CHWILOWO NIECZYNNE (opowiadanie prawdziwe)

Głos w telefonie był miły i ciepły.

- Czy pan Andrzej, mmmm... Lisek? Mówi Balicki... Nie znamy się... Pani Ola... Właśnie wracam ze Sztokholmu... Mam drobiazgi, które pan u niej zostawił.

- Ach, mój płaszcz deszczowy - ucieszył się Andrzej. - Jak miło, że pan...

- Głupstwo, jechałem samochodem. Może pan wpaść jutro o dziesiątej rano do „Corso”?

- Doskonale. Jestem dość wysokim brunetem w okularach...

- Och, widziałem pana na zdjęciu. - Balicki odłożył słuchawkę, zanim Andrzej zdążył zapytać, na jakim zdjęciu.

Ucieszył się. Panicznie się bał, że Ola o nim zapomni. Oczywiście, zaraz po powrocie złożył papiery na paszport, ale powszechne doświadczenie mówiło, że puszczają najwyżej raz na rok.

Narastał upał lipcowego poranka 1978 roku.

Wysiadając z tramwaju pomyślał, że może przed spotkaniem zdąży podrzucić obok siatkę z „Gońcami”. Czekali na nie kolejni czytelnicy. Ale już od przystanku na placu zobaczył młodego mężczyznę z czerwoną siatką. Balicki miał, jak Andrzej, około 30 lat, był rudawy, w białej koszulce.

„Corso” było w remoncie. Przeszli wzdłuż Marszałkowskiej, zajrzeli „Pod Arkady”, tam już był tłok, potem do małego barku obok, ale tu się Balickiemu nie podobało. W Sztokholmie - opowiadał Balicki - był niedawno jako organizator jakiejś wystawy. Rzeczy dla Andrzeja przekazał mu jakiś wspólny znajomy. Andrzej poczuł zawód, a więc nie mógł mu nic opowiedzieć o Oli. Co mu po samym płaszczu.

Weszli do „Galerii”. Kawiarnia była pusta, minęła dopiero dziesiąta. Chłód i mrok przyjemnie kontrastowały z przeraźliwym upałem na zewnątrz. Nie było nic zimnego, zamówili kawę, którą przyniósł jakiś drab w białym fartuszku. Andrzejowi zdawało się, że niedawno podawały tu kelnerki, facetów spotykało się raczej w restauracjach. Poczuł się jakoś nieswojo.

Zamieszał starannie kawę. Podniósł oczy na Balickiego - ten patrzył na niego z uwagą.

- A właściwie, to gdzie pan ma mój płaszcz?

- Płaszcz? - roześmiał się tamten - mówiłem panu, w samochodzie.

- Aha - powiedział Andrzej.

- Wie pan - Balicki podał mu papierosy. Andrzej podniósł oczy. Oblicze dobrodusznego rudzielca zmienił uważny, zimny wyraz oczu. Uśmiechały się tylko wargi. - Muszę pana przeprosić za mały wybieg.

- Wybieg...?

- Chciałem pana poznać na neutralnym gruncie - grymas uśmiechu pogłębił się. - Jestem funkcjonariuszem SB, ubekiem, jak wy to nazywacie.

Andrzejowi zrobiło się przeraźliwie zimno. Poczuł przy swojej nodze torbę, wypchaną „Gońcami”. Nie wdawać się w żadne dyskusje! Ale rozmowa już była zaczęta. Przełknął ślinę i poprosił prawie naturalnym głosem:

- Mogę obejrzeć pana legitymację?

Balicki uśmiechnął się, rozchylił w lewej dłoni podłużny karnecik i z pewnej odległości podniósł go na wysokość oczu Andrzeja. Na pewno pieczątka na zdjęciu nie była zrobiona za pomocą surowego kartofla i dwudziestogroszówki.

- A o co właściwie chodzi? - nie wytrzymał Andrzej.

- Och! - skrzywił się Balicki. - Czy nie możemy porozmawiać jak ludzie? No i co u pana słychać, panie Jędrusiu?

Jędruś - tak mówił już do Andrzeja tylko brat i ostatnio Ola. Andrzej miał nadzieję, że tamten nie dostrzega ogarniającej go paniki. Gorączkowo przemierzał w wyobraźni wszystkie ostatnio pokonane trasy, punkty kolportażowe, spotkania. „Co on naprawdę może wiedzieć? - pytał siebie gorączkowo. - Ktoś sypie? Co już wiedzą?”

- Kłopoty w pracy, co? - podjął tamten. - I narzeczona za granicą, nie wiadomo, poczeka - nie poczeka? Dziewczyna ładna, no i... niezbyt wierna, z natury.

„To się nazywa, że wszystko wiedzą”.

Zapadło na chwilę milczenie. Andrzej zaczepnie podjął pierwszy. Odetchnął głęboko.

- Kłopoty w pracy zawdzięczam zapewne panu.

- Och, pan nas przecenia.

Czekał na odpowiedź Andrzeja. Zrezygnował.

- Może jeszcze coś do kawy?

- Nie, dziękuję, będę musiał już iść.

- Ooo, pracę zaczyna pan dopiero za dwie godziny, nieprawdaż?

„Jaka to słuszna zasada, nie umawiać się przez telefon! Nic nie wie.” Chciał wstać, ale tamten stanowczym ruchem posadził go na krześle.

„Zatrzymają na 48 godzin, znajdą paczkę z nielegalnymi drukami, wprawdzie niewiele za to grozi, ale po co im nowy ślad; zawiadomią pracę, wylecę dyscyplinarnie - pomyślał. - Eeee, zawsze mogę przecież przerwać tę rozmowę”.

- Widzi pan? Nic złego panu nie zrobiłem, a już by pan wolał zmykać.

Śledził uważnie każdy ruch Andrzeja.

- Powiem panu coś, ale w tajemnicy. Ja wcale nie jestem pracownikiem Służby Bezpieczeństwa.

Andrzej zgłupiał.

- Jeżeli chce mi pan powiedzieć, że jest pan agentem CIA, to tym razem nie uwierzę.

Nagle poczuł piekielną ciekawość. Rozejrzał się, w kawiarni nadal było pusto, znikł nawet ponury kelner.

- CIA? - serdeczny śmiech tajniaka zabrzmiał zupełnie szczerze. - Skądże to panu przyszło do głowy? Nie - nachylił się do Andrzeja - naprawdę pracuję w polskim kontrwywiadzie. Naszym. Zwalczanie wywiadu gospodarczego.

- Zapewniam pana - sytuacja zaczęła Andrzeja prawie bawić - że nie mam zamiaru wykraść z zakładów Kasprzaka tajemnicy działania magnetofonów.

- Ależ z pana zabawny człowiek - tajniak śmiał się na cały głos. - I pomyśleć, że jesteśmy rówieśnikami! Czterdziesty ósmy rok - ja maj, a pan październik, spod Wagi, mogliśmy chodzić do jednej klasy, Jędruś, ja i pańscy koledzy: Staszek, Winko, Józiek Malik, Marylka i inni!

- I tak pan zna wszystkie moje dane - wzruszył ramionami Andrzej.

- A tak poza naszą rozmową - może byśmy gdzieś wyskoczyli dziś wieczór? Lubisz wódeczkę, Jędruś? Lubisz czasem pożyć, co?

- Nigdzie z panem nie pójdę - powiedział Andrzej i dodał szybko - mam bardzo pilną robotę.

- No, no - pogroził mu palcem Balicki - my wszystko wiemy.

Andrzej uśmiechnął się pod wąsem.

- Niech pan nas nie lekceważy, panie Andrzeju - powiedział tamten z poważną miną. - Pańska żona ma dziecko z Koreckim, wiem, dlaczego odeszła; i o tym, że pan ma kuzyna, Heńka, w KOR, też wiemy, tak, tak.

- W takim razie rozmowa ze mną jest zbędna? - Andrzeja ogarnęła chęć natychmiastowej ucieczki.

- A nie, nie! I tu się pan myli! - zawołał triumfalnie Balicki. - Niech się pan tak nie trzęsie, panie Jędrusiu, nie pomoże chowanie rąk do kieszeni. Zamiast się nas bać, lepiej z nami współpracować.

„Ach, to tu jest pies pogrzebany.”

- Nie to, o czym pan myśli! - zawołał Balicki - żadnych podsłuchiwań, żadnego donoszenia na kolegów. Człowiek pana formatu?

Andrzej znowu był teraz bardziej zaciekawiony niż zdenerwowany. „Gońce” na razie były bezpieczne. Propozycję współpracy uważano za częsty manewr SB przed wydaniem paszportu - a nuż się uda skaptować kandydata na turystę?

Balicki trzymał mu dość stanowczo rękę na ramieniu: gdyby Andrzej chciał wstać, musiałby brutalnie ją strzasnąć. Po chwili tamten ją zdjął.

- Wie pan, trochę się przyjrzałem pańskim aktom - zaczął nowego papierosa Balicki. - I tak sobie myślę: szkoda człowieka, kolegą z klasy mógłby być. Tak się pan męczy z tym wszystkim, to nie na takiego wrażliwego człowieka. Trzeba wyjechać, związać się: ładna ta Ola, nie? Rasowa. Chciałbym pomóc.

„Ktoś ich na mnie naprowadził? Musiał mieć zdjęcie - ale skąd?” Nagle uświadomił sobie, że nie będzie żadnego płaszcza ani listu od Oli...

- Ale ta pomoc to chyba nie tak za nic?

- Nie, proszę pana, żądać dla siebie nic nie będziemy.

- Niemożliwe.

- Nic, co byłoby niezgodne z sumieniem prawego obywatela PRL.

- Więc co jest zgodne z tym sumieniem?

„Po kiego licha ja w to brnę?” Nagle zrozumiał, że właśnie zaczyna przetarg. Balicki najwyraźniej zrozumiał to samo. Machnął filiżanką na barmana, który przeżeglował w okolicach barku.

- Widzi pan - zapalił nowego papierosa. - Nasz kraj jest biedny, tak?

- Zgadzam się. Z tym się zgadzam. Każdy się z tym zgodzi.

- Właśnie. Kupujemy licencje, to droga rzecz. Co robi człowiek, który musi coś mieć, a nie ma na to pieniędzy?

- Stara się o pieniądze, o kredyt, pożyczkę...

- A jak nie ma skąd wziąć?

- Albo rezygnuje.

- Ciężka z panem rozmowa. Spróbujmy inaczej.

Balicki wyciągnął świeżutki, granatowy paszport zagraniczny, uchylił, żeby Andrzej mógł zobaczyć w nim swoje zdjęcie.

- Stara się pan o wyjazd.

- Staram się.

- Westchnął. Balicki wsunął paszport Andrzeja do swojej kieszonki na piersi.

- No widzi pan. Tak, jak tysiące, dziesiątki tysięcy młodych, wykształconych ludzi w tym kraju. Każdy z tych ludzi jedzie zagranicę, z punktu widzenia państwa, że tak powiem, na próżno. Oczywiście, korzystają, uczą się języków i tak dalej, ale państwo nic z tego nie ma. Rozumie pan już?

- Nie bardzo.

- Okrutna, życiowa prawda jest taka, że jak ktoś nie może kupić, to musi ukraść.

- Ej, chyba nie?

- Gdzie pan żyje, na Księżycu? To dziś patriotyzm! W czasie wojny zabijało się dla ojczyzny!

- Ja mam kraść? - Andrzej czuł, że jest za mało wymowny. Powtórzył niemal teatralnym głosem, popierając słowa gestami. - Ja? - stuknął się w pierś. - Ja mam kraść?!

- Wszyscy kradną - Balicki z rozbawieniem go obserwował. - Pan, i ja także, nie ma się czym przejmować. Ja to panu przecież proponuję dla tej nieszczęsnej Polski, przecież pan też walczy, żeby tu było lepiej, prawda? A gdyby na przykład chodziło o nowy antybiotyk, nie ukradłby pan leku dla swego umierającego dziecka?

- W ostateczności ukradłbym - zgodził się Andrzej. Nie miał dziecka.

- A ja wcale nie oczekuję, że pan będzie kradł. Ukradnie kto inny, funkcjonariusz państwowy, wszystko w glorii legalności. No więc - ocierał chusteczką spocony kark - jak ktoś z młodych obiecujących wybiera się zagranicę, zwracamy się, proponujemy, i rzadko zawodzimy się, panie Jędrusiu!

- Ludzie podejmują się takich akcji?

- Drobne usługi: skontaktowanie się z kimś, przekazanie pozornie niewielkiej informacji; skoordynowane przez naszego pracownika samo się składa... Każdy jest jakoś wykorzystany tylko raz.

„Tylko raz! - dudniło Andrzejowi w głowie. - Tylko ten jeden raz i nawiać!”

Balicki zamilkł, patrząc na snujący się dym z papierosa.

- Panie Jędrusiu, nie lepiej byłoby panu w Akademii Nauk?

- W gruncie rzeczy moja praca mało mnie obchodzi - skłamał Andrzej.

- Szkoda, jakieś stypendium do Stanów, czy Kanady, pani Ola by dojechała. Ach, marzenia! Zawsze moglibyśmy trochę pomóc, jeżeli ktoś....

„Pomyślmy na trzeźwo - powiedział sobie Andrzej. - Zrobić coś raz. I kto to sprawdzi?”

- No, oczywiście musielibyśmy mieć zobowiązanie na piśmie, ściśle tajne - dobiegł go głos Balickiego.

„Odpada - pomyślał Andrzej. - To odpada.”

- Ale o co chodzi? - zapytał słabym głosem. Zobaczył nagle swojego przyjaciela Adama. „Pamiętaj, żadnych układów, z policją żadnych układów!”

Balicki ożywił się.

- Zna pan dobrze niemiecki, prawda? Chodziłoby o drobiazg. Jedno, jedyne zdanie przez telefon. Zadzwoni pan z budki w Sztokholmie pod numer, którego się pan tu nauczy na pamięć. A my sobie potem takie zdania wielu osób złożymy w całość.

„Ach... chodzi o to, żeby zrobić ze mnie szpiega niemieckiego. I potem szantażować.”

- To właściwie wszystko, czego ojczyzna od pana oczekuje - kończył Balicki. - Dostanie pan bilet lotniczy do Sztokholmu i, powiedzmy, za darmo paszport, taki niby służbowy.

Andrzej wstał, zanim Balicki zdążył go znowu przygwoździć dłońmi do krzesła.

- Muszę już iść, jestem umówiony, koledzy podniosą alarm - wyjął portmonetkę, wydłubał drobne. – Ja jestem potworny tchórz. Ojczyzna, to było dobre w czasie wojny, ale teraz? Zawsze był ze mnie potworny tchórz!

- Firma płaci! Niech się pan jeszcze zastanowi - uśmiechał się ciągle Balicki.

- Żegnam - Andrzej położył na stoliku parę monet. Nie chciał powiedzieć „do widzenia”, przesąd głosił, że do klawiszów i policjantów tak się nie mówi. Odwrócił się i podążył ku wyjściu. Przez chwilę miał groteskowe uczucie, że tamten strzeli mu w plecy. „Torba!” Zawrócił, zignorował pełen nadziei wyraz twarzy Balickiego, złapał spod stołu torbę z „Gońcami” i zawrócił do wyjścia. Balicki patrzył, jakby chciał powiedzieć: poczekamy, zobaczymy.

Wychodząc, Andrzej zobaczył dyndający na zewnętrznych drzwiach kawiarni napis: „Chwilowo nieczynne”.

*

Pierwowzór powyższego opowiadanka opublikowałam 13 lat temu w zapomnianym już dziś prawicowym dzienniku „Nowy Świat”. Szykowała się właśnie lustracja. Obecną wersję uzupełniłam tylko paru autentycznymi szczegółami, koniecznymi do zrozumienia sytuacji sprzed 25 lat przez dzisiejszego czytelnika. Pod formą opowiadanka i męskim alter ego ukryłam osobiste doświadczenie; tak SB namawiała mnie do współpracy. Spotkanie było w istocie znacznie dłuższe, zaczęło się w opisanej kawiarni „Galeria”, a potem przeniosło się do wynajmowanego przez SB pokoju w hotelu „MDM” przy Pl. Konstytucji w Warszawie, ale dokładnie w opisany sposób zostałam zwabiona przez telefon, a potem podstępnie namawiana na „drobiazg”. Tak jak wyżej wyglądały zachęty i argumenty esbeka, z tą może różnicą, że propozycja wieczornej eskapady nie dotyczyła wódeczki. Za to wszystko mamiono mnie upragnionym paszportem.

Skrótowo, ale prawdziwie - jeżeli o mnie chodzi - oddałam w historyjce mój ówczesny sposób myślenia. Jedyny sposób obrony - kiedy już w ogóle zaczęło się rozmawiać - to nic nie chcieć, do niczego nie dążyć, tak, aby funkcjonariusz nie znalazł punktu zaczepienia. Jeżeli nie interesuje mnie kochana osoba, nieważne są własne plany, praca, kariera, dodatkowe pieniądze, własne poczucie wartości - a w każdym razie jeżeli uda mi się przekonać esbeka, że to wszystko jest dla mnie mało istotne - może uda się umknąć. Klucz do skutecznego oporu leżał właśnie w takiej postawie. No i w fakcie, że wtedy, w końcu lat 70. za odmowę nic wielkiego nie groziło, można było najwyżej nie zyskać dodatkowej porcji tak upragnionej wolności, jaką był paszport. Z pewnością trudniej byłoby się opierać naciskom, gdyby szantażysta sięgał do prawdziwych gróźb, pozbawienia wolności, pracy, zdrowia i życia, odebrania dziecka, jak bywało wcześniej, a także później.

Paszport to była marchewka i kij socjalizmu. Upragniony, wydzielany z rzadka, wymagający mitręgi tzw. zaproszenia, czyli namówienia znajomego z zagranicy na wydatki i kłopoty, oraz dziesiątków zachodów w Polsce o promesy, wizy, różne zezwolenia, związany na stałe z biletem, rezerwacjami itp. Kosztował wcale niemało, bo najpierw sześć, a potem dwa tysiące złotych (przy średniej pensji miesięcznej, powiedzmy, około 2-3 tys.). Dziś niewyobrażalne, żeby nikt nie mógł sobie nic właściwie zaplanować, bo nie wiedział, czy i kiedy wreszcie go dostanie. Ale najczęściej nikt paszportu nie dostawał. Niewielu się też o niego starało. Ja miałam męża, który pragnął wyjazdów, bo miał ojca zagranicą, chcieliśmy choć na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza. W rezultacie znaczną część życia spędzaliśmy na staraniach o paszport, co pozwalało nam w końcu na częstsze niż przeciętnie w PRL wyjazdy.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: