Jacek Kuroń i Jacek Żakowski o PRL

Jacek Kuroń i Jacek Żakowski ułożyli książkę o PRL: „dla ludzi, którzy PRL nie znali lub pamięcią sięgają zaledwie przedostatniej dekady". Na okładce czytamy: „Ta książka jest nie tyle pamiętnikiem czy - nie daj Boże! - podręcznikiem, ile rodzajem ilustrowanego przewodnika po PRL-owskim półwieczu, po którym oprowadza czytelników Jacek Kuroń: aktywny, krytyczny świadek, a z czasem jeden z głównych bohaterów epoki.”

Jako jedenastolatek, Jacuś natknął się na Manifest PKWN wywieszony na tablicy z ogłoszeniami. "Stanąłem - opowiada - i pracowicie przeczytałem cały tekst. Zrobił na mnie duże wrażenie. Jego język przemawiał do mnie, bo wychowałem się w lewicowym domu". Można się domyślać, iż atmosfera owego domu nie pozostaje bez wpływu na jego dzisiejsze opinie. Tę na przykład, że "na przełomie 1939 i 1940 r. żądanie oddania marszałka Rydza-Śmigłego pod sąd było w Polsce powszechne". W kręgach przeciwników przedwrześniowych rządów - tych z lewa, i tych z prawa - pewno tak było, ale ogół Polaków miał wtedy inne zmartwienia.

Kiedy komuniści i "jednolitofrontowcy" z PPS marzyli o zapudłowaniu Rydza-Śmigłego, jedni z jego podkomendnych przedzierali się, ryzykując życie, na Węgry i dalej, do Francji, żeby kontynuować walkę, inni wspierani przez szerokie kręgi społeczne organizowali podziemne państwo. To Kuroniowi nie wydało się warte odnotowania, lata wojny kwituje uwagą, że "po przegranej wojnie (!) nastały dwie straszliwe okupacje, które zniszczyły istniejący system wartości, zmuszając ludzi do zachowań, na jakie wcześniej nigdy by sobie nie pozwolili."
 
Każda wojna sprawia, że niektórzy ludzie ulegają demoralizacji, ale stwierdzenie, że okupacja "zniszczyła istniejący system wartości" jest - nie unikniemy tego słowa - g ł u p a w e. Dopiero komunistom po zagarnięciu w Polsce władzy udało się w jakimś stopniu tego dokonać. W ocenie roli, jaką w realizacji tego celu odegrała tzw. inteligencja postępowa, Kuroń jest powściągliwy. Stefan Żółkiewski na przykład, który na łamach marksistowskiej "Kuźnicy" przewodzi! "batalii o polską inteligencję", występuje w książce Kuronia i Żakowskiego wyłącznie jako ofiara dyktatorskich zapędów Gomułki. "Już w 1959 r. - czytamy - usunął z rządu rewizjonistycznie myślących ministrów, Stefana Żółkiewskiego i Władysława Bieńkowskiego". Zgroza! Później Żółkiewski był - tego tylko jeszcze dowiaduje się o nim czytelnik - jednym z uczestników "nieoficjalnego seminarium rewizjonistycznego", prowadzonego przez Włodzimierza Brusa.
 
Kuroń jako przewodnik po peerelowskim półwieczu prowadzi czytelników - postawmy sprawę jasno - tropami złotej legendy "opozycji demokratycznej", starannie omijając wszystko, co by jej mogło ująć choć odrobinę blasku. Dlatego nie napomyka o wcześniejszej działalności niektórych rewizjonistów, na przykład Brusa czy Baczki, którzy zanim zostali luminarzami polskiej nauki i rewizjonistami, byli politrukami, działając między innymi w Głównym Zarządzie Politycznym WP, gdzie pichcono materiały propagandowe, przedstawiające AK jako "zaplutego karła reakcji" i "pomocnika Hitlera".

Przywiązanie Jacka Kuronia do złotej legendy, której jest jednym z bohaterów, można zrozumieć, trudniej zdobyć się  na wyrozumiałość, kiedy nawiązując do czarnej legendy podziemia, dzisiaj nazywanego niepodległościowym (onegdaj bandyckim), pisze na przykład tak: "W 1945 r. oddziały partyzanckie były zbyt rozdrobnione i za słabe, żeby atakować na przykład wojskowe magazyny. Bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez Sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej. Nie musiało być z owymi niepodległościowymi oddziałami aż tak kiepsko, jak to przedstawił Kuroń, skoro potrafiły rozbić kilkadziesiąt więzień, między innymi w miastach takich, jak Kielce, Radom czy Kraków, wreszcie obóz NKWD w Rembertowie, uwalniając setki więzionych żołnierzy AK. Zresztą nie była do tego potrzebna zbyt wielka siła, obóz w Rembertowie rozbiło 44 dwudziestolatków dowodzonych przez rówieśnika, uderzenie na kieleckie więzienie, położone w centrum średniej wielkości miasta, przeprowadziło po mistrzowsku 250 młodzieńców skrzykniętych na tę okazję przez kpt. Antoniego Hedę. Zdarzało się również, że ten i ów oddział partyzancki opanowywał na krótko jakieś miasteczko i po rozbiciu urzędu bezpieczeństwa oraz posterunku MO się wycofywał. W świetle chociażby tylko tego rodzaju faktów teza, iż oddziały ze strachu, że zostaną wykryte, rabowały chłopów, jest nie do utrzymania.

Oczywiście, bywało i tak, że po rozwiązaniu AK niektórzy młodzi ludzie, zdani na samych siebie, w sytuacji nastręczającej po temu aż nadto okazji, ulegali demoralizacji. Istotna jest skala tego zjawiska, można ją określić chociażby na podstawie "Informatora" wydanego przez MSW w 1964 roku jako pomoc: "w pracy zawodowej, w szkoleniu młodej kadry pracowników Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej oraz historyków zajmujących się okresem walki o utrwalenie władzy ludowej w Polsce."1/. Autorzy owej pracy nie mieli powodu obrazu podziemia upiększać. Fakt, że na objętych wykazem ponad 1200 organizacji i grup zbrojnych tylko 94 grupy (liczące na ogół 3-8 członków) zostały określone jako "rabunkowo-terrorystyczne", ma jednoznaczną wymowę i podobnie jednoznaczną wymowę ma wypisywanie teraz, że "coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej".
 
Na przełomie lat 1965 i 1966 coś na ten temat zaczęło w głowie Jacka Kuronia świtać, ale "całą prawdę o terrorze NKWD i UB w Polsce PKWN-owskiej" zaczął poznawać dopiero na początku lat 70., kiedy napotkał ludzi wywodzących się z innych niż komunistyczna tradycji. Wtedy zabrał się do wertowania książek, dokumentów, relacji, które odsłoniły przed nim prawdę o terrorze skierowanym przeciwko ludziom z AK - "tak potężnym, że wbrew rozkazom o rozwiązaniu oddziały znowu zaczęły się skupiać, bo akowcy ze strachu przed represjami chowali się w lesie".

Byli i tacy, wystraszeni, ale inni (większość!) w pełni świadomie podejmowali walkę w imię tych samych ideałów, które im przyświecały w latach wojny. To oni rozbijali więzienia i znosili posterunki MO i UB oraz podejmowali różne inne działania, których strachem nie sposób uzasadnić. O działalności podziemia niepodległościowego z książki Kuronia i Żakowskiego można się dowiedzieć niewiele, ale są to wiadomości - by tak rzec - z pierwszej ręki. "Jeszcze w latach 60. - opowiada Kuroń - spotykałem w więzieniach ludzi z AK i Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ). Niektórzy mówili, że cały czas do 1959 czy 1960 r. toczyli wojnę o niepodległość, ale jak się w rozmowie okazywało, prowadzili normalne akcje rabunkowe. Mieszkali po domach, a schodzili się tylko na skok. Najpierw zabijali działaczy PPR. Z czasem cała ich działalność ograniczała się do rabowania. Tyle tylko że nie rabowali chłopów, ale gminne spółdzielnie."
 
Los chłopów był rzeczywiście nie do pozazdroszczenia, ale niezupełnie z tego powodu, na który wskazuje Kuroń pisząc: "Chłopi brali ziemię, a potem przychodzili leśni i zabijali tych, co ziemię dawali, albo nawet tych, którzy brali - bo wzięli nie swoje. Więc chłopi zaczęli się bać nie tylko nowej władzy, która pacyfikowała wsie podejrzane o współpracę z leśnymi, ale także leśnych". Ten obraz sytuacji na wsi jest żywcem wzięty z broszur propagandowych i tzw. zaangażowanych utworów literackich. Kuroń zabierając się do pisania o dramacie lat powojennych powinien był uzupełnić wiedzę nabytą w latach młodzieńczych fascynacji.

Z uporem podkreślając wyradzanie się partyzantki antykomunistycznej w bandytyzm, Jacek Kuroń podtrzymuje i upowszechnia (czyżby nie zdawał sobie z tego sprawy?) jedną z tez peerelowskiej propagandy. Obecnie, dochowując jej wierności, jeden z pogrobowców stalinizmu głosi na łamach miesięcznika "Dziś" (redaktor naczelny Mieczysław Rakowski), że "po 1947 roku pozostawały jeszcze przez jakiś czas nieduże grupy zbrojne, przeważnie o charakterze rabunkowym.". Inny, nawiązując do poświęcenia Pomnika Ofiar Terroru Władzy z lat 1945-1956, pisze: "Opłaciłoby się zapytać organizatorów imprez religijno-patriotycznych, czy gdyby po wojnie władzę w Polsce objął rząd (obóz) londyński, to bandytów-morderców, konfidentów gestapo i fałszerzy pieniędzy też uznawałby za »patriotów polskich«"?/3 Dzisiaj, kiedy powszechnie wiadomo, że na warszawskim Służewie oraz w niezliczonych innych miejscach potajemnie grzebano, nierzadko razem z pospolitymi przestępcami i hitlerowskimi łotrami, ludzi dla Polski najbardziej zasłużonych, wypisywać i publikować takie rzeczy mogą tylko kanalie.
 
Szkolne podziemie - z tak zatytułowanego rozdzialiku omawianej książki czytelnik dowiaduje się, że w końcu lat 40. i na początku 50. - "UB zaczął sam zakładać podziemne organizacje". Co prawda, kilka wierszy dalej Kuroń pisze, że "działały też jednak prawdziwe, spontanicznie powstające podziemne organizacje uczniowskie", ale wysunięcie na pierwszy plan tych zakładanych przez UB zdaje się pozbawiać owo zjawisko właściwego mu wymiaru i sensu. W dodatku Kuroń odwołuje się do własnego, specyficznego doświadczenia, opowiadając, jak ,,spotkał się z taką konspiracją w roku 1952". Było to spotkanie w sądzie dla nieletnich na rozprawie, w której on, młodzieżowy aktywista, uczestniczył z ramienia Zarządu Stołecznego ZMP. "Sądzono grupę chłopców - opowiada - którzy niby coś razem konspirowali na szkodę Polski Ludowej", ale cale to konspirowanie "polegało na spotykaniu się i rozmowach".
 
Kuroń rozdzialik o "szkolnym podziemiu" rozpoczyna informacją o zakładaniu przez UB podziemnych organizacji, a kończy tak: "Dziecięca konspiracja była straszną rzeczą (...) Spotykałem później ludzi, którzy po wpadce dziecięcej konspiracji na całe życie zostali tajnymi współpracownikami". Tekst uzupełnia ilustracja podpisana: "Ulotka Tymczasowej Organizacji Młodzieżowej". Czytamy w niej między innymi: "Młodzież jako najważniejszy odłam społeczeństwa powinna zlikwidować wszelkich plotkarzy, którzy utrudniają pracę naszego wodza tow. W. Gomułki. Zadanie to jest łatwe".
 
Najlepiej z tego wszystkiego wypada Jacek Kuroń, który robi awanturę sędziemu, prokuratorowi, ubekowi i towarzyszce z KW, że "trzeba dzieci wychowywać, a nie wsadzać do więzienia".

Czy można było uzyskać inny efekt? Oczywiście, że tak. Przede wszystkim należało napisać, że organizacji młodzieżowych, powstających nie tylko na terenie szkół, było ponad pięćset, a działalność ich polegała nie tylko na plotkowaniu. Wzorując się na "małym sabotażu" z okresu okupacji, malowano hasła "wrogie" i zamazywano "słuszne", niszczono gazetki ścienne, kolportowano, redagowano i sporządzano ulotki, a niekiedy dopuszczano się poważniejszych "przestępstw". Do takich należała dywersja w szeregach ZMP. Na wielu organizacjach ciążył zarzut zbierania broni. W jakim celu, można się domyślić z takich nazw, jak: "Młodzież Walczy z Komunizmem", "Polski Związek Antybolszewicki", "Związek Antykomunistycznej Młodzieży Polskiej". Można było, a nawet należało, zamiast fałszywki, apelującej o poparcie tow. Gomułki, przytoczyć z prawdziwe; ulotki taki na przykład passus: "Rodacy! W dniu 1 Maja macie „dobrowolnie” manifestować przyjaźń do Rosji Sowieckiej, ale wiemy też, że pójdziecie na pochód pod nadzorem partyjnych organizacji z pracy. (...) Niech was nie trwożą puste słowa o przewodnictwie ZSRR. Strach przed potężną siłą narodów miłujących wolność wyciska z nich te słowa błagania o pokój, podczas którego bezpiecznie przeprowadzają swoje zbrodnicze plany"4.

Przytoczony tekst mówi dużo nie tylko o tych, co go układali, ale również o sytuacji, w jakiej powstał. Autorzy ulotki, tak jak członkowie wszystkich organizacji podziemnych, także tych młodzieżowych, odpowiadali za swe czyny przed Wojskowym Sądem Rejonowym. Mieli po 17 lat. Główny oskarżony dostał 15 więzienia, jedna z jego koleżanek i kolega po 12 lat, inny l l, a reszta po lat 5. W uzasadnieniu wyroku sąd zarzucał oskarżonym, że ich organizacja usiłowała podważyć fundamenty, na których opiera się ustrój, "za pomocą kłamliwej propagandy" (ulotki i wydanie - jednego numeru gazetki) oraz "aktów bezpośredniej dywersji" (tłuczenie szyb w gablotkach i bezceremonialne potraktowanie portretów dostojników), zmierzając tym sposobem do podważenia w młodzieży" wiary w słuszność założeń i podstaw ideologicznych, na których opiera się nowy sprawiedliwy ustrój".

Plaga młodzieżowej konspiracji skłoniła władze bezpieczeństwa do zajęcia się młodymi Polakami na swój sposób. W 1950 roku młodzież męska w wieku od 16 do 21 lat, która za przestępstwa polityczne trafiała do więzienia, została oddzielona od reszty i ulokowana w przystosowanym do tego celu obozie w Jaworznie, gdzie 2400 młodocianych "przestępców" pod- danych zostało "resocjalizacji". Metod tam stosowanych opisać w kilku zdaniach nie sposób. Zastanawiające, że ten epizod z dziejów PRL Jacek Kuroń, ówczesny działacz młodzieżowy, pominął w swojej książce. Obóz w Jaworznie zlikwidowano w 1955 roku po buncie, który wywołało zastrzelenie przez strażnika jednego z więźniów.

Przykra sprawa, ale "przewodnik", który Kuroń i Żakowski wtykają w garść młodemu czytelnikowi, sprowadza raz po raz  na manowce. Ludzie rzeczywiście - jak pisze Kuroń - uruchamiali fabryki, elektrownie, szpitale, odgruzowywali ulice i robili wiele innych pożytecznych rzeczy, ale niewiele wspólnego z pra- wdą ma następujący passus: "Nie pytali o pieniądze. Dostawali przydział chleba, może jeszcze coś do chleba i pracowali".

Nie mając innego wyjścia, pracowali o głodzie i chłodzie, ale bywało - to Kuroń przemilcza - że kiedy miarka się przebrała, stawali okoniem. Tylko w 1946 roku podjęto sto kilkadziesiąt strajków. Podobnie było w 1947 roku. Najgłośniejszy strajk, w którym udział wzięły największe fabryki włókiennicze w Łodzi, trwał dwa tygodnie, a wysuwano nie tylko ekonomiczne żądania. O takich wydarzeniach, zaangażowany politycznie nieomal od niemowlęctwa, Kuroń - sądzić można - nie słyszał.
 
Władze bezpieczeństwa całą odpowiedzialność za strajki oraz wszelkie zło (np. "sabotaże") zwalały się PPS-WRN; na temat tego odłamu PPS autorzy "przewodnika" się nie rozpisują. O socjaliście Kazimierzu Pużaku, jednej z największych i naj tragiczniejszych postaci powojennej historii, czytelnik dowiaduje się tylko, ile przeczytać można na ilustracji przedstawiającej tablicę z muru mokotowskiego więzienia. Pisząc o komunistach, Kuroń staje się mniej powściągliwy. Przyznaje, że "w 1947 i 1948 r. w PPR było mnóstwo zwykłych łobuzów, karierowiczów i ciemniaków", ale byli też "przedwojenni polscy komuniści (...) którzy wyobrażali sobie, że system sowiecki jest tylko rosyjską deformacją komunizmu" i wierzyli, że należy odrzucić samodzierżawie, a nie komunizm. "Kiedy to mówili - zapewnia Kuroń - ciągle wierzyli w komunizm. Ale swoim życiem udowodnili, że byli uczciwymi ludźmi".

Trochę gorzej, ale nie całkiem kiepsko, rzecz się miała z tymi, którzy wrócili ze Związku Sowieckiego. Mówiono o nich, że mają przetrącony kręgosłup. "Ten »przetrącony kręgosłup« części komunistów - wywodzi Kuroń - był bardzo ważnym czynnikiem w Polsce początku lat 50. To nie byli ludzie sowieckiego komunizmu, oni nie chcieli sowieckiej Polski, ale wiele wskazuje na to, że przy rozprawie z Gomułką to oni właśnie go pogrzebali. Wcześniej go popierali, a potem przestraszyli się i nagle przeszli na sowiecką stronę". Trudno o bardziej pokrętną i kłamliwą interpretację walki między sobą komunistycznych gangów, i bar- dziej prostacką próbę wymazania ze społecznej pamięci ich służalczości (od początku do końca!) w stosunku do Moskwy. Ta pokrętność stanowi główną bodajże cechę omawianej książki.

Jacek Kuroń podkreśla na wstępie, że książkę pisali przede wszystkim dla tych, którzy w życie wkraczają już w III Rzeczypospolitej. "Myśląc o nich - zwierza się - przypomniałem sobie, że dyplom otrzymałem na Wydziale Historii UW i postanowiłem - przynajmniej częściowo- wrócić do zarzuconej 30 lat temu profesji". Czy jest to powrót udany, będą na pewno zdania podzielone.

Przypisy:

1/ "Informator o nielegalnych antypaństwowych organizacjach i bandach zbrojnych działających w Polsce Ludowej w latach 1944-1956", Warszawa 1964. Wydane przez "RTRO" - Lublin 1993.
2/ Ryszard Nazarewicz, "Dziś", nr 6/95, s. 74.
3/ Tadeusz Kosowski, "Dziś" nr 5194, s. 119, 122.
4/ T. Lenczewski, "Biała Tarcza", Karta nr 3/91.

J. Kuroń, J. Żakowski, PRL dla początkujących, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1995.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Stanisław Murzański, Historia lewą ręka pisana, Tygodnik Solidarność 48 (376) 1995 s.10-11 i 14 i 15