12. LIST DO REDAKCJI PISMA „NIEPODLEGŁOŚĆ” - O POLITYCZNYM DZIAŁANIU

Od początku z rosnącym zainteresowaniem śledzę rozwój miesięcznika „Niepodległość”. Towarzyszy jednak temu rosnące zniecierpliwienie. Zainteresowanie – bo na pewno w porównaniu z inną bibułą Wasze pismo jest czymś zupełnie nowym, stawiając nareszcie na forum publicznym sprawę strategii politycznej, która miałaby prowadzić do odzyskania niepodległości. Niestety rozczarowuję się bardzo obserwując jak (ostatnio w artykule wstępnym do „N” nr 6) rozkopujecie to, co zostało stworzone poprzez całą koncepcję pisma i zawartą w nich przewodnią ideę: Polskiego Państwa Podziemnego. Jak rozumiem po 1. przeczuwając (oby trafnie) rychły rozpad trupa, jakim jest system komunistyczny – chcecie skierować myśli i czyny rodaków ku wybiciu się na niepodległość; po 2. chcecie to zrobić przez zapłodnienie ich do myślenia politycznego ponieważ takowe Waszym zdaniem (chyba słusznym) istnieje tylko marginalnie; po 3. przyznając, że jedynie prawdziwymi reprezentantami społeczeństwa są wybrane demokratycznie władze Solidarności, uznajecie za konieczne powstanie państwa podziemnego. Wstępne założenia wyrażone zostały w „N” nr 4/5 w „Uwagach o systemie politycznym”. Nawołujecie aby nikogo „nie dyskredytować przy pomocy epitetów bez rzeczowej dyskusji i krytyki jego poglądów”. Brawo, tylko dlaczego w tymże artykule bez uzasadnienia napisano, że Kluby Inicjatyw Społecznych były „poronione”. Generalnie muszę stwierdzić, że Wasza krytyka kompromisowych założeń jakimi kierowały się dotychczas władze związku jest słuszna, całkowicie jednak staje się bezwartościowa, kiedy wyraża się ją w stylu napastliwym i pełnym inwektyw (”chorobliwie bredzenie o ruchu konsumentów”, „ludzie chorzy na brak wyobraźni” i itp.). Jeżeli uznaliście autorytet władz Solidarności, dlaczego uważacie tych ludzi za niemal chorych umysłowo, dlatego nie piszecie, że się myślą, że nie mają racji, że nie mają rozeznanie w sytuacji. Nie nawołuje bynajmniej do tworzenia towarzystwa wzajemnej adoracji. W dyskusji o tak ważnych sprawach można się wziąć się za łby i zdrowo targać, albo oblewać wodą nieprzytomnych. Nie wolno jednak odwracać się od partnera plecami lub pluć mu ukradkiem do kieszeni. Tym bardziej, że zapewne jeszcze niedawno wielu z Was dałoby się posiekać za Bujaka, który przecież bardzo zaszedł za skórę czerwonym. Przyznaliście, że nie podejrzewacie kierownictwa Solidarności o złą wolę – staracie się tylko udowodnić im polityczną głupotę. Tu macie częściowo rację, tylko należy pamiętać, że ci ludzie też się uczą (jak wszyscy, łącznie z Wami), uważam więc, że można przekonać i nie wolno z góry zakładać: „decyzji nigdy nie będzie”, a już uznawanie za motyw działania chęć nie utracenia kontroli nad „S” czyli trzymanie się na siłę stołka (podziemnego!?), jest moim zdaniem nieuzasadnionym oszczerstwem (XYZ tego nie udowadnia tylko autorytatywnie stwierdza!). Bardzo łatwo przychodzi Wam np. krytykowanie decyzji o 13 maja post factum. Jestem przekonany, że ten moment nie był wybrany za wcześnie (bo przecież można mówić, że po 13 maja ludzie się „rozgrzali” i są świadomi swej jedności, a miesiąc później wszyscy by „ostygli”) - ile raczej spotkaliśmy się z bardzo udanym przeciwdziałaniem WRONY (propaganda, straszenie w zakładach pracy, obstawanie stanowisk pracy ubekami). Od Was oczekiwałbym raczej szczegółowej analizy wydarzeń i propozycji zneutralizowania takich poczynań władz PRL. Trudno bowiem tu mówić o specjalnych przygotowaniach kierownictwa „S”, bo strajk 15 – minutowy takowych raczej nie wymaga. Osobnym zagadnieniem jest sprawa represji po strajku i tym samym jego opłacalności. Albo inna sprawa. Większość z tego co piszecie jest formą dyskusji i właśnie Wy, chyba się nie mylę, pierwsi ją zaczęliście, dlaczego więc wyśmiewacie Mazowsze, że zaczyna zakładać podziemne kluby dyskusyjne. A może chcecie, aby dyskutowali, tylko szeptem, wybrańcy zamknięci w piwnicy i potem drukowali to do wiadomości pospólstwa? W czasie wojennym groźny jest paraliż z nadmiaru demokracji. Przy koniecznych „niedemokratycznych” działaniach i decyzjach musi jednak być maksimum polemik programowych i teoretycznych. Do napisania tego listu zabrałem się po przejrzeniu ubeckiej „Równości”, która przecież niby atakuje WRONĘ. Zastanówcież się (nie negując Waszych dobrych intencji) czy już nie zrobiliście szkód po naszej stronie barykady. Wcale nie chcę sentymentów do ukochanej przez większość społeczeństwa „Solidarności”, nie twierdzę, że na przywódców związku, ponieważ się ukrywają, trzeba patrzeć przez palce. Pamiętajcie tylko czym dla ludzi był sierpień i „Solidarność”. Apeluję o zimne wyrachowanie i kalkulację – przeciwnik co prawda jest często głupi, ale zbyt niebezpieczny. Macie zbyt ciekawy program i szkoda abyście przez brak rozsądku i zacietrzewienie znaleźli się w izolacji, która będzie naturalna wtedy, gdy nawet nieświadomie będziecie przyczyniać się do rozbicia SOLIDARNEGO SPOŁECZEŃSTWA (solidarnego – nie znaczy jednomyślnego). Trzeba pamiętać też o tym, że jesteśmy w sytuacji przymusowej. Musimy przekonać przywódców „Solidarności” (jeżeli się mylą) - ponieważ innych, do czasu bezpośrednich działań mieć nie będziemy. Ludzie zaufają tylko im. I ONI MUSZĄ PROWADZIĆ NAS DO ZWYCIĘSTWA! Z pomocą, mam nadzieję, również „Niepodległości”. W czasie Powstania Listopadowego podchorążowie wiedzieli, że ich samych nikt nie posłucha. Szukali autorytetu – nie udało im się. Samej „Niepodległości” nikt nie posłucha. Waszym, między innymi, zadaniem jest doprowadzić do tego aby Chłopicki uwierzył w zwycięstwo, lub aby jakiś Prądzyński przekonał się, że może być wodzem. Życzę sukcesów, mam nadzieją, że wydrukujecie ten list. Andrzej Zgoda OD REDAKCJI List naszego czytelnika uważamy za cenny głos, który pomoże nam lepiej redagować nasze pismo. Z wieloma uwagami całkowicie się zgadzamy. Z pewnością język naszych artykułów jest często nie dość precyzyjny, jest wiele niepotrzebnych złośliwości, które pewnie w warunkach konspiracyjnych nie warte są papieru. W przyszłej naszej pracy postaramy się to naprawić. Z kilkoma uwagami czytelnika pragnęlibyśmy polemizować. Czytelnik zarzuca nam, że w artykule „Uwagi o systemie politycznym” nie przestrzegamy wyłożonych zasad polemiki politycznej. Otóż za pierwszy punkt tych zasad przyjęliśmy krytykę każdych poglądów, a także działań, z którymi się nie zgadzamy. W artykule, którego treść, jak wynika z tytułu miała charakter „przyczynkowy” dość dużo miejsca poświęcono myśli politycznej i działaniom tzw. „lewicy laickiej”. Historię Klubów Inicjatyw Społecznych, a raczej nie powstania i nie działania ich zbiliśmy jednym słowem – poronione. Jacek Kuroń o klubach tego typu mówił już od jesieni 1980 r., na posiedzeniu KKP, w lipcu 1981 r. wystąpił ze swoją koncepcją oficjalnie, a mimo, że ideę klubów traktował bardzo poważnie, miały one stanowić w systemie politycznym według Kuronia ważne ogniwo, mimo że miał poparcie przywódców Mazowsza, próby ich utworzenia spełzły na niczym. Nie interesuje mnie czy Kluby te formalnie powstały, jeżeli tak, to miały charakter zdecydowanie mafijny i dla członków „S” nic nie znaczyły. Kto dziś w ogóle pamięta, że coś takiego istniało. A przecież te nieudolne działania robił najstarszy stażem polski opozycjonista. Przykro nam, ale kluby nie przyniosły mu chwały. Gdybyśmy ideę Klubów zbyli słowem poronione w czasie, gdy ich pomysł był omawiany, a więc rok, czy półtora temu, byłoby to z naszej strony wykroczenie przeciw politycznemu savoir – vivre, lecz teraz jest to sprawa przebrzmiała. Teraz nie toczy się dyskusja czy Kluby także tworzyć, bo to samo życie plus nieudolność (przepraszam za słowo, może być nieumiejętność) ich twórców postawiły na nich krzyżyk. Uznajemy zasługi Jacka Kuronia, pierwsi będziemy optować za nazwanie jego imieniem głównej ulicy w Warszawie, gdy Polska odzyska niepodległość, lecz z tymi klubami, to on się naprawdę nie popisał. Znacznie ważniejszym niż kwestie językowe problemem poruszonym w liście jest nasz stosunek do „S”. Solidarne społeczeństwo jest mitem. Jest mitem pięknym i dlatego go żal, lecz każdy mit zakłamuje rzeczywistość. Dostrzegamy siłę mitu, wiemy że może być ona wykorzystana w różnych kierunkach, lecz musimy pamiętać, że jest to tylko mit, który nie może zastąpić działań czy programów konkretnych. Co więcej mit może być szkodliwy dla sprawy, gdy przez swe intensywne istnienie uniemożliwia działanie konkretne. Stanowi za to szerokie pole dla działań pozornych. Tak się powoli staje z mitem „S”. Dostrzegamy jego wagę dla milionów członków, jego niemalże sakralny charakter, jesteśmy więc jak najdalsi od lekceważenia „S”. Boimy się jednak, że kultywowanie mitu zaszkodzi działaniom. Przed grudniem rzeczywiście dalibyśmy się posiekać, ale nie za Bujaka, tylko za linię polityczna realizowana przez niego; po 13.12.81r., zmienił on swa politykę, więc „pluliśmy”, lecz nie na Bujaka, tylko na ową politykę. W sierpniu znów nastąpiła zmiana (zobaczymy czy na długo), tym razem na korzyść, a więc chwalimy nową linię polityczną przywódcy Mazowsza. Nas nie interesuje KTO, lecz CO i JAK robi. Jeśli idzie o „trzymanie się stołka”, to powstanie 1 lipca we Wrocławiu „Solidarności Walczącej” było pierwszą odpowiedziom na pogrudniową (a przedsierpniową) taktykę TTK. Jeśliby TTK nie zmieniła w sierpniu taktyki, to takie organizacje, jak „SW” wkrótce pojawiłyby się we wszystkich regionach, a podziemne władze „S” miałyby za kilka miesięcy wielu zwolenników, ale już tylko wśród gnid, profesorów i emerytów (zaprzyjaźnionych z nami emerytów to nie dotyczy). Zmiana taktyki uchroniła „S” przed rozkładem (na razie), uratowała zachwiany autorytet przywódców, a na „SW” będzie miała ten dodatni wpływ, że organizacja owa zacznie przekształcać się w partię polityczną, gdyż żeby różnić się teraz od „S” nie wystarczy mieć radykalną taktykę, trzeba również posiadać radykalny program. 3 maja był punktem szczytowym fali niezadowolenia społecznego i od początku było wiadomo, że po wystąpieniach 3-cio majowych fala ta będzie opadać. Uważaliśmy tak przed 13-stym; niestety cykl produkcji pisma, zwłaszcza gdy korzysta się z czyichś usług, jest tak długi, że uniemożliwia szybką wymianę poglądów, a do ośrodków decyzyjnych „S” dostępu nie mamy. „Równość” naszym zdaniem nie jest pismem ubeckim, lecz trockistowskim – należy umieć rozróżnić ich grupki: prawdziwych komunistów – „Jedność”, od bardziej prawdziwych „Miś”, od najprawdziwszych – „Równość” i jedynie prawdziwych – „Metro”. Ich ewentualne powiązania z PZPR lub SZSP są bardzo prawdopodobne lecz wymagałyby udowodnienia. Na koniec zapraszamy Pana Andrzeja Zgodę do stałej współpracy z naszą redakcją. Nie posiadamy monopolu na prawdę, zaś sytuacja obecna i prognozy na przyszłość są tak niejednoznaczne, że pluralizm poglądów w naszym piśmie będzie rzeczą pożyteczną. Redakcja

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: