KASANDRA W HOLLYWOOD ?

Motyw przewodni :

Czy film skoro spełnia rolę snu może bywać snem proroczym ?

Czy lubicie puzzle? Jak tak, to mam coś dla Was. Przedstawię Wam kilka faktów, ułożę w pewnej kolejności a Wy sami powiecie, co z tego wynika. Oczywiście możecie się ze mną nie zgadzać. Ale wtedy spróbujcie mnie przekonać, że to był tylko przypadek.

Mamy kwiecień 2001 roku w USA. W kinach dla przypomnienia i zgarnięcia premii wyświetla się filmy nagrodzone Oskarami. Żadnych premier gdyż wszyscy producenci czekają na rozpoczęcie sezonu filmowego jakim są od lat miesiące około wakacyjne (maj, czerwiec, lipiec sierpień, wrzesień). Jest to bardzo ważne, gdyż kasowość (dochodowość) filmu zależy od tego ilu widzów obejrzy go w tym okresie. Wiadomo przecież, że to okres wakacji i że wtedy Amerykanie wydają 60 % swych rocznych wydatków na kino. Jest więc o co powalczyć.

Pierwsze poważniejsze podsumowanie pojawia się na początku września. Prowadzi "Shrek", potem mamy sześć kontynuacji ("Mumia powraca", "Godziny szczytu 2", "Jurassic Park III", "American Pie 2", "Dr Dolittle 2", "Straszny film 2"), mamy też sfilmowaną grę komputerową ("Tomb Raider"), bzdurki typu "Planeta małp", "A.I. Sztuczna Inteligencja" czy "Atlantyda: Zaginiony ląd" oraz sporą dawkę dla dorastających i dorosłych dziewcząt ("The Princess Diaries", "Legally Blonde", "Dziennik Bridget Jones"). Listę dopełnia film akcji "Szybcy i wściekli" oraz dwie dość nietypowe produkcje. Pierwsza z nich, „Pearl Harbour” zajmuje czwarte miejsce na tej liście, a przypominam, że jest to lista najbardziej kasowych filmów lata 2001 w USA. Drugą nietypową produkcją jest "Kod dostępu" ("Swordfish").

Czym filmy te szczególnie wyróżniają się od pozostałych ? Przede wszystkim formą oraz tematyką. W powodzi lepiej lub gorzej zrealizowanej rozrywki oba filmy są nad wyraz poważne i inne. Zacznijmy od "Pearl Harbour".

1. Z założenia miał to być film rocznicowy, przypominający klęskę USA poniesioną 60 lat temu w Pearl Harbour. I tu pierwsze pytanie - kto dziś kręci filmy rocznicowe? Od dobrych kilku lat na całym świecie zrezygnowano z przypominania przeszłości z okazji 50, 100 czy którejś tam rocznicy takiego to czy innego wydarzenia. Powód był prosty - widownia na takie produkty nie chodziła. Drugie pytanie jest cokolwiek trudniejsze - kto kręci film o największych klęskach militarnych swego kraju? Nawet jeśli w finale pokazane jest końcowe zwycięstwo nad "imperium zła"? Klęska zawsze jest klęską i nikt o niej nie chce pamiętać. Nawet jeśli klęskę nazwie się momentem słabości. A jak to wytłumaczyć w kontekście braku jakiegokolwiek filmu o zakończeniu II wojny światowej (a nie tak dawno minęło równo 50 lat)?

2. Kolejną dość frapującą sprawą jest fakt uzyskania funduszy na ten film. Kto przy zdrowych zmysłach jest gotowy finansować film rocznicowy (gatunek niepopularny) na dodatek oparty na złym scenariuszu. W tym miejscu zaznaczam, że sformułowanie „zły scenariusz” rozumiem w sensie rzemieślniczej, hollywoodzkiej poprawności. Śmiem twierdzić, iż „Pearl Harbour” składa się z co najmniej dwóch odrębnych filmów. Pierwszy z nich to historia dwóch przyjaciół i pielęgniarki, uczestnictwo w Bitwie o Anglię jednego z nich, jego zaginięcie i cudowne odnalezienie zakończone wspólną walką z wrogiem podczas ataku na Pearl Harbour. Ta wspólna walka karze zapomnieć im o osobistych problemach i nieporozumieniach gdyż stało się coś okropnego, o wiele ważniejszego – Ojczyzna została zaatakowana przez wroga.

I kiedy obserwujemy dymiące wraki, setki trupów i narodziny nowej świadomości u bohaterów czujemy, że opowieść dobiegła końca i szykujemy się do wyjścia z kina. A tu spotyka nas niespodzianka - rozpoczyna się nowy film. Albo inaczej - trwa stary, z tymi samymi bohaterami lecz opowiada nam zupełnie nową historię. Oto jeden z dowódców amerykańskich proponuje bardzo ryzykowny nalot na Tokio w celu udowodnienia najeźdźcy i światu, że Ameryka nie „upadła na kolana”, że „Ameryka nikogo się nie ulękła”. Oglądamy więc historię przygotowań, następnie sam nalot będący demonstracją siły i zakończenie pełne wzruszeń, gdyż jeden z naszych bohaterów ginie ale zostawia po sobie synka. Znając choć trochę amerykański system finansowania filmów aż nieprawdopodobne wydaje się to, iż tak „źle” skonstruowany scenariusz sfilmowano. Co więcej - za tak duże pieniądze.

Na dodatek ani reżyser (początkujący), ani występujący w filmie aktorzy (druga liga z wyjątkiem nierozpoznawalnego Donalda Sutherlanda oraz epizodu z Alec Baldwinem ) nie mogli gwarantować powodzenia filmu. Inaczej mówiąc jest dla mnie zagadką kto zaryzykował duże pieniądze w to z góry jakby skazane na klęskę przedsięwzięcie ?

3. Warto w tym miejscu przyjrzeć się dokładniej o czym te dwa podfilmy wyświetlane jako jeden tak naprawdę są. Najprostsza odpowiedź to stwierdzenie, iż pierwsza część to romansidło o synach Ameryki walczących na całym świeci ze złem, najpierw w formacjach ochotniczych a później w obronie zdradziecko napadniętej Ojczyzny. Zaś druga to opowieść o zemście na wrogu, gdyż nikt nie ujdzie karze, jeśli zagrozi "amerykańskiemu stylowi życia" również podana w konwencji ckliwego romansidła.

Zastanawiając się dalej nad filmem dojść można do wniosku, iż tak naprawdę celem tej produkcji było odrodzenie amerykańskiego patriotyzmu poprzez upokorzenie widza (amerykańskiego) by potem z dumą przyjął decyzję o zemście. Bo nie ma miejsca na ziemi dla tych, którzy zagrażają „amerykańskiemu stylowi życia”. Pamiętaj o tym widzu.

Aby myśl ta była czytelniejsza cytuję realizatorów tego filmu. Producent filmu - Jerry Bruckheimer :

- "Pearl Harbour to bez wątpienia jeden z najważniejszych punktów zwrotnych w historii. Amerykanie stanęli w obliczu tragedii, szybko jednak otrząsnęli się z szoku i przystąpili do działań wojennych odnosząc tryumfalne zwycięstwo nad wrogiem."

- "Dołożyliśmy wszelkich starań, by scenariusz łączył w sobie romantyzm, humor, głębię i patos, tak by widzowie zrozumieli ogrom tragedii, jaka ogarnęła wiele amerykańskich rodzin po ataku na Pearl Harbour. Zależało nam bowiem, by nasz film był czymś więcej niż kolejną lekcją historii."

- "Stany Zjednoczone już wcześniej były potęgą przemysłową, ale po przystąpieniu do wojny jeszcze bardziej umocniły swoja pozycję. Przed atakiem na Pearl Harbour nie byliśmy przygotowani do wojny, potem jednak szybko nadrobiliśmy powstałe zaniedbania. Zbudowaliśmy więcej czołgów, więcej samolotów niż jakiekolwiek inne państwo i tak wygraliśmy wojnę..."

Autor scenariusza - Randall Wallace :

- "Przystępując do pracy nad scenariuszem zadałem sobie pytanie :"Gdzie tak naprawdę zaczyna się historia Pearl Harbour?". Wybrałem bitwę o Anglię, bo chciałem pokazać widzom, że świat już wtedy pogrążony był w wojnie, ale Ameryka chciała trzymać się od niej z daleka. Amerykanie mówili: "To nie nasza sprawa", wystarczyło jednak kilka godzin w grudniu 1941, aby zmienili zdanie. Gdzie kończy się nasza opowieść? Natrafiłem na wzmiankę o ataku Doolittle'a. Słyszałem o nim wcześniej, nie rozumiałem jednak jego znaczenia. Nagle okazało się, że pasuje jak ulał do naszej historii."

- "Wielu ludzi, którzy zdają się wiedzieć wszystko o Pearl Harbour i II wojnie światowej, nigdy nie słyszało o akcji Doolittle'a, choć był to punkt zwrotny, dzięki któremu Amerykanie odzyskali morale."

Reżyser - Michael Bay :

"Nasz film nie opowiada tylko o ataku na Pearl Harbour, opowiada o woli walki. Jak mówi Jimmy Doolittle przed rozpoczęciem nalotu na Tokio : "Nie wiem, czy wygramy te potyczkę, ale wiem, że wygramy tę wojnę." Osoba, z którą rozmawia pyta "Skąd wiesz ?". A Doolittle odpowiada: "Bo mam ich" - i wskazuje na swych żołnierzy - "A oni maja wolę walki". W jego słowach zawiera się przesłanie naszego filmu. Każdy z bohaterów, od asa przestworzy do majtka szorującego pokład, gotów jest oddać życie. Mają bowiem określony system wartości, na pierwszym miejscu stawiają dobro ogólne, na drugim - rodzinę, na trzecim - pracę."

Nie wiem jednak nadal dlaczego w 2000 roku, kiedy to przystąpiono do realizacji tego filmu, Ameryce trzeba było przypominać czym jest patriotyzm, jakie są podstawowe wartości i co należy zrobić z wrogiem „amerykańskiego stylu życia”. Przecież rok 2000 był rokiem, w którym USA było bezapelacyjnym nr 1 na świecie, największa potęga ekonomiczną i militarną. Niemalże Panem, a na pewno Policjantem świata. Po co więc wyprodukowano taki film?

4. Uważam, że w całych tych rozmyślaniach konieczny jest jeszcze jeden aspekt, dość szokujący. Oto według historyków atak na Pearl Harbour został w pewnym sensie sprowokowany przez USA. Wynikało to z faktu, iż po kolejnych podbojach wojsk japońskich większa część wybrzeży Pacyfiku przeszła pod ich panowanie. USA mogły albo przyjąć ten fakt do wiadomości albo odebrać te tereny. Wiadomo jednak było, że Amerykanie w swej masie byli zatwardziałymi pacyfistami, z drugiej zaś strony przestawienie przemysłu amerykańskiego na produkcję wojskową dawało ogromne zyski nie tylko Wielkiemu Biznesowi ale i przeciętnym ludziom. Prezydentowi Rosveltowi nie zostawało więc nic innego jak „zostać wciągniętym” do wojny. Temu też służyło nałożenie embarga na ropę naftową dla Japonii. Było to ekonomiczne wypowiedzenie wojny. Japonii nie pozostało nic innego jak rozpocząć wojnę. I na to liczył rząd USA. O planach i dacie ataku na Perl Harbour wiedziano na tyle wcześniej, że wyprowadzono w morze najnowsze jednostki (lotniskowiec) aby nie uległy zniszczeniu, pozostawiając w bazie w większości przestarzały sprzęt nie nadający się do bitwy o Pacyfik. Bombardowanie było, jak oczekiwano, tak wielkim wstrząsem dla ludności Ameryki, iż sami obywatele zgłaszali się do wojska aby pomścić czy też bronić Ojczyznę. Wojnę oczywiście wygrano przejmując prawie wszystkie terytoria zdobyte wcześniej przez Japończyków. Inaczej mówiąc cel został osiągnięty. W końcu koszt przystąpienia do podboju świata za zgodą i przy aplauzie całego narodu był niewielki - 2 343 zabitych i 960 zaginionych w Perl Harbour, czyli 3 303 istnień ludzkich. Czyżby to był kolejny morał filmu, iż dla wyższych celów można, a nawet należy poświęcić ileś tam ludzi?

Drugim wspomnianym przeze mnie „dziwnym filmem” był "Kod dostępu", który w okresie letnim przyniósł w USA dochód około 70 milionów dolarów. Chciałbym tu pominąć pełną finezji grę prowadzoną przez realizatorów filmu z widzem dotyczącą istoty kina. Osią jest tu myśl dwukrotnie powtórzona w filmie: "Wiesz co to było? Gra pozorów. Umysł wierzy w to, co widzą oczy."

Na dodatek film jest spięty klamrą obrazu telewizyjnego. Początek to chropowaty obraz z monitora telewizyjnego, ostatnie zdjęcia filmu także. Jakby i tego było mało oba te fragmenty ukazane są w konwencji newsa z dziennika telewizyjnego (w wypadku ujęcia końcowego z offu dobiega nas głos spikerki informującej nas o ukazywanych wydarzeniach). Czy w związku z tym obejrzeliśmy tylko „grę pozorów”? A może zobaczyliśmy tylko to, co mieliśmy zobaczyć? A może mieliśmy sobie pomyśleć to, co realizatorzy filmu chcieli abyśmy sobie wyobrazili?

Powtarzam, iż pomijam tę dość ciekawą i niejednoznaczną grę z widzem. Warto przyjrzeć się innym warstwom filmu. Najbardziej zaskakującą tu jest dla mnie naruszona hollywoodzka zasada „ukaranego zła”. W końcu do tej pory obowiązującą regułą było, aby każdy film kończył się zwycięstwem Dobra, Sprawiedliwości nad Występkiem czy Złem. Taka była reguła, a jeśli ktoś się jej sprzeciwiał, to dystrybutorzy zanim rozpoczynali rozpowszechnianie dolepiali planszę z napisami typu, iż „mimo że w filmie pokazano to i to, to jednak po latach ten i ten zostali ukarani, a ten i ten nagrodzony”. W „Kodzie dostępu” zaś mamy dość zaskakującą sytuację – bohater-przestępca grany przez Johna Travoltę nie dość, że doprowadza do śmierci kilkunastu osób, nawet sam zabija, przechwytuje (kradnie?) miliardy dolarów, to na dodatek uchodzi bezkarnie i traktowany jest niemal jak bohater pozytywny. Z jednej strony budzi to grozę, z drugiej zmusza do zastanowienia bo skoro, a teraz, proszę, uważajcie. Bo skoro jednak mamy film:

1. wyprodukowany w Hollywood, który podlega zasadzie „karania zła”,

2. nasz bohater, mimo etycznego zła, które czyni (śmierć kilkunastu osób), nie zostaje ukarany,

to jaki może być jedyny wniosek ?

Prosty i szokujący – nasz bohater nie czynił zła! Dalej – skoro jego działania nie są złem, to znaczy że ... powinniśmy je co najmniej akceptować, a nawet popierać!

W tym miejscu proponuję przypomnieć sobie dialog naszego negatywnego bohatera z hackerem :

"- Powiem ci kim jestem (...) Pytałeś co to za ludzie. W latach pięćdziesiątych Hoover założył tajną organizację "Czarną Komórkę". Miała ona bronić wolności.

- Mnie interesuje tylko córka.

- Mówię właśnie o niej. I o wszystkich Amerykanach pewnych swoich praw.

- Rozumiem.

- Nie wiesz jak trudno bronić tych praw. Po to tu jestem. Chronię Twój styl życia.

- Kradniesz cały ten szmal żeby chronić mnie, biedaka?

- Właśnie, bo wojna sporo kosztuje.

- Wojna? A z kim tak wojujesz?

- Z każdy kto nam zagraża. Z państwami, terrorystami. Płacę im ich własną monetą. Za każdą bombę dajemy im dziesięć, za porwanie samolotu rozwalone lotnisko, za zabitych turystów zbombardowane miasto. Tak aby się bali atakować Amerykanów."

Kilka scen dalej mamy ciąg dalszy tej rozmowy:

"- Spójrz na to szerzej. Gdybyś mógł uleczyć świat ze wszystkich chorób zabijając jedno niewinne dziecko. Zrobiłbyś to?

- Nie.

- No wiesz ? A większe dobro?

- Czemu nie dziesięcioro dzieci?

- Widzisz... A może tysiąc? W obronie naszego stylu życia."

Jeśli nie przekonały was dialogi z filmu to proponuję wyciąg z wypowiedzi Johna Travolty, w końcu to one najlepiej oddają zamierzenia realizatorów filmu: „Gabriel (bohater grany przez aktora) jest w pewnym sensie patriotą. On ma swój własny pomysł na powstrzymanie międzynarodowego terroryzmu. Potrzebuje jednak pieniędzy, żeby to osiągnąć."/.../

Pytanie - Fabuła "Kodu dostępu" dotyczy tajnych operacji rządowych, zawiera też pewne polityczne podteksty. Jak się na to zapatrujesz?

J.Travolta - Na wieść o ciemnych operacjach, o których nie wiedzą nawet ludzie z samej góry, odparłem "To chyba nieprawda". Reakcją moich rozmówców był śmiech. Okazuje się, że o niektórych rzeczach nawet prezydent nie powinien wiedzieć - i nie wie. Dla mnie ten temat jest fascynujący. Przecież w moim otoczeniu dzieje się tyle rzeczy, o których nie mam pojęcia. Równie dobrze gdzieś tam w tle mogą się toczyć jakieś supertajne operacje na wielką skalę. Na planie towarzyszył mi cały czas rządowy ekspert, który rzeczywiście zajmował się takimi sprawami. Najdoskonalszym przykładem agenta od ciemnych operacji jest chyba Oliver North. Jego historia to ciekawa analogia do naszej szpiegowskiej opowieści"

Także ciekawa i dość niejednoznaczna jest w tym filmie do końca utrzymana konwencja w konwencji – bo skoro dobro powinno zwyciężać w filmie to czy jest tak naprawdę w życiu i czy przez tę zasadę filmy nie przekłamują realnego życia? Nie uczą fałszywej, nieskutecznej moralności?

Najlepiej oddaje to rozpoczynający film dialog:

„- Czy wiesz czym grzeszy Hollywood? Tam kręcą szajs, niewiarygodny, nierozróżnialny szajs. Nie jestem jakimś niedoszłym filmowcem, egzystencjalistą co to pali fajkę, łatwo się czepiać złej gry, słabej reżyserii i przypadkowego łączenia słów w tak zwanej prozie. Ja mówię o braku realizmu, nie ma go za dużo we współczesnej kinematografii amerykańskiej.

Weźmy choćby "Pieskie popołudnie" jeden z lepszych filmów Ala Pacino. Obok "Człowieka z blizną" i "Ojca chrzestnego" rzecz jasna. Arcydzieło reżyserii, najlepszy film Lumeta. Zdjęcia, gra, scenariusz - znakomite. Ale... Nie poszli na całość.

A gdyby tak Sony z "Pieskiego popołudnia" naprawdę chciał się wymigać od kary, albo gdyby od razu zaczął zabijać zakładników. Bez litości.

Róbcie, co karzemy albo ta ładna blondynka zarobi kulkę w łeb i bum. Wciąż nie ma autobusu. Dalej. Ilu zakładników by zginęło zanim urzędnicy by zmiękli. A to było w 76 roku. Nie było wtedy CNN-u ani Internetu, a teraz wyobraźmy to samo dzisiaj. Media by dostały obłędu w kilka godzin, trąbiłyby o tym telewizje od Bostonu po Budapeszt.

Ginie 10 zakładników, 20, 30, padają jak muchy, wszystko w wysokiej rozdzielczości i w kolorze. Niemalże czuć smak mózgowia. I po co giną - dla samolotu, autobusu? dla paru ubezpieczonych milionów ?

- Nie sądzę, ale pomyślmy.

- To wykracza poza konwencjonalne kino. Ale może.... jak myślicie?

- Miałbyś problem z takim filmem.

- Doprawdy?

- Nie miałbyś dużej widowni.

- Dlaczego?

- Bo widzowie lubią szczęśliwe zakończenia.

- Pacino ucieka z forsą, jego koleś zmienia płeć i razem żyją długo i szczęśliwie. Nie ?

- Nie.

- Masz homofobię.

- Łajdak nie może wygrać bo to niemoralne Tak czy siak musi zginąć marnie.

- Życie bywa dziwniejsze od filmów."

I rzeczywiście dla jednych teoretycznie zły bohater ginie, ponieważ „Łajdak nie może wygrać, bo to niemoralne.” Na dodatek jego zło zostaje w pewnym sensie wykreowane przez mass media, bo w rzeczywistości, jest niezłomnym patriotą. I będzie dalej żyć i nadal będzie bronił „amerykańskiego stylu życia”. Bo „Życie bywa dziwniejsze od filmów.” Aby się jednak nie rozdrabniać pozwolę sobie przejść do wniosków i uogólnień końcowych. Film „Kod dostępu” w sposób dość jednoznaczny stara się udowodnić, iż:

1. Każdy z nas widzi tylko to, co ma widzieć, widzimy tylko to co chcą abyśmy widzieli kierujący tym światem;

2. Wszystko to, co oferują nam mass media to wyreżyserowany show, który powinien się kończyć pewnego rodzaju happy endem;

3. Wszelkiego rodzaju akcje specjalne są zawsze przygotowywane w taki sposób, że nic o nich nie wiemy, a to co dociera do nas jest z góry przygotowaną wersją, łącznie ze wskazaniem winnego, do którego mają prowadzić pozostawione widoczne ślady, które „odkrywają” niezależni dziennikarze i media;

4. W strukturze państwowej USA istnieją i istniały nieoficjalne struktury używające metod pozaprawnych (morderstwa, napady) w celu utrzymania i zapewnienia "amerykańskiego stylu życia" i dopóki zagrożenie "amerykańskiego stylu życia" istnieje struktury takie powinny istnieć i być wspomagane przez obywateli;

5. W wypadkach krańcowych należy zaakceptować śmierć niewinnych (przypadkowych) obywateli USA, gdyż zginęli jako przypadkowe ofiary w obronie "amerykańskiego stylu życia"

Szokujące, prawda?

Żeby was dodatkowo rozbawić dodam, iż film ten rozpowszechniany był przez... firmę Buena Vista kontrolowaną przez koncern Disneya. Jeśli nazwa Buena Vista nic wam nie mówi to jeszcze wspomnę o tym, iż wszystkie kreskówki z wytwórni W.Disneya są rozpowszechniane przez tę firmę i że specjalizuje się ona w rozpowszechnianiu filmów rodzinnych.

Powtarzam oba filmy zostały zrealizowane w 2000 roku, oba były masowo rozpowszechniane w miesiącach maj - wrzesień 2001 roku przy sporej reklamie mediów ...

A dokładnie – „Pearl Harbour” miał swoją premierę 15.05.2001 w USA a rozpowszechniany był w ilości 3 140 kopii. W Europie rozpoczął swój pochód po kinach w czerwcu i lipcu, w Polsce wystartował 6.07.2001 w liczbie 100 kopii.

11 września 2001 trzy samoloty zostały w USA porwane i skierowane dwa na WTC, zaś trzeci na Pentagon. Od razu też wskazano winnego, jakby nie było dawnego współpracownika CIA. Ponieważ stwierdzono, że ukrywa się z najbliższymi współpracownikami w Afganistanie prawie, że błyskawicznie postanowiono wykonać akt zemsty i zbombardowano Afganistan. Co do dalszych losów osoby oskarżonej nikt nic nie wie. Za to USA szykuje się do ataku na następny kraj, tym razem Irak, ponoć też w jakimś tam sposób powiązany z atakiem z 11 września. Przypadkiem na pewno jest zbieżność wydarzeń rzeczywistych i filmowych. Być może przypadkiem jest też i to, że Afganistan to kraj dzięki któremu można pokusić się o kontrolowanie pobliskich złóż ropy naftowej w Azji Środkowej. Jeśli zaś chodzi o Irak to na dodatek jest to jeden z większych importerów ropy. Przypadkiem pewnie jest też i to, że publiczność kinowa czyli obywatele amerykańscy przygotowani lekturą "Pearl Harbour" i "Kod dostępu" bez mrugnięcia oka tuż po 11 września bez słowa zgodzili się na kolejną wojnę, na dofinansowanie służb specjalnych i akcji specjalnych, na ograniczenie praw obywatelskich, na zwiększoną kontrolę czyli na totalne ograniczenie wolności. Ja wiem, że to wszystko to są przypadki. Lub inaczej mówiąc zbiegi okoliczności. Lecz skoro przejmiemy, że są to zbiegi okoliczności, to spróbujcie sami sobie odpowiedzieć gdzie te okoliczności się zbiegają? Zakończę słowami którymi John Travolta żegna się w „Kodzie dostępu” z bohaterem-hackerem :

-"Nie zawsze jest tak jak byś chciał. Z resztą widzowie lubią szczęśliwe zakończenia."

Po czym J. Travolta wsiada do helikoptera i dla jednych ginie, zaś dla innych, kilka scen dalej, będzie nadal nieustraszonym obrońcą „amerykańskiego stylu życia”.

"Nie ma rzeczy niemożliwych," gdyż "Patriotyzm żyje dłużej niż 4 lata. W odróżnieniu od polityków." (to również cytaty z tego filmu)

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: