JAK ZASTĄPIŁEM GOMUŁKĘ

[...]
- Decyzja [o podwyżce cen] weszła w życie w dniu plenum partii. Nie mogło więc chodzić poniewczasie o akceptację podwyżek. Czy plenum mogło jeszcze odwrócić tragiczny bieg wydarzeń?
 
- Na plenum o wydarzeniach w Gdańsku nikt nie mówił, bo nie było o nich żadnych oficjalnych wiadomości. Ja, siedząc w prezydium obrad, o wystąpieniach stoczniowców w Gdańsku dowiedziałem się, tak jak i moi sąsiedzi, znacznie później niż członkowie Komitetu Centralnego siedzący przy podłużnych stołach na sali. W czasie śniadania dla członków kierownictwa, które zwyczajowo odbywało się w czasie pierwszej przerwy w obradach, Gomułka zaatakował mnie słowami: "Towarzysz Gierek nie chciał sam zabrać głosu w obradach, więc wysłał na mównicę Pykę, a ten nagadał takich głupstw, że teraz będę musiał to odkręcać".
 
- A owo wstrzymanie się od głosu, czy nie było taktycznym unikiem?
 
- Rozumiałem potrzebę podwyżki, ale okres przedświąteczny dla jej wprowadzenia wydawał mi się bardzo nie przemyślany. Ponadto oprawa propagandowa tej podwyżki i wzrost cen żywności bez koniecznego wyjaśnienia społeczeństwu prawdy o sytuacji gospodarczej kraju spowodowały jej gwałtowne odrzucenie. Proszę to zapamiętać, to swoiste koło znowu po latach dokona pełnego obrotu i historia niemal się powtórzy.
 
- Czyli wypowiedź Pyki była zawoalowanym przyznaniem, że najpotężniejsza w kraju wojewódzka organizacja partyjna dystansuje się od tego przedsięwzięcia.
 
- Tak można by to ostrożnie zinterpretować. 
 
- Co było potem? -

- Pośpiesznie udałem się na Śląsk, by trzymać rękę na pulsie i nie dopuścić do podobnych odruchów niezadowolenia. [...]

- Miał Pan jakiś serwis informacyjny z Warszawy? -
 
- Na informacje nałożono ścisłe embargo i wiedziałem jedynie to, co koledzy powiedzieli mi na podstawie informacji radia zagranicznego bądź skąpych wiadomości telefonicznych z Wybrzeża. Gdy wyjeżdżałem z Warszawy, nie miałem żadnych oficjalnych wiadomości o tym, co dzieje się w Trójmieście. O rozruchach nie zostało poinformowane ani plenum Komitetu Centralnego, ani Biuro Polityczne tegoż KC. Kilka dni później o rozmiarach tragedii i przybliżonej liczbie ofiar dowiedziałem się od wiceministra spraw wewnętrznych, Franciszka Szlachcica. ...  Następnego dnia przybył do mnie do Katowic wraz ze Stanisławem Kanią, wówczas kierownikiem Wydziału Administracyjnego KC. Nadzorował on z ramienia partii bezpieczeństwo, wojsko i sprawy kościelne. Obaj towarzysze po zreferowaniu tragicznych wydarzeń, jeden przez drugiego zaczęli mówić, że Gomułka musi ustąpić, że prowadzi on kraj na skraj przepaści oraz że jedynym człowiekiem, który może uratować Polskę, jestem ja. [...]

Następnego dnia, koło południa, zadzwoniono do mnie z sekretariatu Wiesława. Dzwoniła ta sama sekretarka co zwykle informując, że za kilka godzin odbędzie się posiedzenie Biura Politycznego, na którym obecność jest obowiązkowa. Mój wyjazd odbył się w takim pośpiechu, że nie zdążyłem nawet zawiadomić o tym żony. 
 
- Czy Gomułka był obecny na posiedzeniu Biura Politycznego?  

- Otworzył je Cyrankiewicz, po czym do sali posiedzeń wszedł Gomułka wraz z lekarzem. Lekarz powiedział o chorobie pierwszego; miał on wylew, czerwoną gałkę oczną i nienaturalny grymas twarzy. Sam Gomułka powiedział wówczas, że jego leczenie przez pewien czas potrwa. W tym okresie - stwierdził - powinniśmy rozwiązać stojące przed krajem problemy, przy czym on uważa, iż należy wycofać się z podwyżek. W czasie jego choroby, jak powiedział, partią powinien kierować jako tymczasowy koordynator towarzysz Gierek. To powiedziawszy opuścił salę posiedzeń. 

- Czyli wyszedł z sali jako pierwszy sekretarz partii?

- Tak, jako pierwszy, ale nie urzędujący. Rozpoczęła się gorąca dyskusja. W pierwszym punkcie była dosyć zwięzła informacja o wydarzeniach na Wybrzeżu, a potem członkowie Biura zaczęli zastanawiać się, czy po tym, co zaszło, Wiesław może być dalej pierwszym sekretarzem. Zaczęły pojawiać się głosy o konieczności wybrania nowego szefa partii. Ja wtedy powiedziałem, że nie możemy wybierać nowego sekretarza, skoro pierwszym jest nadal towarzysz Gomułka. Wówczas towarzysz Cyrankiewicz zdecydował się pojechać do szpitala celem otrzymania od towarzysza Gomułki formalnej rezygnacji z funkcji pierwszego. W tym czasie, gdy Cyrankiewicz był w szpitalu, w obradach Biura Politycznego zarządzono przerwę. Trwała ona kilka godzin. Wszyscy byliśmy niesłychanie spięci i zdenerwowani. Dopiero wtedy zorientowałem się w skali wydarzeń. Ich tragizm nie miał precedensu w całej powojennej historii kraju. Wiadomo było, że trzeba działać energicznie, aby ratować Polskę i partię. Mieliśmy informacje, z których wynikało, że należy się liczyć z rozszerzeniem fali strajków i demonstracji na cały kraj, o ile nie zostaną wprowadzone satysfakcjonujące społeczeństwo rozwiązania polityczne. Osobiście byłem stanowczo przeciwny tezie określającej protest stoczniowców jako kontrrewolucję.

 
- Czy w czasie przerwy w obradach liczył się Pan z objęciem funkcji pierwszego?
 
- Byłem wtedy niekwestionowanym kandydatem. Chociaż po przybyciu Cyrankiewicza z rezygnacją Gomułki...
 
- Czy była na piśmie?

- O ile pamiętam - nie, lecz została zapisana do protokołu. W głosowaniu zostałem jednak wybrany jeszcze przez gomułkowskie Biuro Polityczne niemal jednogłośnie. Tego dnia nie przyjąłem wyboru, lecz powiedziałem, że muszę się nad tym zastanowić. Szczerze mówiąc, myślałem o kandydaturze Kociołka, zdolnego, młodego działacza. Wstrzymała mnie myśl, że może on pójść tą samą drogą co Wiesław. Następnego dnia przyjąłem wybór Biura Politycznego przy jednym głosie sprzeciwu i dwóch wstrzymujących się. Tego samego dnia zwołane zostało plenum KC. Cyrankiewicz poinformował zebranych o rezygnacji Gomułki, po czym odbyły się wybory pierwszego sekretarza. Zostałem wybrany przy głosie sprzeciwu i chyba dwóch wstrzymujących się. Bezpośrednio po plenum wygłosiłem ze studia na Woronicza przemówienie pojednawcze do narodu.
[...]
- Czy mógłby Pan powiedzieć, co działo się w czasie tygodnia poprzedzającego Pański wybór? Był to jeden z najtragiczniejszych, a także najdonioślejszych, tygodni w historii PRL.
 
- Jak już powiedziałem, ani plenum, ani Biuro Polityczne we wstępnej fazie nie zostały poinformowane o wydarzeniach na Wybrzeżu. Formalnie więc nic się nie stało. Z tym że w Warszawie ukonstytuował się sztab antykryzysowy, który składał się głównie z członków Biura Politycznego i zaproszonych ludzi z zewnątrz. W poniedziałek wieczorem przybyli do Gdańska Kliszko i Loga-Sowiński. Oni też działając w odrębnych sztabach starali się spacyfikować Trójmiasto. Gomułka od początku wykluczał porozumienie ze strajkującymi. Otrzymawszy informacje od wysłanych członków Biura Politycznego o sytuacji w Gdańsku, wydarzenia te uznał za prowokację i od początku zmierzał do spacyfikowania strajkujących. Decyzję o użyciu broni w Gdańsku podjęto na posiedzeniu, które zaczęło się w jego gabinecie we wtorek, 15 grudnia, o godzinie 9 rano. Poza Gomułką w spotkaniu brali udział Spychalski, Cyrankiewicz, Jaszczuk, Strzelecki, Moczar, Jaruzelski, Świtała, Pietrzak i Kania. Nazwiska podaję według kolejności ich zamieszczenia w posiadanym dokumencie zatytułowanym "Notatka z posiedzeń kierownictwa partii w związku z wydarzeniami na Wybrzeżu w dniach od 14 grudnia 1970 roku". Gomułka zalecił wtedy, aby do tłumu strzelano nie ogniem bezpośrednim, lecz odbitym od ziemi. Do przekazania tej decyzji do Gdańska został zobowiązany premier Cyrankiewicz. Premier tego samego dnia to uczynił. W tym dniu kierownictwo partii i państwa w różnym składzie zbierało się jeszcze dwukrotnie. Wieczorem na zebraniu zjawili się dodatkowo Kliszko i Loga-Sowiński.
 
- Czyli informacje głoszone półgębkiem, jakoby w czasie pacyfikacji Wybrzeża Jaruzelski był w areszcie domowym, nie znajdują potwierdzenia w dokumentach?
 
- Żadnego potwierdzenia...
 
- Jaka była atmosfera tych spotkań, jaki tryb rozumowania przyjęli obecni tam członkowie kierownictwa? 
 
- Aby wprowadzić pana w atmosferę tamtych trudnych godzin, przeczytam protokół z posiedzenia o godzinie 10 we wtorek, 15 grudnia. "Obecni tow. tow.: Gomulka, Cyrankiewicz, Jaszczuk, Strzelecki, Starewicz, Trepczyński Tow. Gomulka poinformował, że milicja i wojsko w Gdańsku dostały polecenie użycia broni we własnej obronie. Sytuacja jest poważna, już we wczorajszych starciach było około 90 milicjantów rannych. Przygotowuje się zarządzenie o stanie wyjątkowym w Gdańsku i o godzinie milicyjnej (Niestety, nikt nie znal naszego prawodawstwa na ten temat). Obecnie zawiadamia się ludność przez głośniki uliczne, że milicja ma prawo użycia broni...  

Tow. Gomulka polecił napisać szybko tekst ulotki i przemówienia, które powinno być wygłoszone przez TV w Gdańsku. Należy użyć m.in. następujących argumentów:

- Przedstawić wyrządzone dotychczas szkody materialne wskutek zniszczeń. Odbudowa tych zniszczeń będzie musiała się odbyć kosztem budownictwa mieszkaniowego w Gdańsku.
- Podać liczbę zabitych i rannych milicjantów. Uzasadnić w związku z tym użycie broni
- Podobne awanturnicze kroki godzą w interesy państwa. Są to poczynania nielegalne, antypaństwowe. [...]
[17 grudnia]... Gomułka dostał wylewu i poczuł się tak źle, że w gruncie rzeczy nie był już w stanie kontynuować swej walki ze stoczniowcami. Ogromną rolę w odwiedzeniu go go od dalszej eskalacji siły odegrał Józef Tejchma, członek Biura Politycznego, którego Gomułka cenił za wewnętrzną uczciwość i ideowość. Tejchma poszedł tego dnia do Gomułki i przekonał go, że nie może dłużej walczyć ze stoczniowcami i chorobą. I tak zrodził się pomysł zwołania kierowniczego gremium partyjnego i wyznaczenia mnie na kuratora Biura, jak określił to Gomułka.
 
- Dziwne, że niechęć Gomułki do Pana i brak zaufania okazywany po Marcu nie stanęły temu na przeszkodzie.
 
- Gdy zdecydował się pójść do szpitala, miał ograniczone pole manewru. W gruncie rzeczy przecież Grudzień skompromitował całe kierownictwo, najmniej mnie jako człowieka bezpośrednio nie zamieszanego w tłumienie robotniczego buntu. 

- Był to prawdziwy krajobraz po bitwie. [...]

- Chciałem jeszcze nawiązać do sprawy Pańskiego wyboru na pierwszego sekretarza. Czytałem w którejś z gazet zachodnich, że członkiem gomułkowskiego jeszcze kierownictwa partii, omawiającym z Rosjanami dokonanie zmiany na stanowisku pierwszego, był Józef Tejchma.
 
- Słyszałem tę wersję, ale nie potwierdzoną przez niego samego, że wtedy, gdy toczył rozmowy z Gomułką w sprawie jego pójścia do szpitala, miał również mieć kontakt z Moskwą. Sprawa do dziś nie jest wyjaśniona. Wiadomo, że Gomułka, myśląc w dalekiej perspektywie o swym odejściu, szykował na swoje miejsce dwóch ludzi - Kociołka i Tejchmę. Wyboru między nimi miał dokonać w odpowiednim czasie. Jak wiadomo, na grudniowym plenum została dokonana przez Kliszkę i Logę próba osadzenia Kociołka na stanowisku pierwszego sekretarza, była ona jednak skazana na niepowodzenie z jednej zasadniczej przyczyny: Kociołek był obecny w Gdańsku w czasie robotniczych rozruchów i jego rola w rzezi gdyńskiej wówczas dla mieszkańców Wybrzeża nie była jasna. Tejchma w wyborach natomiast nie kandydował. Być może więc Tejchma przygotował Rosjan na odejście Gomułki, natomiast mój wybór był niewątpliwie dla nich zaskoczeniem. Sądzę, że myśląc o zmianie, a myśl o tym mogła się pojawić u Breżniewa dopiero po 12.30 we czwartek, 17 grudnia, mogli zaproponować jedynie Tejchmę lub Kociołka. Zresztą później okazało się, że w tej dramatycznej sytuacji byli oni skłonni każdego poprzeć, byleby zapewnił spokój w Polsce.
 
- Czyli poparliby nawet Moczara, którego nie darzyli sympatią?
 
- Sądzę, że tak, z tym że bezpośrednio po Grudniu na nowym pierwszym sekretarzu nie mógł ciążyć zarzut współpracy z Gomułką w tłumieniu strajków. Moczar natomiast, jako nadzorujący z ramienia partii MSW i MON, a także uczestnik permanentnych posiedzeń kierownictwa u Gomułki, nie mógłby uchylić się od współodpowiedzialności. Najtrudniejsze w Szczecinie i Gdańsku były dla mnie żądania postawienia pod sąd wojenny Gomułki. Były to żądania rozszerzone zresztą również i na współpracowników byłego pierwszego. Stoczniowcy dosłownie formułowali je tak: domagamy się postawienia pod sąd Gomułki i tych, którzy mu pomagali. I szczerze mówiąc, rokowania mogły się załamać jedynie z tego powodu, że nie chciałem takiej obietnicy im złożyć.
 
- Czyli polityka pomiędzy dwoma krajami w jakimś stopniu była robiona poza pierwszym sekretarzem?
 
- Tak, mogło to być niewątpliwie jedną z przyczyn słabości pierwszego. Rosjanie zresztą z tej specjalnej sytuacji, jaką mieli u nas, a jeszcze w większym stopniu w pozostałych krajach realnego socjalizmu, korzystali bez żadnego skrępowania. Zadaniem ambasadora, rezydenta wywiadu w ambasadzie, było zdobywanie nie tylko informacji, lecz także formowanie na wszelki wypadek alternatywnej ekipy.
 
 - Musiało to prowadzić do stałego osaczenia szefa partii.
 
- Osaczenie to za mocne słowo. Póki sytuacja wewnętrzna kraju i partii jest mocna i kierownictwo jest zjednoczone wokół pierwszego, nie ma mowy o jakimkolwiek zagrożeniu, schody zaczynają się dopiero w sytuacjach kryzysowych.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Janusz Rolicki, Edward Gierek: Przerwana dekada, Warszawa 1990, s. 53 - 66 i 96.