KINO POLSKIE

Czy może być jeszcze gorzej z polskim kinem niż jest?

Może.

Co czeka polskie kino kiedy wejdziemy do Unii Europejskiej?

Najprawdopodobniej powolny zanik a potem naturalny zgon. Czy to konieczność dziejowa? Chyba nie. Raczej tendencja. Rzecz tkwi w tym, co zmienimy w polskim kinie dziś i w ciągu najbliższych miesięcy. Te właśnie zmiany (lub ich brak) zadecydują o tym czy za 5, 10 lat pojawi się jeszcze na ekranach kin film produkcji polskiej.

To nie żaden absurd. Ani żart. Przemysł filmowy za sprawą m.in. takich handlarzy jak S. Spielberg stał się jedną, wielką, fabryką w której liczy się tylko sprzedany produkt.

A wartości artystyczne? Sztuka? Bzdura. Dziś liczy się tylko dochód. Co gorsza Producenci stali się dystrybutorami (aby nie tracić niepotrzebnie kasy na pośredników) powodując sytuację, w której widzowie mogą oglądać tylko to, co ci pierwsi wyprodukują, bez względu czy jest to film dobry czy zły. Mamy więc w tym wypadku do czynienia ze swoistą dyktaturą. Wiąże się to z kolejną sprawą – aby produkcja filmowa przynosiła dochód jej zbyt (dystrybucja) musi być w sposób przemyślany zaplanowany, w związku z tym repertuar kinowy jest już dokładnie zaplanowany na cały najbliższy rok. A nawet dalej. W końcu nie przypadkowo okres premier kolejnego odcinka „Harry Pottera” i „Władcy pierścieni” ma miejsce w czasie szkolnych ferii zimowych.

Do czego zmierzam? Do kilku prostych stwierdzeń.

1. Prywatne kina dążą do maksymalnego dochodu.

2. Maksymalny dochód mogą zapewnić im tylko dobrze zareklamowane filmy.

3. Pieniądze na reklamę mają tylko bogaci, najwięksi dystrybutorzy.

4. Dystrybutorzy podpisując z właścicielami kin umowy stawiają pewne warunki (datę premiery, czas wyświetlania w kinach pierwszego i drugiego rzutu, eliminację filmów konkurencyjnego dystrybutora). I tu koło się zamyka.

Każdy właściciel kina pragnie aby widz przyszedł właśnie do niego a dystrybutor aby widz przyszedł obejrzeć jego film. A przecież kieszeń widza nie jest z gumy. Wiadomo ile razy w ciągu roku jest w stanie kupić bilet. Stąd z góry już zakłada się kto, kiedy i na jakie filmy wykupi bilet.

W systemie tym nie ma prawa pojawić się przypadek ani konkurent. Aby sprawa ta była jasna sformułuję myśl w jeszcze prostszy sposób. Wielkie firmy dystrybucyjne związały umowami właścicieli kin w taki sposób, że projekcja filmu innego dystrybutora stała się niemożliwa.

Wynika to z prostej matematyki – przeciętny widz chodzi do kina w ciągu roku x razy i ten x razy powinien kupić bilet na film wielkiej firmy dystrybucyjnej. Kiedy jednak kupi bilet na niezaplanowany w dystrybucji film np. polski, przyniesie wielkim firmom dystrybucyjnym straty, gdyż roczny dochód tych firm zostanie pomniejszony o cenę tego właśnie biletu. Kiedy zaś zakupi bilet u dystrybutora B, to automatycznie przynosi straty dystrybutorowi A. W wymiarze jednostkowym są to grosze, w wypadku kilku tysięcy widzów potężna kwota. Jest więc o co walczyć.

Zdając sobie z tych zasad sprawę powinniśmy teraz sobie odpowiedzieć na pytanie czy jest w tym mechaniźmie miejsce na filmy produkcji polskiej?

W końcu dystrybutor reprezentujący producenta ma w swej ofercie kilkanaście filmów, które powinny się mu co najmniej zwrócić, po co mu więc jeszcze potencjalna konkurencja jaką mogą okazać się filmy polskie?

Inne państwa europejskie najczęściej za pomocą regulacji prawnych starają się zapewnić byt swym kinematografiom zmuszając właścicieli kin do promowania produkcji krajowej. Najlepiej w 2002 roku wyszło to Francuzom, którzy dzięki odpowiedniej promocji nie pozbawionej swoistego nacjonalizmu („Asterix i Obelix – Misja Kleopatra”) zatrzymali w kraju 30 % dochodu z dystrybucji filmów, pozostałe 70 % zarobiły we Francji filmy amerykańskie. Gorzej poszło we Włoszech produkcjom włoskim (mniej niż 20 % całościowych zysków, reszta forsy powędrowała za Atlantyk). W związku z faktem, iż produkcje polskie nie otaczane są opieką władz w Polsce, nie spytam ile procent dochodu z filmów wyświetlanych w Polsce przyniosły nasze filmy.

A może należy inaczej sformułować pytanie – czy film produkcji polskiej może stać się produktem wartym, w wyliczeniach dystrybutora, promowania? Inaczej mówiąc czy film polski jest w stanie przyciągnąć do kin widownię polską, która kupując bilety przyniesie odpowiedni dochód dystrybutorowi?

Śmiem twierdzić, że tak. Ale pod jednym warunkiem, że filmy te trafią w zapotrzebowanie widowni polskiej.

Co trzeba więc zmienić w polskich warunkach?

Przede wszystkim sposób myślenia o polskiej produkcji filmowej. I to w sferze produkcyjnej jak i dystrybucyjnej. A przede wszystkim w sferze personalnej. Żeby zrozumieć problemy natury dystrybucyjnej wystarczy zapoznać się z oficjalnymi danymi dotyczącymi rozpowszechniania filmów. Otóż standardowy film amerykański w Polsce rozpowszechniany jest średnio w co najmniej 30 kopiach. Zaś tzw. hity w co najmniej 50 kopiach (np. „8 mila” – 40 kopii, „Śmierć nadejdzie jutro” – 50 kopii, „Znaki” – 65 kopii, „Planeta skarbów” – 63 kopii), zaś przewidywane superhity w ponad 100 kopiach (np. „Harry Potter i Komnata tajemnic” – 129 kopii!). Jak w takim zestawieniu wygląda nasz „Edi” z 29 kopiami?

Wiadomo jest przecież, iż publiczność idzie na film w momencie kiedy o nim głośno. A głośno jest w momencie rozreklamowanej premiery. Wtedy zainteresowanie filmem jest największe. Po dwóch tygodniach zainteresowanie konkretnym filmem mija. Co innego staje się głośne i modne, warte obejrzenia. Dlatego między innymi w kinach o kilku salach projekcyjnych wyświetla się tylko ten sam tytuł rozpoczynając seans co pół godziny, godzinę. Bo wszyscy widzowie chcą być modni, chcą być na bieżąco, chcą widzieć to o czym się mówi, o czym wypada mówić.

„Wejście” na rynek w Polsce z filmem mającym 30 kopii daje w praktyce możliwość wyświetlania go równocześnie we wszystkich polskich miastach liczących powyżej 100 tysięcy ludności. Na dzień dzisiejszy są to miasta, które posiadają więcej niż jedno działające ciągle kino.

A teraz statystyka innego rodzaju – w ciągu 15 tygodni średnio każdą kopię „Eddiego” obejrzało 10 780 osób, zaś w ciągu 10 tygodni średnio każdą kopię ostatniego „Bonda” obejrzało 7.123 osób. W wypadku „Harry Pottera” oglądalność jednej kopii po 5 tygodniach wynosi 9.444 osób. Wynika z tego że gdyby „Edi” miał dwa razy tyle kopii i gdyby zainwestowano duże pieniądze w jego reklamę (takie jak choćby w reklamę „Bonda”), to mógłby on przynieść naprawdę pokaźne zyski. Ale... ale wtedy nie zarobiłby to, co zarobił np. „Bond”, „8 mila” czy „Ring”.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto by ponownie zastanowić się czy być może ustalenia prawodawcze, istniejące kiedyś ustawy i ogólniki regulujące procentową ilość filmów polskich w kinach (np. 50 % seansów) nie byłyby tu rozwiązaniem? Albo zastosować metodę mniejszego opodatkowania dochodu z wyświetlania filmów polskich?

Trudniej jednak będzie cokolwiek zmienić w polskiej tkance produkcyjnej a zarazem personalnej. Dlaczego ?

Dość brutalnie opisał stan personalny polskiej kinematografii w miesięczniku „Film” z października 2002 Krzysztof Kłopotowski w artykule „Za wcześnie na Requiem”. Nie chcąc przekręcać myśli autora po prostu go zacytuję: „Polskim kinem rządzą baronowie wychowani w niewoli. Są za starzy, aby zrozumieć nowe czasy. Jednak blokują drogę młodym twórcom, tak jak wcześniej obezwładnili lub obłaskawili swoich konkurentów. Reżyser filmowy jest sternikiem zbiorowej wyobraźni. Takich sterników potrzeba zwłaszcza wtedy, gdy społeczeństwo bierze zakręt w dziejach. Wymaga to wielkiej energii i odwagi.

Ale co nam marzyć o energii w odkrywaniu nowych horyzontów. Najbardziej wpływowi polscy reżyserzy przekroczyli siedemdziesiątkę, a 60-latek uchodzi w tym towarzystwie za człowieka młodego. Jerzy Kawalerowicz, który od 45 lat kieruje studiem Kadr, ma lat 80. Czyli został jego szefem w roku otwarcia Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina.

W wieku lat 80 jest też Janusz Morgenstern, który kieruje Perspektywą. Andrzej Wajda faktycznie rządzący całym filmem polskim ma lat 76. Jerzy Hoffman, szef Zodiaku, skończył 70. Wspomniany młodzieniec Krzysztof Zanussi, od 23 lat na czele studia Tor, ma lat 63. /.../ Nie walczą o przyszłość, gdyż jej nie mają, chcą trwać na pozycjach sprzed 20 lat.”

I co tu dodać więcej?

Jeszcze i to że największym prywatnym producentem filmowym w Polsce jest sam Lew Rywin? Tak, to ten sam Rywin. To że największe straty przyniosły wyprodukowane za nasze pieniądze filmy „baronów”? Kto z widzów polskich chciał wydać swoje pieniądze na bilety na takie twory jak „Chopin” J. Antczaka czy „Suplement” K. Zanussiego? Kogo ruszyły takie potworki jak „Haker” J. Zaorskiego, „Kariera Nikosia Dyzmy” J. Bromskiego czy „Yyyreek!!!” J. Gruzy?

Czy ktoś powiedział głośno, iż gdyby nie terror ze strony Ministerstwa Oświaty, to żaden młody człowiek nie kupiłby biletu ani na „Zemstę”, ani na „Pana Tadeusza”, ani na „Ogniem i mieczem”, ani na „Quo vadis”? I nie dlatego, że to starocie, ekranizacje literatury. Ani też dlatego, że tematyka tych filmów nikogo wśród nastolatków nie interesuje. Tylko z tego prostego powodu, iż są to źle zrobione filmy, nieciekawe, nieudane, nudne. Na dodatek opowiedziane w sposób archaiczny. Gdyby nie, w pewnym sensie, przymusowe wędrówki szkół do kin, to frekwencja na „Pianiście” i ostatnich filmach Wajdy byłaby żenująca!!! Długo w ten sposób nie da się wspierać rodzimej produkcji. Czy pojęcie emerytura nie dotyczy polityków i filmowców?

W tym miejscu konieczne jest wspomnienie o jeszcze jednej, wielkiej bolączce naszej kinematografii. O braku szacunku dla rzemiosła. Film to produkt jak każdy inny, to efekt pracy wielkiego zespołu. Coś takiego jak samochód. Jeśli amator go zaprojektuje, dyletant wykreśli a obibok zmontuje, to takie coś nigdy nie ruszy się samo z miejsca. Nigdzie nie pojedzie. To samo z filmem. Bez braku pomysłu, perfekcyjnego scenariusza, dopracowanego i przemyślanego scenopisu, profesjonalnej produkcji, nie ma co mówić o filmie. W dodatku na każdym etapie powinni tu pracować najlepsi, fachowcy w poszczególnych branżach, prawdziwi rzemieślnicy. Czasami przy takiej produkcji coś dodatkowo zaiskrzy i wtedy mamy do czynienia z czymś więcej niż z filmem, bo z dziełem sztuki. Dzieje się tak niestety dość rzadko, ale zawsze tylko wtedy, kiedy pracują profesjonaliści.

Nie mam nic przeciwko amatorom, ale powiedzmy sobie jasno, że to nie oni tworzą kinematografię lecz jej obrzeża, potencjalne zaplecze. To z pośród nich mogą w przyszłości wyrosnąć przyszli rzemieślnicy. Ale na dziś są tylko amatorami, być może pełnymi pomysłów i zapału. Ale tylko amatorami.

Skoro więc rozstrzygniemy dość istotne problemy związane z polityką personalną w kinematografii polskiej oraz w wymuszeniu na właścicielach kin wyświetlania produktów polskich należałoby odpowiedzieć sobie na kolejne pytanie – jakie ma być to przyszłe kino polskie łączące w sobie atrakcyjność finansową dla dystrybutora z atrakcyjnością wizualną mogącą ściągnąć i zadowolić polskiego widza?

Czy przyszłe kino polskie, biorąc pod uwagę sukcesy roku 2002, to (oprócz zawsze mile widzianych nawet przeraźliwie głupich komedii) filmy typu „Dzień Świra” czy „Edi”? Jeśli tak – a zadecydowali o tym widzowie polscy, którzy chętnie kupowali bilety na te dwa filmy – to władze powinny zastanowić się jak uchronić przed niebytem (produkcyjnym i dystrybucyjnym) takie właśnie filmy. W końcu oba powstały dość przypadkowo – „Dzień świra” jako pewnego rodzaju kontynuacja wcześniejszych filmów Marka Koterskiego, zaś „Edi” dzięki uporowi reżysera i niezależnego producenta.

Jeśli takie ma być przyszłe polskie kino broniące widza przed zalewem „madeinusa” to należy jak najszybciej stworzyć NOWE struktury, NOWE mechanizmy, które pozwoliłyby powstać takim filmom.

A co ze sprawnym rzemieślniczo kinem polskim w wydaniu W. Wójcika (w tym roku np. zupełnie zapomniane „Tam i z powrotem”)? Jak zachować tego rodzaju produkcję, bo sadzę że warto? Jak przekonać producentów, że tego rodzaju produkcja też może przynieść nieduże, ale zawsze zyski? Bo bez silnego wsparcia państwowego kino, nie ma szans aby przetrwać w konkurencji z kinem „klasy B madeinusa”.

Raczej przyszłością polskiego kina nie stanie się produkcja „offowa”, gdyż na dzień dzisiejszy jest ona zbyt amatorska by nie rzec, że prymitywna. Owszem, zdarzają się udane, ciekawe produkcje takie jak „Złom” czy „Antychryst” ale...ale ich odbiorcą jest publiczność elitarna (czyli nieliczna). A największym ich wrogiem jest ich stan techniczny – bo są to najczęściej kopiowane na taśmę filmową materiały „cyfrowe”. A zapisowi cyfrowemu niestety nadal bardzo dużo brakuje do jakości starej dobrej taśmy 35 mm. Widać to najlepiej po czystości rysunku, po ostrości drugiego planu, po kolorystyce, po operowaniu światłem. Najprościej można to ująć tak, iż filmy „offowe” są na swój sposób „chropowate, brudne, przypominające swą stylistyką zapis dokumentalny”.

Jakie więc mamy szanse aby za kilka lat móc w kinach oglądać filmy produkcji polskiej?

Nikłe, jak już wspomniałem wcześniej. Szanse te zwiększyłaby radykalna wymiana kadry reżyserskiej i producenckiej. Następnie ustawowe „zobowiązanie” właścicieli kin do promowania produktów polskich. A przede wszystkim umiejętna selekcja i inwestycja w kolejne, wstępujące, pokolenia twórców. Pomijam tu takie drobiazgi jak odpolitycznienie kinematografii, rozbicie koterii i układów. A rozpocząłbym to wszystko od rzetelnego rozliczenia naszych obecnych twórców i decydentów. Możemy też nic nie robić. Wtedy problem polskiej kinematografii za kilka lat przestanie w ogóle istnieć. Czas ucieka.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: