziałów w naszych elektrowniach, a tak naprawdę dostępu do polskich sieci dystrybucyjnych energii elektrycznej. Będzie to najpewniej oznaczać, jeśli dojdzie do skutku, zagładę polskich elektrowni. Słaby rząd nie jest jednak w stanie przeciwstawić się naciskom silnych grup kapitałowych oraz lobbującym na ich rzecz polskim grupom biznesowo-politycznym. Niedawno mieliśmy tego jaskrawy przykład, gdy wiceminister skarbu państwa sprzedał Hutę Częstochowa koncernowi indyjskiemu, a nie grupie ukraińskiej Donbas, wbrew rezultatom przetargu, ale i – co o wiele ważniejsze – wbrew naszym strategicznym interesom państwowym. Tylko w czasach słabego premiera i słabego rządu możliwe są takie wydarzenia. Podobnie jak tylko w słabym państwie, w którym nie dba się o interes skarbu państwa i o rację stanu, możliwe jest powstawanie fortun na pośrednictwie między rządem polskim a kapitałem zagranicznym w sprzedaży majątku narodowego, jak np. stało się i dzieje nadal w wypadku Jana Kulczyka.

Nie chcę jednak powtarzać rzeczy ogólnie znanych, choć prawdą jest, że politycy rządzący uparcie tkwią w swoich błędach, torując Lepperowi drogę do władzy. Bardziej mnie interesuje, co stanie się z naszą unijno-europejską szansą? Pojawia się bowiem coraz więcej niepokojących sygnałów, świadczących o karygodnych zaniedbaniach naszego państwa na niecałe dwa miesiące przed przystąpieniem do UE.

Pani minister tańczy

Może to zdziwi panią minister Danutę Huebner, zajętą teraz wchodzeniem w fascynującą rolę asystenta komisarza UE, ale to ona jest konstytucyjnie, obok pana premiera, odpowiedzialna za przygotowanie Polski do unijnego akcesu. Odpowiedzialność ta, to trochę coś innego niż przyjmowanie nagród od rozmaitych kolorowych pism, a nawet i od gazet i organizacji niby poważniejszych. Ale cóż, trudno oprzeć się urokowi kobiety i Europejki w jednym. Przygotowanie naszego państwa wygląda zaś z grubsza następująco.

Nie mamy określonych celów i kierunków rozwojowych, w których finansowaniu mogłaby uczestniczyć Unia Europejska. Jeżeli w latach 2007-2013 do Polski może trafić 60-80 miliardów euro w ramach tzw.unijnej polityki spójności, to wymagać one będą z naszej strony olbrzymich środków na współ finansowanie. Przy ogólnym braku pieniędzy w budżecie rządowym i w kasach samorządowych oznacza to praktycznie zamrożenie wszelkich inwestycji, nie mieszczących się w projektach europejskich. Ale nikt nie myśli o tym, jak problemy najistotniejsze dla rozwoju Polski przełożyć na język tych europejskich projektów. Warszawa razem z Brukselą mogą więc w najbliższych latach finansować nie rozwój naszego kraju lecz projekty przypadkowe i marginalne, przyczyniając się de facto do stagnacji kraju mimo napływu dużych pieniędzy. W tej sprawie, o kapitalnym przecież znaczeniu, niczym w krzywym zwierciadle odbija się marność polskiej klasy politycznej, brak myślenia strategicznego. Za dojutrkostwo i partyjniactwo w działaniach rządu i państwa odpowiada, oczywiście, grupa sprawująca władzę. To władza państwowa ma przecież obowiązek i możliwości materialno-organizacyjne do kształtowania i prowadzenia polityki długofalowej, strategicznej. Na temat wykorzystania środków unijnych nie odbyła się poważna debata publiczna, ani choćby parlamentarna czy rządowa.

Jeżeli tak się dzieje w sprawie kluczowej, nie dziw, że i w sprawach doraźnych jesteśmy daleko w lesie. Być może, zdążymy z uruchomieniem systemu dopłat dla rolników; notabene, jest on najbardziej prymitywny i blokujący korzystne przemiany w rolnictwie, jaki tylko można sobie wyobrazić. Na pewno jednak nie zdążymy z załatwieniem wielu kwestii bardzo ważnych dla obywateli. Na przykład polskie firmy, handlujące z zagranicą, nie dostaną zwrotu podatku VAT, ponieważ dla jego uzyskania po 1 maja wymagany będzie europejski numer NIP. Jak doniosła „Rzeczpospolita” z 12 marca br.: „Na razie, nie ma go nikt. Nie weszła w życie ustawa i przepisy wykonawcze, nie działa system komputerowy ani mechanizm wymiany danych z pozostałymi państwami Unii”. Obecnie brakuje w sumie kilkuset aktów prawnych, co oznacza, że polskie firmy natrafią na duże przeszkody lub staną na krawędzi bankructwa. Nie wiem, na czym modelowo ma polegać odpowiedzialność ministra czy innego wysokiego urzędnika państwowego, ale na pewno minister do spraw integracji europejskiej odpowiada za stan polskiego prawa w chwili wejścia do UE. Już same te zaniedbania, skutkujące dużymi stratami finansowymi naszych firm, są bardzo poważnym oskarżeniem wobec polskiego rządu.

Mechanizm jest zawsze bardzo podobny. Zaniedbana, wadliwa lub opóźniona, ustawa, brak aktów wykonawczych, nie przygotowanie systemów organizacyjnych, brak wyposażenia w odpowiedni sprzęt, brak wykwalifikowanych urzędników. Za wszystkie te braki odpowiada rozrośnięta ponad wszelką rozsądna miarę administracja rządowo-samorządowo- państwowa. Super rząd z kilkuset etatami w kancelarii prezydenta RP, super rząd z kilkuset etatami w kancelarii premiera RP, wielkie ministerstwa, urzędy państwowe i samorządowe – setki tysięcy zatrudnionych pracowników. To jest właśnie ta administracja, która nie przygotowała Polski do wejścia do UE. I to za jej fatalną pracę odpowiada pan premier ze swoimi ministrami. Powtórzę jednak, wszystko zaczyna się od głowy, czyli od jakości myślenia strategicznego. Brak tego myślenia w kierownictwie państwa jest główną przyczyną naszych europejskich kłopotów. Nie wiemy, jako państwo, w jakich obszarach, w jaki sposób, przy użyciu jakich mechanizmów i instrumentów, chcemy wziąć udział w europejskim wyścigu rozwoju i innowacji, jak chcemy sobie poradzić w warunkach ostrej konkurencji? Ba, nawet proste pytania nie doczekały się rządowej odpowiedzi. Przykładowo, nie wiemy, w jakich dziedzinach badań naukowych możemy i chcemy być konkurencyjni w Europie.

Trybunał czeka

Zaraz po 1 maja okaże się, że poszły w górę ceny rozmaitych towarów (np.ryżu czy bananów kilkakrotnie), że nasi przedsiębiorcy są w gorszej sytuacji niż przed wstąpieniem Polski do UE, że trzeba będzie zamykać mleczarnie i zakłady mięsne, że dyplomy naszych fachowców nie będą uznawane na Zachodzie, że nie jesteśmy przygotowani na pomoc strukturalną i regionalną, że musimy ograniczyć pomoc publiczną (niewidomi, bezdomni), że nie mamy pomysłów ani możliwości skorzystania z pieniędzy Brukseli. W tej atmosferze do Parlamentu Europejskiego na pewno zostaną wybrani już nie eurosceptycy, ale wręcz zdeklarowani przeciwnicy naszego członkostwa w UE. Główny oręż do ręki da im polityka rządu, który za swoją historyczną zasługę poczytuje wprowadzenie Polski do UE. Jeżeli pani minister Huebner myśli w kategoriach obywatelskich, to powinna albo zakasać rękawy i brać się ostro do roboty, albo złożyć dymisję i modlić się, żeby nowy parlament nie postawił jej przed Trybunałem Stanu. W każdym razie, nie powinna obejmować funkcji komisarza UE, gdyż w ten sposób przyczyni się do powstania kolejnej szkody dla państwa polskiego. Nie można przecież wykluczyć, że w nowej kadencji parlamentu, pani minister-komisarz Huebner zostanie oskarżona i skazana. To poważnie naraziłoby na szwank nasze interesy w UE. Oczywiście, premier Miller i minister Huebner mogą oczekiwać, że odpowiedzialność konstytucyjna członków rządu nadal będzie martwą literą prawa. Gdyby jednak w Polsce prawo obwiązywało, to stan przygotowania, a właściwie totalnego nie przygotowania, naszego państwa do wstąpienia do UE w pełni uzasadnia postawienie pana premiera i pani minister ds. integracji europejskiej przed Trybunałem Stanu.

Członkowie tego rządu uplątani są w rozmaite afery, nieraz czysto kryminalne. Trwają jednak przy władzy, gdyż układ polityczny w państwie jest sparaliżowany. To słusznie oburza obywateli. Myślę jednak, że w perspektywie najbliższych lat kilkunastu, najcięższym – właściwie śmiertelnie groźnym dla obywateli i niewybaczalnym dla polityków – grzechem SLD i obecnego kierownictwa państwowego z premierem Millerem i prezydentem Kwaśniewskim wobec III RP i polskiej racji stanu, jest właśnie karygodne nie przygotowanie naszego państwa do członkostwa w UE . Kurz afer kiedyś wreszcie opadnie, nasze zacofanie zostanie. Rząd, który przez swoje zaniedbania funduje nam status Grecji, jednocześnie pokrzykując tromtadracko, że jesteśmy mocarstwem europejskim z nicejskiego nadania, budzi tylko pogardę i zgrozę.

Sądzę, że nie ma innej drogi niż przedterminowe wybory, siłą rzeczy – choć już nie da rady w tym samym terminie - połączone programowo i politycznie z kampanią do Parlamentu Europejskiego. Narodowy Plan Rozwoju, który będzie podstawą wsparcia Polski przez fundusze UE w latach 2007-2013 musi powstać do połowy 2005r. Sensowny plan mogą stworzyć rząd i partie, które myślą o państwie a nie o własnym przetrwaniu. Przypominam, gra idzie o 60-80 miliardów euro, po 10-13 miliardów rocznie. To więcej niż niegdysiejszy Plan Marshalla, który pozwolił Niemcom stanąć na nogi. Łącznie ze środkami z funduszy strukturalnych możemy uzyskać z UE finansowanie na poziomie czterech procent naszego Produktu Krajowego Brutto! Do zwycięskiej batalii o takie pieniądze potrzeba nam władzy z głową do myślenia i z sercem do RP. Budżet III RP, plany rozwojowe, kształt organizacyjny i kadry ministerstw i instytucji państwowych muszą być dostosowane do jak najefektywniejszego pozyskiwania pieniędzy z Brukseli. Na pewno, nie zrobi tego słabiutki rząd czy partia, myśląca jak uratować się przed wyrzuceniem za burtę w najbliższych wyborach. Nie zrobi też tego prezydent, gdyż ograniczone są nie tylko jego możliwości, ale i horyzonty myślowe. Większość polityków, podobnie jak prezydent, ogranicza swoją aktywność umysłową do sformułowania haseł propagandowych. To dobre na wiec, ale w ogóle nieprzydatne w Brukseli.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: