RUCH 1965-1970

W roku 1965 z inicjatywy Andrzeja Czumy i kilku jeszcze osób wywodzących się, ze środowisk kombatanckich Armii Krajowej i WiN-u powstała idea skupienia i organizowania ludzi uważających, że dalsze trwanie totalitarnej dyktatury i milczenie społeczeństwa może doprowadzić do ostatecznego pogodzenia się z niewolą, utraty wiary i nadziei na odzyskanie niepodległości, zniszczenie wszystkich więzi społecznych, degradację kulturalną, ekonomiczną i polityczną, a w konsekwencji - likwidację polskiego problemu poprzez, być może, nawet wcielenie Polski bezpośrednio do Związku Sowieckiego. To ostatnie rozwiązanie nie wydawało się wówczas nikomu bliskie i być może, przy całkowitej totalizacji życia narodu, nie byłoby w ogóle potrzebne. Według inicjatorów ruchu sama nazwa "Ruch" pojawiła się później i jest to kwestia na tyle skomplikowana, że zostanie wyjaśniona oddzielnie.

Należało skupić przynajmniej kilkanaście osób myślących podobnie, zgadzających się z koncepcją antytotalitarnych działań, opracować program zasadniczych reform we wszystkich dziedzinach życia kraju, program nie naprawy i reform "socjalizmu", lecz program autentycznej opozycji, który byłby następnie przedstawiony społeczeństwu i stałby się - w myśl założeń autorów - programem wokół którego skupiłaby się znaczna część wrogo wobec systemu nastawionego narodu. Celem organizatorów było nie tylko wypracowanie programu, lecz także oddziaływanie na społeczeństwo, wskazywanie na ogłupiający wpływ propagandy, na błędy w gospodarce, na szkalowanie narodu, na pojawienie się nowej klasy - "czerwonej burżuazji", która, pewna swej bezkarności, żyje luksusowo kosztem wyzyskiwanego społeczeństwa.
 
Okazało się jednak, że osiągnięcie postawionych sobie przez organizatorów zadań jest nie tylko bardzo trudne, ale przekracza prawdopodobnie w ogóle ich możliwości, jak również możliwości jakiejkolwiek grupy w tym czasie w Polsce. Znalezienie kilkunastu choćby ludzi gotowych do zaryzykowania własną wolnością dla przeciwstawienia się dyktaturze okazało się niezwykle trudne. Początkowo sądzono, że można liczyć na środowisko kombatantów z antyhitlerowskiego podziemia, a już na pewno z podziemia działającego po wojnie w kraju. A jednak pokolenie żołnierzy Armii Krajowej wykrwawione w wojnie z hitleryzmem, sterroryzowane później w okrutnych stalinowskich katowniach, poddane tresurze radosnych pochodów i podniosłych akademii, zniesławiane przez sprzedajnych h1storyków i sprostytuowanych publicystów, było pokoleniem ludzi zmęczonych, zniechęconych i rozgoryczonych.
 
Ludzie ci, podobnie jak cała starsza generacja pamiętająca najazd na Polskę, wojnę i okupację, krach wszelkich nadziei po konferencji krymskiej i oddanie nas przez zachodnich sojuszników na łaskę Stalina - nie widzieli szans ani możliwości kontynuowania walki. Znaczna ich część wybrała coś w rodzaju wewnętrznej emigracji, życząc oczywiście każdej opozycji jak najlepiej, słuchając "Wolnej Europy" i ciesząc się z niepowodzeń reżimu. [...]
 
Jednak zasadniczą rolę w tworzeniu nowej formacji opozycyjnej mieli odegrać ludzie urodzeni i wychowani już w warunkach niewoli, ludzie nie pamiętający Polski Niepodległej, a często nawet bardzo słabo lub wcale nie znający z własnego doświadczenia epoki stalinowskiej. Przekonani, że działanie szerokiej konspiracji jest możliwe nawet w systemie totalitarnym, wolni od zahamowań wynikających z ogromu doświadczeń i klęsk, nie zmęczeni, a jednocześnie bardzo wyczuleni na każdy przejaw kłamstwa i arogancji władz.
 
Ruch stworzony został przez braci Czumów, Andrzeja i Benedykta, a także przez Mariana Gołębiowskiego i kilka jeszcze osób, których nazwiska nie zostały w śledztwie ujawnione i których podawanie nie jest w takim wypadku wskazane. Od samego początku stwierdzono, że nie tworzy się sformalizowanej organizacji, nie wprowadza żadnego zhierarchizowania, pieczątek, legitymacji, zaprzysięgania członków i tego wszystkiego, co nadawałoby temu związkowi jakiś, nawiązujący do konspiracji wojennych czy powojennych, charakter. Nie nadawano z tych samych powodów nazwy. Nazwa bowiem typu "WiN" czy "SZP" sugerowałaby, że jest to organizacja, natomiast związek pomyślany był jako bardzo luźne ugrupowanie - właśnie ruch polityczny stanowiący płaszczyznę współpracy i działania dla różnych osób i grup, jeśli takie powstaną lub istnieją. Będzie miejscem dyskusji, forum programowym, środowiskiem, dzięki któremu ludzie pragnący przeciwstawić się totalitarnej przemocy będą już nie sami, ale wspólnie z innymi myślącymi podobnie. Bierności, beznadziejności i apatii chciano przeciwstawić działanie, ruch polityczny, w którym wypracowywany będzie program odbudowania kiedyś w przyszłości - raczej dalszej niż bliższej - demokratycznej, niepodległej Polski. Słowo "ruch" pojawiało się jednak najczęściej w śledztwie i na procesie, przedtem nie było używane często, a wielu uczestników w ogóle nie wiedziało, że działa w organizacji o nazwie "Ruch", lub w jakimś ruchu. Używano bowiem najczęściej nazwy - "my". Mówiło się: dla nas zrobiliśmy, opracowujemy nasz program, nasze pieniądze, nasze pismo, nasi koledzy.
 
Od samego początku było oczywiste, że działalność ta musi być tajna. To nie stało się nigdy przedmiotem sporów czy wątpliwości. Obowiązywała zasada konspiracji, chociaż konspiracji luźnej, bo znaczna część osób i grup poznała się tak dobrze, że trudno było cokolwiek utajnić, starano się jednak przynajmniej nie używać nazwisk i nie ujawniać miejsc zamieszkania oraz zawodów. Używane pseudonimy były to z reguły drugie imiona, a wyjątkowo tylko imiona inne. Czyniono wszystko, by uniknąć skojarzenia z konspiracją II wojny światowej, jak również z jakąkolwiek organizacją tajną o charakterze wojskowym.
 
Szeregi ruchu rosły bardzo powoli. W 19óó r. powstała w Łodzi niewielka grupa skupiona wokół Stefana Niesiołowskiego, którą tworzyli: Wojciech Mantaj, Wojciech Majda i Janusz Kenin W Warszawie działali: Andrzej Czuma, jego brat Benedykt, Marian Gołębiewski, Bolesław Stolarz - żołnierz Armii Krajowej i członek poAKowskiej konspiracji, Emil Morgiewicz, Lech Śliwa.
 
Głównym problemem było - co robić? Jeśli bowiem udało się zebrać kilka osób gotowych do walki z totalizmem, to należało znaleźć jakiś sposób prowadzenia tej walki. Andrzej Czuma, który tak w początkowym, jak i w zasadzie w całym okresie działalności ruchu dominował, uważał, że na jakiekolwiek działanie zewnętrzne nie można sobie pozwolić, gdyż doprowadzi to jedynie do wykrycia przez Służbę Bezpieczeństwa i zniszczenia całej struktury.
 
RODOWÓD I PRZYWÓDCY

Olbrzymi i cały rok trwający ruch poparcia przez społeczeństwo polskie programu obchodów tysiąclecia chrześcijaństwa i państwowości polskiej zorganizowanego przez Kościół, stal się bardzo istotnym impulsem dla ludzi tworzących ruch. Dla Andrzeja Czumy, Stefana Niesiołowskiego i innych postawa społeczeństwa w obchodach Minenijnych była istotną przesłanką nadziei w ich pracy wolnościowej. Poważna część ludzi ruchu uważała postawę narodu, tak wyraziście zasygnalizowaną w 19óó r. za wydarzenie mające znacznie większy wpływ na rodzenie się postaw wolnościowych w Polsce, pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych, niż wydarzenia '68 roku. Nie byłoby zatem pozbawione podstaw twierdzenie, że dla ludzi tworzących ruch i dla większości później w nim działających inspiracja wynikająca z Milenium miała bardzo istotny wpływ na ich polityczną i społeczną aktywność.
 
Rozpoczęły się dyskusje nad programem i strukturą wewnętrzną. Przyjęto zasadę tworzenia małych, trzy- lub pięcioosobowych grup, których kierownicy - nazwani prowadzącymi - mieli utrzymywać wzajemne kontakty. Ponadto postanowiono, gdy tylko będzie to możliwe, wydawać pismo, jednak z przeznaczeniem wyłącznie wewnętrznym. Był to problem główny, który właściwie nie został rozwiązany do końca - jak pogodzić głęboką konspiracjt przed władzami w obawie, że przy bardzo słabych siłach wlasnych ruch zostanie natychmiast, przy pierwszym poważniejszym wystąpieniu, wykryty i zniszczony - z oddziaływaniem na sopłeczeństwo.
 
Początkowo uznano, że musi obowiązywać konspiracja i żadnych działań na zewnątrz prowadzić nie należy. Pogląd ten reprezentował przede wszystkim Benedykt Czuma i chyba osoby z nim związane: Jan Szwajgier i Leszek Śliwa. Innego zdania był Stefan Niesiołowski, który twierdził, że okres dyskusji i przygotowań musi być możliwie jak najkrótszy, a dopiero po wystąpieniach zewnętrznych, sprawdzeniu się i okrzepnięciu w działaniach typu chociażby akcji ulotkowych, można liczyć na napływ nowych członków. Ustalono ponadto, że środki, które napływają z samych tylko składek członkowskich są absolutnie niewystarczające i konieczne jest znalezienie innych źródeł finansowania działalności. Rozpatrywano kilka możliwości, a w pierwszym rzędzie pomoc polskiej emigracji politycznej. Ale aby ta mogła napłynąć, trzeba było wylegitymować się jakąś działalnością, a przynajmniej jechać na Zachód, przedstawić swój program, cele działania. Zadania tego podjął się Benedykt Czuma. Było to jednak w ostatnim okresie działania. Natomiast w 1966 i 1967 r. takie możliwości jeszcze nie istniały. Na jednym z zebrań z udziałem Gołębiewskiego, B. Stolarza, A. Czumy, B. Czumy, S. Niesiołowskiego i A. Morgiewicza podjęto decyzję, że środki finansowe, a w pierwszym rzędzie maszyny do pisania, powielacze, matryce, a nawet drukarnie będą zdodywane na drodze przeprowadzania akcji. Chodziło o akcje podobne do słynnych espropriacji organizowanych przez PPS w latach 1905-1908.

Zasadniczą sprawą było, aby przy tego typu działaniach nie używać przemocy, to znaczy aby nikt z osób strzegących dostępu do maszyny czy powielacza nie poniósł obrażeń. Drugą kardynalną zasadą było, że własnośc prywatna nie może być przedmiotem ekspropriacji w żadnej sytuacji i z żadnych względów, zaborowi podlega wyłącznie własność państwowa. Dla uczestników ruchu bowiem władza nie miała żadnych moralnych podstaw, by ogłaszać prawa, karać, nagradzać czy też reprezentować kogokolwiek, nie została bowiem wybrana w wolnych wyborach. A skoro tak, to dla celów dobrych dla społeczenstwa, dla dobra Polski, dla wywalczenia niepodległości, można stosować metody, które mogą nawet wielu porządnym ludziom wydawać się niezrozumiałe. Uzasadniano to tak samo, jak swego czasu Józef Piłsudski w słynnym liście do Feliksa Perla przed sławną akcją pod Bezdanami. Władza, która okrada, okłamuje, niszczy naród, która dba jedynie o swój własny interes nie może być traktowana inaczej niż tak właśnie [...] powielacze były potrzebne, a żadnego innego sposobu ich zdobycia, jak tylko wyniesienie z państwowej instytucji nikt nie potrafił wskazać. Przyjęto więc zasadę, że branie udziału w akcjach jest całkowicie dobrowolne i będą szanowane wszelkie w tym względzie opory i wątpliwości, a ponadto, że ruch będzie poszukiwać różnych innych sposobów rozwiązywania problemów finansowych i technicznych i gdy takie możliwości powstaną - akcje zostaną wstrzymane. Chodziło o spodziewaną pomoc z zagranicy.
 
Ruch tworzyli i kierowali nim ludzie wywodzący się z tradycji gruntownie komunizmowi przeciwnej, obcy doszukiwaniu się w samej idei marksistowskiej i jej tradycji jakiegoś piękna i ładu, odrzucający bez wszelkich wątpliwości i wahań wszelkie dociekania typu - Lenin chciał dobrze i tylko później z winy Stalina wszystko zostało zaprzepaszczone. Wychowani w tradycji niepodległościowej, polsko-powstańczej, często zafascynowani historią, dawną świetnością Polski, wyniósłszy z domów rodzinnych szacunek dla narodowych bohaterów i męczenników sprawy polskiej, uważali się w jakimś sensie za kontynuatorów tego wątku. Dla nich Polska Ludowa /PRL/ to twór narzucony siłą, a wszystko, co działo się zaraz po zdobyciu władzy przez PKWN i w czasach stalinowskich było ponurą zbrodnią. Pragnienia i tęsknoty narodu w gruncie rzeczy się nie zmieniły, a tylko propaganda tak ludzi ogłupiła, że czasami zdają się już nię pamiętać, że przecież kraj był kiedyś niepodlegly i przyjmował znaczną część komunistycznych kłamstw za prawdę. Ruch będzie musiał więc w pierwszym rzędzie odkłamać historię, a potem stopniowo demaskować kolejne mity. Przy takim sposobie myślenia i takiej optyce naczelnym problemem, wokół którego koncentrowaly się zainteresowania najaktywniejszych osób, było zagadnienie niepodleglości. Nawiązywano więc bardzo często do czasów II Rzeczypospolitej, studiowano konstytucje międzywojenne i historię tamtych czasów, zajmowano się też postaciami przywódców, a szczególnie Józefem Piłsudskim i jego najbliższymi współpracownikami. Fascynacja postacią Piłsudskiego nie była przypadkowa. Już samo postawienie w centrum uwagi problemu niepodległości i to niepodległości, o którą trzeba i było walczyć głównie przeciwko Rosji, czyniło program i sylwetkę Piłsudskiego interesującymi. Ale nie tylko dla Czumów, Niesiołowskiego i Morgiewicza tworzenie konspiracji w warunkach, gdy całe otoczenie tej konspiracji nie rozumie, pogodziło się z niewolą, uważa konspiratorów za marzycieli i romantyków, przypominało bardzo warunki pracy twórców PPS. Pierwsze drukarnie, sprawy finansowe, kwestia kolportażu, brak wszystkiego i jednocześnie niezłomna wola działania i wiara w ostateczne zwycięstno, gdy sam Piłsudski pisał, drukowal i kolportował PPS-owskie gazetki, czyniły postać „Wiktora" patronem ruchu w jakimś sensie. [...]
 
Głośne i wyraźne stwierdzenie, że PRL nie jest państwem niepodległym, że właśnie przywrócenie niepodleglości jest warunkiem sine qua non - stało się naczelnym hasłem ruchu. Dziś wydaje się to oczywiste i przez nikogo pragnącego by traktować go poważnie, kwestionowane raczej nie jest. Pozostają dyskusyjne metody, środki, cele pośrednie, cala ogromna reszta, pozostaje, krótko mówiąc otwartym pytanie - jak tę niepodleglość najszybciej osiągnąć? [...]
 
Andrzej Czuma - urodzony w 1938 r, w Lublinie, w rodzinie inteligenckiej. Ojciec, Ignacy Czuma, był profesorem na KUL-u i posłem na Sejm R.P. z ramienie Stronnictwa Ludowo-Katolickiego. Prof. Czuma brał udział w antyhitlerowskim ruchu oporu, a po wojnie skazany został jako "pogrobowiec hitleryzmu" na 10 lat więzienia. Trzymany w bardzo ciężkich warunkach okrutnych stalinowskich więzień, wyszedł po 3 latach w wyniku interwencji Prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego w 1953 r. Wywarł ogromny wpływ na swoich synów. Twardy, odważny, bezkompromisowy, autentycznie głęboko wierzący, bez bigoterii i klerykalizmu, gorący patriota cierpiący za Polskę, a jednocześnie - jako wróg każdego kłamstwa - przeciwnik totalizmu.
 
Andrzej Czuma ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, studiował też historię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Już na studiach przeciwstawiał się fałszowaniu historii, czemu dał wyraz podczas spotkania na Jelonkach w Warszawie z autorem szkalującej Piłsudskiego międzywojenną Polskę książki - Stefanem Arskim, gdy atakował Arskiego za fałszowanie historii i jawną stronniczość. Wysportowany, bardzo silny, koleżeński i wesoły, był jednak Czuma konspiratorem nienajlepszym. Jako główny organizator i później koordynator ruchu pozostawiał zbyt wiele spraw niedokończonych i często bez stałego planu. Improwizował i zbyt wiele spraw załatwiał osobiście, to znowu w innych sytuacjach nadmiernie ufał lidziom nie zawsze na zaufanie zasługującym. Trzeba jednak paniętać o sytuacji, kiedy z reguły szybciej i prościej było wykonać coś samemu, niż ustalać to z wiecznie niezdecydowanymi, zalęknionymi i tym samym niepewnymi kolegami. Sytuacja w konspiracji częsta i prowadząca do nadmiernego przepracowania kilku głównych organizatorów.
 
Benedykt Czuma - urodzony w 1941 r. w Niepołomicach, ukończył Politechnię Warszawską (Wydział mechaniki precyzyjnej). Podobnie jak i brat Andrzej - odważny, głęboko wierzący. W pracy konspiracyjnej dokładny i systematyczny. Utworzył grupę ruchu w Warszawie, a później wywarł bardzo istotny wpływ na ukształtowanie się łódzkiego ośrodka. Mieszkanie B. Czumy było głównym lokalem ruchu w Łodzi i tu też, w piwnicy była schowana drukarnia, której nie udało się jednak, z uwagi na brak kilku istotnych elementów, uruchomić.
 
Byli bracia Czumowie nietypowi w swoim otoczeniu, na które silnie oddziaływali swoją głęboką wiarą w ostateczny triumf prawdy i dobra, i zgodnością słów i czynów - co zawsze musi imponować, stanowili dla wielu ludzi przesłankę nadziei, bo skoro wśród powszechnej rezygnacji i troski jedynie o swoje własne sprawy, są jeszcze ludzie gotowi tak jasno i zdecydowanie mówić prawdę i dla niej się poswięcić - nie wszystko stracone. Ruch określany bywał czasami jako znajdujący się pod wpływem braci Czumów, lub w którym decydujący głos należał właśnie do nich (proces ruchu był określany niekiedy, nawet w aktach sądowych, jako proces Andrzeja Czumy).
 
Marian Gołębiewski - urodzocy w 1911 r. w Płońsku, w rodzinie robotniczej, był nauczycielem. Ukończył podchorążówkę przed wojną, walczył w kampanii wrześniowej a następnie został internowany w Rumunii, skąd uciekł i przedostał się do armii polskiej we Francji. Po klęsce Francji znalazł się w Anglii, z której jako skoczek "cichociemny" wrócił do okupowanej Polski. Żołnierz Armii Krajowej, znany na Lubelszczyźnie pod pseudonimem "Ster" i "Irka". Po wojnie nie ujawnia się, lecz kontynuuje walkę organizując w 1ubelskim zbrojne oddziały. Sądzony w procesie I Zarządu WiNu, tzw. procesie Rzepeckiego; oskarżonymi byli wówczas: Jan Rzepecki, Antoni Sanojca, Jan Cergowski-Szczurek, Tadeusz Jachimek, Henryk Żuk, Kazimierz Leski, Józef Rybicki, Marian Gołęoiewski, Ludwik Muzyczka, Emilia Malessa. Prokurator zarzucał Gołębiewskiemu m.in. współudział w likwidacji posterunków MO w Grabowcu, Dęblinie, Nałęczowie i Hrubieszowie, gdzie ponadto oddział "Wygi" zdobył więzienie i uwolnił więźniów po1itycznych, zabójstwo sekretarza PPR we Frankopolu (gm. Biłgoraj) Stanisława Głucheckiego oraz funkcjonariuszy UB: Józefa Chmarzyńskiego, Aleksandra Grodka, Władysława Humbera oraz starosty Jacentego Wilka. Ponadto współudział w zdobyciu przez oddział "Wygi" 22 mln zł z KKO w Hrubieszowie, uwolnienie więźniów z więzienia w Tomaszowie Lubelskim, zniszczenie gorzelni w Szystowicach i zdobycie 800 litrów spirytusu, rozbijanie i atakowanie małych posterunków UB i MO oraz patroli milicyjnycb, zorganizowanie drukarni "Wirówka", wydawanie pism podziemnych ("Nowy nurt") i broszur. Za to wszystko M. Gołębiewski został skazany na śmierć, na mocy amnestii wyrok zamieniono następnie na bezterminowe więzienie.
 
A oto jedna z charaktarystyk Gołębiewskiego, wydana przez naczelnika więzienia w Lublinie 15 VI 1953 r., a więc po 8 prawie latach niewoli: "Marian Gołębiewski pochodzenia robotniczego o wykształceniu średnim, politycznie rozwinięty dobrze. Skazany z art. 86 i 90 KKWP na 15 lat więzienia z terminem odbywania kary - do dn. 3 II 1962 r. (kolejne zmniejszenie wyroku po amnestii w r. 1952). Do popełnionego czynu przyznaje się. Pod celą zacbowuje się źle, gdyż poucza więźniów jak należy prowadzić roboty dywersyjne, oraz wpaja w nich wrogość do ustroju PRL, za co był kilkakrotnie karany. Za popełnione przestępstwa skruchy nie okazuje. Do ustroju ustosunekowany wrogo. Do administracji więziennej odnosi się arogancko, jest więżniem niepoprawnym. Więzienie jako kara nie wpływa na niego wychowawczo". I jeszcze jedna opinia, tym razem wystawiona przez naczelnika więzienia w Sieradzu 8 II 1956 r.: "Marian Gołębiewski stara się być więźniem zdyscyplinowanym aby uśpić czujność administracji. W stosunku do personelu uważa się za człowieka wyższego, do przemian nie jest przekonany. W stosunku do współwięźniów utrzymuje solidaryzm i koleżeństwo z więźniami antypaństwowymi. Pracę wykorzystał, że mógł się poruszać po terenie dla dokonania ucieczki". W lutym 1956 r. M. Gołębiewski wraz z kilkoma więźniami (Z. Jankowski. K. Piotrowski) i strażnikiem (Eugeniusz Matusiak), który postanowił przyłączyć się do nich podejmują próbę ucieczki. Wiążą kilku wartowników, otwierają cele i wydostają się na zewnątrz. Nie mogą jednak otworzyć bramy, gdyż złamał się klucz, są ostrzeliwani z wieżyczki strażniczej. Po godzinie budynek zostaje otoczony przez oddziały milicji i wojska, a niedoszli uciekinierzy poddają się. Odbywa się rozprawa na terenie więzienia, mająca służyć steroryzowaniu pozostałych więźniów. Jest ten proces zupełną farsą, a Gołębiewski zostaje powtórnie skazany na dożywotnie więzienie. A jednak po kilku miesiącach, w wyniku fali odwilży, na podstawie amnestii z kwietnia 1956 r., opuszcza po 10 latach więzienie. Zamieszkuje w Warszawie, gdzie spotyka się z braćmi Czumami, z których ojcem znał się jeszcze z okresu okupacji hitlerowskiej. „Do przemian nie jest przekonany" - nadal. Podczas spotkań z mlodzieżą - której w domu Czumów jest zawsze pełno, opowiada o swoich przejściach (o karcerach, celach przesłuchań, o walce WiN-u i innych organizacji, o celach śmierci i o tym wszystkim, co władze za wszelką cenę starały się wymazać ze świadomości młodego pokolenia, a czego wymazać się nie udało.
 
Był Marian Gołębiewski jednym z twórców raczej niź organizatorów ruchu. bardziej inspiratorem i duchowym patronem niż czynnym działaczem, chociaż znajdował wspólny język z młodym pokoleniem to jednak - był już człowiekiem zmęczonym. Bolesław Stolarz zeznał w śledztwie, że to właśnie Gołębiewski był szarą eminencją i pogląd taki podzielało być może sporo spośród aresztowanych ruchowców.
Ruch nie był tworem Gołębiewskiego i nikt nie wydawał tu nikomu żadnych "dyrektyw", wszystkie działania były dobrowolne, a o ogólnym kierunku decydowali raczej bracia Czumowie, S. Niesiołowski i E. Morgiewicz. Nie było zresztą w pierwszych latach żadnych sporów i kontrowersji. Zaczęły się one dopiero po 1968 r., kiedy do ruchu weszła kilkunastoosobowa grupa uczestników studenckiego protestu w Łodzi.
 
Emil Morgiewicz - urodzony w 1940 r. w Wilnie w rodzinie inteligenckiej. Studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie zetknął się z Andrzejem Czumą. Skończył też studium dziennikarskie UW. Był działaczem studenckim o zainteresowaniach dziennikarskich. Rzeczowy, inteligentny, z poczuciem humoru, znał się nieźle na problematyce niemieckiej i w ogóle międzynarodowej. Raczej teoretyk niż działacz, uchodził za głównego ideologa ruchu i było coś słusznego w tej opinii, chociaż mówienie o takiej roli, wydaje się grubą przesadą. Sformułował Morgiewicz w 1966 r. krótki, jasny program, który wprawdzie nie został przyjęty jako program ruchu, ale który wywarł istotny wpływ na kształt polityczny całej formacji i był redaktorem odpowiedzialnym za "Biuletyn", do którego pisał znaczną część artykułów.
 
Stefan Myszkiewicz-Niesiołowski - urodzony w Kałęczewie koło Brzezin w 1944 r., w rodzinie inteligenckiej. Jego ojciec Janusz Myszkiewicz -Niesiołowski, brał udział w wojnie z Rosją w 1920 r., a także w wojnie z Niemcami w 1939 r., a podczas okupacji hitlerowskiej służył w Armii Krajowej. Po wojnie szykanowany przez UB jako "obszarnik”, wywarł istotny wpływ na poglądy i drogę życiową synów. Brat matki Niesiołowskiego, Tadeusz Łabędzki, działacz Narodowej Demokracji, redaktor „Wszechpolska" i żołnierz NSZ, został w okrutny sposób zamordowany przez funkcjonariuszy UB w Łodzi w 1945 r. Ciało nie zostało wydane rodzinie, prawdopodobnie z uwagi na ślady bicia i tortur i mimo wielo1etnich starań czynionych przez matkę i siostrę T. Łabędzkiego, już po 1956 r., nie udało się dokładnie wyjaśnić okoliczności śmierci, nie mówiąc oczywiście o ukaraniu winnych zabicia zakatowania w lochach UB niewinnego człowieka.
 
Pamięć o tym zadecydowała o stosunku S. Niesiołowskiego do systemu totalitarnej dyktatury. Już w szkole przeciwstawiał się fałszowaniu historii, a podczas studiów (wydział biologiczny Uniwersytetu Łódzkiego) wystąpił na wiecu studenckim z obroną orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich. Był aktywnym działaczem Duszpasterstwa Akademickiego. Wspólnie z kolegami ze studiów organizował kolportowanie w Łodzi tekstów krytykujących wewnętrzną i zagraniczną politykę Władysława Gomułki.
 
Stefan Niesiołowski był organizatorem łódzkiej grupy ruchu i zajmował się głównie sprawami praktycznymi, technicznymi i organizacyjnymi. Do dyskusji programowych nie przywiązywał większej wagi, uważając że czas i tak wszystko zmieni, a samo życie napisze najlepszy program. Interesowały go natomiast finansowe zabezpieczenie ruchu, maszyny, zorganizowanie własnych powielaczy, drukarni, kontaktów z zagranicą, sieci łączności.
 
Jako konspirator nienajlepszy, gdyż zbyt ufający ludziom i dopuszczający zbyt wiele osób do różnych tajemnic i sekretów, potrafił natomiast oddziaływać na ludzi w sensie pozyskiwania ich dla ruchu, rozpraszania ich wątpliwości. Czasami zbyt pragmatyczny, lekceważący wszystko, co nie przynosiło doraźnego efektu, zapatrzony jedynie w skuteczność, powtarzający, że interesują go jedynie maszyny, powielacze i pieniądze, w czym niezupełnie przesadzał - potrafił jednak zapewnić dość solidną bazę techniczną i utworzyć kilka grup funkcjonujących przez pewien okres czasu zupełnie sprawnie.
 
Spotkanie się Czumy, Gołębiewskiego, Morgiewicza i Niesiołowskiego musiało doprowadzic do powstania jakiejś tajnej organizacji, gdyż nie istniał dla nich w ogóle problem czy należy przeciwstawiać się totalizmowi, a wyłącznie - w jaki sposób to czynić?

DEKLARACJA POGRAMOWA „MIJAJĄ LATA”

W 1967 r. trwały głównie dyskusje programowe i spotkania, na których zastanawiano się nad szczegółami związanymi z dzlałalnością bieżącą. Do ruchu przyłączyli się w tym czasie m.in. Stanisław Schodziński, student chemii na Politechnice Łódzkiej, Jerzy Stasiak, pracownik tej Politechniki, Jacek Bartkowiak, asystent Uniwersytetu Łódzkiego i Czcibora Iżycka - koleżanka S. Niesiołowskiego z okresu studiów. Grupa łódzka stała się grupą najliczniejszą. W Gdańsku działał Henryk Kałdun-Podlaski, a w Lublinie Andrzej Lulek i Jan Gonet, student socjologii na KUL-u, Wojciech Mantaj wyjechał do Skierniewic, gdzie otrzymał pracę W Instytucie Warzywnictwa SGGW. W Skierniewicach, razem z Mantajem, działał pozyskany przez niego Adam Więckowski. Zespół ten przygotowywał zakupienie ziemi i założenie przedsiębiorstwa rolniczego, które byłoby finansowym zapleczem ruchu. S. Schodziński przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie rozpoczął pracę w Bydgoskich Zakładach Przemysłu Gumowego i po kilku miesiącach utworzył tam grupę ruchu, w której główną rolę odgrywali, poza nim, Roman Benedict, Jerzy Ptaszyński i Bogusław Kościelecki. Grupa ta, złożona z samych inżynierów, miała opracować seryjną produkoj powielaczy na potrzeby planowanego biuletynu. W Warszawie działali Grzegorz Dzięglewski, Edward Piotrowski i Jan Długołęcki oraz dwie osoby, które nie zostały ujęte przez SB, więc nie ma potrzeby ujawniania ich nazwisk. Ponadto Andrzej Czuma twierdził, że istnieją grupy w Toruniu, we Wrocławiu, na Sląsku i w kilku innych miastach, a Marian Gołębiewsti zapewniał o poparciu i pewnej pomocy materialnej oraz organizacyjnej, której udzielają ruchowi ludzie związani z działalnością Armii Krajowej i WiN-u, którzy jednak nie włączają się bezpośrednio do działań. [...]
 
O ile poglądy ludzi należących do ruchu były w zasadniczych sprawach zbieżne, o tyle nie było zgody co do tego jaki winien być program ruchu, ani też jakie właściwie są jego cele. Podczas kilku zebrań aktywniejszych przedstawicieli różnych grup, które to zebrania ze względu na udział w nich osób z różnych rejonów kraju, nazywano zjazdami, dyskutowano głównie o programie i sprawach organizacyjnych. Udział brali  w nich z reguły: Andrzej Czuma. Benedykt Czuma, Marian Gołębiewski, Bolesław Stolarz, Emil Morgiewicz, Stefan Niesiołowski, Stanisław Schodziński, a także, chociaż nie we wszystkich zjazdach. Wojciech Mantaj,Wojciech Majda, Jacek Bartkowiak. Jedynie na ostatnim zjeździe w czerwcu 1969 r. znalazło się kilka innych osób.
 
 Cele ruchu w 1967 r. Andrzej Czuma, określał jako skupianie sił, środków, ludzi, po to, by w odpowiednim momencie wystąpić wobec społeczeństwa z konkretnym programem propozycji zmian i reform, których przyjęcie prowadziłoby do powstania niepodległego państwa polskiego, do powstania Polski wolnej i demokratycznej. W tym celu należy już obecnie pracować nad poszerzeniem własnej wiedzy o totalizmie i przekonywująco wyłożyć przyczyny, dla których pod rządami PZPR kraj zmierza do ruiny i upadku. Trzeba wprowadzić swoich ludzi do możliwie wielu środowisk, zwłaszcza środowisk wpływowych, zdobywać ważne dla nas informacje, należy za wszelką cenę dążyć do utworzenia grup ruchu także wśród robotników, aby zerwać z będącą na rękę totalizmowi izolacją robotników od inteligencji i wzajemnych ich konfliktach, skłóceniem tych grup. Ponadto A. Czuma zwrocił uwagę na konieczność wytwarzania w środowisku ruchu poczucia wzajemnej więzi, sympatii i koleżeństwa, świadomości, że każdy z nas jest tym, na kogo wszyscy pozostali mogą liczyć w każdej sytuacji. Konieczne jest także zdobywanie materialnych przesłanek działania. W dyskusji zwracano uwagę, że nie jesteśmy w stanie przeciwdziałać degradacji społeczeństwa, ruinie kraju, że w tej chwili nie możemy zrobić nic, aby zapobiec dalszemu upadkowi gospodarczemu, kłamstwom propagandy, oszukiwaniu ludzi. Jednak przynajmniej wewnątrz ruchu powinien być "czysty", a to oznacza, że w naszych tekstach nie może być kłamstwa i nienawiści, nie powinno być wyrażeń epitetalnych i naginania faktów na naszą korzyść. Ruch będzie szkołą kadry przyszłych działaczy politycznych. W przyszłości podejmiemy próby poruszenia społeczeństwa do aktywniejszego domagania się swoich praw, do roztoczenia kontroli nad samowolnymi i opłakanymi decyzjami grupy rządzącej. Na temat spraw organizacyjnych mówił z reguły Stefan Niesiołowski, który reprezentował środowisko łódzkie - w tym czasie najliczniejsze i najaktywniejsze. Niesiołowski zawsze i nieodmiennie mial pretensję do innych środowisk o bierność i nieprzejawianie żadnej inicjatywy w działaniu, mówił o konieczności organizowania wreszcie własnej pracy, o przestrzeganiu bardziej dyscypliny wewnętrznej, o pladze spóźniania się i niestawiania na zebrania, wreszcie o tworzeniu nowych grup, jeśli się nie chce uczynić z ruchu czegoś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji.
 
Powołano w 1966 r. zespół programowy, w skład którego weszli A. Czuma, E. Morgiewicz i S. Niesiołowski. Zespół ten miał przedstawić w możliwie krótkim czasie projekt programu rozesłany następnie do poszczególnych grup i po dyskusji ewentualnie zatwierdzony. Pierwotny program bowiem przedstawiony uczestnikom zjazdu przez Emila Morgiewicza, został odrzucony w całości jako zbyt postulatywny, za krótki, dobry może na treść ulotki, ale nie jako deklaracja całego ruchu. Warto jednak fragmenty opracowania Morgiewicza przytoczyć. „Bezwzględną koniecznością staje się przywrócenie władzy narodowi i odebranie jej kierownictwa PZPR. Naród będzie sprawował władzę przez swoich przedstawicieli stanowiących ciało ustawodawcze - Sejm. Nowa ordynacja wyborcza stworzy warunki do wysuwania kandydatów na posłów bezpośrednio przez obywateli. Dotychczas kandydatów takich może jedynie wysuwać tzw. Front Jedności Narodu, a faktycznie kierownictwo partii. Sądownictwo będzie uwolnione z więzów politycznych, nakazów partii i poddane zostanie głębokiej przebudowie. Będzie prawdziwie niezawisłe. Polska gospodarka narodowa zostanie uwolniona raz na zawsze od wszystkich dogmatów politycznych i ekonomicznych. Działacze partii będą pozbawieni kierownictwa gospodarką narodową".
 
E. Morgiewicz mówił także wprost o konieczności rozwiązania PZPR, likwidacji Rady Państwa i CRZZ, wszystkich młodzieżowych przybudówek i innych tworów o charakterze atrap. Twierdził, że powinny zostać wskrzeszone partie polityczne o wspaniałych tradycjach wciąż żywych w Polsce - PPS i PSL, a społeczeństwo w wolnych wyborach wypowie się za właściwym systemem politycznym. Postulował powołanie specjalnego trybunału, który zajmie się sądzeniem ludzi odpowiedzialnych za doprowadzenie kraju do upadku, a narodu do nędzy wskutek podejmowania decyzji "sprzecznych z polską racją stanu i podstawowymi interesami narodowymi".
 
Cbociaż tekst Morgiewicza nie został przyjęt, to jednak język niektórych sformułowań stał się językiem ruchu, zwłaszcza przyjęło się słowo "atrapa", dla okreś1ania przede wszystkim administracji państwowej PRL. Ponadto pod wpływem języka prasy chińskiej, były to lata 1967/68 - prawie apogeum konfliktu chińsko-sowieckiego, przyjęto termin sowiecki imperializm, w skrócie sowimperializm lub sowietimperializm (termin chiński: socjalimperializm). Uznano także, że chociaż język dokumentu nie będzie zawierał inwektyw i epitetów, to jednak musi to być język wolny od eufemizmów i całego bełkotu nowomowy, od tego wszystkiego, czego pełno jest w każdej wydawanej przez komunistów gazecie, w każdym przemówieniu czy referacie i co czyni prasę komunistyczną jednostajnie beznadziejnie nudną i przerażająco wypraną z prawdy i autentyzmu. Program miał być deklaracją ludzi całkowicie odpornych na oficjalną propagandę i nie traktujących doktryny marksistowskiej jako słusznej w swych zasadniczych założeniach a jedynie "wypaczonej", "źle realizowanej", lecz złej totalnie i sprzecznej z humanistyczną tradycją myśli europejskiej. W ruchu skupiali się - przynajmniej do 1968 r. - głównie ludzie pozostający całkowicie na zewnątrz tradycji socjalizmu naukowego i partii komunistycznej. Nie było nigdy mowy o jakiejś dobrej frakcji PZPR, o szansach na dojście do władzy ludzi rozsądnych, którzy z pobudek patriotycznych podejmą szczere dzieło odbudowy i reformy. Uważano, że takich ludzi w partii zasadniczo być nie może, a jeśli nawet jakimś zrządzeniem losu byli, przetrwali i w dodatku - co zupełnie nieprawdopodobne - bez nacisku społecznego doszli do władzy, to szybko pod presją PZPR musieliby ze swojego programu reformy zrezygnować. PZPR nie jest bowiem i nigdy nie była partią suwerenną. Bardzo wiele sporów wywoływało samo określenie systemu panującego w Polsce, jak również ludzi sprawujących władzę. Z różnych powodów nie było zgody na ciągłe używanie słowa "totalitaryzm", gdyż wydawało się autorom programu, że określenie to nie jest powszechnie znane i jednoznacznie rozumiane. Ponadto należało stosować kilka terminów ze względów stylistycznych. Wszystko to, jak również powód zasadniczy - brak ludzi, a więc prowadzenie przez zespół programowy całej praktycznie działalności bieżącej, bardzo przedłużało pracę nad tekstem. Wstępne tezy zostały przedstawione późną wiosną 1967 r. i na początku 1968 r. Za przepisanie w dużej ilości tekstu programu odpowiedzialny był Wojciech Majda. Ale nigdy praktycznie tego zadania nie wykonał i dopiero B. Czuma i S. Niesiołowski na pożyczonej maszynie przepisali większą ilość tekstów i wówczas zostały one rozwiezione do wszystkich ośrodków. Uwag krytycznych zasadniczo nie było. Całą krytykę systemu władzy w Polsce najtrafniej określił S. Schodziński cytując "Nowe Ateny" - koń jaki jest, każdy widzi. Część osób uznała w ogóle tak obszerną krytykę totalizmu za zbyteczną i domagała się skoncentrowania uwagi jedynie na częsci pozytywnej deklaracji. Generalnie unikano określenia "program", a używano częściej terminu deklaracja, chcąc jak gdyby podkreślić tymczasowy, luźny charakter tego dokumentu.
 
Zastrzegano się, że jest to przecież jedynie dokument ogólny, nie ostateczny, który pozwoli jakoś wyraźniej się odszukać i zintegrować, że do ruchu może przyłączyć się każdy i że ruch pozostaje otwarty dla wszystkich gotowych do walki z systemem totalitarnym. Zasadniczo ruch określał się jako grupa pragnąca działać na rzecz odzyskania niepodległości, odbudowy Polski demokratycznej, z wolnymi wyborami jako gwarancją wszelkich wolności i praw obywatelskich, jednocześnie Polski z silną władzą wykonawczą (w czym był wyraźny ślad myśli J. Piłsudskiego, chociaż jego nazwisko nigdzie w dokumentach ruchu wymieniane nie bylo), Polski jako państwa bez cenzury, więźniów politycznych, przemocy. Miała być nowa Polska państwem praworządnym, nawiązującym do tradycji chrześcijańskiej Europy, ale jednocześnie sprzymierzonym z innymi państwami narodów Europy Środkowo-Wschodniej. Powstanie takiego bloku miało gwarantować pokój, dobrobyt i wolność w tej części świata. Polska powinna żyć w przyjaźni ze wszystkimi krajami, zwłaszcza z Rosją, ale z pełnym poszanowaniem suwerenności. Ekonomia miała być oddzielona od polityki, a wszelkie dogmaty ideologiczne, jako fałszywe, odrzucone raz na zawsze. Kościół zostałby oddzielony od państwa, ale oczywiście miało to oznaczać pełne poszanowanie tak osób wierzących jak i niewierzących i każdego wyznania. Był to zbiór zasad, które spisane razem wyrażały poglądy większości osób dzialających, a może tylko część tych osób, bo znaczna część - co wykazało śledztwo, proces i lata późniejsze - chyba nie bardzo rozumiała o co właściwie ruch walczył i jaki naprawdę był jego program. Dla wielu osób ruch była to chyba przede wszystkim romantyczna przygoda przeciwstawiania się złu i przemocy, robienie wreszcie czegoś konkretnego zamiast ustawicznego, jałowego rozmawiania o polityce. Trudno dokładnie dziś stwierdzić na ile istniało w ruchu zainteresowanie celami działania i jak duża była znajomość założeń programowych. W warunkach konspiracji, przy istnieniu małych grup, często w ogóle nie można się zorientwać co ludzie myślą, a nawet czy czytają projekty i założenia wstępne. Jedno nie ulega wątpliwości - wszyscy byli przeciwnikami obłudy i kłamstwa, które przeniknęło do wszystkich dziedzin życia kraju. To właśnie stanowiło o sile i jakimś powodzeniu ruchu. Teksty przywożone przez wysłanników z Warszawy i Łodzi były wolne od bełkotu "Trybuny Ludu", Od półprawd i ćwierćprawd, od ciągłego cytowania przemówień I sekretarza, i chociaż wobec przemocy policyjnego państwa wydawało się, że to, co proponuje deklaracja ruchu jest śmieszne w swoim oderwaniu się od rzeczywistości i nigdy nie doczeka się realizacji, w każdym razie nie dożyją tej realizacji autorzy - to jednak ruch rozwijał się nieustannie.
 
Na kolejnym zjeździe w Warszawie, w mieszkaniu A. Czumy przy ul. Srebrnej uchwalono wreszcie deklarację, nazwaną potem od pierwszych słów tekstu „Mijają lata". Autorem tekstu był głównie A. Czuma, on też był zasadniczo autorem części merytorycznej. W tym sensie można mówić, jak to czasem miało miejsce później, o ruchu Andrzeja Czumy. Na ostateczny kształt deklaracji wpływ mieli również E, Morgiewicz, B. Czuma, S. Niesiołowski, których ówczesne poglądy tekst ten dość dokładnie odzwierciedlał. Jest jednak ta deklaracja dość wiernym odbiciem poglądów także i innych osób tworzących konspirację ruchu. Dziś, sądząc przynajmniej z ich późniejszych wypowiedzi, artykułów i opracowań, a także z całej późniejszej działalności, mało kto z nich podpisałby się pod deklaracją „Mijają lata” bez zastrzeżeń. Mogą dziś razić pewne naiwności, niekonsekwencje i wyraźne braki - jest to los zresztą prawie wszystkich tekstów programowych, weryfikowanych bezlitośnie przez czas i wydarzenia. [...]

RUCH A MARZEC

[...] Ruch całkowicie zaskoczony i nieprzygotowany udzielił w miarę swoich niewielkich możliwości pomocy i wsparcia studentom. Większa część osób zorganizowanych w ruchu miała już studia za sobą. Na Październik byliśmy za młodzi, na Marzec - za starzy, mówił Emil Morgiewicz. Pracownicy wyższycz uczelni należący do ruchu brali oczywiście udział we wszystkich akcjach wspólnie ze studentami. Poszczególne grupy - nie czekając na stanowisko ruchu jako całości (takiego stanowiska zresztą nie przedstawiono, bo wydarzenia biegły tak szybko, że nie sposób było zwoływać zebrań przedstawicieli z różnych miast), kolportowały ulotki, malowały napisy i brały udział we wszystkich możliwych działaniach i demonstracjach. Chociaż postulaty studenckie okazały się daleko skromniejsze od zalożeń programowych ruchu i chociaż w Marcu śpiewano na uczelniach "Międzynarodówkę", której nikt w ruchu nie miał zamiaru śpiewać raczej nigdy - to byl to zryw wolnościowy, a więc tym samym zaslugujący na poparcie. Postulaty Marca - jakieś beznadziejnie skromne - to apelowanie do "prawdziwego socjalizmu", który jest "piękny i tylko trzeba go realizować, to omijanie spraw zasadniczych, krytyka tylko skutków, np. nieposzanowania autonomii wyższych uczelni, a nie przyczyn - totalitarnego charakteru systemu. Tym niemniej wokół tych właśnie haseł grupowała się młodzież i to miało w danej chwili największe znaczenie. Dla działaczy ruchu nie było istotne czy za demonstrującą i bitą młodzieżą nie kryją się partyjne koterie, czy cały ten protest nie jest wywołany bądź wykorzystywany do wewnątrzpartyjnych porachunków.
 
Na murach uczelni pojawiły się napisy i hasła, ale wśród nich nie znalazła się deklaracja „Mijają lata”. Ogromna większość członków ruchu uznała, że na ogłoszenie deklaracji jest za wcześnie, byłaby to nie potrzebna dekonspiracja, bo cele ruchu sięgają dalej.
 
Niektórzy członkowie byli do tego stopnia zdezorientowani i nieświadomi tego, co się dzieje, że uważali, że cały Marzec to dzieło ruchu i składali sobie gratulacje. Przyjęło się wówczas wśród ruchowców powiedzenie: działaj, ale za żadną cenę nie daj się złapać. Andrzej Czuma zapewniał wszystkich z grupy warszawskiej i lódzkiej, że nie możemy ujawnić się i zakończyć działalności, bowiem chcemy wydawać pismo i powinniśmy się zająć przygotowaniami do tego. Stał się więc Marzec 68 głównie "poligonem pierwszego poważniejszego działania, miejscem nauki jak rozlepiać ulotki, jak dyskutować z przeciwnikiem, obalać argumenty wroga, uzasadniać własne, a co najważniejsze - protest studencki ujawnił istnienie ludzi i całych środowisk, które stanowić mogły w przyszłości poważny czynnik oddziaływujący na sytuację w Polsce w kierunku demokratyzacji. Jednak ruch nie dotarł do głównych uczestników i organizatorów Marca. Stało się tak przede wszystkim z obawy, że ludzie, którzy się już ujawnili, których nazwiska wymieniano codziennie w gazetach i którzy zresztą już po pierwszych wiecach zostali aresztowani i później skazani, nie mogą włączyć się do konspiracji jako dobrze znani policji politycznej i będący pod stałą raczej obserwacją. Było to założenie logiczne. Ale nie nawiązanie żadnych kontaktów, nie dotarcie do rodzin uwięzionych, nie wysondowanie nawet możliwości jakiejkolwiek współpracy i informowania się przynajmniej o istnieniu i celach działania było błędem. W jakimś sensie rozchodziły się drogi demokratycznej opozycji już wówczas. Zaciążyła nad ruchem sztywna koncepcja konspiracji, konspiracji za wszelką cenę. Zabrakło wyobraźni i przenikliwości, co spowodowało z kolei opóźnienie procesu rozwoju opozycji o kilka lat. Lat straconych. Chociaż ruch bardzo trafnie przewidział, że nie ma co liczyć na wewnątrzpartyjną demokratyzację, chociaż atakował system monopartyjny, domagał się wolnych wyborów jako rzeczy oczywistej. Czerpał inspirację nie z „Międzynarodówki", ale z "Jeszcze Polska nie zginęła" i "Boże, coś Polskę", od razu domagał się tego, czego opozycja lat 70-tych domagała się dopiero dziesięć lat później, to jednak Marca nie wykorzystał w pełni, a nawet można zaryzykować twierdzenie, źe Marzec jakby trochę przegapił. Inna sprawa to świadomość niebezpieczeństwa wiążącego się z nawiązywaniem kontaktów, a także przekonanie, że protest studencki jest spontaniczny i niestety organizacyjnie efemeryczny. Uczelnie zostały spacyfikowane, przywódcy i wybrani reprezentanci uwięzieni lub relegowani, wielu naukowców zdecydowało się na emigrację, a po wakacjach wszystko wróciło już do dawnej stagnacji. Przynajmniej tak się wydawało. Natomiast ruch pozostał. W tym sennie, będąc strukturą zorganizowaną, miał przewagę i stawał się siłą przyciągającą tych zwłaszcza uczestników Marca, którzy pragnęli kontynuować rozpoczętą walkę o inną, lepszą Polskę. W Łodzi do ruchu weszło w 1968 r. kilku nowych uczestników studenckiego protestu. Byli to przede wszystkim studenci Filologii Polskiej UŁ: Stefan Turschmid, Witold Sułkowski, Jacek Bierezin, Ewa Sułkowska-Bierezin, Wojciech Drozdek, Joaona Seczęsna, a także dziennikarka Elżbieta Łukasiewicz-Nagrodzka. Osoby te wprowadziły do ruchu dalszych uczestników, m.in. Barbarę Wińczyk z Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej, Jerzego Bergiela z tego samego wydziału, Lucynę Paszkowską pracującą w Centralnym Laboratorium Przemysłu Dziewiarskiego i Pończoszniczego, Mirosławę Grabowską referentkę d/s ekonomicznych w Zakładach Przemysłu Pończoszniczego "Zenit" i Marka Kruzerowskiego, studenta Wydziału Prawa UŁ. Grupa skupiona wokół Turschmida odegrała główną rolę w zdynamizowaniu łódzkiego środowiska. Sam Turschmid - doskonały organizator, dokładny, punktualny, słowny, sumienny, a przy tym oczytany, o dużej wiedzy, znający historię, ponadto odważny i spokojny, nie tracący prawie nigdy zimnej krwi, wywierał duży wpływ na funkcjonowanie całego ośrodka. Witold Sułkowski był specjalistą od spraw programowych i teoretycznych. Zasadniczo niechętny odwoływaniu się do tradycji uważał np., że Armia Krajowa przegrała w konfrontacji z PPR dlatego, że miała przestarzałą ideologię. W działaniu jednak się Sułkowski nie sprawdzał. Joanna Szczęsna nie wyróżniała się w ruchu i może pozostawałaby niezauważona, gdyby nie jej piękna, odważna postawa w śledzwie i później na procesie, kiedy zdecydowanie broniła swoich poglądów i twierdziła, że czyniła dobrze, tak, jak nakazywało jej sumienie. W opozycji lat 7O-tych i później była Szczęsna bardzo aktywna, ujawniając wielki talent dziennikarski, jak i orgeuizacyjny. Jacek Bierezin już przyłączając się do ruchu był wybijającym się młodym poetą, laureatem kilku nagród. [...]
 
DZIAŁANIA

 Pierwszy powielacz zdobyła dla ruchu Czcibora Iżycka, wynosząc go z pomieszczenia Spółdzielni Lekarzy Specjalistów w Łodzi gdzie pracowała. Był to spirytusowy powielacz marki „Finez” i na nim później odbijano biuletyny i większość wydawnictw.
 
Następną akcję wykonał Andrzej Czuma i Grzegorz Dzięglewski w Warszawie, wynosząc powielacz z siedziby Wojewódzkiego Zarządu Dróg Publicznych. Przez cały właścinie rok 1969 grupa łódzka przeprowadzała w różnych instytucjach akcje zdobywania maszyn i innych środków koniecznych do działalności wydawniczej. W akcjach tych udział brali przede wszystkim Stefaa Niesiołowski, który maszyny wynosił, Benedykt Czuma, Marek Niesiołowski i Stefan Turschmid, którzy dorabiali klucze (zwłaszcza B. Czuma), a ponadto Jerzy Bergiel, Mirosława Grabowska, Lucyna Paszkowska, Janusz Kenic, Marek Kreuzerowski, Elżbieta Łukasiewicz-Nagrodzka, Wojciech Mantaj, Wojciech Drozdek, Joanna Szczęsna, Edward Piotrowski, Jan Dugołęcki i inne osoby.
 
Najbardziej dramatyczny przebieg miała akcja na Uniwersytecie w Łodzi. Benedykt Czuma razem z Markiem Niesiołowskim weszli na trzecie piętro po rusztowaniach, następnie wycięli szybę, weszli do budynku, przedostali się do pomieszczenia, w którym stała maszyna, zabrali ją i z ciężką torbą, z trudem przeciskając się przez małe okno, zeszli z powrotem po rusztowaniach na ziemię. Na tym jednak cała rzecz się nie skończyła. Teraz maszynę przejęli Stefan Niesiołowski, Janusz Kenic i Elżbieta Nagrodzka, którzy przez pola i boczne uliczki dostali się do mieszkania Benedykta Czumy, kryjąc się po drodze w wysokich trawach i przed reflektorem milicyjnego samochodu patrolowego. Milicja na pewno zatrzymałaby idących nocą młodych ludzi, w dodatku z ciężką torbą. [...]
 
W czerwcu 1969 r. odbył się w Warszawie w mieszkaniu Emila Morgiewicza kolejny zjazd ruchu, jak się później okazało - zjazd ostatni. Udział wzięli: Andrzej Czuma, Marian Gołębiewski, Bolesław Stolarz, Benedykt Czuma, Stefan Niesiołowski, Emil Morgiewicz, Witold Sułkowski, Henryk Kałdun-Podlaski, Andrzej Lulek, Stanisław Schodziński, Elżbieta Nagrodzka, która protokółowała, Jacek Bartkowiak, a także inne osoby, których Służbie Bezpieczeństwa nie udało się wykryć i których nazwiska w związku z tym nie mogą na razie zostać ujawnione. Zjazd był bardzo dobrze zorganizowany, rozpoczął się rano i trwał do późnego popołudnia. Zdecydowaną przewagę miała grupa łódzka, co odpwiadało faktycznemu stanowi rzeczy, grupa warszawska wzmocniła się znacznie dopiero w 1969 r. Referat wprowadzający wygłosił Andrzej Czuma, który przypomniał główne zarzuty wobec totalitarnej dyktatury i konieczność walki o niepodległą Polskę. Stwierdził, że w wyniku jałtańskiej zdrady Anglii i Stanów Zjednoczonych Polska utraciła niepodległość i jest obowiązkiem generacji urodzonych i wychowanych w niewoli o tę niepodległość walczyć. Stwierdził, że ruch jest zjawiskiem nowym i nie miał właściwie poprzedników, nie jest w żadnym wypadku kontynuacją Armii Krajowej ani też konspiracji powojennych, chociaż czerpie z tamtych czasów wzory i oddaje wielki hołd ludziom, którzy mieli odwagę narażając życie, walczyć przeciwko najgorszemu despotyzmowi i bezprawiu. Dodał następnie, że chociaż zmieniły się nieco metody, to jednak cele grupy rządzącej Polską są niezmienne, celami tymi zaś są: ogłupianie społeczeństwa, zagonienie ludzi do pracy, ale owoce tej pracy przywłaszcza sobie grupa rządząca, która rządzi w niekontrolowany i samowolny sposób. Środki przekazu, które są własnością społeczną, stały się jedynie tubą propagandową reżimu, a wolność słowa zapisana w konstytucji jest zupełną fikcją. W tej sytuacji ruch pragnie skupić ludzi myślących samodzielnie, wszystkich, którym jest droga przyszłość ojczyzny. Nie są istotne szczegółowe poglądy ani przekonania. Ruch nie jest instytucją związaną z Kościołem i nie nawiązuje do programu dawnej przedwojennej chadecji, jest natomiast wspólnotą ludzi pragnących jednoczyć swoje wysiłki dla przeciwstawienia się zgubnej dla narodu i państwa polityce władz. Odrzuca jako przestarzałe i bałamutne takie pojęcia, jak "socjalizm", "kapitalizm", "lewica" i "prawica", odrzuca całą doktrynę marksistowską jako nieludzką, prowadzącą do zbrodni, a przy tym służącą jedynie jako parawan dla wyzysku. Powinniśmy opracować szczegółowy program propozycji ekonomicznych, politycznych, prawnych, aby w momencie właściwym przedstawić je społeczeństwu. Do tego celu potrzebna jest dyskusja. „Tę dyskusję będziemy prowadzić na razie wewnątrz ruchu, z czasem powstanie być może szansa na pozyskanie ludzi, którzy dziś boją się do nas przystąpić, ale w gruncie rzeczy podzielają nasze zdanie, nasze założenia." Ludzie ci, mówił A. Czuma, będą służyć ruchowi wiedzą i doświadczeniem. Na zakończenie dodał, że odrzuca jako służące jedynie grupie rządzącej, różnego rodzaju straszaki i wymyślone niebezpieczeństwa ze strony rewizjonizmu niemieckiego, kapitalizmu, lub - jak kto woli - imperializmu. [...]

BIULETYN

Następował powolny, ale stały rozwój. Na przełomie 1969/70 r. powiększyła się grupa warszawska. Przyłączyli się Wiesław Kęcik, Wiesław Jan Kurowski (odegra później rolę złowrogą) i Marzena Górszczyk, którą do ruchu wprowadził Janusz Kenic za pośrednictwem Stefana Niesiołowskiego i która poświęciła się działalności opozycyjnej całym sercem. Kilka dni przed aresztowaniem, na zebraniu w Warszawie, na którym omawiano szczegóły akcji „Poronin", pozna Wiesława Kęcika, do którego będzie pisywała listy do więzienia w Barczewie i z którym weźmie po jego wyjściu ślub. Marzena Górszczyk wprowadziła do ruchu kilka dalszych osób.
 
Grupa warszawska uruchomiła jesienią 1969 r. wydawanie "Biuletynu". "Biuletyn" był odbijany na powielaczu spirytusowym, a miejscem drukowania była plebania w Piastowie, którą udostępnił dla ruchu ks. Sebastian Koszut. Drukował Alojzy Koszut, student, a następnie nauczyciel matematyki w Technikum Gastronomicznym w Warszawie, brat ks. Sebastiana. Dla zmylenia Służby Bezpieczeństwa pierwszy numer oznaczony został od razu jako ósmy, ale dalej nie stosowano takich przeskoków. Numer miał kilkanaście a często ponad 20 stron i był zupełnie czytelny, chociaż różnił się oczywiście technicznie in minus od średniej prasy opozycyjnej lat 70-tycb. Nakład "Biuletynu" wynosił na ogół kilkaset egzemplarzy i był wśród ruchowców rozprowadzany bezpłatnie.
 
Pierwszy numer „Biuletynu" został wydrukowany w nakładzie 280 egzemplarzy, ostatnie numery miały nakład 450-500 egzemplarzy. Niektóre numery rozkolportowane zostały w 100, niektóre w 90%. Z ostatniego numeru SB zabrała z powielarni w Piastowie około 40 proc. nakładu. Najtrudniejszą rzeczą okazało się załatwienie kalki hektograficznej, koniecznej do sporządzania matryc. O matryce, które w PRL są jak wiadomo kontrolowane właśnie w obawie władz przed złamaniem przez społeczeństwo monopolu informacji, toczył E. Morgiewicz i redakcja "Biuletynu" ciągłe walki.

KONTAKTY Z EMIGRACJĄ
 
Zimą 1969 r. Andrzej Czuma, Stefan Niesiołowski, Emil Morgiewicz i Benedykt Czuma uzna1i, że nadszedł czas, aby spróbować nawiązać kontakt z emigracją. Przedtem kontakt taki był niewskazany, gdyż ruch obawiał się zarzutu, że niczego jeszcze nie dokonawszy już domaga się wsparcia i prosi o pomoc.
 
Benedykt Czuma, w wyniku swoich powiązań rodzinnych, spotkał się z przebywającymi w Rzymie działaczami Stronnictwa Pracy - Stanisławem Gebhardtem i prezesem Stronnictwa Karolem Popielem. W kilku rozmowach z Gebhardtem - emigrantem z Polski, którą opuścił jeszcze w latach 40-tych, Benedykt Czuma przedstawił zasadnicze założenia deklaracji programowej ruchu, a także zarys struktury. Czuma poinformował, że ruch pragnie w miarę swoich sił skupić tych wszystkich, którzy są przewini totalizmowi, określił koncepcje ruchu jako opierające się na przekonaniu, że moralność dążących do likwidacji wszystkich niezależnych inicjatyw sprawiało, że nikt chyba z czołowych działaczy emigracyjnego stronnictwa nie żywił złudzeń co do deklaracji i zapewnień komunistów.
 
B. Czuma ustalił z Gebhardtem, że należy koniecznie podtrzymywać kontakty pomiędzy działaczami krajowej opozycji a emigracją. W tym celu ruch w niedługim czasie wskaże osoby, które otrzymają zaproszenie na kilkumiesięczny pobyt w Europie Zacbodniej. Stroną materialną tego przedsięwzięcia miało się zająć ugrupowanie Popiela. Omówiono szereg spraw technicznych związanych z zaproszeniami, a także pewną pomoc finansową dla ruchu i chociaż ta - siłą rzeczy - nie mogła być duża, jako że Stronnictwo Pracy samo właściwie pomocy finansowej potrzebowało. Pobyt na Zachodzie działaczy ruchu, poznanie tamtejszych instytucji i mechanizmów funkcjonowania demokracji, a także polskiej emigracji politycznej, jej głównych działaczy, zasadniczych ugrupowań emigrację tworzących, wreszcie nauka języków i ogólne "otrzaskanie się" w Świecie miałyby duże znaczenie dla - siłą rzeczy ograniczonych w swoim widzeniu wszystkich spraw - ruchowców.
Pierwszym kierowanym przez ruch do Włoch stypendystą miał być Emil Morgiewicz, ale chociaż zaproszenie zostało wysłane, Morgiewicz wyjechać nie zdążył, gdyż w czerwcu 1970 r. został aresztowany.
 
Był niewątpliwie pobyt B. Czumy we Włoszecb sukcesem, chociaż w pierwszej chwili niewiele zmienił. Posiadanie jakicbś kontaktów i znajomości na Zacbodzie, a w perspektywie poważniejsza poooc stamtąd - czyniło ruch znacznie silniejszym. Gebhardt nie wykluczał także pomocy technicznej - maszyn oraz małych, sprawnycb i wydajnych urządzeń powielających, które bardzo by poprawiły poziom techniczny „Biuletynu”. Ponadto zaistniała nareszcie możliwość sprowadzenia do kraju większej ilości wydawanych na Zachodzie polskich książek i czasopism.
 
AKCJA „PORONIN”
 
Akcja "Poronin" - bo takim kryptonimem została nazwana, była poprzedzona działaniami łódzkiej grupy polegającymi na "zasmradzaniu" lokali instytucji szczególnie wysługujących się totalizmowi, lub też instytucji przez społeczeństwo znienawidzonych i stanowiących najbardziej widoczny znak wyzysku i upokorzenia. Ponadto postanowiono wlewać trudno usuwalny, cuchnący płyn do mieszkań i samochodów łódzkich kolaborantów, zwłaszcza ze środowiska pisarzy, dziennikarzy, naukowców. Już bowiem w latach 60-tycb dla wielu osób w ruchu nie ulegało wątpliwości, że należy mówić jasnym, prawdziwym językiem i dlatego wysługiwanie się za korzyści materialne grupie rządzącej, pisanie kłamstw na zamówienie, szkalowanie ludzi i instytucji narodowi drogich, wyszydzanie i szkalowanie bezbronnych, np. działaczy WiNu, poAKowskiego podziemia, PSL-u czy emigrantów politycznych, to wszystko najlepiej określać okupacyjnym terminem - kolaboracja. Społeczeństwo jednak nie zrozumiało tego języka zupełnie. Dlatego nawet w publikacjach ruchu unikano niektórych terminów, nie chcąc zrażać już na wstępie czytelnika jakimś zelotyzmem i językiem takim, jakiego, wychowany na reżimowej prasie, nigdy nie słyszał. Ale wśród ruchowców często używano słowa "kolaborant" i okazało się jednak, że po wielu latach termin ten nabrał w powszechnym odczuciu znaczenia właściwego, a akcje ruchu przeciwko kolaborantom były jak gdyby prekursorskie.
 
Jan Kapuściński wyprodukował cuchnącą ciecz, lecz zapach szybko się jednak ulatniał i płyn nie bardzo nadawał się do użycia. Tym niemniej S. Niesiołowski i W. Mantaj postanowili go wypróbować. Szczególnie gorliwym zwolennikiem konkretnych działań był Mantaj, który często powtarzał, że ruch ciągle tylko przygotowuje się do czegoś, coś zapowiada, odwołuje i żadnych działań nie ma. Należy wreszcie zacząć robić coś konkretnego, ważnego, działać, bo nie po to zgromadziliśmy w całej Polsce już ponad sto osób, żeby nadal dyskutować o programie i pisać to, co wszyscy i tak wiedzą. Był w tym przeświadczeniu Mantaj wyrazicielem panującego wśród części działaczy ruchu poglądu o konieczności podjęcia wreszcie działań zewnętrznych.
 
Akcja użycia cuchnącego płynu przeciwko kolaborantom ograniczyła się do próbnego "zasmrodzenia" lokalu Pewexu w Łodzi, wykonawcami byli W. Mantaj i S. Niesiołowski, ale następnego dnia sklep był czynny, chociaż zapach trochę się czuło. Teraz była kolej na dwóch łódzkich pisarzy-kolaborantów: Koprowskiego i Nienackiego. Wsławili się oni szkalowaniem demonstrujących w Marcu 1968 r. studentów oraz ludzi będących wówczas sumieniem narodu: Kisielewskiego, Jasienicy, Kijowskiego, Słonimskiego. Nienacki zaś specjalizował się dodatkowo w fałszowaniu najnowszej historii Polski, zniesławiając niepodległościowe poAKowskie podziemie.
 
Ponadto część łódzkich ruchowców uznała, że należy także uwzględnić lokal Pax-u, instytucji szczególnie wobec komunistów lokajskiej, a wobec Kościoła dywersyjnej, więc "zasmrodzenie" będzie właściwym społecznym odzewem i odpowiedzią na poczynania Bolesława Piaseckiego. Rozpoczęto obserwację mieszkań Koprowskiego i Nienackiego oraz lokalu redakcji Pax-u, ale akcji tej nie przeprowadzono, gdyż Kapuścinski przestał zajmować się płynem, a zaczął przygotowywać zapalniki do działań w Poroninie. Wobec celu tak poważnego, jak Muzeum Lenina, zrezygnowano z celów drugorzędnych.
 
Wiosną 1969 r. po powrocie E. Czumy z Zacbodu trwały jednocześnie przygotowania do wysłania E. Morgiewicza do Włoch, nawiązywano przez S. Niesiołowskiego nowy kontakt z jakąś grupą studencką w Czechosłowacji i przygotowywano akcję "Poronin", akcję "Skunks" (użycie płynu cuchnącego), a także cały czas trwała obserwacja lokali z maszynami i powielaczami, wynoszenie maszyn oraz normalna, rutynowa działalność - zebrania, dyskusje, pozyskiwanie nowych osób, pisanie tekstów do "Biuletynu" i kolportowanie pisma. W tym czasie nasiliły się spory między Czumami i Niesiołowskim z jednej strony, a Sułkowskim i Turschmidem z drugiej. Ci ostatni domagali się zmiany zasadniczych założeń programowych ruchu. Chcieli generalnie wyciszyć polemikę z marksizmem, nie uważali aby sama doktryna Marksa była wszystkiemu winna, a program ruchu widzieli raczej jako wyraźnie nawiązujący do tradycji PPS czy nawet PPS-Lewicy i za sojuszników na Zachodzie uznawali nie Chrześcijańską Demokrację, lecz partie socjalistyczne i nawet, silną zwłaszcza we Włoszech. tzw. Nową Lewicę. Wszystko to było dla Niesiołowskiego i Czumów nie do przyjęcia, ale Turschmida poparła Ewa Sułkowska-Bierezin i trochę, choć sprawy te były jej chyba wówczas zasadniczo obojętne, Joanna Szczęsna.
 
Grupa Turschmida twierdziła także, że w deklaracji „Mijają lata” niepotrzebnie znajdują, się słowa uznania dla Kościoła, gdyż sugerować to może jakiś kryptoklerykalizm i zrażać ludzi niewierzących. Dla osób, które tworzyły ruch od samego początku takie poglądy były nie do przyjęcia i świadczyły co najwyżej o wpływie, mimowolnym i nieuświadamianym propagandy oficjalnej na styl myślenia Turschmida i Sułkowskiego. Można powiedzieć, że już wówczas starły się w ruchu dwa nurty polskiej opozycji demokratyczenej: nurty wywodzące się z zasadniczo innych tradycji, posługujące się trochę innym językiem politycznym, nawiązujące do innych bohaterów, różniące się wyraźnie stosunkiem do Kościoła i tradycji socjalistycznej. Różnic takich dałoby się wymienić więcej, ale te były najistotniejsze. W ruchu pracowano przez dłuższy okres czasu wspólnie, ale w pewnym momencie, gdy sporo już zbudowano, drogi zaczęły się rozchodzić. Zjawisko normalne i częste. Istoty sporu nikt sobie wówczas nie uświadamiał. Istniał zresztą tylko w Łodzi, gdyż w innych ośrodkach, znacznie od łódzkiego słabszych (poza warszawskim) przeważyła orientacja Czumów i Niesiołowskiego.
 
Działania przygotowawcze rozpoczęto w maju 1970 r. po zebraniu, na którym zapadła decyzja o wykonaniu akcji. Udział w tym zebraniu wzięli: Andrzej Czuma, Stefan Niesiołowski, Marian Gołębiewski, Emil Morgiewicz i Bolesław Stolarz, który jednak bardziej czynił honory domu (zebranie odbywało się w jego mieszkaniu) niż zabierał głos na temat samej akcji. Ustalenie kto był pomysłodawcą samej akcji jest dziś już raczej niemożliwe. Stefan Niesiołowski, który został oskarżony między innnymi o sam pomysł wysadzenia pomnika i spalenia muzeum, zarówno w śledztwie, jak i na procesie twierdził, że inicjatywa nie należała do niego. Istniała nawet wersja, że pomysł akcji w Poroninie został podsunięty przez Służbę Bezpieczeństwa, której chodziło o sparaliżowanie ruchu, o zdobycie wyraźnego materiału oskarżającego i nadanie ruchowi jednoznacznie terrorystycznego charakteru. Jednak można stwierdzić z całą pewnością, że akcja "Poronin" nie została podjęta z niczyjej zewnętrznej inspiracji, a Służba Bezpieczeństwa jedynie tu skorzystała. Nie zawsze, jak wiadomo, sprawdza się zasada: is facit cui prodest.
 
Wiosną 1970 roku był ruch już inwigilowany przez SB i aresztowania w związku z tym mogły nastąpić już wcześniej, zwłaszcza, że trwały akcje zdobywania maszyn i powielaczy, a to stwarzało dogodną okazję schwytania członków ruchu "na gorącym uczynku". A jednak nie zrobiono tego. Nie ulega wątpliwości, że SB wiedziała w czerwcu także o akcji "Poronin” -- być może z podsłuchu rozmów, bądź z jeszcze innych źródeł. Przez telefon nikt chyba z ruchowców na temat spalenia nie mówił? Zawsze bowiem powtarzano i traktowano to jako kardynalny warunek bezpieczeństwa, żeby każdą rozmowę telefoniczną traktować jako podsłuchiwaną. Ale w jakim stopniu zasady tej przestrzegano - trudno powiedzieć.
 
Decyzja podpalenia muzeum (z wysadzenia pomnika zrezygnowano, gdyż Kapuściński nie zdołałby w krótkim czasie wyprodukować materiałów wybuchowych, a chodziło o przeprowadzenie akcji przed wakacjami) była ciężkim błędem, a sposób jej realizacji najgorszy z możliwych. Właśnie na skutek podjęcia akcji "Poronin" udało się SB stworzyć obraz ruchu jako organizacji terrorystycznej, którą przecież nie był, a samą akcję potraktować jako najważniejszą i będącą niejako głównym celem i istotą działania całego związku. W świadomości wielu ludzi, nawet generalnie ruchowi życzliwych, a wobec totalizmu zdecydowanie wrogich, powstało skojarzenie ruchu z terroryzmem, z jakimś wybuchami i podpaleniami, z czymś, co siłą rzeczy musiało budzić jakieś wątpliwości i co gorsza upodabniać ruch do terrorystycznych grup zamachowców z Europy Zachodniej, grup nie mających programu, zabijających niewinnych ludzi, grup z reguły kierowanych z zewnątrz - aby niszczyły tamtejsze demokratyczne spoleczeństwa, grup posługujących się hasłami i symbolami reżimów totalitarnych. Poronin jakby podważał wiarygodność zapewnień, że ruch nie będzie stosował przemocy, jakby przekreślał jego dotychczasowe dokonania, unieważniał wszystko, co zostało napisane w "Biuletynie", "Informatorze" i deklaracji "Mijają lata".
 
Gdy Kapuściński przygotował płyn i zapalniki i można było mieć pewność, że okażą się one skuteczne, w końcu maja 1970 r. rozpoczęto przygotowania na serio. Samo rozpoznanie budynku muzeum i okolic, a także wszystkiego, co mogło mieć znaczenie dla wykonawców, wzięli na siebie Wiesław Kurowski i Wiesław Kęcik, z tym że zasadniczą rolę odgrywał Kurowski. Plan ustalony przez A. Czumę, S. Niesiołowskiego, J. Kapuścińskiego, M. Gołębiewskiego, B. Czumę, A. Woźnickiego, M. Niesiołowskiego, i M. Górszczyk oraz kilka innych osób zakładał wlanie płynu zapalającego przez małe otwory do piwnicy muzeum i wrzucenie tam zapalników działających z godzinnym opóźnieniem. Ta godzina była potrzebna, aby uczestnicy akcji mogli oddalić się na bezpieczną odległość od Poronina. Zakładano bowiem, że zaraz po wybuchu pożaru zarządzona może zostać blokada dróg i dworców w rejonie, co mogłoby narazić wykonawców na niebezpieczeństwo ujęcia.
 
W końcowym okresie przygotowań pojawiły się dodatkowe przeszkody. Okazało się np., że mimo obfotografowania samego muzeum i okolicy, mimo zdobycia bardzo wielu szczegółowych informacji o ruchu turystycznym, osobach pilnujących muzeum, okolicznych mieszkańcach, posterunku w Poroninie itp., brak informacji podstawowej - czy otwory, przez które miano wlać płyn są w ogóle drożne? Niemniejszy problem stworzyła informacja, że dozorczyni pilnująca w nocy muzeum handluje tam wódką, a w piwnicy budynku jest coś w rodzaju meliny. Powstawało niebezpieczeństwo, że podpalenie płynu w piwnicy połączone z wybuchem może doprowadzić do śmierci przypadkowych niewinnych osób. Mimo więc ciągłych narad, dyskusji, zmian uzupełnień właściwie do samego końca nie było jasne, co wykonawcy mają robić i jak spalić muzeum. Kęcik raz jeszcze pojechał do Poronina i na dwa dni przed ustalonym terminem akcji spotkał się z B. Czumą, któremu przekazał wyniki swoich ostatnich obserwacji. Nie wyglądały one zachęcająco. Okazało się, że większość ustaleń Kurowskiego jest nieścisła lub wręcz fałszywa, a cały plan bardzo trudny do wykonania i chyba winien zostać przesunięty na termin późniejszy lub w ogó1e należy z akcji "Poronin" zrezygnować. Do takiej opinii skłaniał się B. Czuma, z zasady generalnie przeciwny tego typu działaniom.
 
Na zebraniu wykonawców akcji "Poronin" w Warszawie 15 VI 197O r. ustalono, że zamiast w1ewania płynu należy wewnątrz budynku porozkładać kostki zapalające razem z zapalnikami i umieszczonymi w pobliżu butelkami z płynem łatwopalnym. Ostatecznie zdecydować mieli o wszystkim na miejscu Marek Niesiołowski, Benedykt Czuma i Marzena Górszczyk, bo właśnie oni podjęli się wykonania akcji. Za całość odpowiedzialny był M. Niesiołowski - jeden z głównych realizatorów planu zdobywania maszyn i powielaczy w Łodzi. Rzeczowy, konkretny, opanowany, dawał wystarczającą gwarancję, że nie uczyni niczego, co byłoby sprzeczne z podstawowymi zasadami ruchu, ani też nie narazi nikogo przez nieodpowiedzialność lub brak odwagi. Przez cały czas obawiano się, aby w wyniku pożaru nikt nie doznał obrażeń, miał więc Marek Niesiołowski działać tylko w przypadku, gdy nie istniałoby takie niebezpieczeństwo - w każdej innej sytuacji z zamiaru powinien zrezygnować. Niesiołowskiego miał zawieźć do Poronina samochodem "Fiat" Benedykt Czuma. W odwodzie pozostawał Edward Staniewski, który miał także swoim samochodem przyjechać do Poronina. Staniewski doświadczył na sobie "resocjalizacji" w okresie stalinizmu, kiedy to trafił do więzienia za przynależność do tajnej młodzieżowej organizacji.
 
Ogó1nie biorąc plan akcji wyglądał tak: Marek Niesiołowski i Marzena Górszczyk, po otrzymaniu informacji o sytuacji w muzeum i w pobliżu, powinni wejść do środka, rozłożyć niepostrzeżenie kostki zapalające, butelki z łatwopalnym płynem i zapalniki, uruchomić zapalniki i wyjść. Następnie samochodem prowadzonym przez Czumę mieli odjechać w kierunku Krakowa. Czas działania 12 zapalników wynosił jedną godzinę - tyle czasu przewidywano na odwrót. Po drodze Niesiołowski i Górszczyk mieli spotkać się z Andrzejem Woźnickim i Elżbietą Łukasiewicz-Nagrodzką, którzy od rana tego dnia byli w Szczyrku i tam powinni wyrobić najbardziej zagrożonym wykonawcom akcji a1ibi, a ponadto przyw1eźć na miejsce ich spotkania inne ich ubrania. Chodziło cały czas o blokadę dróg i zatrzymywanie wszystkich osób z innych rejonów Polski, przede wszystkim z rejonów znacznie oddalonych od południowej granicy kraju. Elżbieta Nagrodzka miała przesiąść się do samochodu, a Marzena Górszczyk wracać z Woźnickim motocyklem. Cały materiał zapalający mieli wieźć M. Niesiołowski i B. Czuma samochodem. Materiał ten był gotowy od kilku tygodni i przechowywany w mieszkaniu Czumy w Łodzi. Było to w tym czasie najbardziej cbyba "zagrożone" mieszkanie w PRL-u.
 
Cały ten bardzo jednak skomplikowany plan zakładał umwianie się różnych grup ludzi w różnych oddalonych od siebie miejscach, co zawsze jest trudne do osiągnięcia. Ponadto z akcją "Poronin" wiązało się inne poważniejsze niebezpieczeństwo: o ile zniszczenia tablicy na Rysach dokonał sam tylko Stefan Niesiołowski, który w ostatniej chwili poprosił o pomoc Wojciecha Majdę, o tyle o zamiarze spalenia muzeum wiedziało już ponad 10 osób. Być może nawet znacznie więcej, biorąc pod uwagę różne więzy towarzyskie i ogólne nieprzestrzeganie wśród ruchowców zasad nie przekazywania informacji. Stwarzało to od razu znaczne możliwości przecieku wiadomości na zewnątrz, a ponadto było wręcz samobójcze na wypadek możliwych przecież aresztowań i śledztwa. Z niebezpieczenstwa takiego nikt sobie jednak nie zdawał sprawy w stopniu wystarczającym. Ostatnie próby zapalników wypadły pomyślnie. Kapuściński okazał się fachowcem doskonałym. Uczestnicy akcji szykowali się do wyjazdu, który miał nastąpić 20 czerwca wieczorem, a spalenie muzeum następnego dnia. W Łodzi spotkali się jeszcze raz 19 czerwca wieczorem, w przeddzień wyjazdu, w Warszawie - podobnie. Piękna słoneczna pogoda zdawała sprzyjać wykonaniu zadania - powinno być sporo turystów, a to ułatwiłoby niepostrzeżone podłożenie materiałów i zniknięcie w tłumie zwiedzających.
 
20 czerwca 1970 r. rano Służba Bezpieczeństwa w Łodzi i w Warszawie aresztowała przywódców ruchu: braci Andrzeja i Benedykta Czumów, Mariana Gołębiewskiego, braci Niesiołowskich, Wiesława Kęcika, Wiesława Kurowskiego, w Lublinie - Huberta i Łukasza Czumów, braci Andrzeja, którzy z ruchem związku jednak raczej nie mieli i zostali po kilku miesiącach uwolnieni, w Piastowie - księdza Sebastiana Koszuta. Do tej pory nie jest ostatecznie wyjaśnione w jaki sposób SB zdobyła informacje o działalności ruchu i od kiedy ruch był inwigilowany. W każdym razie nie ulega wątpliwości, że aresztowanie głównych inspiratorów akcji "Poronin" w przeddzień spalenia muzeum nie mogło być przypadkowe i świadczy o dość dokładnym rozpracowaniu ruchu przez bezpiekę. Według ustaleń jakie udało się poczynić, można zaryzykować dziś twierdzenie, że donosy na ruch zostały złożone w Gdańsku i Lublinie. Donosicielami były prawdopodobnie osoby luźno związane z ruchem. Podejrzenia, że konfidentem od początku nasłanym był właśnie Kurowski nie wydają się być uzasadnione. Kurowski załamał się w śledztwie całkowicie i złożył fatalne dla swoich kolegów zeznania, ale to zupełnie inna sprawa - nie wynika z tego wcale, że był nasłanym do ruchu konfidentem. Jednocześnie z aresztowaniami przeprowadzono dokładne rewizje i od razu w ręce SB dostało się duto kompromitujących w sensie bezpieczeństwa osób działających, materiałów. Np. w mieszkaniu ks. Sebastiana Koszuta było całe tzw. archiwum ruchu: protokoły z niektórych zjazdów, komplet „Biuletynów”, maszynopisy różnych tekstów i rozmaite notatki jednoznacznie świadczące o istnieniu jakiejś zakonspirowanej, działającej grupy. Za zniszczenie lub zabezpieczenie tego archiwum odpowiedzialny był Andrzej Czuma, który - jak się okazało - z obowiązku się nie wywiązał i teraz duto ważnych z punktu widzenia śledztwa materiałów znalazło się w SB. W mieszkaniu Benedykta Czumy znajdowały się wszystkie konieczne do wykonania akcji "Poronin" materiały zapalające, a także drukarnia. Maszyna została kupiona przez Andrzeja Czumę od prywatnego właściciela z Częstochowy i przez Janka Bartkowiaka, Marka Niesiołowskiego i braci Czumów przewieziona do Łodzi. Dzięki niej chciano zwiększyć nakład biuletynu, a także prawdopodobnie zacząć wydawać ulotki. Z uruchomieniem maszyny były jednak kłopoty tak poważne, a brakująca i uszkodzone części tak trudne do zdobycia i naprawienia, że chociaż w ruchu działało kilku inżynierów i fachowców od napraw różnego rodzaju sprzętu technicznego, zadanie to w najbliższym czasie było raczej niewykonalne. Maszyna została zabrana przez SB podczas rewizji. Znalezienie materiałów, które miały posłużyć do wykonania akcji "Poronin" uniemożliwiło jej przeprowadzenie. Gdyby kostki zapalające i zapalniki były gdzie indziej teoretycznie akcja byłaby jeszcze możliwa, gdyż część wykonawców uniknęła aresztowania w pierwszych dniach, a M. Górszczyk wyjechała już nawet do Poronina. Zebrane materiały dostarczyły Służbie Bezpieczeństwa niezbitych dowodów obciążających. Kilka notatek i tekstów ruchu znaleziono także u braci Niesiołowskich i M. Gołębiewskiego.
 
Aresztowanych przewieziono do komend wojewódzkich albo od razu do więzienia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przy ul. Rakowieckiej, niektórzy otrzymali sankcje prokuratorskie z rąk osławionej przedtem i później prokurator Wiesławy Bardonowej. Tymczasem działania policji trwały dalej. Na podstawie uzyskanych w pierwszych dniach i tygodniach śledztwa, a może posiadanych wcześniej informacji SB przeprowadzała dalsze aresztowania, które ciągnęły się cały lipiec i sierpień. Na ogół odbywały się one dość dyskretnie i spokojnie, ale Alojzego Koszuta aresztowano w szkole przy uczniach, a Stanisława Schodzińskiego prowadzono przez całą wieś skutego kajdanami, jak groźnego zbrodniarza.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Ewa Ostrołęcka, Ruch przeciw totalizmowi, Warszawa 1998, s. 8-57.