WOLNOŚĆ, CZY „BO-TAK-MI-SIĘ-CHCENIE”

Zakładamy filtry na kominy fabryczne, zakazujemy spuszczania ścieków do czystej wody, choć cenimy swobodę gospodarczą. Dlaczego nie możemy czegoś podobnego uczynić z obyczajowością? Czy wolna obyczajowość musi być nieobyczajna? Dlaczego możemy ograniczyć publiczne palenie papierosów, a deprawowania dzieci nie? Ideologowie uświęcania wolności nie podejmują nawet próby zakreślenia granic tego, co dopuszczalne tylko w sferze prywatnej.

Wysyp wypowiedzi na temat wolności w życiu społecznym jest pocieszający. To bardzo potrzebna dyskusja, kryzys moralny stał się w Europie faktem, który może nam szkodzić także w dalszych stosunkach międzynarodowych. Wśród dyskutantów znaleźli się tacy, co sakralizują wolność, nazywając ją najświętszą świętością, jak Sadurski, czy Majcherek; Śpiewak napisał, że wolno wszystko, co mu nie przeszkadza. Poraża mnie ich kompletna obojętność na skutki moralne wolności bez odpowiedzialności, skutki również dla samej demokracji.

Gołym okiem widać, że z rozumieniem wolności – nie tylko u nas, ale w ogóle w Europie – coś jest nie tak. Zniecierpliwieni różnorodnymi ekscesami obywatele słusznie nie chcą żadnej formy cenzury, ale widzą potrzebę ostrego wyznaczenia granicy między rozrywką a demoralizacją, między wolnością słowa a prawem do publicznego wulgaryzowania języka, potrzebę ochrony ważnych sfer życia przed nieliczącym się z niczym „bo-mi-się-tak-chceniem”, prowadzącym w efekcie do wstrząsających nieraz nadużyć prawa. Świadczą o tym wyniki wyborów i badań opinii.

Bratkowski przytoczył stare powiedzenie „rób, co chcesz, póki nie szkodzisz innym”. Ale prawda jest taka, że prywatne upodobania i zachowania, do których teoretycznie każdy ma prawo, trudno odseparować od sfery publicznej, a skutki niektórych zachowań widać, gdy jest już za późno. Prawda banalna dla zwykłych ludzi, niedostrzegalna najwyraźniej dla guru świętej wolności. W erudycyjnej polemice z Wojciechem Roszkowskim Ireneusz Krzemiński pokazał, że choć bezgranicznie wierzy w postęp ludzkości i Europy, to sam siedzi w skansenie. Karmi się lękami sprzed 60 lat i zadowalają go rozwiązania sprzed lat 40. Ma to być święta wolność i poprawność polityczna. Nie widzi, że synonim współczesnego piekła, holocaust, może się powtórzyć nie wtedy, gdy wolność indywidualna podlegać będzie pewnym regułom i ograniczeniom społecznym, ale wtedy, gdy ludzi oduczy się, jak odróżnić dobro od zła.

Rzeczywiście, 40 czy 50 lat temu wolności było znacznie mniej. Czterdzieści lat temu francuskie kobiety nie miały prawa do własnego konta w banku, Polki w niedzielę nie ważyły się wyjść w spodniach do kościoła a „kultura gejowska” siedziała jak mysz pod miotłą; w Polsce, bo w Anglii po więzieniach. Dzieci, podobnie jak ryby, nie miały głosu a piątki w szkole były tylko dla Pana Boga. I wcale nie tęsknimy do tych czasów.

Nastąpił postęp. Niby wolność zwyciężyła, dzieciom wolno praktycznie wszystko, geje paradują, a w telewizji każdy może powiedzieć „d.pa”.

Moim zdaniem jednak głosiciele wolności jako wartości najwyższej coś ważnego przeoczyli. Powtarzają swoje mantry o absolutnej wolności jako jądrze i podwalinach demokracji, ale nie zauważają, jak demokracja chwieje się z braku zasad. Oni to usprawiedliwiają i hodują. Hodują groźny dla Europy kryzys kultury, od dawna widoczny gołym okiem.

Wolność jednostek, pocieszają, kończy się przecież tam, gdzie zaczyna się wolność i interes innego obywatela. Trudno w to uwierzyć.

Jestem spadkobierczynią idei obrony wolności, pół życia w PRL spędziłam na walce o wolność słowa i wyrażania poglądów. Moja wolność osobista jest jednak zdecydowanie naruszona, kiedy koło mnie gęsto pada „d.pa”, szczególnie w finansowanym z moich podatków domu kultury czy wzorotwórczej przecież telewizji publicznej, by nie sięgać do eksperymentów „artystów” z genitaliami na krzyżu czy portretami Matki Bożej; oburzenie chrześcijan nie robi na nich wrażenia, ostatnie wydarzenia z Mahometem pokazały, że rozumieją coś tylko wtedy, jak ich dobrze postraszyć. Ja nie proszę o wtykanie mi za szybę auta seksualnych reklam wypiętych dziwek, ale nikt się ograniczaniem mojej wolności nie przejmuje, a misjonarze świętej wolności z zastanawiającym uporem wyśmiewają w mediach publicznych każdą propozycję ograniczenia tego procederu.

Czy mam przeciwko tym atakom na moją wolność za każdym razem wytaczać sprawy sądowe, jak radzi mi Sadurski, bo „konflikty można rozwiązywać tylko sądownie”? A jeżeli sędzia „nie dopatrzy” się winy? Przecież on też wychował się na takich moralnych naukach.

Moja prywatna wolność wychowywania własnego dziecka czuje się zdecydowanie zaatakowana, gdy szkoła zaczyna mu zagrażać przez systemowe, odgórne i „naukowe” uniemożliwianie nauczycielom wychowywania dzieci. Inna rzecz, że ci nauczyciele sami już nie wiedzą, jak wychowywać, a zmąceni gazetowymi „poradami” pedagogicznymi rodzice najwyraźniej przestali uczyć dzieci, co im wolno. Jedni i drudzy są produktem mącenia w umysłach świętą wolnością.

„Bo-tak-mi-się-chcenie” króluje w pismach dla młodzieży, które od 15 lat wychowują nam dzieci. Wolna prasa? Wolne żarty. Większość właścicieli tej prasy to zainteresowani wyłącznie zyskiem handlarze kłamstwem i iluzją, którzy „budują” sobie rynek reklamowy, a dzieci to rynek szczególnie obiecujący. Czy niesłuszna jest opinia, że niektóre z tych pism użyły legendy walki o wolność słowa, by deprawować dzieci? Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać – dla dwunastolatek pornografia pod płaszczykiem porad antykoncepcyjnych. Gdy z Krzemińskim walczyliśmy 25 lat temu o prawo dziecka do godności, chyba nie o to nam chodziło?

Stańcie na chwilę na korytarzu dowolnej uczelni i posłuchajcie, jak rozmawiają wykształcone młode damy; co drugie słowo „ku.wa”. Mocne, nawet niecenzuralne słowa zwykle używane są zwykle do wyrażenia mocnych, skrajnych emocji. Nie razi mnie Janda, która w teatrze (prywatnym! za swoje!) wyraża skrajnymi słowami skrajną sytuację bohaterki sztuki. U studentek to jakiś automatyzm. Skąd się wziął? Dlaczego nikt nie reaguje?

Mądrzy ludzie bronią różnych „wolności” z uporem, każącym powątpiewać w pełnię ich władz umysłowych. Przeciwko radomskiej akcji „Małolat” obrońcy praw człowieka przed dziesięciu laty wytaczali najcięższe działa, bo miała ograniczać „prawa człowieka” kilkunastoletniego do przebywania na ulicy po nocach. Czy potem byli zaskoczeni, że Polska jest rajem dla amatorów kwaśnych jabłek i dziecięcej „sztuki” erotycznej? Czy o to nam chodziło w wielkiej sprawie wolności?

Wszystkie te postępowe niegdyś ideały po uświęceniu wolności jako takiej najwyraźniej przekroczyły powszechnie zrozumiałe i podzielane przez większość ludzi (ciągle większość!) cele, przeciwnie, nieraz zamieniły się w swoje przeciwieństwo. Pod wolność słowa jak widać podszywa się publiczne chamstwo, bluźnierstwo i balansowanie na granicy przestępstwa, co każdy może stwierdzić w dowolnym tabloidzie i w telewizji. Czy to wolność słowa? A Krzemiński doskonale wie, że nie należę do ludzi, którzy tchórzyli, gdy szła walka o nią.

Kiedy pani Szczuka z koleżankami w telewizji publicznej zabawiała się nazwami damskich szczegółów anatomicznych (dla jasności – nie chodziło o uszy), zadawałam sobie pytanie: może te panie są po prostu źle wychowane i źle poinformowane? może pani Szczuka nie pochodzi z wielkich rodów Rzeczypospolitej? spośród doskonale wychowanych ludzi? Może przyjechała tu z jakimiś kompleksami zapyziałej lumpenprowincji, z klanu pijackiego, by zaistnieć, zaepatować? A może ona po prostu nie wie, że tak się publicznie nie mówi?

Rozumiem – swoboda eksperymentu w artystycznej niszy. W jednym z warszawskich Domów Kultury luminarze kultury i literatury polskiej recytowali przed osłupiałą publicznością rozważania seksualno-fekalne młodego „dramaturga” (temat brzmiał jakoś tak: „dlaczego s.anie i szc.anie ma być gorsze niż pie.dolenie”), choć doprawdy lepsze, również dramaturgicznie, kawałki można usłyszeć w rejonach klozetów na Dworcu Centralnym. Jaką wolność ubezpieczał ten „głos wolny”? Jakiż to karnawał kultury? Bawili się dobrze tylko autorzy, ale krótko, bo publiczność pogoniła „artystów”.

To już więcej niż jednostkowe przypadki, to już zasada. Tu zaraz jakiś obrońca wolności krzyknie: nie ma słów brzydkich i ładnych!

Otóż są. „D.pa” to brzydkie słowo. Do dobrego towarzystwa zagranicą nikogo z podobnym słowem nie wpuszczą, zaręczam. A zachwalanie za publiczne pieniądze wolności mówienia takich słów to już atak na kulturę. Ale każda próba publicznego zastanawiania się, jak powstrzymać ten zalew chamstwa, spotyka się z krzykiem, że oto jądru demokracji chce się zadać śmiertelny cios, wolność poglądów zgwałcić. A „d.pa” to moim zdaniem doprawdy żaden pogląd. To co najwyżej wygląd.

„Świat oszalał”, skarży się Marcin Król. Ale może nie musiał? Czy nie dało się przewidzieć, że ta święta wolność przyczyni się wyłącznie do niszczenia innych ważnych wartości, co więcej, do poczucia opresji a nawet przemocy u ludzi dobrze wychowanych? Z chamstwem w słowach jest jak z mazaniem po ścianach domów. Samo w sobie niby nic takiego, to tylko słowa i rysunki, ale jak się przestało w Nowym Jorku pobłażać takiemu „artystycznemu” wyrażaniu siebie na ulicach, to i poważna przestępczość tam spadła.

Ja nie widzę jasnego odgraniczenia sfery publicznej od sfery prywatnej. Sfera prywatna wdziera się do sfery publicznej w najgorszych, destrukcyjnych formach. Nie widzę troski o młodych ludzi, a pozostawić ich samym sobie to oddać na żer różnych lobbies ideologicznych, erotycznych czy finansowych, jako narzędzia generowania zysków czy przyjemności. W Wlk. Brytanii np. lobby homoseksualnemu udało się 20 lat temu obniżyć wiek karalności za współżycie z nieletnim. Trudno dziwić się rodzicom, którzy protestują przeciwko „najświętszemu” prawu wyrażania poglądów na paradach gejów, w obawie, że ich 15-letnich synów w ramach „wolności” wyboru skłoni to do wypróbowania innej orientacji seksualnej.

O jaką wolność chodzi tym guru? Z jednego człowieka wylewają się wymioty, z drugiego „Hamlet”. Czy to naprawdę wszystko jedno? Czy chcemy w Polsce i w Europie moralności płaskiej jak pizza, na której można położyć cokolwiek obok czegokolwiek innego? Każda koza na taką pochyłą moralność wskoczy.

Mam straszne podejrzenie. Wy, luminarze myśli, obrońcy rzekomych wolności, wy po prostu wcale nie wiecie, gdzie leży granica między sferą prywatną a publiczną, między świętą wolnością a wolnością prawdziwą. Nie macie naprawdę pojęcia, jak określić wolność, ponieważ ogłosiliście i sami uwierzyliście, że wszystko jest względne. Trzymacie się kurczowo rzekomego jądra demokracji, tworzycie sztuczne wartości, bo poza nimi widzicie tylko nicość. Chcecie, by zwykły, rozumny człowiek w końcu zwątpił w rozum, obiektywną moralność, w prawdę i zwykłą demokrację. Wasze rady to policja do szkół a dyskusja o obyczajach do sądów.

Poszukajcie tych granic, głosiciele demokracji i wolności. Wolność nie jest absolutną świętością. Demokracja pochodzi od ludzi, i jest dla ludzi, a nie ludzie dla demokracji. Jeżeli wolność jest zrozumiała tylko dla wąskich elit, zwykli ludzie rozumieją tylko jedno: wolno wszystko.

Parę lat temu widziałam berlińską Love Parade. Na wielkim placu przed Dworcem ZOO w śmieciach po kolana stało z kilkanaście tysięcy młodych ludzi. Nie była to bynajmniej pokazywana w telewizjach wesoła gromada przebierańców, mniejsza już o płeć, którzy po paru piwkach skoczą w krzaki na radosne „bara-bara”. Ci ludzie, zaćpani już mocno, godzinami pojedynczo kołysali się w rytm muzyki techno. Nieobecni. Bez kontaktu. Bez radości. Nikt nie był z nikim.

Przewracających się z przedawkowania zbierała z ziemi policja. Tysiące sierot świętej wolności. Wolni. Czy na długo? Tego dnia, jak podała prasa, handlarze narkotyków zarobili 50 mln dolarów.

Czy chcemy w tym żyć? Taki świat zorganizować naszym dzieciom?

Europa moralnie stoi nad przepaścią. Czy koniecznie powinna zrobić krok naprzód?

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: