HAŃBA CZY CHWAŁA,GARB CZY SKARB?

Nikt już nie wadzi się z Bogiem o Polskę.

Zacichły nocne rodaków rozmowy.

Nikt już nie prowadzi takich dialogów:
„ -
Wyobraź sobie, Piotrze – ożywia się Rotmistrz – śniło mi się dziś, nie uwierzysz, Powstanie Styczniowe! Uroczysko takie albo, jak się w Koronie mawiało, nomenklatura. Chaszcze, trzęsawisko, mgła. Sam jestem, zapędzony w leśną pułapkę, ściskam w dłoniach swego einfelda i wiem, że tylko jeden nabój w komorze, jedyny, ostatni...

Piotr przygląda mu się badawczo, podejrzliwie. Kiedy ten przerwie, odezwie się:

- Więcej Osmańczyka, mniej Grottgera, a wszystko będzie cacy!... Sześć tysięcy powstańców przeciwko stutysięcznej regularnej armii na początku, u szczytu – trzydzieści tysięcy karabinów przeciw prawie dwustu tysiącom sołdatów. Typowo polska proporcja! A niedawno przeczytałem gdzieś, że w Powstaniu Styczniowym brał udział zaledwie jeden procent dorosłej ludności Królestwa. Czasami warto to sobie uprzytomnić, żeby nie popadać w przesadne zachwyty nad własną nacją!

- Teraz nam to nie grozi! – Bohoborski się uśmiecha.

– W oficjalnej propagandzie mamy kolejny nawrót opluwania przeszłości. Cykliczność jest nużąca. Gdy władza czuje się górą, sięga po kij, kiedy naród dochodzi do głosu, pokazuje mu się marchewkę. Na przemian się schlebia nam lub nas upokarza, wykorzystując wciąż tą samą historię!

- Historia Polski w siedmiu pogrzebach! Pardon, ośmiu!

- Warchoły! – oświadcza Rotmistrz.

- Chochoły! – licytuje Piotr. – Kościuszko to był wariat, co buntował proletariat.

- Kościuszek skika do Estery! – śmieje się Bohoborski.

- Lepiej do Esterki! – uzupełnia Piotr i podśpiewuje: - Charlesmagne, Charlesmagne! – Zaraz zmienia temat, muzyczny tylko: - Krwi aż po kolana, trupów co niemiara, bo tam krzepko wojowała nasza wiara...

- Hop, hop, hop! – kończy inżynier. – A to już bodaj nie my?

- A co szkodzi i nam to przypisać? – oponuje Piotr. – Szwejk też echtslawisch!

- Ano tyż – zgadza się Rotmistrz. – Ostatecznie, pruskie pluderki, rosyjskie grenadierki i austriackie kamaszki, to też my! I pod Solferino na pewno nas nie zabrakło!

- Jakubowsky i pułkownik – ciągnie Piotr.

- Pułkownik nazywał się Umieralski – dodaje inżynier. – A ten kompromis między Grottgerem a Osmańczykiem? To z Gorczyńskiego?

- Nie, z Gałczyńskiego – wyjaśnia Piotr.

- Prosto do nieba czwórkami szli – cytuje Bohoborski, a Piotr od razu:

- A lato piękne było tego roku! Kleines Verdun. Sześć dni, sześć i pół godziny obrony, ze stu pięćdziesięciu ośmiu zginęła piętnastka, natłukli prawie czterystu Niemców. Polska proporcja!... Major Sucharski kapitulował z pełnymi honorami, w aurze szacunku i podziwu.

- Po lipskiej bitwie narodów – licytuje dalej Rotmistrz – kapitulację polskich piechurów, dowodzonych przez pułkownika Rybińskiego, przyjmował sam car Aleksander I.

- Vive l’empereur! – wykrzykuje Piotr, a inżynier odpiera:

- La Polonaise, sire, passe par tout... Bóg mi powierzył honor Polaków i Bogu go tylko oddam.

- Generał Domoustier też utonął – mruczy Piotr – ale nikt mu idiotyzmu nie przypisał.

- Znakomicie! – zachwyca się Rotmistrz. – Z innej beczki? Bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia!

- Dlaczego nie? – śmieje się Piotr. – Wrzesień osiemset trzydziestego pierwszego, rzeźnik Paskiewicz szturmuje Warszawę. Reduta wolska generała Sowińskiego osłaniana jest przez cztery forty, w tym fort numer pięćdziesiąt cztery pod dowództwem kapitana Juliusza Ordona, który ma pod sobą trzystu ludzi. Naciera na nich, na te trzy setki, dwanaście tysięcy bagnetów w dwudziestu batalionach generała Kreutza...

- Poddaję się – posapuje Bohoborski. – Kto by pomyślał, medyk przecież!

- Polak, Rotmistrzu, po prostu Polak – poważnieje Piotr.

- Jaki znak twój? – wzdycha Rotmistrz.

- Orzeł biały – odpowiada z powagą Piotr. – Et, dajmy spokój!

Milkną obaj. Piotr zamyślony, inżynier oczy zamknął, odpoczywa, jakby siły do dalszej rozmowy zbierał. Nagle Piotr nuci:

Boże, pozwól, bym potrafił,
Gdy ojczyzna mnie zawoła,
Zamiast piersi wypiąć dupę,
Bo ta nafta nie jest moja!
- Słyszałem i ja tę piosenkę. Nie zdziwiła mnie zanadto – stwierdza Bohoborski. – W latach trzydziestych Tuwim przecież pisał: „Rżnij karabin w bruk ulicy! Twoja jest krew, a ich jest nafta!” Tak, tak, ale jak przyszło co do czego... Deustchland siegt am allen Fronten: Nadrenia, Austria, Sudety, Czechy, Kłajpeda, Słowacja, Polska, Dania, Norwegia, Holandia, Belgia, Francja, Jugosławia, Grecja, Kreta, Węgry, Rumunia, Bułgaria... My broniliśmy się najdłużej i najdzielniej. I niech nas opluwają, jak chcą, faktu nie zmienią, że gdyby nie pakt Ribbentrop-Mołotow, gdyby nie kleszcze, które zacisnęły się równie silnie z dwóch stron... A potem całe sześć lat... Bandengefahrgebiet, jak nazywali Polskę, bo utrzymywać ją w ryzach musiało trzysta batalionów.

Przerywa, żeby sięgnąć po kapciuch z tytoniem, Piotr protestuje:

- Niechże pan, Rotmistrzu, nie pali! W pana stanie każdy haust tytoniowego dymu...

- Dajmy spokój, Piotrusiu! – Inżynier zapala drżącymi rękami fajkę. – Gramy dalej?... Ostatni ochotnicy wyginęli pod Lenino! – Piotr nie podejmuje tematu. I on sięga po papierosa. Bohoborski poważnieje, pyta: - Coś jednak pana gryzie, Piotrze, nie mam racji?”

Tak oto sobie gawędzą – u schyłku PRL-u – bohaterowie mojej ostatniej ukończonej, niewydanej jeszcze powieści pt. „Podróż do źródeł grzechu”. Młody chirurg Piotr Gorczyński vel Ślusarczyk i stary Rotmistrz, inżynier Zygmunt Bohoborski.

Do tematu wracają jeszcze tego samego dnia:

„ - Niebo gwiaździste nad nami, a spokój moralny w nas – wita go cichym głosem Bohoborski, poruszywszy się na jego widok w leżaku. Piotr mu odpowiada powoli, z namysłem, wytężywszy pamięć:

Tak by się gdzieś gnało, gnało,
Tak by nam się serce śmiało
Do ogromnych wielkich rzeczy,
A tu kant Kantowi przeczy!
- Jeden : jeden – orzeka Rotmistrz, a Piotr:
-
Cieszę się, że pana widzę, czy nie nazbyt jednak ryzykowne to dzisiejsze leżakowanie?

- Przeciwnie, Piotrze, przeciwnie – stwierdza słabym głosem. – Dawno nie czułem się tak dobrze. Alarm został odwołany, a i mnie znów się wydaje, że jeszcze pożyję. I dobrze, bo szkoda trochę tego, co nad nami, co w nas, nawet – co wokół nas.

- Co wokół nas! – powtarza Piotr z ironią. - Właśnie, właśnie, wciąż zastanawiam się, co wokół nas?... Nasza poranna rozmowa, te mity, legendy, symbole. Przeszłością wciąż sztukujemy teraźniejszość, która pospolitością skrzeczy i nie ma przyszłości. Czasem sobie myślę, że my wszyscy, jako zbiorowość zamknięta między Bugiem a Odrą, to już zupełne próchno.

- Ejże, Piotrusiu – oponuje – a Sierpień? Weźmy chociażby ten nasz Sierpień, który znów nie tylko nam, ale i światu uprzytomnił, czym jest Polska, kim są Polacy.

- It’s exciting to be Polish, to be Polish! – podśpiewuje Piotr. – Próchno też czasem świeci... Miałeś, chamie, złoty róg! I od razu przypominają mi się słowa Engelsa, z taką lubością przytaczane przez jego wyznawców, że Polacy nie zdziałali nigdy w historii nic poza wygłupianiem się walecznością i pochopnością do zwad!

- Churchill krzyczał do Mikołajczyka, że jesteśmy warcholskim narodem, który chce zburzyć Europę, a Fuller uważał, że związanie się Anglii przedwrześniowym sojuszem z Polską nie było niczym innym nad ubezpieczanie fabryki pełnej wariatów – dodaje ze spokojem inżynier. – „Stańczycy” nazywali powstańców styczniowych szubrawcami i głupcami, a nas, powstańców warszawskich, komuniści opluwali latami, zamykali w więzieniach, zabijali, usuwali z pracy, teraz zaś, gdy jesteśmy na wymarciu, protekcjonalnie poklepują po ramieniu i gotowi są łaskawie wybaczyć naszą głupotę, młodzieńczą naiwność, brak wyrobienia politycznego... Próchno, powiadasz?

- Yhm! – upiera się. – I te zachwyty idiotów, że tak nam pięknie świeci!

- Może rzeczywiście wszystko zmurszało, zetlało – zastanawia się Rotmistrz – w palcach się rozłazi, rozsypuje... A jednak są w narodzie siły, które utajone wprawdzie, płyną wciąż wartkim strumieniem, niby podziemna rzeka, tryskająca raz po raz nie źródłem już nawet, lecz gejzerem... Kto to powiedział?

- Czy ja wiem? – Piotr wzrusza ramionami. – Najpewniej pan sam, Rotmistrzu!

- Niebo gwiaździste nad nami – przypomina Bohoborski, na co Piotr:

- Wiódł ślepy kulawego!

- Może masz rację – rezygnuje Bohoborski. – Może to już schyłek, jeśli nie kres ostateczny... Wyjedziesz?

- Z kraju? – uściśla Piotr. – Nie wiem, jeszcze nie wiem.

- Nie wiesz? – pyta Rotmistrz z przekąsem. – Nie mówisz już jednak: nie! PIOTR (na stronie):

- Możecie się wszyscy wypchać... Tak, wypchać i wystawić w muzeum. Narodowa menażeria, psiakrew, z wierzchu niby ciało, w środku niby dusza, jednak nadpruć tylko i trociny się zaczną sypać... Szopka, farsa... Tradycje? Historia? Jaka? Czyja? Szlachecka? Chłopska? Burżuazyjna? Komunistyczna? Naród? Jaki naród? Całe wieki egocentrycznej, egoistycznej, próżniaczej szlachty. I chłop zniewolony, upodlony, ciemny, bez poczucia przynależności do jakiejkolwiek nacji. Mieszczanie z importu. Rozpanoszeni Żydzi i innowiercy. Konglomerat narodów, plemion, szczepów. Różne tam unie, traktaty, umowy, zawierane kosztem Korony, wbrew interesom narodu i państwa. Terytorium jak z gumy, płynne granice, zmieniające się wielokroć w ciągu jednego pokolenia. Prawa reglamentowane na sto sposobów, czerpane z lewa i z prawa, naginane do potrzeb i uginające się pod naciskami. Mieszanka obyczajowa i kulturowa, nawet strój i broń od Sasa do Lasa. Język niespójny, niejednolity, zachwaszczony, psuty. Ledwie się wybijał na samodzielność, oryginalność, już makaroniał lub francuział, niemczył się i ruszczył. I jakże mógł być giętki, skoro myśl była gnuśna i mętna, ni łacińska, ni słowiańska, ni europejska, ni azjatycka... A potem? Potem to rozdarcie, to rosyjskie pijaństwo i łapownictwo, ten tępy pruski dryl, ta austriacka rozlazłość. I cóż się z tego mogło wykluć? Zresztą, skoro kluć się zaczęło, znów ciągłość została brutalnie przerwana. Skazani na wielkość? Wielkość balonu jest wprost proporcjonalna do objętości powietrza, które go wypełnia. A powietrze to przecież zero, nul, nic, chociaż żyć bez niego nie sposób...”

Rodaków rozmowa.

Spór o Polskę. O polskość. Czym jest? Łaską czy przekleństwem? Skarbem czy garbem?

Miotanie się pomiędzy „Scyllą samouwielbienia a Charybdą samobiczowania” – jak pisał Marian H. Serejski.1)

Polaków rozmowa. Symbole i stereotypy, aluzje i tropy, figury historyczne i literackie, patos i drwina – kod tajemny, zrozumiały tylko dla Polaków. Jeszcze wczoraj, a dziś? Może dzisiaj kod ten złamać potrafi (i chce) już tylko garstka niedobitków? Ostatnich, co im Polska jest odświętnym słowem, którego nie wzywa się nadaremno?

Wadzono się niegdyś o Polskę. O charakter narodowy. O przeszłość i tożsamość. O teraźniejszość i przyszłość. Chrystus narodów lub narodów „paw i papuga”. Afirmacja lub negacja. Chwała lub hańba. Duma lub wstyd. Walka oświeconych z sarmatami. Bój romantyków z klasykami. Zmagania pozytywistów z romantykami. Serce i rozum. Emocje i racje. Krakowscy „stańczycy” przeciwko historykom Lwowa czy Warszawy.

Spierano się o Polskę ostro, gdy zaborca czy okupant nakładał kaganiec. Kiedy słowo wyrwało się na wolność, kiedy zniesiono – oficjalną – cenzurę, spór zacichł. Jakby Polaków Polska przestała interesować.

Tymczasem historia wymaga gruntownej rewizji. Nie tylko ta najnowsza, która wdziera się każdą szczeliną (a i każdą „teczką”) w naszą teraźniejszość. Również i tamta, zamierzchła. Stereotypy, ukute w interesie zaborcy czy okupanta, kładą się wciąż cieniem na naszej drodze do normalności.

W broszurze pt. „Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość” (1800), autorstwa Tadeusza Kościuszki i Józefa Pawlikowskiego, czytamy:

„Było interesem magnatów osłabiać duch współziomków, uniżać ich przymioty, aby nie uczuli swej mocy i nie zrzucili haniebnej opieki, gdyż przez to zginąłby cały ich wpływ i powaga (...) Przypomnijmy sobie, jaka wrażana była opinia w Polaków, iż niezdolni do przemysłu, do rękodzieł, do nauk, a co najgorsza, że sami siebie obronić nie potrafią, i to zdanie do tego czasu utrzymywane nurza nas w nieszczęściu.”2)

Dziwnie współbrzmią te słowa ze stwierdzeniem brytyjskiego historyka, profesora Normana Daviesa, wybitnego znawcy spraw polskich, wypowiedzianym w kwietniu 2005 roku w wywiadzie dla „Polityki”.3)

„A do tego dochodzi 50 lat wpajania peerelowskiej historiografii uczącej, że dawna Polska była genetycznie chora. Obsmarowywali I i II Rzeczpospolitą, jak tylko potrafili. To prowadziło do wniosku, że tylko z pomocą Wielkiego Przyjaciela Polska ma szansę przetrwania. A to przecież jest nonsens. Ten nastrój się przeniósł do III Rzeczpospolitej. W II Rzeczpospolitej klimat był przecież inny – że Polska jest niepodległa, że na to zasługuje, że musi o siebie walczyć.”...

Po śmierci Rotmistrza Bohoborskiego doktor Piotr odnajduje jego zapiski, gdzie znajduje się i taki oto pasus:

„Budujemy ze słów rzeczywistość zastępczą, co miewają nam wciąż za złe. Budujemy zastępczą tym gorliwiej, im bardziej nam realna doskwiera. I zarzucają nam bez ustanku, że gonimy za ułudą, za utopią, a jeśli nawet jest w tym łut prawdy, to i tak nie my ponosimy główną winę za rozdźwięk między wyobrażeniem a urzeczywistnieniem. Mamy fantazję nazbyt wybujałą? Może, ale tylko dzięki niej udawało nam się pójść czasem do przodu, a częściej – po prostu przetrwać.

Czy rozdźwięk między imaginacją a realizacją nie jest kolejną złudą, czy nie jest całkiem sztuczny, nie rodzi się z owej przesady, z nadmiernych wymagań stawianych światu – a nie sobie? Możliwe, ale czyż my, Polacy, nie zasłużyliśmy na lepszy los, na wdzięczniejszą dolę? Zasłużyliśmy? – oto kolejna pułapka ze słów zmajstrowana. Co tu jest do zasługiwania? Po prostu należy nam się to jak psu zupa, chciałoby się powiedzieć. Nie, nie jako Polakom – jako ludziom!

Za mało w Polaku człowieka – urągał poeta. A gdy w Polaku budzi się człowiek, jeszcze większa bieda. Polak ścierpi więcej, więcej przetrzyma – niż ukryty w nim człowiek. Megalomania? Bynajmniej – fakty, których nikt nie podważy...

Młody Chopin w dzienniku stuttgarckim bluźnił po upadku Powstania Listopadowego: „O Boże jesteś ty!... Czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich – albo alboś sam Moskal!”

Po klęsce Powstania Warszawskiego cisnęły mi się jeszcze cięższe bluźnierstwa, a zabrakło mi ich całkiem, gdy w niewiele lat później bito mnie w piwnicy, ukrytej pod zawrociańskim Urzędem Bezpieczeństwa...

Są narody, którym historia zadała straszliwe cierpienia. Są, owszem, ale niewielu równać się z nami. Ksenofobia? Nie, zwykła zazdrość.

Walczyć potrafimy, jak mało kto, skwapliwie nam to świat przyznaje, na odczepne najczęściej, ale i czasami dla podbechtania, gdy znów jest robota dla nas – dla Murzyna Europy, który nigdy nie potrafi w porę odejść i z ranami się obnosi, wzbudzając czasem politowanie, częściej zniecierpliwienie. I wmawiają nam, że walczyć – i owszem, ale żyć, po prostu żyć, to nie potrafimy. Oj, jak bardzo nie potrafimy! I bajdurzą nam o etosie walki i etosie pracy, o destrukcji i konstrukcji, o rewolucji i ewolucji, żeby nam gęby zatkać, żeby nam się głupio zrobiło i wstyd, żebyśmy pokraśnieli i w piersi się stuknęli, a może i w głowy... Ora et labora, głupi Polaku!

Czy nie potrafimy?

Bez butów w cywilizowanym świecie nie przystoi, świat by się na to nie zgodził, bo świat wielki esteta. Szyją nam więc buty coraz to nowi szewce. Mówią, że tylko oni potrafią, że mają na to legitymacje i papiery, że są jedyni uprawnieni. Chowają przed nami szydło i dratew, strzegą, pilnują i krzyczą raz po raz, że na szewstwie trzeba się wyznawać, wicie, rozumicie. I szyją te buty, każą je z uśmiechem nosić, ba, dziękować co parę kroków, biegać każą, tańczyć! A buty nie na miarę. Raz za ciasne, drugi – nazbyt luźne, kiedy indziej znów – obydwa lewe lub z noskami na zewnątrz. Spróbuj je, Polaku, poprawić, przerobić! Wara od kopyta!”...

Tak, nie mamy co się oszukiwać. Nam, Polakom, uszyto buty, jak powiada Rotmistrz. Albo, jak mawiał Gombrowicz, dorobiono nam, Polakom, gębę. Straszliwą gębę.

Zaczęło się dawno. W zamierzchłej przeszłości. Stereotyp Polaka - pieniacza, awanturnika, szaleńca wręcz - zaczęto na dobre upowszechniać w XVIII wieku. Przodowali w tym Francuzi, od Woltera poprzez Lamartine’a do Alfreda Jarry, autora gimnazjalnego wygłupu pt. „Król Ubu czyli Polacy”. Jarry nie miał zielonego pojęcia o Polsce i Polakach, co nie przeszkodziło, by również niektórzy Polacy na serio przejęli się jego wygłupem. Francuzi nie byli zresztą odosobnieni, poszli im w sukurs – na przykład - Rosjanie, z polakożerczym Dostojewskim na czele. Opluwali więc nas w świecie równo. I próbują opluwać nadal.

Niestety, w opluwaniu Polaków uczestniczyli również Polacy. Niektórzy, powodowani uczciwymi pobudkami, krytykowali naród, chcąc go „ruszyć z ziemi posad”, gdy wymagała tego sytuacja. Inni rozdrapywali rany – jak chciał Żeromski – żeby „nie zarosły błoną podłości”. Byli wszakże i tacy, co dorabiali nam gębę (i dorabiają nadal) z nienawiści dla własnego kraju i własnego narodu.

Najczęściej jednak antypolskie głupstwa powielane były z kompletnego braku samodzielności myślenia, który jakże często chadza w parze z sileniem się na oryginalność. Równie zgniłe owoce wydawała i wydaje dezynwoltura połączona z ignorancją, bardzo typowa dla notorycznych „gadających głów”, które wypowiadają się na każdy temat w telewizji, radio czy prasie.

Tego rodzaju wypadek przytrafił się nawet tak wybitnemu naukowcowi, jak znakomity psychiatra Antoni Kępiński, który w pracy pt. „Psychopatie” pisał:

„W społeczeństwie polskim przeważają typy histeryczne i psychasteniczne. Polski typ histeryczny odpowiada najsilniej temu, co przed laty Brzezicki opisał jako typ skirtotymny (od gr. Skirtao – tańczę); jest to typ w zasadzie szlachecki – polskie „zastaw się a postaw się” – polonez, Samosierra, szarża ułanów na czołgi, polskie sejmikowanie, polskie liberum veto i tzw. polnische Wirtschaft, przedziwna mieszanina cnót i wad. Polski psychastenik – to jakby typ polskiego kmiecia, cichy, spokojny, pracowity, nie wadzący nikomu, czasem tylko swój steniczny kolec ukazujący; wówczas poczciwy polski kmieć przeraża obrazem Jakuba Szeli; jest uparty i twardy w ciężkich warunkach życia. Ten dziwny rozkład naszego społeczeństwa na ludzi, którzy gadają, i na tych, którzy pracują, utrzymuje się przez wieki mimo zmian warunków życia, zmian ekonomicznych, ustrojowych itp.

Byłby to przykład trwałości struktur społecznych; mimo że czasy bardzo się zmieniły, model szlachecki i kmiecy społeczeństwa się utrzymał. Może model ten zapewnia pewnego rodzaju równowagę społeczną: jedni pracują, a drudzy błyszczą i gadają.”4)

Pokutują więc wciąż stereotypy, które tak mocno wgryzły się w świadomość społeczną, że nikt już na poważnie spierać się z nimi nie próbuje.

Oto Kazimierz Kutz w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w maju 2005 roku rzecze:

„Jako naród jesteśmy wspaniali, pokazaliśmy to chociażby podczas pogrzebu Papieża, ale jako społeczeństwo – absolutnie do dupy.”5)

Wydaje mu się, że jest oryginalny. Może nie zna wielkich poprzedników albo liczy, że inni ich nie znają?

Identyczną, choć nie tak trywialnie ujętą, myśl Norwida – na przykład - odnaleźć można nie tylko w jego poezji, ale i – wyrażoną wprost - w liście do Michaliny Zaleskiej z 1864 roku:

„Oto jest społeczność polska! – społeczność narodu, który, nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczeństwo jest żaden (...) Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym.”6)

Znikł kontekst, słowa zostały... Kazimierz Kutz powielał kiedyś i inne stereotypy. W 2005 roku - piewca wielkości narodu, w 1970 roku – narodu wielki krytyk, mówił:

„Uważam, że nie ma sensu robienie filmów historycznych o Mieszkach i królewnach; powinno się robić filmy o Krzywickim, o Skłodowskiej, bo to są Polacy, których powinniśmy dzisiaj znać, brać z nich przykład i uczyć się od nich. O nich nie pamiętamy, bo wszyscy mamy w głowie te kotleciki szlacheckie. Jeden z szabelką, drugi coś wysadzał, trzeci się topił itd.”7)

Niestałość ocen historii Polski cechuje nie tylko Kutza, także jego kolegę po fachu – Andrzeja Wajdę. Chciał on w swej wczesnej twórczości wykazać chyba tragizm naszych dziejów, zamiast tego – może bezwiednie – dowodził ich absurdalności. Śmierć w kloace („Kanał” – 1957), śmierć na śmietniku („Popiół i diament” – 1958), szarża na czołgi („Lotna” – 1959). Nawet „Popioły” (1965) pokazują polskie szaleństwo i polskie... bestialstwo. Wbrew Żeromskiemu tragedia Saragossy i San Domingo została przez Wajdę wyolbrzymiona. I nic to, że Wajda nakręcił też „Pana Tadeusza”, skoro do powszechnego obiegu weszły na zawsze tamte ponure obrazy.

Somosierrę, szarżę ułanów na czołgi – wypominał Kępiński. Kutz dodał inne polskie „idiotyzmy”: redutę Ordona i śmierć Poniatowskiego w nurcie Elstery. Wajda dorzucił garść swoich „wynalazków”.

Przeminęła PRL-owska epoka, a stereotypy nadal krążą w publicznym obiegu.

Norman Davies w cytowanym wywiadzie stwierdza:

„Anglia nie wie, co to powstania. A w Polsce każde pokolenie przez 200 lat miało swoje powstanie. Każda rodzina wie, co to znaczy. Z tego nie wynika, że każdy Polak jest powstańcem, romantykiem, nieodpowiedzialnym, emocjonalnym. Natomiast każdy Polak musi reagować na wasze wspólne przeżycie. Ale reakcje były rozmaite. Wśród Polaków zawsze był sprzeciw wobec tej romantycznej postawy. Zawsze byli pozytywiści, pragmatycy, którzy mówili, że konno szarżować na czołgi – to jest niepoważne.”8)

Nawet Davies więc, tak naszym dziejom życzliwy, wpadł w pułapkę, którą zastawili szydercy, obracający historię Polski w jedną wielką bzdurę.

Nie odpowiemy sobie na pytanie, kim jesteśmy, dopóki nie ustalimy, skąd i z czym przychodzimy? Nie rozliczywszy się z przeszłością, błąkać się będziemy w teraźniejszości, niby pijane dzieci we mgle. Nie możemy tu i teraz pytać, czy być Polakiem – to duma czy wstyd, odrywając to pytanie od przeszłości własnego narodu, Polska nie spadła przed chwilą z Księżyca.

Trzeba najpierw oczyścić przedpole. Złamać kod, jakim posłużyli się w rozmowie rodaków młody Piotr i stary Rotmistrz. Ogarnąć podstawowe fakty. Materiału jest dość, dostarczyli go pisarze – zwłaszcza historycy wojskowości - wielu pokoleń. Szymon Askenazy, Adam Wolański, August Sokołowski, Tadeusz Korzon, Bolesław Twardowski, Marian Kukiel, Stefan Kieniewicz i dziesiątki innych autorów z Pawłem Jasienicą, Marianem Brandysem i Zbigniewem Załuskim.

„Siedem polskich grzechów głównych” – taki nosiła tytuł najgłośniejsza książka tego ostatniego, nb. pułkownika LWP. Miała ona w latach sześćdziesiątych spory odźwięk, odegrała w ówczesnej dyskusji o historii Polski istotną, niestety, nie zawsze pozytywną rolę. Pisana z pozoru z uczciwych pobudek, w istocie wkomponowała się w perfidną grę, prowadzoną przez komunistyczne władze przeciwko środowiskom artystycznym i intelektualnym, o czym zdają się nie wiedzieć lub nie pamiętać miłośnicy twórczości płk. Załuskiego. Manipulację ojczystymi dziejami uprawiali zresztą nie tylko dyspozycyjni publicyści, również zawodowi historycy, którzy zajmowali się nie nauką, lecz propagandą. Świadectwa hańby tamtej epoki znaleźć więc można nie tylko w archiwach IPN-u, ale i w zbiorach Biblioteki Narodowej...

Cóż, oczyszczajmy przedpole. Z pewnym zresztą zażenowaniem, gdyż nastąpią tu stwierdzenia tak banalne, że przypominanie ich nie miałoby żadnego sensu, gdyby nie to, że wyparte zostały całkowicie z świadomości społecznej, ustępując miejsca powielanym uporczywie, a skutecznie, stereotypom.

Zatem – po kolei:

Nigdy polscy ułani nie szarżowali na czołgi, co zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość. Nigdy, także we wrześniu 1939 roku. Tropy, że doszło do takich incydentów pod Jeżowem i pod Krojantami, okazały się być fałszywe. Kawaleria polska miała we Wrześniu swoją kolejną wspaniałą kartę, statystycznie jednak rzecz ujmując, nie odegrała w tej wojnie większej roli. I nie mogła, gdyż wbrew upowszechnianym dotąd opiniom, stanowiła wówczas li tylko margines w polskiej armii. Wojsko polskie miało ponad milion żołnierzy, w tym zaledwie 38 pułków konnych, każdy po cztery szwadrony, czyli nie więcej niż... 16 tysięcy kawalerzystów. Koni, rzecz jasna, było w armii więcej. Nie tylko polskiej, armie bowiem całego świata posługiwały się w tamtej epoce transportem konnym, zwanym po wojskowemu trakcją. Wszystkie armie, z niemiecką włącznie.

Westerplatte nie było karkołomną awanturą garstki desperatów. Załoga Polskiej Wojskowej Składnicy Transportowej w Gdańsku na Westerplatte liczyła 182 osoby, w tym 27 cywili. Bronili się oni przez 150 godzin przed wrogą nawałnicą. Poległo 15 obrońców placówki, 13 zostało ciężko rannych, ponad 30 kontuzjowanych. Straty własne nie przekroczyły więc 25 proc. stanu osobowego, podczas gdy po stronie niemieckiej było prawie 400 zabitych, liczba rannych pozostała nieznana. Gdyby wszędzie udało się uzyskać takie proporcje, wygralibyśmy we Wrześniu wojnę nie tylko z hitlerowcami, ale i bolszewikami. Bądź co bądź, wystawiliśmy wtedy wielką armię. Wielką też armię – czwartą w świecie – rzuciliśmy do boju w II wojnie światowej. Zważywszy na uszczuplone przez dwóch okupantów zasoby ludzkie i materialne, był to heroiczny wysiłek. Co więcej, gdy uwzględni się procentowy udział żołnierzy w ogólnej liczbie ludności, można powiedzieć, że Polacy w zwycięstwo nad faszyzmem wnieśli największy na świecie wkład...

34-letni kapitan artylerii Juliusz Konstanty Ordon 6 września 1831 roku nie wysadził w powietrze swej reduty. Czterdziestu Moskali na jednego Polaka. Taka była proporcja w ataku na fort nr 54. Mickiewicz pisał: „... w szaniec nieprzyjaciół kupa/ Już lazła jak robactwo na świeżego trupa.” Reduta padła więc praktycznie bez walki. Prochownia wyleciała w powietrze zupełnym przypadkiem. Ordon przeżył. Najpierw trafił na emigrację do Szkocji. W czasie Wiosny Ludów walczył na Węgrzech, brał udział w wojnie krymskiej. Założył też czerwoną koszulę, by bić się u boku Garibaldiego o zjednoczenie Włoch. Czekał na wolną Polskę we Florencji na skromnej emeryturze. Nie doczekał.

Bartosz Głowacki w bitwie pod Racławicami 4 kwietnia 1794 roku nie zatykał czapką lufy armatniej. Co najwyżej zagasił nią tzw. zapał, uniemożliwiając odpalenie armaty. Broń kosynierów – nie tylko w Insurekcji Kościuszkowskiej, ale i w Powstaniu Styczniowym – nie była śmieszną zabawką, lecz straszliwym orężem. Bagnet czy szabla nie miały żadnych szans ze specjalnie wykuwaną, postawioną na sztorc kosą. Zanim żołnierz regularnej armii zdążył po salwie powtórnie naładować karabin, nierzadko miał już kosę na gardle.

W Powstaniu Styczniowym była ogromna dysproporcja między powstańcami a carskim wojskiem. Liczebna jednak, nie techniczna. Ofiarność polskich patriotów sprawiła, że na potrzeby powstania zebrano ogromne sumy, przemycano do kraju z zagranicy kolejne transporty nowoczesnej broni palnej. Einfeld, sztucer wspomniany przez Rotmistrza, był wówczas najnowocześniejszą konstrukcją, wobec której karabiny rosyjskich sołdatów były śmiesznymi pukawkami.

Skoro o ofiarności patriotów mowa, nie sposób powstrzymać się od dygresji, dedykowanej współczesnym „patriotom”, co jak zgłodniałe psy o kość walczą o swoje diety i pensje, o specjalne emerytury. Otóż, Józef Poniatowskiej, który w potocznej świadomości jawi się jako utracjusz i bawidamek, w istocie był jedną z najpiękniejszych postaci w ojczystych dziejach. Ministerialną i generalską pensję przekazywał w całości na potrzeby armii. Co więcej, wyposażenie oddziałów wojskowych pochłonęło nie tylko lwią część jego własnego majątku, ale na potrzeby swego wojska zaciągnął on dodatkowo u pani Walewskiej prywatną pożyczkę na lichwiarski procent.

Mało też kto chce dziś pamiętać, bo i po co, że polska szlachta, uganiająca się na wyprzódki za różnymi urzędami, nie czyniła tego bynajmniej dla korzyści materialnych, lecz dla czystego prestiżu. Służba publiczna w Polsce przez wieki całe nie przynosiła żadnych profitów, przeciwnie – w istotny sposób obciążała kieszeń sprawującego urząd czy funkcję, niezależnie od tego, czy wzięły się one z wyboru, czy z nadania. Politykom warto tu polecić poświęcone polskiej szlachcie prace Jerzego Tazbira lub Jaremy Maciszewskiego,9) w nadziei, płonnej zresztą, że zawstydzą ich zawarte w nich fakty.

Wracając do Poniatowskiego, nieprawdą jest, że „wydając kabotyńskie okrzyki” wskoczył do Elstery i utonął.

16 października 1813 roku na przedmieściach Lipska rozpoczęła się największa w epoce napoleońskiej bitwa, nazywana „bitwą olbrzymów” lub „bitwą narodów”. Przez cztery dni walczyło w niej pół miliona żołnierzy, bez mała co trzeci zginął. Napoleon przegrał. Zdradzili go najpierw Sasi, potem strzelcy badeńscy i wirtemberscy. Polacy byli wierni – jak zawsze – do ostatka. Dowodził nimi naczelny wódz armii Księstwa Warszawskiego, książę Józef Poniatowski, komenderujący w tej bitwie VIII korpusem francusko-polskim. Swoich podkomendnych prowadził, jak zwykle, do ataku osobiście. Najpierw został ranny piką w dłoń, potem kula przeszyła mu rękę powyżej łokcia. Walczył dalej. 19 października francuski saper wysadził most, odcinając na bagnach w widłach Pleissy i Elstery VIII korpus Poniatowskiego i IX korpus francuski marszałka Macdonalda. Książę Pepi powiódł pieszo swój batalion do kontrataku. Następna kula poszła w pierś, między żebra. Ciężko ranny wsiadł na konia, by dalej prowadzić wojsko przeciwko nawale nieprzyjaciół, by wyrwać je z matni. Porwał go nurt Pleissy. Kapitan Blechamp pomógł mu się wydostać z wody. Książę poszedł pieszo na czele wojska, które nadal – poprzez kontratak - próbował wydostać z pułapki. Dostał następną kulę w bok. Stracił przytomność. Po odzyskaniu świadomości z pomocą żołnierzy dosiadł znów konia.

„Był już zapewne ranny śmiertelnie – pisze biograf Skałkowski - śmierć miał w spojrzeniu i wyrazie; ale na ponawiane błagania towarzyszów nie odpowiadał już wcale, tylko coś z gniewnym uniesieniem mówił bez związku o Polsce i honorze (…) Porwał się raptem sił ostatkiem i skoczył z koniem do Elstery. Tu ostatnią kulę odbiera w lewą pierś, przeszyty na wylot, osuwa się z konia i po krótkim pasowaniu – znika pod wodą.”10)

Niestety, szydercy nie potrafili zamilknąć nawet nad tą trumną.

I kolejny symbol naszego rzekomego szaleństwa – Somosierra. Wąwóz w łańcuchu gór Guadarrama, który stanął na drodze „boga wojny”, Bonapartego, do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Madrytu. Wąwóz długi na 2 kilometry o 300-metrowych ścianach. Co pół kilometra bateria armat. A i 13 tysięcy żołnierzy pod wodzą słynnego generała Don Benito San Juana. Pchnąć piechotę w wąskie, zbrojne po zęby gardło, to wszcząć zażarty, wielodniowy bój, który pochłonąłby tysiące ofiar po obu stronach. Napoleon więc w tej dramatycznej sytuacji połączył swój wojskowy geniusz z odwagą Polaków.

30 listopada 1808 roku służbę przy cesarzu pełnił trzeci szwadron polskich szwoleżerów pod wodzą Jana Kozietulskiego, wchodzący w skład polskiego pułku lekkokonnego Wincentego Krasińskiego. Napoleon rozkazał im wziąć wąwóz szarżą. Polscy szwoleżerowie bez wahania wykonali rozkaz. Szarża 125 Polaków trwała osiem minut (!). Zginęło 18, ciężko rannych zostało 28. Atak przeżyło, dodajmy, tylko trzech oficerów. Oni galopowali na czele swego szwadronu (mówi wam to coś, współcześni dowódcy?). Hiszpańska armia rozpierzchła się w panice. Droga na Madryt stanęła otworem. Następnego dnia, 1 grudnia, Hiszpanie powiesili swego generała, Napoleon zaś zdjął kapelusz przed Polakami, nazywając ich „najdzielniejszymi z dzielnych”.

Aż trudno uwierzyć, że Wajda i Somosierrę próbował obrócić w absurd, pokazując w swoich „Popiołach” jazdę szwoleżerów po... płaskim jak stół terenie.

Uczestnik szarży, porucznik Niegolewski pisał:

„My tylko, Polacy, tę jak cud niepojętą szarżę mogliśmy wykonać, my też tylko ją pojąć możemy, których miłość ojczyzny nie tylko na Sierry, ale i do nowego świata napędzała w nadziei, że walcząc pod Napoleonem, uważając go za zesłańca, którego nieba nam dla przywrócenia ojczyzny dały, ojczyznę z jarzma wyswobodzimy i na wrogach naszych za ich na nas dokonaną zbrodnię zemścimy się, a światu całemu, który bezkarnie na morderstwo nasze zezwolił, dowód naszej żywotności damy.”11)

Słowa wyjątkowej urody. Zachwyci się nimi każdy patriota. Natychmiast „poprawni politycznie” nazwą go nacjonalistą. Tak to się u nas narobiło i mało kto już przeciwko temu protestuje. Jak tak dalej pójdzie, uczyć się patriotyzmu będziemy mogli już tylko w środowiskach polonijnych na Białorusi i Ukrainie, w Kazachstanie, Kanadzie, Ameryce, gdzie miłość do Ojczyzny wyznaje się wprawdzie z gardłem ściśniętym i serca drżeniem, ale bez cienia wstydu...

„Najdzielniejsi z dzielnych” – mówił Bonaparte o Polakach. Jemu też przypisuje się inne słowa: „pijany jak Polak”. Nie obelga to była wszakże, lecz wyjątkowa pochwała. Wyraz podziwu dla tęgich polskich głów, odpornych nie tylko na strach, ale i alkohol. Polacy – przykład do naśladowania również i pod tym względem. Również i dla Francuzów, którzy dziś nam powiadają, byśmy – ubogi krewny Europy - siedzili cicho.

I dalej – nieprawdą jest, jakoby Polacy dopuścili się zbrodni wojennych na San Domingo. Przypisywany nam „bajonetaż” czyli wykłucie bagnetami bezbronnego murzyńskiego oddziału nigdy nie znalazł potwierdzenia. Przeciwnie, są miejscowe przekazy, że to właśnie Polacy odmówili wykonania takiego rozkazu, wbili karabiny bagnetami w ziemię. Przywódca murzyńskiego powstania Jean Jacques Dessalines, jakby na potwierdzenie tej wersji, powołał do swej gwardii honorowej 30 Polaków, a kiedy po zwycięstwie wydał dekret wypędzający cudzoziemców, zapisał w nim jeden jedyny wyjątek – właśnie Polaków. Swoją drogą, Dessalines, dzielny generał w armii Toussaint-Louverture’a, potem dożywotni gubernator Haiti, koronował się w 1804 roku na cesarza Haiti jako Jakub I, rządził despotycznie i zginął z rąk swoich rywali. Ale to już nie nasza, polska, bajka.

I można by tak dalej – prześwietlać i przewietrzać ojczyste dzieje, papieru by jednak zbrakło. Po tych kilku, najbardziej spektakularnych przykładach, powiedzmy sobie wprost: doprawdy wyjątkowo złej woli trzeba lub bezdennej głupoty, by przypisywać naszym przodkom błazenadę czy niegodziwość...

Rotmistrz Bohoborski skreślił i takie słowa:

„Święto Zmarłych – najbardziej polskie z polskich świąt. Dzień, w którym my, Polacy, zdajemy się dostarczać dowodów, że znów zmarli zdają się być dla nas nieporównanie ważniejsi od żywych. Jak nigdzie chyba w świecie. Coraz więcej dowodów. Coraz więcej z roku na rok, jakbyśmy coraz bardziej obracali się ku przeszłości, porażeni już nie kultem zmarłych, lecz wręcz duchową nekrofilią, jeśli o takiej można mówić. A może raczej historiofagią? Nie ku przyszłości, nie teraźniejszością żyjemy, lecz przeszłością się żywimy. Wczoraj to też dziś, tyle że – wczoraj, tak by to pewnie strawestował Mrożek, a ja, ja już sam nie wiem!...

Snuję te rozważania, powróciwszy świeżo ze stolicy, gdzie poniosło mnie z paroma świeczkami w kieszeni. Poniosło mnie w przeszłość, na groby. Nie mam swoich grobów na cmentarzach między Odrą a Bugiem. Mogiły brata nie odnaleziono. Rodzice i siostra spoczywają za granicą. Tam, gdzie się urodzili. Gdzie i ja się urodziłem, mam więc w dowodzie osobistym wpisane teraz, żem cudzoziemiec, bo i ta ziemia dzisiaj cudza, chociaż tak odwiecznie nasza. Czy na grobach moich bliskich zapali kto dzisiaj świeczkę? A może już grobów nie ma? Może zaorała je już dawno jakaś dzielna traktorzystka, dopełniająca ostatniego wyroku historii?

Wyrok historii? Historia jest dobra na wszystko, nowe opium dla ludu. Mówią, żeśmy wrócili w stare granice, żeśmy wreszcie wskoczyli we właściwą koleinę, że jedyna słuszna – to Polska Piastowska. Za Piastów – bywało – mieliśmy pod sobą milion osiemset tysięcy kilometrów kwadratowych, szóstą część Europy. Sprawiedliwie czy nie, słusznie czy nie, ale – było! Ostał nam się z tego jeno kadłubek, wyjątkowego więc cynizmu potrzeba, by nazywać to słusznym i sprawiedliwym. Co czwarty Polak żyje za granicą, nie zawsze z wyboru, często – z wyroku. Podobno historii, która jest dobra na wszystko, nie dla wszystkich jednak, najmniej dla słabych, których słabością – dążenie do wolności i sprawiedliwości, poczucie honoru i wstręt do gwałtu, zrównanie waszego z naszym, odrzucanie niegodnych środków, nawet za cenę niespełnienia celu...

Gorycz? Na pewno. Brak obiektywizmu? Może, ale czyż można wymagać od ofiary, by przyjmowała punkt widzenia – powiedzmy eufemistycznie – sprawcy jej cierpień? A może są tacy, co się utożsamili z jego interesem? Cóż, wiktymologia zna i takie przypadki. Ech, rozstroił mnie całkiem mój zaduszkowy spacer po warszawskich ulicach, po tym największym cmentarzu Europy. Ogniki pośród kwiecia – pod murami, na bruku, na trawnikach. Nie, te nie dla żywych!... Tak, iście polski to fenomen, owa pamięć o zmarłych, pozwalająca zachować tożsamość narodową poprzez świat zmarłych, gdy w świecie żywych tożsamość tę depczą i gwałcą. W grobach nasze korzenie, których nikt nigdy nie odetnie, nie wykarczuje, chociaż tu i ówdzie nieznany sprawca obali płytę nagrobną, a gdzie indziej dzielna traktorzystka zrówna mogiłę z ziemią...

Polskość... Polskość jest czymś, co nie istnieje, co od początku do końca zostało wydumane, wymyślone tylko i wyłącznie po to, by uchronić Polaków przed zupełnym zwariowaniem. W taki, mniej więcej, sposób bohater „Jeziora Bodeńskiego” próbuje epatować piękną Susanne. Moje szczęście, nie jestem Francuzką, do tego piękną, jestem Polakiem, toteż wiara, że istnieje fenomen polskości, nie raz ratowała mnie przed obłędem.”

Dolce et decorum est pro patria mori.

Słodko i pięknie jest umierać za ojczyznę – nie my ukuliśmy tę dewizę, myśmy jej byli jednak wierni jak mało kto na świecie. Najdzielniejsi z dzielnych, najwierniejsi z wiernych (semper fidelis) – składali życie na ołtarzu ojczyzny. Jedni zginęli w walce, innych wymordowano.

Naród polski (zwłaszcza już w XX stuleciu, kiedy wymordowano więcej Polaków niż Żydów) przeżył swój holocaust, swój shoah, swoją hekatombę, której świat się nie wstydzi. Ba, świat co rusz – a to w Moskwie, to znów w Berlinie czy Paryżu – upomina nas, że to my powinniśmy się wstydzić, że raz po raz pokazujemy światu odniesione rany, że przypominamy o naszych krzywdach i cierpieniach. Niestety, nie potrafimy, jak nasi starsi bracia w wierze, domagać się nowej Norymbergii czy Hagi za antypolonizm. Nie potrafimy dobrać się do kont szwajcarskich, do zbiorów paryskiego Luwru czy petersburskiego Ermitrażu. Bo i nigdy nie potrafiliśmy przedłożyć korzyści nad wartości. My, Polacy. Wmawiają nam więc, że wszystko, co złe, dotknęło nas na własne życzenie...
Są wciąż tacy, co powiadają, że najpierw pozwoliliśmy Polsce upaść, potem
wykrwawialiśmy się z pokolenia na pokolenie, prowadząc naród do ostatecznej zagłady.

Odwołajmy się tutaj znów do cudzoziemca, profesora Daviesa:

„Upadek Rzeczpospolitej to był fatalny ewenement. Masa krajów była w podobnie kiepskim stanie – ekonomicznie, politycznie, społecznie. Hiszpania – w XVI w. potęga globalna – w paręset lat później stała się międzynarodowym kaleką. Upadła straszliwie. Przeżyła, bo nikt specjalnie się nią nie interesował. Z wyjątkiem Napoleona. Właściwie dopiero teraz doszli do jakiejś reformy. Albo Szwecja – potęga w XVII w., a potem mało znaczący zacofany kraik. Niemcy też upadały i się rozpadały. Ale Rzeczpospolita kompletnie upadła. To ma swoje psychiczne dziedzictwo. Cały XIX i XX w. Polacy się spierali, czy to oni są winni tej katastrofie czy obce mocarstwa. (...) Moim zdaniem: chory człowiek został zamordowany. Teraz rodzina chorego ma poczucie winy i stawia sobie pytanie, czy to jest przekazywana z pokolenia na pokolenie genetyczna choroba. Rodzina oczywiście powiększa swoją winę. Zapomina, że ten kraj został przede wszystkim zamordowany przez sąsiadów. (...) Trudno sobie wyobrazić gorszą sytuację niż ta, którą miała Polska będąc między Hitlerem a Stalinem. To pewnie było najgorsze położenie na świecie. Na to nie było dobrej polityki. Droga Benesza nic by nie pomogła (...) Pan myśli, że Brytyjczycy lepiej by sobie radzili między Niemcami i Rosją, Katarzyną i Fryderykiem, Hitlerem i Stalinem? Mnie się tak nie wydaje.”12)

Przypomina się od razu Piotr Skarga, który w „Przestrogach dla Polski” pisał:

„Nie ma w całej Europie drugiego takiego kraju, który by tak źle był położony jak Polska”.
Niejeden naród, znalazłszy się w takiej jak nasza opresji, poddałby się, nie Polacy jednak. I to jest też ten, wspominany przez Rotmistrza, fenomen polskości. Historia żadnego narodu nie układa się w tak długi, najczęściej tragiczny, ciąg zrywów i klęsk. Ponad 200 lat walki o wolność i godność, czasem po prostu – o przetrwanie.
Przypomnijmy:

Konfederacja Barska (1768-1772); wojna w obronie Konstytucji 3 Maja (1772); Insurekcja Kościuszkowska i Powstanie Wielkopolskie (1794); obrona Gdańska przed Prusakami (1793); Powstania Wielkopolskie (1794, 1806); wojna z Prusami i Rosją (1806-1807); wojna z Austrią (1809); wojna z Rosją (1812-1813); Powstanie Listopadowe (1830-1831); partyzantka Zaliwskiego i Zawiszy (1833); powstanie tkaczy śląskich (1844); spisek ks. Piotra Ściegiennego (1844); Rewolucja Krakowska i Powstanie Chłopskie (1846); Powstanie Wielkopolskie i Krakowska Rewolta (1848); Powstanie Styczniowe (1863-1864).

Dodajmy do tego udział Polaków w walce o „wolność waszą”: w Ameryce (m.in. Kościuszko, Pułaski, Sułkowski), w Wiośnie Ludów (m.in. Bem na Węgrzech), we Włoszech, w Komunie Paryskiej (m.in. Dąbrowski).

Wiek XX – to kolejne pasmo walk i buntów. Dziecięcy strajk we Wrześni (1901-1902); kolejne powstanie narodowe, zwane rewolucją (1905); I wojna światowa i walki o odzyskanie niepodległości, z Legionami Piłsudskiego na czele (1914-1918); obrona Lwowa przed Ukraińcami (1918-1919); walki z Litwinami i Rosjanami o Wilno (1919-1920); Powstanie Śląskie (1919); Powstanie Wielkopolskie (1918-1919); wojna polsko-bolszewicka (1920); Powstania Śląskie (1920, 1921); II wojna światowa, a więc wojna obronna we Wrześniu z Niemcami i Sowietami, partyzantka i konspiracja antyhitlerowska, powstanie w gettcie warszawskim (nie odmawiajmy ówczesnym Żydom polskości), Powstanie Warszawskie, walka zbrojna na wszystkich frontach (1939-1945); partyzantka i konspiracja antykomunistyczna (1944-1949); Poznański Czerwiec (1956); marcowa rewolta studentów (1968); Wydarzenia Grudniowe na Wybrzeżu (1970); Wypadki Czerwcowe (1976); Wydarzenia Sierpniowe (1980); wojna polsko-jaruzelska, a także fala strajków u jej schyłku (1981-1988); obalenie PRL i zmiana ustroju (1989).

Nie były to daremne porywy. Pochłaniały tysiące ofiar, ściągały coraz to nowe represje, ale – per saldo – powściągały zakusy satrapów i dyktatorów, zaborców i okupantów, krzyżując im plany wynarodowiania czy wręcz eksterminacji Polaków, wymazania raz na zawsze Polski z mapy Europy. Wieki całe bronić się musieliśmy przed zturczeniem, zgermanizowaniem, zrusyfikowaniem czy wreszcie – przed sowietyzacją, opór przed którą dał, niestety, dość mierne wyniki, bo i komunistyczna presja była nie tylko długotrwała, ale i wyjątkowo perfidna.

Zaciekła walka Polaków o wolność i godność dodawała im sił, mimo kolejnych klęsk. Wymuszała nawet na wrogach szacunek, niekiedy podziw. Temat Polski raz po raz wracał na scenę polityczną, uprzytomniając światu, że ten kraj, zapomniany – zdawałoby się – przez Boga, zasługuje na samodzielny byt państwowy...

Dzielny wojak Józef Szwejk, jadąc w 1914 roku na wózku inwalidzkim do punktu werbunkowego, śpiewał o krwawej bitwie pod Solferino we włoskiej Lombardii, gdzie 24 czerwca 1859 roku starła się armia francusko-sardyńska Napoleona II z wojskami austriackimi. Ani myślał ginąć za cesarza. W zasadzie od 1620 roku, a więc klęski pod Białą Górą, Czesi zaprzestali walki zbrojnej o własne państwo. Pragmatyczne nastawienie Czechów podawano często nam – niepraktycznym, wiecznie wojującym Polakom – za przykład do naśladowania. Z pozoru słusznie, bo bracia Czesi dostali prawie za darmo to samo, co my musieliśmy okupić wielką daniną krwi. Nie należy z nich jednak kpić, można tylko zazdrościć, że na taką postawę pozwalało im nieporównanie lepsze położenie geopolityczne, im nigdy nie groziła totalna zagłada.

My nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy być walecznym, ofiarnym i dzielnym narodem, by w tak drapieżnym sąsiedztwie w ogóle narodem pozostać.

„Upłynęło niedawno sto lat – pisał Sienkiewicz - jak państwo polskie, w chwili gdy było zajęte reformą wewnętrzną, zostało napadnięte przez trzech rozbójniczych sąsiadów i powalone. Ziemię rozdarto, na pierś polską stoczono olbrzymie głazy niewoli. Rozpoczął się wiek nieznanych w nowszych dziejach prześladowań i nieznanego męczeństwa, albowiem rozbójnicy karali jak za zbrodnię ofiarę swą za to, że nie chciała umrzeć. Z wyrachowanym okrucieństwem tłumiono wszelkie funkcje życiowe narodu. Niszczono lub łupiono wspaniałe zabytki jego kultury, rabowano jego własność, otoczono go łańcuchami praw wyjątkowych, wynarodowiano jego szkoły, prześladowano jego język, a jeden z trzech łotrów posunął się aż do zakazu Polakom używania polskiej mowy w miejscach publicznych. I tak upływał jeden dziesiątek lat za drugim, aż do dnia dzisiejszego. Historia Polski stała się historią zbrodni nad nią spełnianych.”13)

Trwało to, niestety, nie sto lat, lecz ponad dwieście.

W przerwach między kolejnymi wojnami i buntami musieliśmy żyć, co podobno najmniej nam się udaje.

„Naród wielki – społeczeństwo żadne”?

Łatwo krytykować. Czy od I Rzeczpospolitej miewaliśmy dostatecznie dużo czasu, by sprawdzić się jako społeczeństwo? Od zaborów poprzez okupacje do totalitaryzmu, a po drodze różne stany przejściowe i transformacje, które nigdy dokonać się nie mogły do końca, bo oto znów trzeba było walczyć. Tak przecież było i z II Rzeczpospolitą. Fakt, społeczeństwo jest żadne, gdy żaden jest jego wpływ na państwo, gdy państwo nie jest dla obywateli, lecz obywatele dla państwa. Taki był cały PRL z marginesem swobód obywatelskich tak wąskim, że uniemożliwiającym zorganizowanie się w samodzielne społeczeństwo. III Rzeczpospolita też w tej kwestii pozostawia wiele do życzenia. Na dobrą sprawę Polacy do tej pory nie odzyskali swojego państwa, bo i nadal w Polsce wszelkie instytucje państwowe, a i cała trójwładza, ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza, niewiele mają wspólnego ze służbą publiczną, pozostając wciąż aparatem sprawowania władzy nad społeczeństwem, odbieranej często nie bez racji jako dokuczliwy, czasem perfidny, kiedy indziej bezdennie głupi – ucisk. Władza (od posła i ministra, poprzez policjanta i sędziego, do urzędnika) wciąż ma za dużo władzy, przez co szybko się degeneruje i władzy nadużywa, jakby jej ciągle władzy było mało i mało.

Czy byliśmy społeczeństwem „żadnym” po Sierpniu ’80, kiedy przez szesnaście miesięcy organizowaliśmy i rozwijaliśmy ruch Solidarności? Po 1989 roku gotowi byliśmy góry przenosić, organizując się w obywatelskie struktury przy „nowej” władzy. Nasze babki, matki i żony – znów, jak kiedyś, chociażby w II Rzeczpospolitej – oddawały biżuterię, ba, ślubne obrączki, by pomóc w odbudowie zrujnowanego przez komunizm państwa. U progu III Rzeczpospolitej, kiedy przez chwilę wszystko to, co nie było prawem zakazane, było dozwolone, odtwarzaliśmy, bez udziału państwa, wolny rynek.

A ostatnio, w żałobie po Janie Pawle II, organizowaliśmy się i jednoczyliśmy jako naród? A może – jako społeczeństwo?

Nawet pod zaborami i okupacją Polacy potrafili, na przekór wszystkim i wszystkiemu, tworzyć sprawne struktury społeczne, czy to na obszarze oświaty i kultury, czy też w ruchu spółdzielczym, który potrafił przybierać prekursorskie w świecie formy. Dopóki mogliśmy rządzić się sami, a tak było w I Rzeczpospolitej, funkcjonowaliśmy jako świetnie zorganizowana zbiorowość. Rzeczpospolita szlachecka, tak brutalnie postponowana, była niedoścignionym dla wielu krajów wzorem nowoczesnego, demokratycznego (sic!) społeczeństwa.

Jerzy Tazbir pisze:

„Należy też pamiętać, że niecała szlachta europejska posiadała tak zasadnicze przywieleje jak polska, a mianowicie, iż członek tego stanu może być uwięziony jedynie na podstawie prawomocnego wyroku sądu (neminem captivabimus), chyba że się go schwyta na gorącym uczynku zabójstwa, podpalenia, kradzieży lub gwałtu. Warto przypomnieć, iż podobny akt uchwalono w Anglii dopiero w roku 1679 (zakaz aresztowania obywatela bez wyroku sądowego). Mimo daleko posuniętej dyferencjacji szlachty polskiej obowiązywała całkowita równość wobec prawa, niezależnie od stanu majątkowego i szczebla na drabinie społecznej. Na mocy przywileju z roku 1588 zakazano zaś przeprowadzania rewizji w domach szlacheckich, nawet wtedy, gdy było wiadomo, iż ukrywa się w nim banita. Istniało więc poczucie bezpieczeństwa osobistego, całkowitej ochrony przed samowolą monarchy lub jego urzędników.”14)

Znane z literatury pamiętnikarskiej są przykłady, gdy szlachcic mógł bezkarnie naubliżać nawet królowi. Pasek wspomina, jak to poseł Mikołaj Kazimirski, kiedy król Stefan Batory fuknął na niego w sejmie; „milcz, błaźnie”, odpowiedział mu z godnością: „Nie jestem błaznem, lecz obywatelem, który wybiera królów i obala tyranów”.

Rzeczpospolita nigdy nie dała się zepchnąć na manowce władzy absolutnej czy władzy totalitarnej, jeśli już, to zaprowadzały ją w Polsce obce bagnety i czołgi. Poszanowanie obywatelskich swobód, równości, wolności i godności człowieka przez całe wieki wysuwano w Polsce na plan pierwszy. Imponują po dziś dzień rozwiązania prawne, wprowadzane przez liczne przywileje i statuty, stanowione m.in. w Budzie (1355), Koszycach (1374), Korczynie (1386), Piotrkowie (1388), Nieszawie (1422, 1454), Czerwińsku (1422), Jedlni (1430) czy w Krakowie (1433). Rzeczpospolita dbała nie tylko o „swoich”, lecz również o „obcych”, czasem nawet do przesady. Ogłaszano coraz to nowe przywileje inkorporacyjne, określające prawa mieszkańców ziem włączonych do Korony. Akty – na przykład – Unii Horodelskiej (1413) czy Unii Lubelskiej (1569) zawierają wzorcowe wręcz zapisy. Konfederacja Warszawska (1573) była dla odmiany pierwszym w Europie aktem tolerancji religijnej, który gwarantował bezwarunkowy i wieczny pokój między różniącymi się wiarą, zapewniając dysydentom równouprawnienie z katolikami.

Nie była więc ówczesna Polska macochą, lecz dobrą Macierzą, przygarniającą również wszystkich, którym gdzie indziej krzywda się działa. Szeroko otwarła się przed Żydami. Statut Kaliski, wydany przez Bolesława Pobożnego w 1264 roku, był enwenementem na skalę światową. Dawał Żydom przywileje, o jakich gdzie indziej przez następne stulecia mogli tylko marzyć. Gwarantował Żydom ochronę, jakiej nie mieli nawet ówcześni Polacy. Żydzi na mocy statutu wyjęci zostali spod jurysdykcji sądów miejskich, opiekę zaś prawną sprawował nad nimi bezpośrednio książę lub wojewoda. Zacytujmy chociaż pierwszy paragraf tego niezwykłego dokumentu: „W żadnej sprawie dotyczącej rzeczy lub osoby Żyda nie może świadczyć sam Chrześcijanin, lecz jego zeznanie musi być potwierdzone przez jednego Żyda”.15) Nic przeto dziwnego, że Żydzi zaczęli masowo napływać do Polski, uciekając do polskiego azylu przed prześladowaniami w innych państwach Europy.

W następnych stuleciach też w Polsce szukali schronienia, a to przed pogromami w carskiej Rosji, to wreszcie przed hitlerowską zagładą. Mało kto pamięta, że tylko przed wrześniem 1939 roku napłynęło do Polski prawie pół miliona Żydów, szukających u nas ochrony przed prześladowaniami.

Póki Polacy w Polsce rządzili się sami, Żydzi byli u nas bezpieczni. Świat nie chce tego pamiętać. Gorzej, zapominają sami Żydzi. Wielu z nich, zapiekłych w antypolonizmie, próbuje nas obarczać odpowiedzialnością nawet za zbrodnie hitlerowskie czy stalinowskie. Dziwnie się składa, że są oni bardziej dziś wyrozumiali dla Francuzów, którzy na ochotnika wysyłali Żydów do gazu. Nie wołają też, że Rosjanie to antysemici. Ba, Niemcom z rzadka już wypominają zbrodnie. Tylko Polaków oskarżają wciąż o antysemityzm. Jakby nie wiedzieli, że podczas okupacji hitlerowskiej Polakowi groziła śmierć nie tylko za ukrywanie Żyda, ale nawet za podanie mu kromki chleba. Nie dostrzegają, że - mimo tak straszliwego zagrożenia - w alei „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” w jerozolimskim Yad Vashem najwięcej swoich drzew mają właśnie Polacy. Żydowscy wyznawcy antypolonizmu obarczają nasz naród odpowiedzialnością za exodus Żydów z Polski w latach pięćdziesiątych, a także po marcu 1968 roku, ignorując całkiem fakt, że za owymi haniebnymi czystkami nie stała bynajmniej wola polskiego narodu, lecz rozgrywki w komunistycznym aparacie, sprawującym w Polsce rządy z moskiewskiego nadania. Kielce oraz Jedwabne czyni się symbolami (może z braku innych?) rzekomego polskiego antysemityzmu, pomniejszając całkowicie rolę, jaką w obu tragicznych wydarzeniach odegrały tak wrogie Polakom NKWD, UB czy Gestapo.

Aż się prosi tu stwierdzenie, że znów Polacy są sami sobie winni. Gdyby Polska nie otwierała się przez wiele stuleci na Żydów, przeciwnie – na wzór innych „cywilizowanych” państw i narodów – izolowała się od nich i prześladowała, nie byłoby dziś problemu polskiego antysemityzmu. W 1939 roku w Polsce mieszkałaby garstka, a nie parę milionów Żydów, Hitler więc rozwiązywałby „kwestię żydowską” nie na obszarze okupowanej Polski, lecz gdzie indziej...

Wracając jednak do Rzeczpospolitej szlacheckiej, nie ulega kwestii, że była ona nowoczesnym, świetnie zorganizowanym państwem. Wbrew stereotypom – nie szlachta Polskę krzywdziła, lecz magnateria (dziś też oligarchowie gubią kraj), tymczasem do tej pory wytyka się szlachcie warcholstwo, zwłaszcza - osławione liberum veto. W jego obronie stawałem już nie raz.16) Z tym większą satysfakcją zacytuję znów Normana Daviesa:

„Jesteście nadkrytyczni. Wciąż się biczujecie. Pan mówi, że liberum veto to owoc histerycznego typu szlacheckiego. To się powszechnie podaje jako dowód polskiej nieodpowiedzialności. „Krzyknął nie pozwalam i uciekł na Pragę”, a Rzeczpospolita została z kłopotem. Ale liberum veto było częścią bardzo solidnego, sensownego systemu, który przez wieki dobrze funkcjonował (...) A ono było potrzebne, żeby szlachta rzeczywiście wykonywała uchwalone ustawy. Bo II Rzeczpospolita nie miała policji ani wojska do wymuszania prawa. Trzeba było uzyskać konsensus. I jest polskim fenomenem, że to się przez długi czas udawało. (...) Ale Rzeczpospolita nie upadła przez liberum veto, tylko przez podziały istniejące w polskim społeczeństwie. Magnaci, którzy ze sobą walczyli, użyli liberum veto, żeby przeforsować prywatę. Tak się stać nie musiało.”17)

Zatem i „garb szlachecki” nie jest nam ciężarem, lecz cennym dorobkiem. Nie bez powodu Artur Górski tak oto pisał u zarania II Rzeczpospolitej:

„Konfederacja barska, rok 94, rok 31 i rok 63 to szereg przegranych Polski dawnej. Powiedzieli sobie ci ludzie: melius honeste vinci – jak na rycerzy przystało. I działali honeste, choć mieli do czynienia z wrogiem, który krzywoprzysięgał, łamał traktaty, bił fałszywe pieniądze. Oni zawsze sądzili innych według siebie.

Skończyła się tedy szlachta polska i jej dzieje. Ale nie skończyła się szlacheckość.

Bo szlacheckość to wiara w człowieka. Polska szła i żyła przez wieki wiarą w człowieka. A to jest zasada demokracji. Jakoż naród szedł z wielką wszechświatową falą demokracji, stworzył ustrój republikański, uspołecznił rząd, wielonarodowe obszary powiązał federacją, przekreślił dążenia zaborcze.

Ten ustrój demokratyczny przyjął jednak w Polsce swój własny typ i wyraz – szlacheckość.

Polskę cechuje szlacheckość. Nie arystokratyzm. Arystokratyzm, wprost przeciwnie, opiera się na niewierze w człowieka. Utrzymuje on jak najdłużej zasadę podziału społeczeństwa na szczupłą kastę rządzących i tłum traktowany jako wieczyście małoletni, nawet jako stado robocze trzymane na wodzy batem i obrokiem, przekupywane „patriotyzmem brzucha”.

Polskę cechuje szlacheckość.

Co ona oznacza?

Oznacza pewien duchowy gatunek człowieka.

Szlacheckość to typ człowieka niezależnego moralnie, odpowiedzialnego przede wszystkim przed samym sobą, o jednolitym sumieniu, o rodzinnej organizacji społecznej, o przychylnej postawie wobec innych narodów. To drobny ziemianin polski czy z czasów Śmiałego czy Łokietka, czy Jagiellończyka lub Zygmuntów, czy z czasów Konfederacji Barskiej. To Legiony, Czwartacy, to ci, co pisali na sztandarach z roku 31: „za wolność waszą i naszą”. To dusze takie jak: Kochanowski, Żółkiewski, Sobieski, Kościuszko, Mickiewicz, jak Łukasiński, Worcell, Proletariatczycy.”...18)

Beczka więc miodem się napełnia. Aby nie było przesytu, parę łyżek dziegciu upuścił już w nią mój Piotr Gorczyński. Dorzućmy jeszcze jedną, w nadziei, że nie popsuje nam do cna smaku miodu.

Leon Kruczkowski napisał w 1932 roku powieść pt. „Kordian i cham”. Po wojnie, przez cały bodaj PRL, książka była w kanonie lektur obowiązkowych. Swoje zrobiła. Bene nati, male nati – niby o to chodziło, ale wyszło znacznie gorzej. Kordian znalazł się na cmentarzu, nad jego trumną raz po raz drwią różni „pragmatycy”. W życiu ostał się jeno cham. Tak bywało, tak jest teraz. Cham na ulicy i mównicy, na urzędzie i w biznesie... Bezczelny, rozpychający się łokciami cham. On nadaje ton...

I po raz ostatni odwołajmy się do Normana Daviesa:

„Pisałem o Powstaniu Warszawskim. Wtedy przecież zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi z absolutnej elity, śmietanki tego kraju. Młodzież stolicy – maturzyści, studenci, młodzi inteligenci. A jeszcze Katyń, emigracja, wywózki. To było zamordowanie warstwy niezbędnej dla istnienia sprawnego społeczeństwa. To tłumaczy marazm w Polsce powojennej. Jak to było możliwe, że garstka ludzi z Moskwy wszystko opanowała? Wciąż to pytanie się stawia. A trzeba pamiętać, że polską elitę zamordowali sąsiedzi. Te straty w dużej mierze zostały odrobione. A cios był ogromny. Mało narodów taką stratę przetrwało.”19)

Najdzielniejsi z dzielnych, najwierniejsi z wiernych nadawali ton nie powszedniej codzienności, lecz momentom zwrotnym, gdy trzeba było składać największą ofiarę na ołtarzu Ojczyzny. Na codzień na pierwszy plan wysuwali się ci wszyscy, co przedkładali korzyści nad wartości. Tak było i tak jest nadal. Faktem jednak, że najofiarniejsi z ofiarnych potrafili pociągnąć za sobą liczne, czasami, rzesze zwykłych zjadaczy chleba, natchnąć ich entuzjazmem czy zarazić odwagą, potrafili potrącić głuche na codzień struny, nacisnąć na ślepe klawisze, które nagle odzywały się piękną melodią.. I to chyba jest kolejny fenomen polskości. Są w naszym narodzie, jak i w każdym innym, stałe bieguny wartości i korzyści, dobra i zła. Statystycznie biorąc, sytuuje się na nich ilościowy margines. Między biegunami plasuje się cała reszta, o miażdżącej liczebnie przewadze. Rzec jednak można, że u nas większość – po polsku – ciąży ku jasności, z rzadka tylko dając się zwieść w stronę ciemności. Kto wie, może języczkiem u tej wagi jest od wieków owa „szlacheckość” Artura Górskiego?

Marginesem byli stróże, co donosili agentom ochrany. Marginesem – kapusie i szmalcownicy. Marginesem też są SB-eccy konfidenci, chociaż komunistom – jak mało komu przedtem – udało się bardzo zdeprawować polskie społeczeństwo. Złodzieje i aferzyści również, statystycznie biorąc, są w mniejszości, chociaż korupcja przeżera cały kraj od czasu rosyjskich „czynowników”, a nawet wcześniej – od epoki sprzedajnych (sąsiadom) magnatów. Konformizm i oportunizm, fakt, rozkwitł nam ponad miarę, ale takie są również skutki wieloletniej sowieckiej tresury...

I ostatnia rozmowa z Rotmistrzem przed jego śmiercią:

„Piotr podnosi się z krzesełka, bezszelestnie niemal, Rotmistrz ma jednak słuch wyczulony, nie otwiera wprawdzie oczu, lecz odzywa się:

- Siedź, Piotrusiu, poczekajmy razem na siostrę... Tak, mój drogi, to już koniec... Le sentiment de la mort – tak mawiają Francuzi, a pasuje to do mnie, jak ulał. Nie, Piotrze, nie zaprzeczaj, a i nie lituj się... Quantus tremor est futurus, quando iudex est venturus, cuncta stricte disscussurus... Homesick, tak bodaj mawiają Anglicy. Chory na ojczyznę! W radio posłyszałem dziś jakiś wiersz, lotów nie najwyższych, przejmujący jednak w prostocie i szczerości, naiwny... Ktoś, kto cierpiał głód, śnić potrafi o czerstwej kromce polskiego chleba. Ktoś, kto widział trupy rzucane bezładnie na stos, kto widział zwłoki spychane do kloacznego dołu, ten może marzyć o prostej trumnie zbitej z polskiej sosny... Wy potraficie to jeszcze zrozumieć, ale wasze dzieci? Gdzieś czytałem, że Polacy to istne wampiry, co własną krwią wciąż się żywią. Schizophrenische Verschiebung... A ja wolę w inną stronę... Welgeist und Volksgeist. Duch dziejów wciela się raz po raz w ducha jakiegoś narodu. Uprzytomniłem sobie, że ja wciąż w to wierzę. Powiesz, że to znów mesjanizm, że przemawia przeze mnie polska megalomania. Megalomania? Nieraz się nad tym zastanawiałem, przegadałem godziny. O, nie!

Minderwertigkeitsgefuehlkomplex. Powtórzysz jednym tchem? My znaleźliśmy na to własne określenie, nie najtrafniejsze zresztą: kompleks niższości. Tak, na to najczęściej chorowali i chorują Polacy. Kompleks niższości, gorszości, młodszości, zapóźnienia, kalectwa, nieudacznictwa, zaścianka Azji... Co próbujemy się z tego leczyć, znów nas ktoś infekuje, czasem prawdziwy wróg, kiedy indziej fałszywy przyjaciel... Przypomina mi się od razu Quisling. Jacy jesteśmy żałośni, że się wciąż chełpimy wobec świata, że u nas Quislingów nie było, a świat się z nas śmieje... Nie było, wtedy... Vidkun Quisling został skazany i stracony po wyzwoleniu, a co by było, gdyby wyzwolenie nie nadeszło, gdyby jednak Hitler wygrał? Quisling i jego następcy byliby jedynymi prawowitymi przywódcami państwa, Nasjonal Samling – patrią rządzącą, a on, Quisling, jej twórca i przywódca, największym patriotą, bohaterem narodowym, klasykiem... Teraz już więc wiemy, skąd się wziął PRL z panteonem zdrajców, uchodzących oficjalnie za narodowych bohaterów... Święta prawda, narodem zdrajców nie jesteśmy, ale Quisling też przecież nie zdradził – Hitlera! I przychodzi olśnienie: my, Polacy, rzeczywiście nie potrafimy zdradzić – obcych, ale zdarza nam się często zdradzać swoich. Obcych – nie udaje się nigdy, bo jednostka czy grupa bez zgody narodu uczynić tego nie jest zdolna, swoich – udaje się zdradzić bez trudu, bo tu zgoda narodu nie jest potrzebna, przeciwnie, zwłaszcza gdy jednostka lub grupa wspierana jest właśnie przez obcych, możnych, silnych. Czasem chodzi tu o zysk, często jednak to z pychy, próżności, chęci wywyższenia się, przewodzenia, władania, a niekiedy po prostu ze strachu. I tu przyczyna wszelkich targowic... Polski kocioł w piekle. Naród jest w swojej masie dumny, naród wie, co honor, zdradą się brzydzi, a jednostki? Jeśli już hańba...

- To domowa! – wtrąca Piotr.

- Tak – przytakuje Rotmistrz i monologuje dalej:

- Nas za to zdradzali wszyscy. Hitler paktował, układał się i zdradził. Stalin – nie inaczej. Francja podjęła działania pozorowane na linii Maginota i zaraz z ulgą, pospiesznie wycofała się na pozycje obronne, Anglia odpuściła całkiem. Alianci zdradzili nas znów w Jałcie, Poczdamie, zdradzali i później, gdy zobowiązywali się do kontroli wyborów, a oddali nas na pastwę UB... Megalomania, powiesz? Darujmy sobie wiktorię wiedeńską, darujmy sobie Kościuszków, Pułaskich, Bemów, Dąbrowskich, wciąż bardziej za waszą niż za naszą, bo honor, bo... Ale i teraz, w czasach nowożytnych, czyżby świat nie miał nam niczego do zawdzięczenia? A cud nad Wisłą? Gdyby przeszli, gdybyśmy nie zawrócili bolszewików spod Warszawy, jak wyglądałby ówczesny podział świata?... A Powstanie Warszawskie? Gdyby operacji „Bagration” nie zaskoczył wybuch powstania? Przecież na dzień bodaj czwarty sierpnia wyznaczony był termin forsowania Wisły. Nie, stanęli! Huk dział spoza Wisły nagle ustał, Sowieci czekali, aż powstanie zgaśnie. Powstańcy z dnia na dzień wiązali ogromne siły niemieckie, mogli więc Radzieccy skorzystać z tej okazji. Łatwiej by im było przejść Wisłę. Nie zrobili tego. Ze względu na interes Rosji był to kolejny, poważny błąd Stalina, bo gdyby nie czekał na prawym brzegu Wisły, aż powstanie się wykrwawi, jego czołgi dotarłyby dalej niż następnego roku. Kto wie, czy nie aż po Gibraltar, bo na pewno nie utknęłyby na Łabie. Powstanie więc, ten niby samobójczy zryw, wpisane było w inną logikę wydarzeń. Miało wpłynąć na losy Polski, a wywarło wpływ na losy świata... Albo z innej beczki. Nie kto inny, jak Józef Piłsudski uratował bolszewizm w Rosji, bo odmówił pomocy Denikinowi. Nie wnikajmy w intencje, dostrzegajmy jednak skutki. A znów, gdybyśmy jak bracia Czesi sprzymierzyli się z Hitlerem? I razem z nim, milionem doborowego, dzielnego żołnierza ruszyli z naszych Kresów na Sowiety? Nie, nie, nie!... Bo my, jeśli zdradzamy, to tylko swoich, chociaż nas zdradza od wieków pierwszy lepszy... Banialuki, co?

Przerywa Rotmistrz, zadyszawszy się na dobre. Chwyta powietrze i dłoń na mostku składa, jakby gestem tym zamawiał kaszel, który już, już eksploduje ze spastycznych skurczów oskrzeli. Udało się jeszcze raz. Posapuje chwilę, coraz miarowiej, spokojniej i szepcze:

- Bądź, Piotrze, zawsze dumny, że jesteś Polakiem.”

Piotr, główny bohater mojej „Podróży do źródeł grzechu”, przyjął postawę obronną, niekiedy sceptyczną, kiedy indziej ironiczną, gdyż zagubił się całkiem, indoktrynowany od małego przez swego ojczyma, komunistycznego aparatczyka. Teraz Piotr widzi, że znalazł się na rozdrożu, zarzuciwszy na długi czas rodzinną tradycję, heroicznie naznaczoną przez jego przodków, którzy walczyli i ginęli za Polskę – pod Trzcianą (1629), Cudnowem (1660), w obronie Warszawy (1702), pod Gdańskiem (1734), Stołowiczami (1771), Civita Castellana (1798), Iganiami (1831), Żyrzynem (1863), Węgrowem (1920), na ulicach Warszawy (1944).

Piotr wraca do korzeni, odzyskuje tożsamość, uświadamia sobie, co zagubił i czemu się sprzeniewierzył.

Tak i my dzisiaj, bardzo a bardzo powoli, odzyskujemy zbiorową pamięć i narodową tożsamość, chociaż nie do końca jeszcze wiemy, co zagubiliśmy i co zdradziliśmy, ulegając szydercom i szubrawcom. Nie złożyli oni wprawdzie jeszcze broni, wciąż jeszcze wprowadzają do gry te same karty, zgrane zdawałoby się do cna, nie stoją już jednak za nimi obce bagnety czy czołgi, mamy więc wreszcie szansę – my, naród, my, społeczeństwo - ostatecznie wygrać batalię o przeszłość. Batalię, jaką prowadzi się przecież w imię przyszłości.

Oby nam się tylko jeszcze chciało...

Przypisy:

1) Marian H. Serejski, Naród a państwo w polskiej myśli historycznej, Warszawa 1973, s. 308.

2) Tadeusz Kościuszko, Józef Pawlikowski, Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość, Warszawa 1967, s. 70.

3) Kompleks polski, Rozmowa z profesorem Normanem Daviesem, „Polityka” nr 16 (2500), 23.04.2005.

4) Antoni Kępiński, Psychopatie, Warszawa 1977, s. 88.

5) „Gazeta Wyborcza” nr 113, 17.05.2005.

6) Do Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej, (List z 14 listopada 1864), w: Cyprian Norwid, Pisma wszystkie, wyd. J. Gomulicki, t. 9, Warszawa 1971, s. 63.

7) Wywiad oublikowany w programie do spektaklu Andrzeja Jareckiego pt. „Złota rączka czyli cierpienia wynalazców”, który miał premierę w październiku 1970.

8) Kompleks polski..., tamże.

9) Np. J. Tazbir, Rzeczpospolita i świat. Studia z dziejów kultury XVII wieku, Warszawa 1971; J. Maciszewski, Szlachta polska i jej państwo, Warszawa 1969.

10) N. M. Skałkowski, Książę Józef, Bytom 1913, s. 290.

11) Andrzej Niegolewski, Somo-Sierra, Poznań 1854, s. 15.

12) Kompleks polski..., tamże.

13) Henryk Sienkiewicz, Literatura polska, (1916), w: Pisma zapomniane i niewydane, wyd. I. Chrzanowski, Lwów 1922, s. 529-530.

14) J. Tazbir, Kultura szlachecka w Polsce, Warszawa 1978, s. 55.

15) Cyt. za: Statut Kaliski Artura Szyka, Łódź 1994.

16) Por. J. Indelak, Małpy w kąpieli albo trochę przyzwoitości na codzień, Łomża 2004, s. 367.

17) Kompleks polski..., tamże.

18) A. Górski, Ku czemu Polska szła, Warszawa 1918, s. 296-298.

19) Kompleks polski..., tamże.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: