Wspomnienie marcowe

Właściwie wówczas, 8 marca, miałam bardzo blade pojęcie o tym, co się szykuje. Odczuwałam tylko duszną atmosferę, miałam to poczucie co wszyscy, że jest nieznośnie i że coś musi się zdarzyć, bo dalej tak nie może być.
 
Z faktów – pamiętam zapowiedziane przez prasę ostatnie przedstawienie „Dziadów” w reżyserii Dejmka. Rzecz niesłychana nie dlatego, ze sztukę zdejmowano, ale dlatego, że zapowiadano to w prasie, co zresztą odniosło oczekiwany zapewne skutek: wielką demonstrację młodzieży studenckiej na widowni teatru i słynny marsz pod pomnik Mickiewicza. Z haseł, a raczej zaklęć – imiona tych, co już siedzieli, bohaterów, do dziś znane w świecie. Rozgorączkowany Jasienica, opowiadający[1] o zajściach na zebraniach ZLP. Wszędzie atmosfera ostatecznych rozstrzygnięć, bo nikt dłużej tolerować t e g o  nie będzie. Tyle się trzyma mojej pamięci. Czyjeś[2] urodziny... „Wszystko rozstrzygnie się w piątek, ósmego”. Czego się po tym wiecu w samo południe spodziewaliśmy? Myślę, że upadku Gomułki, wyjścia od nas Rosjan, wolności słowa, sprawiedliwości. Słowem – nowego, wspaniałego świata.
 
W piątek rano dawaliśmy sobie [na zajęciach na UW] porozumiewawcze sygnały: „tak, dzisiaj, w samo południe, na głównym dziedzińcu”. Nie wiedzieliśmy nic dokładnie. Ważne było, że Coś się Dokonuje. Asystenci puścili nas o parę minut wcześniej z zajęć. Wyglądaliśmy przez okna [na Krakowskie Przedmieście] i cieszyliśmy się jak dzieci wyłuskując z tłumu domniemanych tajniaków. Dziś mieliśmy im dołożyć.
 
Zawsze, gdy do tego wracam, mam ochotę mówić w nieskończoność. Widzę kolejne obrazy, może teraz po 19 latach niektóre momenty już się zacierają, ale wciąż pamiętam to wszystko tak dokładnie, jak mało co w życiu. I powiem Panu od razu, żeby nie było nieporozumień - nie, nie czułam się ani przez chwilę oszukana, mimo że nie ma już chyba wątpliwości, że to była prowokacja. Ale prowokacja polegała na ataku [MO], który nastąpił po naszym uspokojeniu, natomiast nasze poruszenie, nasza chęć dokonania zmian, połączona z naiwną wiarą, że to się da zrobić wyrażając swoje zdanie na wiecach – wszystko to było prawdziwe i nastąpiłoby niezależnie od tego, że   t a m c i  [moczarowcy] chcieli na tym skorzystać. A oszustwo polegało właśnie na tym, że mogły nastąpić rzeczy, którym nie wolno było się zdarzyć, których zaistnienie przekraczało nasze możliwości pojmowania. Więc żeby nie nudzić nadmiarem szczegółów i opisem zdarzeń, o których mówiono i pisano już wiele razy – powiem tylko o sprawach, które wydawały się nam nie do pojęcia.
 
Zatem – pamiętam dobrze docenta Dobrosielskiego [dyplomata w PRL, jednocześnie docent na Wydziale Filozofii UW], jak biegał spocony między studentami i pokazywać kogo trzeba swoim zaufanym. Takiego wskazanego „robotnicy” – potem okazało się, że rzeczywiście byli tam również robotnicy, nie tylko ubecy – którzy przyjechali „nauczyć rozumu rozwydrzoną młodzież bananową” – łapali i wsadzali do budy milicyjnej. (Dobrosielski został potem ambasadorem PRL w Londynie, a my nie mogliśmy darować Anglikom, że go wpuścili. To bardzo trzeźwiąco wpłynęło na nasz stosunek do Zachodu).
 
Pamiętam naszych kolegów należących do ZMS, którzy utworzyli zwarty szpaler, trzymając się ściśle pod ręce, podeszli w rozkołysanym rytmie do Dobrosielskiego i wyskandowali, że są gotowi, a on pobłogosławił ich ruchem dłoni. Poniesiona przez tłum, w pierwszej chwili nie zrozumiałam tej sceny, myślałam, że oni są z nami, jako jedynego przeciwnika widziałam tych „robotników”. W kamizelkach kuloodpornych pod długimi płaszczami, z małymi, czarnymi pałkami, w których był metal, bo przy biciu wcale się nie wyginały jak te białe, milicyjne. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to piąta kolumna wśród studentów, że oni stoją w jednym szeregu z bijącymi nas. Uniosło mnie w tłumie do przodu, tam gdzie stali „robotnicy” i tam zostałam pokazana przez docenta. Obie grupy, napierane przez stojących dalej zwarły się, a ja znalazłam się w samym środku. „Robotnicy” złapali mnie za ręce, usiłowali wyrwać. Koledzy trzymali mnie z tyłu za płaszcz, za szyję i ciągnęli do siebie. Tłum pchał się na mnie z obu stron, a dwie potężne siły próbowały rozerwać... Od tej pory kiepsko znoszę przebywanie w tłumie, może dlatego mam awersję do demonstracji.
 
Jakoś się wyrwałam, popchnięto mnie do tyłu. Tam łapano moje koleżanki, ściągano mówców z podwyższenia, rozdawano ciosy pałek.
 
Dużo później, kiedy wszyscy przesunęli się pod Pałac Kazimierzowski, wyszedł do nas siwiuteńki prof. Czesław Bobrowski, jak się potem – nawet po stanie wojennym – okazało, niepoprawny optymista i entuzjasta. Myśmy czegoś żądali, o coś wołaliśmy, a on poprosił żebyśmy wyłonili delegację, z którą się będzie rozmawiać. Wyłoniliśmy delegację. Poszło pięć czy siedem osób, wśród nich Jadwiga Staniszkis. Zostali aresztowani. Musiano ich wziąć z rąk prorektora Rybickiego, który zaprosił ich na rozmowy. Od tej pory już zawsze tylko ironię mogły we mnie budzić tak nadużywane przez władzę w czasach „Solidarności” apele, brzmiące identycznie, jak tamten apel Bobrowskiego – że przecież nie można rozmawiać z całym tłumem, że trzeba mieć kulturę polityczną, że wszystko można załatwić, tylko trzeba umieć się porozumieć.
 
To była niezła lekcja zaufania
 
Potem uspokoiliśmy się, profesor Bobrowski miał na nas kojący wpływ. Szczerze mówiąc na ten dzień mieliśmy dosyć. Minęło już sporo czasu. Zostało niewiele osób, część wymknęła się wcześniej. Wściekle zmarznięci i głodni szliśmy powoli w stronę wyjścia z Uniwersytetu, wdawaliśmy się w beznadziejne rozmowy z [kręcącymi się tam jeszcze] „robotnikami”. Odprowadziliśmy ich do zaparkowanych na placu przed BUW autokarów, trochę z nich kpiąc, trochę usiłując przekonać, że to my mamy rację i żeby pomogli nam walczyć o wspólną słuszną sprawę. Zdawało się nam nawet, że niektórych trochę przekonaliśmy. Obsypywaliśmy ich półżartobliwie, a półsymbolicznie dwudziestogroszówkami (to była wtedy cena studenckiego biletu na autobus). Wsiadali do autokarów, wyjeżdżali boczną bramą.
 
Tych czterysta niebieskich postaci – w marszobiegu od bramy głównej – przeciętych białymi szarfami i pasami to był absolutny szok. Jak to – dzieci były już grzeczne, już chciały iść do domu, a tutaj... prawdziwy atak.
 
Stałam w pierwszym szeregu i pewnie dlatego przeze mnie to przeleciało, nie dotknąwszy nawet. Poleciało dalej, goniło uciekających już kolegów, biło, machało białymi pałami, wyło. Nagle zza węgłów pojawili się znowu „robotnicy”. W dwadzieścia sekund na dziedzińcu oprócz mnie nie było chyba nikogo. Oszołomiona, wdrapałam się na kupę zgarniętego śniegu i rozglądałam się dokoła.
 
Pod BUW-em, obok autokarów, które pojawiły się z powrotem, a może wcale nie odjechały, trzech „robotników” skakało po brzuchu przewróconej na plecy dziewczyny. Takie rzeczy zdarzały się dotąd tylko w telewizji, w migawkach z drugiego końca świata.
 
Pobiegłam przed siebie. Za rogiem, tuż przy schodach wiodących do Studium Afrykanistycznego stał, a raczej słaniał się mój kolega [Marek Lipszyc], którego biło pięciu facetów w długich płaszczach. Przy gwałtownych ruchach spod płaszczy wyłaniały się poły [metalowych] kamizelek kuloodpornych. Bili tymi krótkimi, twardymi, czarnymi pałkami. Bili  tylko po głowie, po której ze wszystkich stron spływała krew, a mój kolega powtarzał z równie bezgranicznym zdumieniem, z jakim ja na to patrzyłam: Polacy, ludzie, nie bijcie, Polacy... Stał podtrzymywany ciosami.
 
Znalazła się obok mnie koleżanka, krzyczałyśmy, biłyśmy obie facetów po płaszczach, po plecach, waliłyśmy w nich pięściami, żeby go zostawili, żeby nie dali nam widzieć tego, w co nie mogłyśmy wciąż, nawet w tej chwili, uwierzyć. A oni odwijali się co chwilę, wymierzali na oślep cios pałą w naszą stronę i bili [go] dalej. Obok stali robotnicy z warsztatów uniwersyteckich. Stali i patrzyli. Bardzo przestraszeni, nie reagowali wcale. Od autokarów dobiegały wołania, to koledzy „robotnicy” coś krzyczeli do siepaczy. Ci wreszcie zostawili chłopaka, pobiegli. Tamci, pochyleni, w pocie czoła zbierali nasze rozsypane w błocie pieniążki. Chłopak osunął się w nasze ramiona, wyniosłyśmy go na ulicę [Krakowskie Przedmieście].
 
Tak bito – według propagandy – tylko w krajach zachodnich. Tak bili czarni pułkownicy greccy, których już dziś nikt ni pamięta; tak bito w Stanach, gdzie kto wie, może następny prezydent będzie czarny; tak bito potem w Argentynie, gdzie junta dawno już jest osądzona i ukarana. Tylko u nas się to nie kończy, czasem na parę lat zamiera (...).
 
Różne rzeczy okazywały się możliwe. Moje przebudzenie do rzeczywistości postępowało szybko.
 
Od tamtego czasu nigdy nie dałam się oszukać. Już wiedziałam raz na zawsze kim  o n i  są. Wystarczyło wtedy trochę poczytać prasę, zestawić ją z rzeczywistością. Niewiarygodne, brudne kłamstwa; bzdury pomieszane z półprawdami, donosy, fałszywe komentarze.  Od tamtego czasu raz na zawsze wiem, do czego zdolna jest ta prasa.
Przez jedenaście dni – od 8 do 19 marca, dnia słynnego przemówienia Gomułki w Sali Kongresowej, przeszła cała epoka. Ruszyła się Politechnika i inne uczelnie Warszawy. Odbył się dwudniowy strajk Uniwersytetu, w czasie którego późną nocą uchwaliliśmy m.in. rezolucję przeciwko agresji Izraela na Egipt (z jednym głosem przeciwnym). [Rezolucję poddał pod głosowanie Michał Moszkowicz], a także nabawiliśmy się katarów – spało się pokotem pod biurkami, a potem od świtu siedziało się na trawniku uniwersyteckim, żeby widzieli nas ludzie pracy zdążający do swoich fabryk i warsztatów. Potem zastrajkowali studenci Politechniki, baby z pobliskiego bazaru na Polnej szykowały im koszyki z prowiantem, a cale miasto nosiło im papierosy...
 
W dniu przemówienia Gomułki [19 marca] znowu wypuszczono nas przed końcem wieczornych zajęć, ulice były wyludnione, spóźnieni biegli kłusem do najbliższego telewizora. Gomułka gadał dwie i pół godziny popijając ze szklanki wodę, ale nie powiedział nic interesującego dla nas, to znaczy nie upadł, nie pokajał się, niczego nie obiecał. Za to przytoczył te fragmenty „Dziadów”, które wzburzyły towarzyszy radzieckich i spowodowały zdjęcie przedstawienia („Wszak to już mija wiek, jak z Moskwy w Polskę nasyłają samych łajdaków stek”), a także opowiadał ze wstrętem o „operze” Cisi i gęgacze [Janusza] Szpotańskiego, którą skomentował słynnym „ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra”.
 
Tamto przemówienie z 19 marca pokazało, że Gomułka nie ma nam nic do zaoferowania, nie miał też już chyba wiele do zaoferowania swoim partyjnym kolegom, bo ponad głową towarzysza Wiesława huczało, jak groźna zapowiedź burzy, skandowanie części partyjnej widowni: „Gierek! Gierek!”, czego kamery telewizyjne z nagłą sumiennością nie omieszkały pokazać [tj. pokazały]. Gierek musiał być już poważnym kontrkandydatem do władzy. Krążył nawet dowcip „cała Polska czeka na swego Dubczeka[3], ale chodzi szmerek, że to będzie Gierek”.
 
Niedługo potem odbyło się nasze ostatnie w marcu spotkanie w Auditorium Maximum, na którym było już tylko jakieś osiemset osób, a nie jak zwykle [na innych marcowych wiecach] około półtora tysiąca. Jak zwykle nie było tuby, bo gdzieś zaginęła, a mikrofon się zepsuł czy też prądu nie było. I jak zwykle każdy, kto chciał coś powiedzieć, musiał prawie krzyczeć i prędko dostawał chrypy, dosłownie tracił głos...(...)
Władze rozwiązały niektóre wydziały, wyrzuciły [z nich] wszystkich studentów i ogłosiły powtórne przyjęcia. Nasi koledzy po pół roku wyszli z więzień, ale wtedy, w kwietniu 1968, ich nie było. Nie dostali się na studia. Nawet ci z piątych lat studiów, nawet ci, co za dwa-trzy miesiące mieli bronić prac dyplomowych. Niektórzy poszli [w parę lat później] na inne, inni się zmarnowali, jeszcze inni wyemigrowali. Usunięto z uczelni „naszych” profesorów i niektórych asystentów.
 
Do lektury odcinka poświęconego inwazji na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku zapraszam w lecie.
 
Inne teksty o marcu 68, m.in.:
Krajobraz po szoku. Relacje z PRL, Pomost 1989.
Marek Tarniewski (wł. Jakub Karpiński), Krótkie spięcie. Wydanie podziemne „Głos” ok. 1977.



[1] Paweł Jasienica (wł. Lech Beynar) – pisarz, historyk, przyjaźnił się z moją Matką i bywał prawie codziennie u nas w domu (patrz Anna Rudzińska, „O moją Polskę”, Warszawa 2003).
[2] Były to urodziny Jacka Kuronia, na których ustalono termin wiecu na 8 marca.
[3] Alekdander Dubczek – pierwszy sekretarz partii w Czechosłowacji w okresie praskiej wiosny 1968 roku.
Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Napisane w 1986 roku pod pseudonimem „Maria Szerszeń rozmawia z Markiem Szerszeniem” („Karta” nr 5)