JAK POWSTAWAŁ KOR

- Pamiętam, że 24 czerwca odbywały się tradycyjne imieniny Jana Józefa Lipskiego i przy tej okazji, w jakimś osobnym pokoju, odbyła się krótka rozmowa na ten temat. Michnik i Kuroń zdecydowanie twierdzili, że tym razem władzy to się spokojnie uda. Odczekano sześć lat i to, że był kiedyś jakiś protest, straciło jakiekolwiek znaczenie. (Rzeczywiście, ceny stawały się coraz bardziej absurdalne, no, ale system też był absurdalny i absurdalny był cały poziom płac, wynagrodzenia w przemyśle, zwłaszcza w tych działach, które nie były preferowane, tak jak przemysł zbrojeniowy, czy ciężki). Zdecydowanie różniliśmy się w tej kwestii. Kuroń nawet założył się ze mną, że nic się nie wydarzy. Pierwszą wiadomością, którą otrzymałem następnego dnia rano, była wiadomość, że zatrzymane zostały pociągi na linii kolejowej w Ursusie. Robotnicy demonstrowali blokując tory kolejowe. To mi się utrwaliło, bo wygrywałem właśnie zakład z Kuroniem. Dlatego też tak dobrze zapamiętałem tamtą rozmowę, której wszyscy uczestnicy byli zdania, że problem podwyżek przestał być ważny społecznie, chociażby dlatego, że poziom życia zdecydowanie się podniósł, niskie ceny żywności nie mają większego znaczenia. Przytaczam to, bo sądzę, że tak samo myślało wtedy kierownictwo partii. Tak jak cała szeroka, wyższa warstwa społeczna, która rzeczywiście odnosiła duże zyski z generalnej zmiany kursu i przejścia na nowy system ekonomiczny. Krótko mówiąc, Polska, jako rzekome "siódme mocarstwo gospodarcze", zdaje się, rzeczywiście zawróciła w głowie znacznej części polskiej inteligencji. Pomagał w tym ogromny tupet propagandy, która zaczęła odnosić pewne sukcesy wszędzie tam, gdzie nie było bezpośredniego zderzenia codziennej rzeczywistości z elementami tej propagandy, tak jak to było w przypadku załóg robotniczych. "Ursus" był zresztą dość specyficznym zakładem, nie prosperował najgorzej, jeśli chodzi o płace. Natomiast Radom, gdzie nastąpił najsilniejszy wybuch, był pod tym względem typowy. To było bardzo biedne miasto.
 
- Czy dla przyszłych sygnatariuszy deklaracji założycielskiej KOR- u ci ówcześni robotnicy znajdowali się rzeczywiście w centrum uwagi?
 
- W środowisku lewicowej opozycji rewizjonistycznej, zwanej też później ekspartyjną, bardzo długo, już po Wydarzeniach Czerwcowych, trwało przekonanie, że robotnicy są uprzywilejowani, że są beneficjantami nowego kursu ekonomicznego. Skąd to się brało? Trochę z obrazu oficjalnej propagandy, który był w tym zakresie bardzo sugestywny. Ale też i stąd, że nie było z robotnikami żadnych kontaktów. Pokazał to rok 1968 i rok 1970 tego nie zmienił. Robotniczy bunt 1970 roku nie spowodował żadnego odruchu ze strony tych środowisk, żadnych prób nawiązania szerszych kontaktów ze społeczeństwem. Ponadto w wielu środowiskach inteligencji była fascynacja obrazem unowocześniającej się "drugiej", gierkowskiej Polski. Coś było w tej nowej formule - ten ,,«maluch» dla każdego Polaka" - co jakby zatarło w świadomości, że upośledzone społecznie grupy, które się przyczyniły do zmiany działania całego systemu poprzez swój bunt, będą musiały zareagować.
 
- Znalazł się Pan w centrum ówczesnych wydarzeń przede wszystkim jako obrońca tych ludzi. Kiedy Pan się na to zdecydował? Czy to było już po pierwszym zebraniu przyszłych sygnatariuszy KOR-u?
 
- Spójrzmy do kalendarza. 24 i 25 czerwca 1976 roku to był początek tygodnia, o ile dobrze pamiętam, a nasza pierwsza próba reagowania na wypadki czerwcowe nastąpiła w kolejną niedzielę. Wszystko to działo się w takiej szczególnej półkonspiracji. Nawet zorganizowanie tego pierwszego zebrania było problemem. Jak to zrobić, by uniknąć inwigilacji i podsłuchów, jak się umówić? Ostatecznie zdecydowaliśmy, że miejscem, gdzie można spokojnie zastanowić się nad sytuacją są Laski, gdzie zresztą tego dnia odbywała się jakaś uroczystość i był dość duży zjazd gości. Postanowiliśmy spotkać się w domku, który był niegdyś używany przez Zawieyskiego. Cały problem polegał tylko na tym, żeby do Lasek dotrzeć na określoną godzinę, nie ciągnąc za sobą niepożądanych obserwatorów. Wszyscy uczestnicy tego spotkania byli inwigilowani. Jechałem z Jakubem Karpińskim i jego sympatią, która wiozła nas "maluchem". Już w momencie spotkania zorientowaliśmy się, że jesteśmy śledzeni, w związku z tym ta młoda osoba, zresztą brawurowo prowadząca swój samochodzik, zgubiła karkołomnymi manewrami, gdzieś w uliczkach na Żoliborzu śledzące nas samochody. Kiedy dojechaliśmy do Lasek, okazało się jednak, że oni już tam czekają. Oprócz nas był Jan Józef Lipski, Jacek Kuroń, Adam Michnik, w sumie osiem, dziewięć osób. Wszystkich można łatwo dzisiaj ustalić, bo powstał wtedy pierwszy publiczny dokument. Później dołączono jeszcze trzy czy cztery podpisy osób wtedy nieobecnych, takich jak pułkownik Rybicki czy ksiądz Zieja.
 
- Spotkanie w Laskach to była pierwsza próba zorganizowania protestu?
 
- Tak. Udało się zebrać czternaście podpisów, chodziło o to, żeby można było ogłosić, że jest jakaś reakcja. No, i oczywiście żeby to dotarło do zagranicznych radiostacji i stamtąd wróciło do Polaków. I w tym momencie na pewien czas zakończyliśmy działalność. Próbowaliśmy dotrzeć do robotników z Ursusa, ale to nie było proste. Tam nie było takich napięć, aresztowano stosunkowo niewielką liczbę ludzi. Cała akcja sprowadzała się tam do wywalania ludzi z pracy, zresztą nie tylko w Ursusie, to była akcja ogólnopolska. Zastanawialiśmy się, jak można pomóc tym pozbawionym pracy. Natomiast asumpt do działań dalej sięgających przyniosły wydarzenia w Radomiu. Pierwszym sygnałem był telefon do mnie od jakiegoś lekarza. Mówił, że przyjechali do niego koledzy z Radomia, którzy szukają możliwości dotarcia gdzieś, do KC, do sejmu, z taką oto sprawą, że do szpitala w Radomiu przywożą z komendy milicji ludzi ze śladami bestialskiego pobicia i oni poczuwają się do obowiązku zareagowania, zawiadomienia kogoś o tym.
 
Miejscowa prokuratura, miejscowe władze w żaden sposób na to nie reagowały. Wtedy, tak naprawdę, powstał problem, co z tym wszystkim zrobić, że trzeba na szerszą skalę coś organizować. Może dotrzeć do rodzin pobitych ludzi, przez szpital, przez ustalenia w miejscowym sądzie.
 
- Czy to było dla Pana oczywiste, że ludzie ze środowiska intelektualistów, raczej pochłonięci sprawami kultury, aktów prawnych, konstytucji, powinni teraz zakasać rękawy i wziąć się za sprawy robotników? Bardzo mnie interesuje, jak ta myśl kiełkowała? Jeśli idzie o Pana, to pewnie odezwały się rodzinne, PPS-owskie tradycje.
 
- Trochę to szło tymi drogami, trochę przez spontaniczną reakcję środowiska drużyny harcerskiej "Czarna Jedynka", która pierwsza rozpoczęła akcję pomocy.
 
- To byli młodzi wychowankowie Piotra Naimskiego i Antoniego Macierewicza?
 
- Tak. Najpierw byli ci młodzi ludzie, trochę ochotników, z zewnątrz. Pamiętam, że spontanicznie pojawiła się duża grupa pracowników Instytutu Fizyki, ze Zbigniewem Romaszewskim i Instytutu Badań Jądrowych ze Świerku. To była taka odruchowa reakcja na to, że prześladuje się ludzi, którzy upomnieli się o swoje elementarne prawa. Wiadomości o faktach bestialstwa rozchodziły się pocztą pantoflową. Pamiętam, że skierowałem tych lekarzy do sejmu, do przewodniczącego Komisji Spraw Wewnętrznych i Wymiaru Sprawiedliwości. To był adwokat, działacz ZSL-u. Oczywiście, poza jakimiś życzliwymi gestami, nie uzyskano niczego. Ludzi z Warszawy, którzy usiłowali dotrzeć do Radomia, zatrzymywano w samym Radomiu. Radom z tego okresu sprawiał upiorne wrażenie miasta okupowanego. Mnie to przypominało obrazy z czasów wojny: krążące po mieście patrole z bronią, wozy policyjne. Po pierwszych zatrzymaniach i pierwszych pobiciach usiłujących się tam czegoś dowiedzieć młodych ludzi z Warszawy powstał problem, jak zapewnić im względne bezpieczeństwo. I wtedy zrodził się pomysł stworzenia czapki ochronnej nad tymi ochotnikami. Szukać tej ochrony należało wśród intelektualistów, ludzi, którzy mają w PRL jakąś społeczną pozycję. To właśnie były pierwsze próby stworzenia czegoś, co później przybrało nazwę KOR-u. Nie była to łatwa sprawa dlatego, że trzeba było uświadomić owym intelektualistom, że oczekuje się zaangażowania w formie bardziej zdecydowanej, odmiennej niż dotychczasowe podpisywanie protestów. Pierwsze spotkanie na ten temat zostało zaprojektowane u prof. Edwarda Lipińskiego. On zgodził się zaprosić szereg osób z różnych środowisk. Żeby przedstawić sprawę poszedł na to spotkanie Jan Józef Lipski z przygotowanym przez nas tekstem proklamacji o powołaniu KOR-u. Był też Macierewicz, może i Naimski Czekaliśmy na rezultaty tego spotkania z Ziembińskim w jakiejś kawiarni. I pamiętam później powrót kompletnie załamanego, oklapłego Jana Józefa i wściekłego Macierewicza. W trakcie tego spotkania okazało się, że propozycja, którą Antek przedstawił, że jest taka potrzeba, że robotnicy oczekują jakiejś ochrony, spotkała się z całkowicie negatywną reakcją, pod hasłem, że niczego takiego nie wolno robić, bo to by była prowokacja, nie legalne działanie. Jeśli zaś chodzi o udzielanie pomocy materialnej, to można się nad tym zastanowić. Skończyło się to wszystko zbiórką pieniężną.
 
- A kto najbardziej aktywnie się przeciwstawiał pomysłowi powołania organizacji?
 
- Występowała w tej sprawie adwokat Aniela Steinsberg, która oceniła to od prawno-legalnej strony.

  • Dlatego, że to już będzie organizacja?

- Będzie organizacja, a to przecież byłoby przekroczeniem pewnego tabu. I na tym skończyło się pierwsze podejście. Dopiero po dłuższej "pracy wychowawczej", to znaczy indywidualnych rozmowach z uczestnikami tego zgromadzenia, udało się dogadać, że to musi mieć formę zinstytucjonalizowaną, że powstanie komitet, że nie da się tego inaczej załatwić. I po dwu tygodniach, na następnym zebraniu udało się ten komitet powołać.

- Jak Pan sądzi, czy u osób, które - jak już dziś wiadomo dość dokładnie - miały pewne powiązania z międzynarodowym ruchem komunistycznym i socjalistycznym, ale nie tylko, i znajdowały się wśród członków założycieli KOR-u, mogły istnieć innego typu motywacje niż chęć niesienia pomocy robotnikom? Jednym z pierwszych pomysłów nadania sprawie szerszego wymiaru był pomysł Adama Michnika, żeby wystosować pismo do Belinguera, informujące go o tej inicjatywie. Jest też osoba Jacka Kuronia, którego związki, czy sympatie...
 
- Nie, tutaj muszę sprostować. Pierwszy etap zakładania KOR-u odbył się bez Kuronia i bez Michnika. A to, o czym Pani wspomina miało miejsce nieco wcześniej, może nawet przy okazji tego pierwszego listu, bezpośrednio po wydarzeniach czerwcowych. Wtedy była dyskusja, czy zwracać się teraz do intelektualistów krajowych, żeby oni nasz apel poparli i zajęli stanowisko, czy też, jak twierdził Kuroń, ten list ma być skierowany nie do władz, ale do opinii międzynarodowej. Wskazywał adres Berlinguera, jako międzynarodowy autorytet, który może efektywnie oddziałać, bo to przecież są komuniści włoscy, z nimi "nasi" muszą się liczyć. Na to Michnik zareplikował, że z nimi nie ma co rozmawiać, znacznie lepszym adresem są lewicowi intelektualiści zachodni. Taki Sartre jest najlepszym adresem. Przy czym było to w sytuacji, kiedy Michnik otrzymywał właśnie zezwolenie na wyjazd do Paryża, właśnie w wyniku interwencji Sartre'a. 

  • Jakieś stypendium?

- Nie, to było zwykłe zaproszenie, tylko, że w tym naszym kręgu paszportów na ogół odmawiano, więc sam fakt udzielenia zezwolenia na wyjazd był ewenementem. I zanim powstał problem zorganizowania ochronnej czapki KOR-owskiej, samej koncepcji KOR- u, Michnik po prostu wyjechał do Paryża. Jego nazwisko zostało wpisane zaocznie na listę, na zasadzie porozumienia telefonicznego i to ex-post.

  • Kuronia również nie było?

 - Kuronia nie było przy pierwszych próbach, bo w jego wypadku zastosowano często stosowany, od czasu protestów konstytucyjnych, chwyt - mianowicie powołano go na ćwiczenia wojskowe i już w lipcu nie było go w Warszawie. A więc w powoływaniu Komitetu nie mógł uczestniczyć. Na to ostateczne, drugie posiedzenie, kiedy KOR już zaistniał, Kuroń przyjechał wprost z jednostki wojskowej z Białegostoku.
 
- A więc jeśli chodzi o samą genezę KOR-u, wyklucza Pan inspiracje spoza Polski?
 
- Tak. Cały czas uczestniczyłem w tym bezpośrednio, bo było wiadomo, że to nas będzie dotyczyło przede wszystkim, tej nie- wielkiej grupy adwokatów, którzy prowadzili w tych sprawach obrony. Nie dopatrzyłbym się takiego elementu, przynajmniej na tym wstępnym etapie. Natomiast w środowisku "komandosów", przy pierwszych rozmowach, po 25-tym czerwca, dominowała tendencja, żeby powołać jakiś komitet obrony praw człowieka, o takim ogólno-humanistycznym charakterze. Trzeba było wytłumaczyć im, że istnieje moralny obowiązek udzielania pomocy ludziom, którzy ponoszą koszta tego, że wystąpili w interesie całego społeczeństwa. Wszyscy z tego czerpiemy korzyści, więc ten obowiązek jest naturalny. Ponadto, wydawało się, że tylko pójście tym tropem zapewni polityczny sukces. Było bowiem jasne, że jeżeli w tej sprawie zostanie rozbudzona szersza opinia, zwłaszcza międzynarodowa, to władza będzie się musiała z wszelkich represji - jak i podwyżek - wycofać. Ekipa gierkowska bardzo się liczyła z opinią międzynarodową, ze względu choćby na kredyty, które otrzymywała i ze względu na specjalną pozycję, jaką Gierek i jego najbliżsi mieli - niekoniecznie nawet w kręgu socjaldemokratycznym - bo przecież pamiętamy wizyty Giscarda d 'Estaing, który przyjeżdżał tutaj nieomal jako osobisty jego przyjaciel. Więc także w kręgach liberalno-konserwatywnych zdawano się traktować ekipę gierkowską jako coś nowego w świecie komunistycznym, godnego uwagi i poparcia. Otóż to wszystko trzeba było dosyć mozolnie tłumaczyć i było to przyjmowane z trudem. Co prawda tłumaczyliśmy to ludziom nie tego "pierwszego garnituru" - to były rozmowy z Lityńskim, z Blumsztajnem. Kiedy Kuroń wrócił, zrozumiał to bardzo szybko.
[...]

- Kto, oprócz Pana, będąc przy narodzinach KOR, miał świadomość, jaką perspektywę należy do tego przyłożyć?
 
- Zaliczyłbym do tej grupy, oprócz ludzi z "Czarnej Jedynki", także Jakuba Karpińskiego, który od początku nam pomagał. Osobą znaczącą, ale nie dla środowiska "komandosów", tylko działającą wśród intelektualistów, był Andrzej Kijowski. On już na pierwszym procesie robotników ursuskich był pod salą i brał udział w pierwszych rozmowach, kiedy krystalizowała się koncepcja pomocy.
[...]

- Wracam do dawnego wątku - kiedy się prześledzi kariery polityczne osób znaczących w KSS-KOR, to ich rodzinne, czy zaznaczające się w osobistej biografii, związki z formacją partyjną są oczywiste. Weźmy Leszka Kołakowskiego, czy nawet prof. Lipińskiego, który był członkiem PZPR jeszcze w momencie zakładania KOR-u. (Był zresztą jedynym wówczas, w tej grupie człowiekiem z PZPR- owską legitymacją w kieszeni.) Zatem związek z robotnikami mógł być u wielu osób tej formacji tak samo sztuczny jak w deklaracji komunistów i służyć tylko propagandowym celom.

- Dla mnie sygnałem, że mamy do czynienia z tworzeniem inicjatywy dość odległej od interesów robotników, czy szerszych interesów społeczeństwa" były publikacje "Biuletynu Informacyjnego", jako już usamodzielnionego pisma politycznego (w pierwszym okresie Biuletyn spełniał wyłącznie zadanie upowszechniania wiedzy o represjach). W okresie następnym był już swego rodzaju organem politycznym KSS-KOR. Pamiętam artykuły Jacka Kuronia, które zakreślały plan polityczny. Nieuchronny jest następny szeroki bunt społeczny, pisał Kuroń, korzystając z tego powinniśmy już tworzyć własną polityczną alternatywę wobec panującego układu władz partyjnych, które nie będą w stanie zapewnić spokoju na tym obszarze. To było słynne hasło: "zakładajmy komitety, zamiast je palić". Zbliża się więc pora dla nas - my powinniśmy, stojąc na czele tego buntu, wystąpić z ofertą wobec ZSRR: "Proszę bardzo, jeśli chcecie mieć tutaj spokój, to teraz rozmawiajcie z nami". Szczerze powiedziawszy, to rzeczywiście stwarzało nowe spojrzenie na cały polityczny charakter tej inicjatywy. W końcu, z punktu widzenia robotników, czy szerzej, z punktu widzenia społeczeństwa, było rzeczą obojętną, kto, z ramienia Moskwy, będzie sprawował funkcję zarządzającego podległym jej obszarem. Póżniej można się było zorientować, że to przejęcie "przez nas", czyli przez tę aktywną postkomandoską i rewizjonistyczną formację odpowiedzialności politycznej byłoby równoznaczne z finlandyzacją Polski. Zdemokratyzowałoby mechanizm sprawowania władzy, ale to nie była koncepcja, która miała coś wspólnego ze sprawą niepodległości.
 
- Przy tym wszystkim bardzo usilnie dezawuowano konkurentów politycznych, za jakich uznawano przede wszystkim ROPCiO.
 
- Tak, to niewątpliwie, w KSS-KOR obowiązywał pogląd, że "jedynie my jesteśmy tą poważną, odpowiedzialną politycznie inicjatywą, pozostali to margines egzotyki politycznej, politycznego „oszołomstwa". Jeszcze me używano tego terminu, ale to mewątpliwie miało taki podtekst. Każdy, kto mówił o niepodległości dawał dowód swoich nierealnych wyobrażeń o rzeczywistości społeczno-politycznej, a ten, kto mówił o narodzie po prostu był nacjonalistą.

  • Albo antysemitą.

- Może jeszcze wtedy tym pojęciem nie operowano tak powszechnie.
 
- Ja się z tym spotkałam. Tak etykietował ktoś ze współpracowników KSS-KOR Wojciecha Ziembińskiego, próbując nie dopuścić do publikacji poświęconego mu tekstu.
 
- Może nie artykułowano tego wprost, ale dawało to o sobie znać w środowiskowej plotce, tym bardziej obrzydliwej, że Ziembiński był w 1968 roku wyrzucony z pracy za to, że nie chciał uczestniczyć w prowadzonej wówczas przez czynniki partyjne kampanii „antysyjonistycznej".
 
- Dość szokujące było, że ten ruch, dysponując tak dużym zaufaniem społecznym, także poparciem Kościoła, był tak bezwzględny i tak karcący wobec wszystkich, których uznawał za konkurentów politycznych. Epitety "wariat", "ubek" wobec ludzi z innych środowisk politycznych, powołujących się na inne tradycje, wiele mówiły o mentalności ich autorów. Było to coś obcego polskiej tradycji politycznej.
 
- W pewnym momencie w szeregi opozycji zaczęła wkraczać pewna szczególna, postkomunistyczna mentalność. Mówię "post-komunistyczna", bo reprezentowali ją ludzie, którzy wyszli z tego środowiska, ale już komunistami przecież nie byli. Ja sam nigdy bliżej środowiska komunistycznego nie znałem, ale opowiadali mi o nim ludzie, którzy mieli z nim jakiś kontakt jeszcze przed 1939 rokiem. Otóż pomijając policyjna infiltrację, środowisko to tworzyli ludzie wprawdzie bardzo zaślepieni, bardzo fanatyczni, ale jakoś w tym wszystkim prostolinijni. Tam obowiązywała zasada, że jeden za drugiego oddałby ostatnią koszulę. Pomagano sobie z absolutną bezinteresownością. Ci przedwojenni komunistyczni funkcjonariusze niskiego szczebla, którzy otrzymywali jakieś pieniądze, np. na przejazd do innej miejscowości, bo trzeba było jechać na strajk, jeśli nie zjedli obiadu, to przeznaczone na to pieniądze oddawali - było nie do pojęcia, żeby je zatrzymać. Wszystko było rozliczane z niesłychaną skrupulatnością, niesłychanie uczciwie. To się wszystko zmieniło po wojnie. Otóż ci komuniści, których zobaczyliśmy jako pomocników wkraczającej do Polski Armii Czerwonej, a jeszcze częściej - idących za wojskiem funkcjonariuszy KGB czy "Smierszu" (kontrwywiadu wojskowego), to było środowisko kompletnie zdemoralizowane, nie tylko w sensie niesłychanej pazerności na materialne urządzanie się, przywłaszczanie sobie zrabowanych innym ludziom willi, mebli, itd. Stopień zdemoralizowania tego całego środowiska był niebywały, uderzający, także w płaszczyźnie wzajemnej rywalizacji o pozycje i stanowiska urzędowe. Powszechną metodą tej walki były donosy, wzajemne pomówienia lub prowokacje. Myślę, że główną przyczyną załamania ideowego tego środowiska było doświadczenie rosyjskie. Otóż ludzie z aktywu KPP w większości trafili po wrześniu 1939 roku do Rosji. Czasami podlegali jakimś represjom, ale najczęściej wchodzili w kolaborację z sowieckim aparatem okupacyjnym i od tego przedwojennego komunizmu odcinali kupony. Zderzenie z sowiecką rzeczywistością odebrało im całą tę ideową otoczkę, wracali stamtąd jako ludzie całkowicie cyniczni. Wracali ponadto jako zgadzający się na wszystko, jako świadomi współpracownicy systemu, o którym już wiedzieli, że jest systemem bezwzględnej, nieludzkiej dyktatury. Zgadzali się dlatego, że uważali, iż ona musi zwyciężyć i oni się przyłączają do zwycięzcy. To już nic nie miało wspólnego z ideałami, z wyobrażeniem sobie, że zostanie zbudowany lepszy świat. Nic nie zostało z tych ideałów. Zostało przekonanie, że komunizm jest siłą, która tak czy inaczej świat podbije i my chcemy się znaleźć wśród zdobywców, a nie wśród pobitych. I to ich całkowicie zdemoralizowało. Obserwowałem przeniesienie tych obyczajów i postaw w drugim pokoleniu, w pokoleniu ludzi młodych, wychowanych w komunistycznych domach. Oczywiście dystansowali się oni od swych ojców, właśnie dlatego, że dostrzegali, w sensie ideowym, że wszystko jest skończone. Ale zostało im coś z tej mentalności.
[...]

- Czy uważa Pan, że komuniści mogli uczestniczyć w tworzeniu strategii politycznej KOR-u? Reformatorzy partyjni od pewnego czasu zaczęli się identyfikować z opozycją demokratyczną, a dziś niektórzy z nich, jak Stefan Bratkowski wręcz twierdzą, że początkiem sukcesu "Solidarności" była działalność partyjnych liberałów w 1956 roku.
 
- To jest oczywiście dorabianie do rzeczywistości korzystnej dla siebie legendy. Tak dobrze nie było. W moim przekonaniu, na początku istnienia KOR-u nie było jeszcze czegoś takiego, jak podział ról, czy coś podobnego. Były to żywiołowe działania młodych ludzi. Z tym tylko, że dzieci tych komunistycznych rodzin nigdy nie straciły kontaktu ze swoim środowiskiem. Ich rodzice patrzyli na to z dość dużym zrozumieniem, traktując to jako pokoleniowy bunt. Mówiono: "No, młodzi, głupi, szkody narobili!" Rok 1968 był odczytywany przez to środowisko jako wykorzystanie "komandosów" dla prowokacji przeciwko całemu KPP-owskiemu lobby. "Puławianie" uważali, że uczestniczyły w tej prowokacji oportunistyczne, bezideowe elity. Bezideowe w tym sensie, że stanowili je ludzie, którzy przyszli jakby "na gotowe". To byli młodzi funkcjonariusze aparatu partyjnego, których oni sami często selekcjonowali, wprowadzali na posady, a teraz odwdzięczają im się tym, że rzucają buntownicze hasła i chcą przejąć ich pozycję. Grupa puławska musiała być więc zdystansowana wobec działalności KOR-u, ale w miarę upływu czasu, a zwłaszcza w miarę, jak oni tracili w aparacie stanowiska, wypychano ich na margines, następowała daleko posunięta identyfikacja z opozycją. Niewątpliwie a jakimś momencie uznano, że "to jest nadzieja na odbudowanie naszych pozycji".

  • Jak Pan by określił moment historyczny, w którym to nastąpiło?

- To było gdzieś w połowie lat 70-tych, kiedy ujawniła się siła społecznej opozycji. Okazało się, przede wszystkim w ramach protestu konstytucyjnego, że duża część środowisk elity intelektualnej, ale nie tylko elity, jest gotowa oficjalnie kontestować układ PRL. Następnie przyszedł bunt robotniczy, którego właściwie nie można było do końca stłumić i trzeba było wobec robotników naprawdę ustąpić. Wszystko zakończyło się oficjalną amnestią i pozwalnianiem ich z więzień. Wtedy władze zdały sobie sprawę, że trzeba nawiązać kontakt z żywymi siłami społecznymi, które nabierają dynamiki. Są one antyrządowe, antypereelowskie i antyreżimowe, a więc potrzebna jest tu nowa perspektywa polityczna. Wtedy już wszyscy mieliśmy przeświadczenie, że ten system się skończył, jest nie do utrzymania, musi się zawalić, albo zasadniczo zmienić. Myślę, że całe to środowisko partyjnych „reformatorów” też się do tego dopasowało.
[...]

- Czy hasło "finlandyzacji", która miała być tą ostateczną granicą samodzielności politycznej Polski, lansowana przez ludzi z KSS-KOR, doczekało się polemiki na łamach "Głosu"?
 
- Polemiki z tym hasłem pojawiały się w "Opinii" Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela Czumy i Moczulskiego, piśmie wcześniejszym jeszcze niż "Biuletyn Informacyjny" KOR-u. Sprawa niepodległości była tam wyraźnie postawiona, choć trudno ją było wtedy oprzeć na całkowicie realnych przesłankach. I tu istniała wyraźna opozycja między naszym stanowiskiem, a stanowiskiem tego drugiego nurtu. Zdecydowanie inne niż w KSS-KOR widzenie sprawy niepodległości zawierały nasze wydawnictwa PPN, ale tu była całkowita swoboda wypowiedzi, ponieważ były one ściśle konspiracyjne. To już nie były półjawne: "Opinia", "Głos", czy "Biuletyn". Ale myśmy z koncepcją tzw. finlandyzacji PRL-u w zasadzie wprost nie polemizowali. Woleliśmy przyjąć taką formułę, w której staraliśmy się nie tyle zwalczać czyjeś poglądy, ile pozytywnie prezentować własne.
 
- Natomiast jeszcze w łonie KOR-u doszło do ostrej konfrontacji między Kuroniem a mecenasem Stefanem Kaczorowskim, który stwierdził, że mówienie o "finlandyzacji" jest nieporozumieniem i opuścił KOR - jednocześnie z Wojciechem Ziembińskim.
 
- Ja tego fragmentu historii KOR-u, przyznam się szczerze, nie pamiętam. Natomiast niewątpliwie zjawiskiem dość głośnym, komentowanym i mającym swoje trwałe konsekwencje było już na samym wstępie, tuż po utworzeniu KSS- KOR, odejście części zespołu "Głosu". W pierwszym składzie redakcji był Michnik, "komandosi" i grupa harcerska" Czarnej Jedynki". Otóż tu nastąpił zdecydowany rozdział i "Głos" odtąd odcinał się od formuły reformowania PRL-u, i współpracy z ugrupowaniami wewnątrzpartyjnymi.

  • Czy to było odejście od KOR-u jako takiego?

 - To jeszcze formalnie było wewnątrz KOR-u, tylko, że powstał wtedy KOR "właściwy", prawomocny, w pewien sposób jakby legalny, no i ten nurt niepodległościowy, dysydencki, "nieuprawniony" z punktu widzenia dominujących w KOR postaci. Dominujących - przede wszystkim dzięki ich nagłośnieniu w zachodnich środkach przekazu, głównie RWE.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Jan Olszewski, Prosto w oczy. Z Janem Olszewski rozmawia Ewa Polak-Pałkiewicz, Warszawa 1997, s.177-199.