Zamach Kani

[w czerwcu 1976 roku] ... muszę przyznać, że Piotr [Jaroszewicz] ułatwił mi zadanie podając się do dymisji. Oddaliłem ją poleciwszy mu, aby brał się twardo do roboty. Z tym że dwa dni później przyszedł do mnie Piotr ponownie i powiedział, że albo odchodzi on, albo on pozostaje, a odchodzą Kania z Kowalczykiem.

- Dlaczego tak właśnie premier postąpił? Było to przecież poważne oskarżenie.

- Piotr Jaroszewicz, następnego dnia po strajku radomskim, powołał specjalną komisję pod kierownictwem ministra Szozdy, któremu osobiście ufał, i nakazał mu sprawdzić dokładnie, jak przebiegały wydarzenia w Radomiu. Z otrzymanego przez niego raportu wynikało niedwuznacznie, że milicję celowo wprowadzono zbyt późno do akcji. Zdaniem tej komisji, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

- Dlaczego więc nie usunął Pan Kani i Kowalczyka z władz partyjnych, było to wówczas bardzo łatwe?

- Przyznam szczerze, że sceptycznie odniosłem się do raportu Szozdy, rację mu przyznaję dopiero dziś, po latach. Wtedy wydawało mi się, że teza tego raportu jest trudna do udowodnienia, że opóźnienie użycia ZOMO wynikało z moich zaleceń traktujących użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność.

- A dlaczego dziś Pan zmienił swe zdanie?

- Bo w Sierpniu ci sami panowie przygotowali i zrealizowali wspólnie przeciwko mnie spisek, który zakończył się tak jak się zakończył. Wówczas jednak, w 1976 roku, nie mając jeszcze dzisiejszych doświadczeń, podzieliłem się swym sceptycyzmem z Piotrem i poprosiłem go, aby pozostał na czele rządu. I tak został zażegnany kryzys personalny, a myśmy przystąpili natychmiast do wprowadzenia zmian w polityce gospodarczej. Musieliśmy za wszelką cenę załatać lukę, jaka powstała po nieudolnej operacji cenowej.
[...]
Z pewnością pamięta pan wystąpienie Grabskiego, sekretarza wojewódzkiego partii w Koninie, na plenum KC partii w grudniu 1978 roku. Było to wystąpienie, za którym stała, oczywiście nieformalnie, wpływowa grupa kilku sekretarzy wojewódzkich partii. Referat wygłaszał Grabski, a z tego co wiem, w jego przygotowaniu uczestniczyli dwaj inni sekretarze z Wielkopolski. Wystąpienie Grabskiego było w gruncie rzeczy totalną krytyką mojej linii politycznej i gospodarczej. Chociaż formalnie było ono wymierzone w Piotra Jaroszewicza, w rzeczywistości godziło w pierwszego sekretarza. Istotne myśli w nim zawarte sprowadzały się do tezy: dosyć zbliżenia z Zachodem, dosyć liberalnej linii wobec kościoła katolickiego, trzeba powrócić do myśli o socjalistycznym rolnictwie. Antidotum na te schorzenia miało być prowadzenie przez partię prawdziwej polityki klasowej i zacieśnienie więzów przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Wystąpienie, mimo że nie publikowane w całości, zostało bardzo mocno nagłośnione, również i przez Wolną Europę, a tak zwane środowisko kawiarniane aż szalało ze szczęścia w myśl zasady: "Pali się, pali się, coś nareszcie dzieje się". Wystąpienie Grabskiego nie stało się co prawda sygnałem do generalnej rozgrywki z Gierkiem, było jednak przygrywką do wydarzeń, które miały nadejść.

- Dlaczego Pan nie rozliczył się dokumentnie z Grabskim, lecz na VIII Zjeździe z Pańskiej inicjatywy został on wybrany do Centralnej Komisji Rewizyjnej? Czy nie był to objaw słabości?

- Skoro byłem liberałem dla autentycznych wrogów socjalizmu, to nie mogłem być pamiętliwy wobec moich przeciwników wewnątrz partii.
[...] 
- W sumie jednak na [VIII] Zjeździe uległ Pan szantażowi ludzi sekretarza Babiucha.

- Tak, był to doprawdy dramatyczny moment. Premiera o zaistniałej sytuacji, na moje polecenie, mieli zawiadomić trzej członkowie Biura Politycznego: Babiuch, Grudzień i Kania.  

- Czyli przedstawiciele obu frakcji?

- Jeszcze nie frakcji, bo do powstania frakcji niezbędny jest program, lecz najwyżej koterii.

- Dlaczego Pan zlecił im przeprowadzenie tej rozmowy, a sam uchylił się od niej? Czy z braku odwagi cywilnej?

- Nie, chwilami jest pan doprawdy zabawny. Ja zwyczajnie chciałem, aby ludzie, którzy zwalczali Piotra, odbyli z nim tę rozmowę. Mimo że nie lubili go, wzdragali się przed tym. Piotr bowiem miał charakter i potrafił mówić prawdę w oczy, nie mieli więc zbytniego pola do popisu.

- Czy Pan również rozmawiał z Piotrem Jaroszewiczem?

- Tak, powiedziałem mu, że nie jestem w stanie zapewnić mu wyboru. Oświadczyłem, też zgodnie z prawdą, że do końca starałem się go chronić, ale na zjeździe muszę tym razem ulec. Piotr był skłonny podjąć ryzyko walki o członkostwo w Komitecie Centralnym, ja jednak stałem na stanowisku, że jego porażka w wyborach będzie dla niego dotkliwą klęską, a dla Biura Politycznego wielką kompromitacją. Sytuacja będzie zupełnie inna, gdy premier sam poda się do dymisji.

- Czy dziś, z perspektywy czasu, nie sądzi Pan, że należało jednak podjąć ryzyko obrony Jaroszewicza do końca?

- Z pewnością tak, odejście premiera zniszczyło bowiem pewien delikatny układ w kierownictwie i spowodowało późniejszą katastrofę. W Jaroszewiczu bowiem i ja, i partia mielibyśmy lojalnego sojusznika, który potrafiłby stawić czoła nadciągającej zawierusze. Babiuch jako premier okazał się bowiem kompletnym nieporozumieniem.

[...]

Babiuchowi wydawało się, że przyszłość będzie należała do niego, miał on bowiem w swoich rękach aparat partyjny. Większość sekretarzy wojewódzkich, ogromna część aktywu centralnego uważana była za jego nominantów. Metodę na zjednywanie ludzi miał dosyć prostacką, ale skuteczną - wyrazy uznania Biura i moje dla ważnych członków aparatu przekazywał jako swoje inicjatywy, natomiast upomnienia, nagany etc. były przekazywane jako moje polecenia. Ponieważ starałem się dawać poszczególnym sekretarzom dosyć dużą swobodę działania, miałem bowiem świadomość, że nic bardziej nie szkodzi efektywności działania, jak stałe trzymanie za rączkę, miał on dosyć duże pole manewru i w trudnym momencie wykorzystał to przeciwko mnie. O nowym układzie sił w partii, a więc powstaniu dwóch zwalczających się koterii szykujących się do przejęcia schedy po mnie, przez długi czas nie wiedziałem. Jak dziś to widzę, obie grupy, szachując się wzajemnie, myślały o przeprowadzeniu w pewnej perspektywie ataku na najwyższe pozycje. W czerwcu np. Łukaszewicz wspólnie z Babiuchem postanowili przejąć Radiokomitet. W tym celu przyszli do mnie proponując odwołanie Macieja Szczepańskiego ze stanowiska przewodniczącego. Obecność Macieja była im niewygodna. Dopóty, dopóki był on na Woronicza, telewizji nie można było użyć przeciwko Gierkowi. Wysłuchałem spokojnie ich narzekań na prezesa, po czym powiedziałem: "Dajmy mu jeszcze szansę". I tak sprawa została oddalona.

- Na czym polegała gra Pana przeciwników?

- Wówczas nie zdawałem sobie sprawy ani ze skali rozgrywki, ani z zasadniczych celów. Ponieważ zawsze w życiu najwyżej ceniłem interes narodu i państwa, nie mieściła mi się w głowie taktyka igrania z ogniem. Sądziłem, że dla każdego patrioty jest granica, za którą nie może się posunąć. Tą granicą jest interes narodowy.

- Czy został on naruszony?

- Jak wiadomo, w lipcu 1980 roku wybuchły strajki o kaszankę. Były spowodowane podwyżką cen właśnie kaszanki i innych podrobów w bufetach pracowniczych. Strajki swe apogeum osiągnęły w Lublinie i województwie oraz w całej lubelskiej DOKP. Wyznam, że byłem tym wręcz oszołomiony. Przedtem nie miałem żadnych sygnałów od służb milicyjnych bądź aparatu partyjnego, że w Lublinie jest wielkie wrzenie. Bo przecież strajk taki nie wybucha z niczego. Tam tymczasem w sposób wręcz prowokacyjny przez kilka dni były niczym nie uzasadnione perturbacje z dostawą mleka, jego przetworów i chleba. Było to w okręgu rolniczym i skończyło się w końcu strajkiem generalnym. Powstaje pytanie, kto organizował ten strajk? Zatrzymanie całego województwa, niech mi pan wierzy, nie jest sprawą łatwą, tego nie da się zrobić bez prężnej organizacji, ot tak sobie. Do tego proszę dodać strajk całej DOKP w Lublinie. Jedyny, jak dotąd, strajk powszechny na kolei w całej historii Polski Ludowej. Lubelska DOKP należy do najważniejszych dyrekcji kolei w kraju, przez jej teren idą wszystkie dostawy dla radzieckich dywizji w NRD oraz cały eksport Związku Radzieckiego do tego kraju. I oto kolejarze lubelscy przyspawali koła lokomotyw i wagonów do torów kolejowych na szlakach prowadzących z Małaszewicz i Terespola na Zachód. Niech pan pomyśli, że praktycznie przez trzy dni grupa wojsk radzieckich w NRD była pozbawiona dostaw zaopatrzeniowych z Kraju Rad. Był to fakt, który musiał być omawiany przez Biuro Polityczne KPZR, to był fakt odnotowany przez wszystkie wywiady świata. Powstaje pytanie, dlaczego wtedy właśnie kolejarze polscy zdecydowali się na tak desperacki krok? Dlaczego nigdy tego nie zrobili - ani przedtem, ani potem? Czy może zgłaszali uprzednio jakieś drastyczne postulaty, czy może pozbawiono ich jakichś istotnych przywilejów bądź deputatów? Może zabrano im sorty mundurowe lub deputat węglowy? Nie, nic takiego nie zdarzyło się. Może związek zawodowy pertraktował z ministrem komunikacji i związkowcy zostali aresztowani, wyrzuceni z pracy? Nie, nic takiego nie miało miejsca. Skąd więc ten ryzykancki i drastyczny krok? Dlaczego pierwszy sekretarz Edward Gierek nie otrzymał dzień, dwa wcześniej żadnych informacji, że coś takiego szykuje się? Skąd taka fenomenalna organizacja kolejarzy na tle dotychczasowych wszystkich demonstracji robotniczych w Polsce powojennej? Zawsze, gdy mieliśmy do czynienia z wielkimi wstrząsami, było to spowodowane bądź drastyczną podwyżką, bądź niereagowaniem władz na długotrwałe postulaty. Zawsze też dotyczyło wielkich, wielotysięcznych załóg robotniczych. Przypomnijmy kopalnie Zagłębia 1951, zakłady Cegielskiego 1956, stocznie Wybrzeża 1970 i 1971, zakłady włókiennicze w Łodzi 1971, "Ursus", "Waltera" w Radomiu 1976, stocznie w 1980 i nagle DOKP lubelskie i województwo lubelskie. <b>Wielkie zakłady tego województwa, WSK Świdnik, FSC, charakteryzowały się wyjątkowo wysokim, bo ponad 30-procentowym, udziałem kadry zarządzającej, wywodzącej się z milicji i wojska...

- Czy to nie było przypadkowe?

- Nie, proszę pana. Była to kadra w pełni dyspozycyjna. W gruncie rzeczy strajk taki nie mógł odbyć się bez przyzwolenia tych służb. Proszę pomyśleć, co by to były za służby, jeśliby nie orientowały się w stanie nastrojów społecznych. Jeśli tych strajków nie zorganizowały legalne związki zawodowe, jeśli nie zorganizował aparat partyjny, jeśli wtedy nie było "Solidarności" ani żadnych niezależnych związków zawodowych, to jak mógł się zdarzyć tak wielki cud w tym województwie i w tej dyrekcji kolei państwowych? Musiały ten strajk zorganizować siły, które były zobowiązane do pilnowania porządku w kraju. Musiało się to oczywiście odbyć za przyzwoleniem kierownictwa partyjnego województwa, bowiem lokalna milicja i SB w przeciwnym razie musiałyby przeciwdziałać takiej akcji.

- Czy jest to wręcz możliwe do wyobrażenia?

- A jak pan może wytłumaczyć w inny sposób wyniesienie, zaraz po moim upadku, w drugiej części VI Plenum towarzysza Kruka, pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego w Lublinie, do rangi zastępcy członka Biura Politycznego. Był to pierwszy i jedyny do dzisiaj przypadek, by pierwszy sekretarz z miasta tej rangi co Lublin zasiadał w Biurze Politycznym. Towarzysz Kania przed lipcem prowadził wielką kampanię na rzecz zjednania sobie ludzi. Na prawo i lewo szafował różnymi funkcjami, w tym szczególnie urzędem premiera. Fotel ten obiecał najpierw Kowalczykowi, ministrowi spraw wewnętrznych, uczynił go potem na krótko wicepremierem, następnie Pińkowskiemu i wreszcie Grudniowi, którego najpierw dwukrotnie wysuwał na premiera Jaruzelski, i po moich dwóch odmowach, o których Grudzień został poinformowany, przeszedł on do obozu Kani z obietnicą zostania premierem. Janka Szydlaka, w samolocie lecącym w sierpniu z Bułgarii do Warszawy, Kowalczyk przekonywał do wysokich walorów analitycznego umysłu towarzysza Kani, mającego być ostatnią szansą ratunku dla Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Doprawdy, bez mojej wiedzy dokonało się wtedy głębokie przegrupowanie sił w najwyższym kierownictwie. Było to robione bardzo ostrożnie, ale Kania postanowił wreszcie przejść do energicznej ofensywy. Obiektywnie pomogły mu też ujawnione wtedy najwyższe aspiracje Babiucha.

- Czy wiedział Pan o tym?

- Byłem wtedy prawdopodobnie jedną z najgorzej poinformowanych osób w kierownictwie. W nowoczesnym państwie, jak wiadomo, informacja jest niezbędna dla sprawowania władzy. Otóż od VIII Zjazdu otrzymywałem informacje selektywne. Postarali się o to z jednej strony Wójcik, z drugiej Kurowski. Taktyka ich była taka, że w początkowym okresie udostępniali mi głównie informacje dobre, a w końcowym okresie dawali informacje najgorsze. Do tego dochodziły świadomie fałszywe informacje dostarczane mi przez MSW. Z tym, że wówczas o tym nie wiedziałem.

- Na czym polegała gra Babiucha?

- Babiuch był typowym biurokratą partyjnym, wiele lat spędził w aparacie warszawskim, pracę bowiem rozpoczął w Wojewódzkim Komitecie Warszawskim, z którego wywodzili się także Kania i Pińkowski. Był on we własnym mniemaniu zwycięzcą VIII Zjazdu. Dokonane na zjeździe zmiany tak go umocniły i wykazały jego siłę, nieprzypadkowo delegaci z kilkunastu województw głosowali skreślając według kartek przygotowanych przez jego ludzi, że uznał, iż czas sięgnąć po pełną władzę w partii. Paradoks sytuacji polegał na tym, że walka ta - jeszcze raz podkreślam, walka ściśle personalna, a nie ideowa bądź walka o programy - rozgrywała się wśród ludzi pracujących ze sobą blisko od dziesięciu co najmniej lat. Walka ta z jednej strony do czasu mnie wzmacniała, z drugiej jednak strony była dla mnie niekorzystna z tego powodu, że w ostatecznej rozgrywce Babiuch okazał się graczem fatalnym. Miał on znacznie mniejsze szanse na upragniony awans niż Kania. Głównym jego sukcesem było pozyskanie Łukaszewicza. Łukaszewicz to była propaganda, ale z wielkimi dziurami. Telewizję miał w swoich rękach Szczepański, ale duży wpływ na propagandę miał bliski człowiek Kani, Rokoszewski, od pięciu lat kierownik Wydziału Propagandy. Próba opanowania telewizji w czerwcu, jak mówiłem, skończyła się niepowodzeniem. Na tym etapie rozwoju sytuacji, który z grubsza tu nakreśliłem, zaważyła istotnie dekompozycja Biura dokonana w znacznym stopniu na VIII Zjeździe. Odczuwałem, mówiąc szczerze, brak liczących się przez całą dekadę towarzyszy. Ich obecność uniemożliwiłaby powstanie nowego układu. Pozostali członkowie Biura, tacy, jak na przykład Jabłoński czy Werblan, nie byli postaciami znaczącymi, opowiedzieli się też dostatecznie wcześnie po stronie przyszłych zwycięzców.

- Jaką postawę zajmował generał Jaruzelski?

- Przez lata najbliżej w Biurze współpracował z Kanią. Kania był wobec niego bardzo pochlebczy. Generał na posiedzeniach zabierał głos rzadko, proszony przeze mnie o wypowiedź miał najczęściej uwagi stylistyczne i interpunkcyjne do omawianych materiałów. Prowadził on od lat bezwzględną walkę w wojsku ze wszystkimi swoimi potencjalnymi przeciwnikami. Z pomocą Kani wykańczał ich w sposób żelazny, z nieugiętą konsekwencją. W tych kryzysowych miesiącach po dekompozycji Biura zemściła się na mnie jedna moja cecha. Wiara w dobre intencje mych współpracowników i założenie, że są oni wraz ze mną przepojeni ideą budowania pomyślności Polski. Niektórzy z nich mieli rzeczywiście dobro Polski na względzie, ale po uprzednim zaspokojeniu własnych ambicji. Kierując się jednak podaną wcześniej zasadą uważałem, że należy mym współpracownikom zostawić wolną rękę do działania. Sądziłem, że nie powinienem się mieszać do ich wydziałów i wietrzyć spisków. W efekcie nie wtrącałem się z reguły do szczegółów polityki kadrowej, nie zabiegałem, aby z kadr partyjnych i państwowych uczynić swoisty przekładaniec, w którym członkowie poszczególnych koterii byliby ustawieni symetrycznie. Dziś żałuję, że w partii naszej nie było jawnych frakcji, na wzór frakcji istniejących w Liberalno-Demokratycznej Partii Japonii. W Japonii, zapewne pan wie, w kierownictwie partii jest pięć mocnych frakcji i rząd jest zawsze rezultatem kompromisu pomiędzy nimi. Przynależność do frakcji jest publicznie znana. Kierownictwo partii stanowią szefowie frakcji. Pozwala to na powstanie różnic programowych wewnątrz partii i pozwala na istnienie prawdziwej demokracji wewnątrzpartyjnej. Nasz dogmat jedności partii prowadził do jej zwyrodnienia i skostnienia. Zwyrodnienie wyrażało się mafijnymi formami działania, znajdującymi wyraz w powstawaniu utajnionych koterii. Wracając do pytania o generała, to niewątpliwie w okresie kryzysowym związał się on w sposób zdecydowany z koterią Kani, lecz wtedy jeszcze najprawdopodobniej nie myślał o przywództwie partii. Był on i jest tak wielkim introwertykiem, że zawsze zdumiewały mnie u niego jego ciągoty do działalności publicznej. Należy on do polityków mających ogromne trudności w nawiązywaniu kontaktów z większymi grupami ludzi. Wtedy jeszcze zadowalały generała wielokrotne deklaracje Kani mające świadczyć o jego wysokich walorach umysłowych. Związek tych dwóch ludzi na zawsze będzie dla mnie zagadką. Byli oni tak różni. Jaruzelski był człowiekiem o ambicjach intelektualnych, podczas gdy Kania, nieuk, nie miał nawet ambicji samokształceniowych. Jaruzelski był zdecydowanym abstynentem, podczas gdy Kania miał ogromne skłonności do nadużywania alkoholu. Przed VIII Zjazdem musiałem go wręcz ostrzec, że jeśli nie przestanie pić, pozbawię go wszystkich funkcji w KC. Jak pan widzi, nie ma to jednak znaczenia w sytuacjach tak szczególnych, jak walka o władzę...

- Wróćmy do sprawy strajku lubelskiego. Jak wiadomo, strajk ten zagasił Jagielski.

- Poszło mu to stosunkowo łatwo. Strajkujący nie zgłaszali żadnych postulatów politycznych i chcieli tylko więcej zarabiać i mieć lepiej zaopatrzone sklepy.

- A sprawa przerwanej komunikacji kolejowej?

- Zażegnanie strajku dokonane zostało bez większych trudności.

- Ale w RWPG i w Układzie Warszawskim musiała powstać prawdziwa wrzawa.

- Otóż o to, sądzę, inicjatorom chodziło. Zależało im na pokazaniu słabości Gierka. Na temat tego strajku miałem dosyć nieprzyjemną rozmowę z Breżniewem w czasie pobytu na Krymie. Moje uwagi, że strajk został zażegnany i wszystko wróciło do normy, przyjął bez specjalnego zrozumienia. Była to nasza pierwsza rozmowa po trójstronnym spotkaniu w Wilanowie z Giscardem d'Estaing, które, jak wiadomo, nie wypadło po myśli sekretarza generalnego. Miał on zresztą za złe, wyrażoną wówczas przeze mnie w Warszawie, dezaprobatę wobec wkroczenia wojsk radzieckich do Afganistanu. Rozmawiając ze mną posługiwał się zresztą "pamiatną zapiską", sporządzoną przez współpracowników. Ten zwyczaj utrudniał dyskusję, bo sekretarz generalny KPZR zachowywał się wtedy jak nakręcony manekin. Była to nasza ostatnia bezpośrednia rozmowa, z której zresztą obaj zachowaliśmy pewnie nie najlepsze wspomnienia.

- Czy czuł Pan, że nad Edwardem Gierkiem gromadzą się coraz ciemniejsze chmury?

- Wyjechałem na Krym, aby Rosjanom pokazać, że sprawa strajków nie jest poważna. Był to mój swoisty blef i kamuflaż przed światem. Zaraz po powrocie w połowie sierpnia miałem zresztą zapowiedzianą wizytę u Helmuta Schmidta. Z wizytą tą wiązałem poważne nadzieje gospodarcze. Między innymi liczyłem na posunięcie do przodu niezwykle ważnej dla nas sprawy gazyfikacji węgla.

[...]

- Wracając do pamiętnego lipca, który stanowił przygrywkę do późniejszych wydarzeń. Czy nie sądzi Pan, że ważną rolę odegrał wówczas artykuł Rakowskiego w "Polityce", stawiający retoryczne pytanie: dlaczego jesteśmy tak bogaci i biedni zarazem?

- Ten artykuł miał odegrać rolę detonatora. Moim zdaniem, Rakowski liczył na to, że zdejmę go z funkcji redaktora naczelnego i uczynię męczennikiem Gierka. Taki wawrzyn przydałby się mu niezmiernie. Tymczasem w kategoriach politycznych była to prawdziwa prowokacja. Dlaczego bowiem członek Komitetu Centralnego partii nie zadał tych swoich pytań w KC, na którymś z posiedzeń plenarnych? Zaręczam panu, że nie spadłby mu za to włos z głowy. Tymczasem ze mną i z partią chciał on rozmawiać za pośrednictwem wielkonakładowej gazety. Dlaczego tak było? Odpowiedź jest jedna. On wtedy flirtował już z Kanią.

- Dlaczego wówczas nie zdecydował się Pan na przesilenie w partii i nie spróbował rozmówić się ze swymi przeciwnikami?

- Nie miałem jeszcze jasności co do ich intencji. Proszę pamiętać, że nie dopuszczano do mnie wielu informacji. Mimo to żałuję, że wówczas nie zwołałem zamkniętego posiedzenia Biura Politycznego. Gdybym zadał towarzyszom jasne pytanie, o co tu chodzi, może udałoby się wymusić jedność kierownictwa. Z drugiej strony mogę twierdzić, że moja taktyka rozbrajała ich. W każdym kraju komunistycznym doprowadziłaby ona do przesilenia, natomiast robiąc unik pozbawiłem Kanię politycznych owoców jego intrygi. Wtedy jeszcze sytuacja mogła się obrócić na moją korzyść.

- Jaka była postawa Kani po tych strajkach?

- Kowalczyk, Kania i ich ludzie celowo bagatelizowali w rozmowach ze mną wydarzenia lubelskie. Przekonywali, że panujemy nad sytuacją. Dlatego więc za ich namową podjęliśmy na posiedzeniu Biura Politycznego decyzję, że wszyscy członkowie kierownictwa pojadą na urlopy zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami.

- Czy Babiuch orientował się, o co idzie gra ze strony Kani i Kowalczyka?

- Nie sądzę. Mówiłem już o dosyć powszechnym wśród członków Biura niedocenianiu Kani. Wielu towarzyszom zdawało się, że został on "przeawansowany". W gruncie rzeczy sąd taki poza nim samym mieli wszyscy. Dlatego też ani ja, ani pozostali towarzysze do pewnego momentu nie obawialiśmy się go zbytnio.

- Na naradzie aktywu, imprezie partyjnej zaplanowanej jeszcze przed sierpniowymi strajkami, mówił Pan o wszystkim, tylko nie o Lublinie.

- W sytuacji słabości nie chciałem wywoływać, jak to się mówi, wilka z lasu i rozpętywać generalnej dysputy, która przemieniłaby się być może w sąd nad dekadą lat siedemdziesiątych. Wolałem udać, że nic się nie stało. Poza tym nie miałem wówczas pełnego rozeznania w sytuacji i raczej sądziłem, że Lublin był epizodem. Plenum na temat Lublina planowałem we wrześniu, po zebraniu dokładnych materiałów na ten temat.

- Pańską postawę mogę zrozumieć. Dlaczego jednak Pańscy przeciwnicy nie doprowadzili wówczas do przesilenia?

- Sądzę, że nie panowali jeszcze w pełni nad partią. Ponadto ja jeszcze nie byłem skompromitowany i nikt z nich nie był pewny, jak się zachowam.

- W sumie było to jednak niezwykłe. Po największym w dekadzie, bo trzydniowym, strajku generalnym w województwie, po bezprecedensowym strajku kolejarzy partia udaje, że wszystko jest w porządku i nic się nie zdarzyło.

- Sądzę, że w kierownictwie był wówczas klasyczny pat. Moi przeciwnicy myśleli o drugiej rozgrywce, ja o potrzebie jedności kierownictwa. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, przyszłym historykom będę, być może, przypominał swoistego Don Kichota.

- Po naradzie, jak gdyby nigdy nic, wyjechał Pan na Krym do Breżniewa, a inni Pańscy koledzy do Bułgarii. I wtedy w kraju podniosła się druga fala rewindykacji płacowych. W Warszawie zaczęli tramwajarze, potem pracownicy MPO, następnie pracownicy przeróżnych zakładów pracy, już nie tylko w stolicy, lecz w całym kraju. Początkowo nazywano strajki przerwami w pracy, później, w miarę narastania fali protestów, prawo obywatelstwa zdobyło słowo strajk. Co Pan myślał o tej sytuacji?

- Przyznam, że wyglądało na to, jakby społeczeństwo na złość sobie samemu chciało odmrozić uszy. W kierownictwie przyjęliśmy generalną zasadę spełniania wszystkich płacowych postulatów. Zresztą były to nie tylko postulaty płacowe, lecz walka z wielką ilością przeróżnych, drobnych często, niedogodności i uciążliwości życiowych. Usunięcie ich wydawało się potrzebne i w gruncie rzeczy korzystne.

- Z tym, że okoliczności, z powodu których od lat wzrost płac był minimalny, wcale nie ustały i w miarę składanych obietnic podwyżek perspektywa zbilansowania gospodarki stawała się coraz bardziej iluzoryczna.

- Zgadza się, był to swoisty taniec świętego Wita. Cały naród z oddaniem i zapałem pracował na swą dzisiejszą mizerię gospodarczą. Ja jednak w pewnym momencie uznałem, że przekroczenie granic zdrowego rozsądku spowoduje, że później będzie można w rozmowie ze społeczeństwem zweryfikować te absurdalne roszczenia.

- Czy pomiędzy członkami Biura na przedwakacyjnym posiedzeniu były jakieś różnice zdań co do zasadności uwzględniania wszystkich tych żądań płacowych?

- Nie, moi przeciwnicy, jak to dziś oceniam, czekali aż narastająca fala roszczeń zmyje mnie z pokładu. Dlatego też, sądzę, swoboda działań naszych przeciwników politycznych była niczym nie ograniczona. Czytałem, już dobrze po Sierpniu, chyba w londyńskich "Wiadomościach", reportaż zastępcy szefa sekcji polskiej BBC z letniego pobytu w Polsce. Opisywał on, jak to się wtedy odbywało. W mieszkaniu Kuronia np. było coś na kształt centrali informacyjnej dla prasy zagranicznej. Natychmiast po zawiązaniu się strajku, czy to w Jarocinie, czy to Krotoszynie, dzwonił do niego korowski sympatyk i informował o wydarzeniu. Informację tę zaraz przekazywała któraś z dyżurujących tam panienek do korespondentów agencji prasowych. Oni przekazywali tę informację do centrali, a wieczorem na falach eteru kilku rozgłośni wiadomość ta powracała do kraju w serwisie dzienników radiowych. Jakimś dziwnym trafem telefon Kuronia działał bez usterek, nie było żadnych awarii, sądzę też, że odpowiedni funkcjonariusze pilnowali, aby nic się w jego bezcennej dla Kani aparaturze nie zepsuło. Nic więc dziwnego, że skoro tylko wybuchł strajk tramwajarzy w Poznaniu, najdalej za dwa, trzy dni podobny strajk wybuchał w Krakowie czy Bydgoszczy. Ta bezradność służb porządkowych minęła jak sen złoty, gdy pojawiły się strajki na tle politycznym. Podobnie było w stanie wojennym, gdy nie zważano już na nic i zlikwidowano zwykłą łączność w kraju. Służby te, tak ślamazarne i szokująco bezradne w lipcu i pierwszej połowie sierpnia 1980 roku, okazały się niezwykle sprawne, gdy wola polityczna ich mocodawców zaczęła współbrzmieć z wydawanymi im rozkazami. Myślę, że gdzieś do 20 sierpnia sądzono, że gospodarka zniesie tę bezprzykładną czkawkę strajkową. Uważano, że dzięki przełamaniu tendencji spadkowych w gospodarce Kania po spodziewanym przejęciu władzy przejdzie przez to wszystko jak przez katar.

-  Jak Kania zachowywał się w tym czasie?

- Formalnie był w przewidzianym czasie na urlopie w Bułgarii, ale tak naprawdę dużo czasu spędzał w samolocie. Trzykrotnie w ciągu niespełna trzytygodniowego urlopu latał specjalnym samolotem do Warszawy i z powrotem. Przyzna pan, że był to dla niego bardzo pracowity urlop. Jak długo żyję, nie spotkałem się z takim spędzaniem urlopu, i to za państwowe pieniądze.

- Zwrócił Pan mu z tego powodu uwagę?

- Powiedziałem kiedyś, jeszcze zdążyłem w czasie tych ostatnich dwu tygodni na wyrażenie sądu, że powinien siedzieć na miejscu: albo tu, albo tam.
[...]
Muszę powiedzieć, że przez lata uważałem Kanię za człowieka niegroźnego, ale operatywnego w pracy partyjnej. Kiedy pojawiły się jego nienasycone ambicje, nie wiem. Nie wiem, kto przekonał Kanię, że najlepszym rodzajem kuracji dla partii, po wstrząsach sierpniowych, będzie zrobienie spektakularnego widowiska, którego negatywnym bohaterem będę ja. Może był to Moczar, bo nie sądzę, aby był to pomysł Jaruzelskiego. W pierwszym rzędzie chodziło Kani, jak sądzę, o definitywne pozbycie się mej konkurencji i zmienienie dotychczasowego mego wizerunku. Opluty Gierek, Gierek-złodziej, stawał się niegroźny. Następnie w swej głupocie sądził, że jako sprawiedliwy w tej Sodomie zostanie zaakceptowany i polubiony przez społeczeństwo. Do dziś nie mogę zrozumieć głębi głupoty Kani i jego przyjaciół. Jak mogli nie zrozumieć tego, że plując na pierwszego sekretarza partii plują na całą partię. Że spowoduje to totalny upadek autorytetu tak partii, jak i władzy. Nie rozumiem też, jak ta partia dała się tak bardzo oszukać, pozwoliła na tak wielkie manipulowanie swą opinią. Z czasem pierwszym sprawiedliwym został generał Jaruzelski. Było w tym coś groteskowego, jak bowiem człowiek zasiadający przez całą dekadę w Biurze Politycznym i Prezydium Rządu mógł być tym najsprawiedliwszym, tego do dziś nie mogę pojąć. A wielkość jego tupetu jest doprawdy głębsza od Rowu Filipińskiego. Był on przecież najlepiej zorientowanym człowiekiem w państwie. Jego mistyfikacja jest do dziś dla mnie zagadką. To samo dotyczy w mniejszym czy większym stopniu Kani, Barcikowskiego, Jabłońskiego i całej czołówki partyjnej tamtego okresu. Nie oskarżam ich o brak koleżeńskości, piramidalną hipokryzję, oskarżam ich o coś gorszego - o głupotę monstrualnych wręcz rozmiarów. Przyjętej przez nich taktyki nie można bowiem wytłumaczyć samą żądzą władzy lub zwykłym oportunizmem. Nie można też wyjaśnić jej nadmierną w tym towarzystwie, poza Jabłońskim i samym Jaruzelskim, i to od pewnego czasu, skłonnością do nadużywania kielicha. Wszyscy oni, ślepi od nienawiści, wypluci z pomysłów i koncepcji, nie dostrzegali, że stary scenariusz opracowany na czas zwykłego przejęcia władzy powinien absolutnie być zmieniony po powstaniu "Solidarności". Dzięki ich brakowi przenikliwości politycznej sama "Solidarność" początkowo właściwie nie musiała się już włączać do wykańczania komunistów. Gdzieniegdzie psuła ona tylko rozpisany już wcześniej scenariusz, niszcząc ludzi niewłaściwych z punktu widzenia sekretarza Kani i premiera Jaruzelskiego.

- Nie uważa Pan jednak, że twórcy owych igrzysk obciążają także i Pańską hipotekę jako ludzie wykreowani w większości przez Pana? Wszyscy oni byli, koniec końców, ludźmi z Pańskiej ekipy. Poczynając od Jaruzelskiego - za Gomułki nie był on nawet zastępcą członka Biura - a kończąc na Kani i Babiuchu, ledwie kierownikach wydziałów Komitetu Centralnego.

- To prawda. Z drugiej strony mogę panu odpowiedzieć, że nie ja rozwiązał Sejm, tutaj natomiast generał uprzednio pozbawił nas, i to nie wszystkich, mandatów poselskich, a potem zabawiał się już z nami w typowo psychopatyczny sposób, jak kotek z myszką.

- Wspólny pobyt Panów w Głębokiem musiał być prawdziwym piekłem z racji głębokich urazów żywionych wzajemnie do siebie.

- To prawda. Osobą najgorzej przez wszystkich traktowaną był Grudzień. Wszyscy mieli do niego pretensje o to, że się nas wyparł na VI Plenum walcząc o pozostanie na powierzchni. Grudzień na pierwszym po wydarzeniach sierpniowych plenum Komitetu Wojewódzkiego wzbudził niesmak swym strzelistym aktem na cześć Kani. Swój adres słowny sformułował mniej więcej tak: oto mamy wspaniałego sekretarza, który zapełni straszną lukę wytworzoną w latach siedemdziesiątych przez jego poprzednika. Gdy mówił te słowa, wypłowiałe miejsce po moim portrecie nad jego biurkiem było jeszcze, że tak powiem, ciepłe. Opowiadałem panu wcześniej o mojej walce z portretomanią Grudnia. Słowa te musiały więc brzmieć prawdziwie osobliwie w jego ustach. Ponieważ nie miałem złudzeń co do tego człowieka, nie miałem też do jego wystąpienia specjalnego żalu, chciałem tylko poznać mechanizm zamachu. Dowiedziałem się więc pewnego dnia, w czasie wspólnego z nim spaceru, jak został zjednany dla obozu Kani. Najpierw generał powiedział mu o mojej odmowie uczynienia go premierem, po czym Kania roztoczył przed nim miraże tej funkcji, przy sobie jako pierwszym sekretarzu.

- Że też Kania nie obawiał się demistyfikacji. W końcu wspólne spotkanie trzech kandydatów na premiera z jego poręki, to jest: Pińkowskiego, Kowalczyka i Grudnia, nie było wcale trudne za czasów, gdy był Pan jeszcze sekretarzem.

- Sądzę, że Pińkowski jako prawdziwy przyjaciel Kani i eksponent "grupy mazowieckiej" był prawdopodobnie zorientowany w metodzie stosowanej przez swego przyjaciela celem zjednania sojuszników wewnątrz Biura Politycznego. Dla mnie intrygujący był termin złożenia przez Kanię oferty Grudniowi. Otóż, jak się okazało, Kania wyłożył karty na stół przed Grudniem już wiosną 1980 roku. Miało to więc miejsce kilka miesięcy przed pierwszymi strajkami.
[...]
- Opowiadałem już, że Grudzień był otoczony powszechną niechęcią. W przełamaniu jej przeważyło moje stanowisko, by nie wybaczając mu do końca świństw nam uczynionych, stworzyć mu warunki do w miarę spokojnego życia wewnątrz naszej społeczności. Nie było bowiem od niej ucieczki. Ja też zaprosiłem Grudnia do naszego stolika, przy którym siedzieli: Janek Szydlak, Jerzy Łukaszewicz i Zdzisław Żandarowski. Największą moją niechęć wzbudzał w naszej grupie Babiuch. O ile Jerzy Łukaszewicz potrafił odbyć ze mną męską rozmowę i wyjaśnić wszystkie nieporozumienia, to Babiuch stale napuszczał kolegów na siebie, stale się wybielał i nie chciał przyznać do roli, jaką odegrał w rozbiciu dawnego kierownictwa partii i kraju. Ogromny żal do niego miał Piotr Jaroszewicz. Twierdził on, że Babiuch był w gruncie rzeczy głównym inspiratorem nagonki przeciwko niemu. Sądzę, że wiele w tym było racji. Trudno bowiem wyobrazić sobie powstanie koalicji kilku sekretarzy wojewódzkich bez potężnego patrona w kierownictwie. Babiuch też przypisywał sobie sukcesy gospodarcze pierwszej połowy 1980 roku. Było to typowe samochwalstwo, bowiem pozytywny bilans pierwszego półrocza roku osiemdziesiątego był rezultatem znacznie wcześniejszych posunięć gospodarczych zaprogramowanych jeszcze w 1976 roku.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Edward Gierek, Przerwana dekada, Warszawa 1990, s. 108-109, 122, 129,144, 147, 152-156,160,184, 186-187.