ROZDARCIE BOHDANA PORĘBY

Bohdan Poręba, reżyser filmowy, twórca słynnego "Hubala", a wcześniej "Lunatyków" i "Drogi powrotnej", często ośmieszany przez "warszawkę”, lżony przez salon, niszczony przez ostatnie przemiany, doprowadzony na granicę szaleństwa, jest postacią tragiczną.

Warto się zastanowić nad jego losami, gdyż odbija się w nich los wielu naszych rodaków, wielu inteligentów, wielu twórców i działaczy politycznych. Ośmieszanie go dzisiaj, byłoby zwykłą niegodziwością i kopaniem leżącego. Takie działania pozostawiam Grońskiemu i jeszcze paru zręcznie piszącym paszkwile grafomanom i kabareciarzom.

A że jest Poręba postacią tragiczną, postaram się wykazać w niniejszym tekście. Nie będzie to jego obrona, jest mężczyzną i obrony nie wymaga. Jednak autorowi "Hubala" należy się parę słów prawdy.

Kabareciarze, prześmiewcy, dla których nawet Reytan bywa przedmiotem kpin, i tak zdania nie zmienią. Piszę ten tekst tylko do ludzi wspaniałomyślnych, potrafiących wybaczać małe grzechy i oceniać ludzi z nieco wyższego punktu widzenia niż schodki teatru Syrena.

Znałem matkę Bohdana Poręby, wiele od niej słyszałem o jego ojcu -legioniście, rannym w bojach Pierwszej Brygady, późniejszym prezesie Związku Inwalidów Wojennych tej słynnej, legendarnej wręcz jednostki - zalążku przyszłej Armii Polski Odrodzonej i Niepodległej
.
Pamiętam, jak wspominała swoje miasto młodości - Wilno. Wspominała z tegoż Wilna i Mackiewicza i Miłosza i grób z sercem Marszałka. Była wspaniałą damą z kresowego dworu. Bolała nad tym, że jej syn opadnięty został przez różnego rodzaju politruków i "załatwiaczy" filmów, stanowisk, recenzji. Kiedy pytałem ją, dlaczego Bogdan otacza się taką ilością podłych i głupców, odpowiadała:

- Niech pan pamięta, że najważniejsze w waszym zawodzie jest robienie filmów. A kto mu może załatwić realizację filmu, kiedy na balu z okazji ukończenia łódzkiej Filmówki, podpity Kuba Morgenstern, tak się do niego zwrócił: "CO TY GOJU TU MIĘDZY NAMI WŁAŚCIWIE ROBISZ?!

Czy syn oficera Legionów, we własnym kraju, po ukończeniu niezwykle ciężkich studiów, mógł po takim "pytaniu" kolegi - reżysera nie wyciągnąć żadnych wniosków? Czy po filmie "Droga powrotna", mówiącym o powrocie do kraju oficera z Zachodu, oficera, którego jako syn legionisty ukazał w pozytywnym świetle, mógł się spodziewać, że przez blisko dziesięć lat nie będzie mógł zrealizować żadnego filmu we własnym kraju, po przemianach roku 1956?

Czy mógł nie wykorzysta6 okazji, kiedy "Żydy" i Chamy" po 1967 roku wzięły się za łby w walce o koryto? Wykorzystał ten bałagan i zrealizował „Hubala”, którego obejrzało kilkanaście milionów upokarzanych do tej pory filmowymi "opisami dziejów” innych twórców? Czy ktoś może wskazać choć jeden film przed „Hubalem” dotyczący naszej historii, gdzie polski oficer byłby przedstawiony w pozytywnym świetle? PRZED "HUBALEM" TAKIEGO FILMU NIE BYŁO. Były filmy, były kabareciki, były spektakle, gdzie polscy oficerowie od czasów napoleońskich aż do Kampanii Wrześniowej i Powstania Warszawskiego byli ukazywani jako kabotyni, głupcy, a w najlepszym razie jako naiwni idealiści, niedorośli do tragicznej sytuacji Kraju. W stalinowskich podręcznikach więcej było o klęskach naszych, liberum veto i pijaństwie szlachty, niż o naszych zwycięstwach. Nie przypominam sobie, aby którykolwiek z podręczników do historii piętno wał zbrodnię rozbiorów. Nie przypominam sobie, aby w jakimkolwiek podręczniku z tamtych czasów, była prawda o naszym zwycięstwie w 1920 roku, czy o Katyniu.

To wszystko się nawarstwiało i kiedy, jak już pisałem, "Żydy" i Chamy" wzięły się za łby, "Chamy" musiały wykonać jakiś spektakularny gest, aby wykazać, iż to tylko oni są prawdziwymi patriotami. Pozwolili więc na „Hubala”, czego potem żałowali, ale stało się. Poręba zrobił film krzepiący serca, przysparzający mu sympatyków, więc władza musiała się zdecydować na mianowanie go szefem nowego zespołu filmowego - "Profil".

W zespole tym, gdzie zgromadzili się nie tylko sfrustrowani dotychczasowym stanem debiutów, młodzi twórcy, ale także reżyserzy z wybitnymi dokonaniami z Witoldem Leszczyńskim, autorem mistrzowskiego „Żywotu Mateusza” na czele, byli też doświadczeni twórcy jak Zbigniew Chmielewski, autor serialu „Daleko od szosy”, czy Zbigniew Kuźmiński, twórca "Nad Niemnem”.

Dzięki wsparciu Poręby w "Profilu” mogli tworzyć swoje filmy lub debiutować, tak znaczący później dla polskiej kinematografii twórcy jak Grzegorz Królikiewicz, Leszek Wosiewicz, Lech Majewski, Krzysztof Wojciechowski, Bogdan Dziworski, Stanisław Brejdygant, czy Ryszard Czekała. Była to działalność błogosławiona dla pozostałych młodych, czekających wiele lat na debiuty w innych zespołach filmowych. Okazało się nagle, że Andrzej Wajda, dawniej przeciwnik debiutów, zapałał nagle miłością do młodych i zaczął popierać debiutantów.

Mam „list miłosny” Andrzeja Wajdy z 1974 roku, nawet dwa listy, skierowane do młodego wówczas reżysera, z propozycją współpracy w swoim Zespole „X”. Andrzej Wajda szybko zapomniał, iż jeszcze rok wcześniej przeciwstawiał się przyznaniu zgody na debiut tego samego reżysera, mimo iż ten uzyskał najważniejszą wówczas nagrodę na międzynarodowym festiwalu, za swój film dokumentalny. "X" powstał po to, aby zniszczyć "Profil" i przy okazji podgryźć nieco "Silesię” Kutza, który serdecznie nienawidził Wajdy i Poręby, a nie „z miłości do młodych i zdolnych”.

Rozpoczęła się walka przeciwko Porębie prowadzona nie zawsze szlachetnymi metodami. Oto przykład: na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku w 1979 roku, w dniu kiedy szły dwa filmy „Profilu” - film w reżyserii Ryszarda Filipskiego (uprzednio główna rola w „Hubalu”) i film w reżyserii Krzysztofa Wojciechowskiego, "Róg Brzeskiej i Capri", w tym samym czasie Stowarzyszenie Filmowców Polskich (z inspiracji między innymi Andrzeja Wajdy i Agnieszki Holland, osobiście zainteresowanej, gdyż jej film rywalizował wówczas z filmem Wojciechowskiego w konkursie i nota bene został sklasyfikowany niżej niż film Wojciechowskiego) zorganizowało wycieczkę dla zagranicznych dziennikarzy akredytowanych przy festiwalu do zamku w Malborku. I tak dziennikarze ci, zaproszeni przez organizatorów festiwalu, za pieniądze polskiego podatnika, nie oglądali polskiego filmu, który zdobywa jedną z głównych nagród festiwalu - Srebrne Lwy Gdańskie. Pragnę przypomnieć, iż Złote Lwy Gdańskie a więc Grand Prix zdobył wówczas "Amator" Krzysztofa Kieślowskiego, mimo iż z relacji nieżyjącego już jurora, wybitnego aktora Jana Świderskiego a także Jerzego Passendorfera, "Róg Brzeskiej i Capri" był poważnym kontrkandydatem "Amatora”, a jeden z aktorów niezawodowych występujących w filmie Wojciechowskiego był przez Jana Świderskiego zgłoszony jako kontrkandydat samego Jerzego Stuhra do głównej nagrody aktorskiej. Nie zapominajmy także, że "Amator" był świeżo po zdobyciu Pierwszej Nagrody na Festiwalu Filmowym w Moskwie, więc Złotych Lwów Gdańskich nie mógł nie zdobyć. Co do filmu Agnieszki Holland, to przegrał z filmem Wojciechowskiego, ale kariery za granicami z przyczyn wyżej wymienionych film Wojciechowskiego już nie mógł zrobić, w przeciwieństwie do Agnieszki Holland, która stała się od tamtej pory najbardziej znaną na Zachodzie reżyserką filmową z Polski. Wojciechowski od tej pory został zamilczany na śmierć. Poręba zaś jest na śmierć opluty.

Jedyną, autentyczną winą Poręby było angażowanie się w politykę i to w najgorszym, bo sowiecko - ubeckim towarzystwie. Jego miłość do naszego wielkiego wschodniego sąsiada do dziś jest dla mnie tajemnicą. Na pewno nie wyniósł tego z domu. Zawsze miałem o to do niego pretensję, ale on twierdził, i uważam, że miał do tego prawo, że lepsze już jarzmo moskiewskie, bo jest w nim wiele luk, przez które możemy przenikać w górę i rzeczywiście, w dziedzinie kultury, z perspektywy czasu widzę, że tak wybitnych osiągnięć jakie Polska miała w dziedzinie kultury, w tym i filmu, nie mamy dziś. Że więc to jarzmo da się jakoś znieść, bo przecież najpierw straciliśmy niemalże na własną prośbę wielkie państwo w XVIII wieku, a następnie w Jałcie Zachód sprzedał nas Moskwie. Teraz Poręba twierdzi, że jarzmo Brukseli będzie dla nas dużo bardziej uciążliwe.

A jednak Poręba racji do końca nie ma, bo zapomina, że jeżeli my, sami, bez oglądania się ani na Moskwę ani na Brukselę, zaczniemy się wreszcie dobrze rządzić, to jest nadzieja, że wyjdziemy z tego bagna, w które samiśmy wleźli.

Mimo więc, iż nie podzielam wielu poglądów Poręby, uważam, iż kultura polska ponosi straty, że między innymi on, nie robi filmów i wegetuje na marginesie życia w czasie kiedy nikomu bliżej nieznani, bez żadnego przygotowania zawodowego dyletanci obsiedli na przykład telewizję i kinematografię. A jaka jest ta telewizja i kinematografia każdy widzi.

P.S.

Czasy, kiedy Poręba tworzył "Grunwald", były czasami naszego rozstania. Rozstanie nastąpiło w czasie pierwszej Solidarności, kiedy to uznaliśmy w Zespole "Profil", że w tych czasach, które następują, prosowieckie poglądy Poręby są jakimś niebywałym anachronizmem. Uważałem go nawet wówczas za zdrajcę Ojczyzny. Dziś widzę, że stał się jedną z ofiar czasów przemiany. Ale łatwiej mi go dziś zrozumieć, bo wiem, że pragnienie tworzenia filmów było w nim tak silne, że duszę by diabłu zaprzedał byle te filmy robić. I tylko za te filmy możemy go dziś oceniać. W milczeniu na jego temat, ludzi którzy wiele mu zawdzięczają widzę jakąś podłość. Dlatego kreślę tych parę zdań o człowieku, który gdyby żył w normalnych czasach, mógłby zrealizować jeszcze wiele filmów w tonacjach jakich dziś bardzo, naszemu kinu i naszej kulturze brakuje.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: