MARZEC

- Czy zimą roku 1968 coś wskazywało na to, że Polska stanie się widownią masowych manifestacji studentów przeciwko cenzurze i propagandowym kłamstwom?
 
- Ja sam odebrałem sygnał, że będzie się coś działo, w bardzo dziwnej formie, spotkał mnie mianowicie mój dawny patron adwokat Jerzy N., znany ze swoich partyjnych powiązań i odbył ze mną rozmowę, w której usiłował mnie jakby przed czymś przestrzec. Twierdził, że "Wkrótce nastąpią w Polsce pewne bardzo spektakularne wydarzenia, które będą miały najprawdopodobniej swoje konsekwencje prawno-sądowe." "Chciałbym koledze poradzić", mówił, "żeby kolega się w to nie angażował, ponieważ to jest kwestia pewnego typu rozgrywek. Angażowanie się w to jest niepotrzebne i może być bardzo niebezpieczne". Oczywiście zupełnie nie wiedziałem o co tu może chodzić. To było na kilka miesięcy przed wydarzeniami marcowymi. Wyszło mi to zupełnie z pamięci i przypomniałem sobie o tym dopiero wówczas, gdy w Warszawie zaczęła gwałtownie narastać atmosfera podniecenia i kontestacji, przede wszystkim w związku ze sprawą "Dziadów". Uznałem, że cokolwiek miałoby się wydarzyć, muszę bronić studentów, którzy są bici, aresztowani i skazywani za to, że manifestują na ulicy przeciwko zdjęciu przez cenzurę jednego z arcydzieł literatury polskiej. Niezależnie od tego, jaki jest zamierzony scenariusz, to są elementarne ludzkie sprawy i nie sposób się uchylić od wykonania swoich obowiązków. Skończyło się tym, że jako obrońca mogłem występować tylko przez pierwsze parę tygodni. Na początku kwietnia minister sprawiedliwości wydał decyzję o zawieszeniu mnie w czynnościach zawodowych, pod groteskowymi zarzutami, m.in., że zastępowałem któregoś z adwokatów w tzw. substytucji i nie wziąłem za to pieniędzy, że naruszyłem obowiązującą tajemnicę zawodu. Odgrzebano też wtedy sprawę moich zeznań w procesie Ziembińskiego. Pierwszy zarzut był taki, że złamałem zasadę tajemnicy adwokackiej. Przepis wprowadzający tę zasadę mówił, że adwokat powinien zachować w tajemnicy wszystko, czego się dowiedział w związku z prowadzoną sprawą. Ja się dowiedziałem, co mówił publicznie na rozprawie Ziembiński, jako jego obrońca, a zatem zeznając później jako świadek w tej sprawie "złamałem", rzekomo, tajemnicę adwokacką. Była to idiotyczna interpretacja. O jakiej tajemnicy mogła być tu mowa, skoro Ziembiński mówił to na publicznej rozprawie, słuchany przez dziesiątki ludzi? Chodziło tu jedynie o pretekst do zawieszenia mnie, do czasu rozpatrzenia tych zarzutów przez komisję dyscyplinarną. Oczywiście później zostałem uniewinniony, ale wkrótce znaleziono sprawę "fałszywych zeznań" i spędziłem dwa lata poza zawodem.

  • Hymnem młodzieży protestującej na UW w czasie wypadków marcowych była "Międzynarodówka", co rzuca światło na prawdziwą genezę tych protestów. Wywodziły się one z nurtu rewizjonistycznego, aczkolwiek nie wszyscy ich uczestnicy zdawali sobie z tego sprawę. Postulat wolności kultury, myśli, czy protest przeciwko brutalności milicji były przecież czymś "poza podejrzeniami". Czy nie sądzi Pan, że Marzec był wyjątkowo zręczną rozgrywką jednej z frakcji partii komunistycznej?

Myślę, że wszystko odbywało się tak, jak zwykle bywa w grze zaplanowanej przez sztaby służb specjalnych. W tym wypadku prawdopodobnie były to ówczesne służby moczarowskie, które najpierw stwarzały grupie komandosów warunki do organizowania akcji protestacyjnej w szerszej skali i oddziaływania na środowisko studenckie, po to, żeby w pewnym momencie wkroczyć tak brutalnie, aby zmusić to środowisko do publicznej reakcji. A w ten sposób sprowokować szerszy kryzys struktur w samej partii, skłonić Gomułkę do pewnych decyzji personalnych. Była to gra prowadzona wewnątrz partii, poza nim, i ścisłym gronem jego lojalnych współpracowników. Choć, moim zdaniem, Gomułka był postacią tak specyficzną w swym środowisku, że on wszystkich uczestników tej gry systemowej serdecznie denerwował, a nawet doprowadzał do pasji, żeby wreszcie skończyć "z tym idiotyzmem", który on tu wprowadza. Teraz dopiero zrozumiałem, co on sam mówił w tej naszej rozmowie w 1956 roku, niesłychanie sceptycznie odnosząc się do możliwości przekształcenia systemu z ludźmi, którzy tkwili w aparacie. Dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie da się ich oderwać od dawnych przyzwyczajeń. Miał więc pomysł zbudowania systemu PRL- owskiego według własnego zamysłu w następnym partyjnym pokoleniu, usiłował "przeskoczyć" to jedno pokolenie, które uważał za nienaprawialne, głęboko zrośnięte ze stalinowskim stylem i mentalnością. Stąd jego balansowanie między dwoma skrzydłami w partii: grupą moczarowską a grupą puławską, na zasadzie zrównoważenia układu. Jednocześnie starał się windować ludzi młodszego pokolenia, wychodząc z założenia, że są niezaangażowani w spór starych, partyjnych koterii. Na tej zasadzie odbywały się nominacje nowych sekretarzy PZPR: Kociołka, Barcikowskiego, Tejchmy. To mu się generalnie nie udało, bo sukcesorzy myśleli dokładnie tak samo, tyle tylko, że byli jeszcze bardziej cyniczni, bardziej pragmatycznie podchodzili do doktryny, traktując ją w czysto technicznych kategoriach przejmowania władzy. Rok 1968 miał sprowokować reakcje tych ludzi, którzy z jednej strony poczuli się zagrożeni tym zamysłem, a z drugiej byli zniecierpliwieni specyficzną kunktatorską grą Gomułki, w której nikt nie mógł uzyskać zdecydowanej przewagi nad przeciwnikiem. Sytuacja, jaką wywołano w tym momencie oznaczała kryzys takiego układu. Jego narzędziami byli tzw. komandosi, którzy do końca nie zdawali sobie sprawy do czego to wszystko zmierza. Druga strona znakomicie to wykorzystała do bieżącej rozgrywki - która zresztą nie przyniosła jej upragnionego rezultatu, bo wszystko zostało przez Gomułkę zatrzymane.

Przełomem był dopiero rok 1970, który doprowadził do usunięcia Gomułki i do zmiany całego układu. Tak więc Marzec zapewnił tylko lekką jego modyfikację. Przyniósł doraźne zwycięstwo grupie moczarowskiej, natomiast w szerszym wymiarze - historycznym - stworzył znakomite warunki dla nurtu rewizjonistycznego. Rewizjoniści poczuli się wypchnięci z nurtu partyjnego i przejęli sztandary opozycji antysystemowej. Wątkiem przecinającym te więzi był motyw antysemicki czy "antysyjonistyczny", jak to formułowali przeciwnicy "puławian". Od pierwszej chwili marcowego wybuchu ta sprawa uzyskała pozycję monopolistyczną w zagranicznych środkach masowego przekazu, zwłaszcza w RWE. To był równocześnie moment formowania się w oparciu o represjonowanych studentów na szeroką skalę nurtu opozycji demokratycznej.
 
- Ma Pan na myśli zarówno komandosów, ich ideowych mentorów: Kuronia, Modzelewskiego, Kołakowskiego, jak również członków władz partyjnych usuniętych wówczas ze stanowisk przez Moczara? Czy można powiedzieć, że był to już wspólny front? Bo przecież komandosi to dzieci aparatczyków. Nie tylko Adam Michnik, każdy z bardziej znanych komandosów miał jakieś rodzinne umocowanie w aparacie partyjnym, dlatego właśnie ich postawa jeszcze przed Marcem mogła budzić wątpliwości. Oni się nie musieli bać więzienia, bo lądowali tam w objęciach kolegów tatusiów.

- Przed Marcem to występowało w formule buntu pokoleniowego. Młodzi, zbuntowani - to było jakby inne środowisko, przechodzące na stronę opozycyjną, ale stanowiące raczej zjawisko socjologiczne niż wyartykułowany nurt polityczny. Właściwie dopiero w 1968 roku, przejście na tę stronę wyrzuconych, czy odsuniętych działaczy partyjnych, tworzyło nurt o charakterze zdecydowanie politycznym. Pomijam fakt, że w Marcu nastąpiła duża emigracja, także ludzi z aparatu, ludzi z tzw. frontu ideologicznego: dziennikarzy, ludzi zatrudnionych w propagandzie partyjnej, środkach przekazu, instytucjach o charakterze ideologicznym, jak szkoły partyjne, itd. To była z kolei baza ośrodków opozycji za granicą. To wszystko razem stworzyło nowy polityczny, zdecydowanie kontestacyjny układ.
 
- Sami komandosi nie należeli chyba jednak do opozycji w ścisłym sensie, zarówno z powodów socjologicznych, jak i dlatego że byli zwolennikami rewolucji światowej.
 
- Pojawiający się w KKK Adam Michnik, wówczas uczeń liceum, był postrzegany jako zjawisko indywidualne. Sygnalizował sprawy, które występowały w tym partyjnym środowisku, ten bunt młodych, ale nie zmieniał patrzenia na tę grupę.
 
- Po Marcu odeszli z aparatu najbardziej ideowi komuniści, ludzie o przekonaniach ortodoksyjnych. Nic ich nie łączyło z Polską - to byli przeważnie Żydzi z Rosji, kosmopolici.
 
- To była ta część aparatu, na której biografii silniejsze piętno pozostawił okres stalinowski. To była specyfika tego pokolenia. Ich ortodoksyjność związana była z tym wcześniejszym okresem komunizmu. Uznawało ono za swoją "prawdziwą ojczyznę" Związek Sowiecki. Nie wiązałbym tego tylko z żydowskim pochodzeniem. Klasycznym przypadkiem takiej postawy była np. Wanda Wasilewska.
 
- Byli to przeważnie inteligenci, w przeciwieństwie do ekip Moczara i Rakowskiego, które później przejęły ster. To były "młotki pszenno-buraczane" - jak mówiono, ludzie dość prymitywni i pozbawieni ambicji, że będą wprowadzać w życie ideały sowieckiego komunizmu, którymi podbiją świat, typowi karierowicze.
 
- Gdybym miał dokonać oceny sprawności intelektualnej aparatu starego i nowego chowu, to bym tak głębokich różnic nie widział. Średni poziom aparatczyka był zawsze dość niski, a okres stalinowski sprzyjał daleko posuniętemu prymitywizmowi ludzi aparatu. Jednostki bardziej inteligentne nie miały szans w tamtym układzie. Oczywiście były enklawy gromadzące się na przykład wokół Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC, ale tam poziom nie był rewelacyjny. Naturalna selekcja odbyła się w roku 1956. Przypadki najbardziej kompromitujące zostały wówczas rzeczywiście wyeliminowane i te osoby z reguły wyjechały. Przypominam sobie takiego pana o nazwisku Bojm, który na Wydziale Prawa w Łodzi albo we Wrocławiu wykładał ustrój i prawo radzieckie.
 
To, co ten facet wygadywał, było czymś nieprawdopodobnym. Po 1956 roku nie mieli czego szukać na uczelniach czy w innych instytucjach tzw. frontu ideologicznego. W związku z tym zwijali manatki i wyjeżdżali - zostawali ci z większymi walorami, choć z mniejszymi dotąd możliwościami. Stąd to środowisko w latach 60-tych jawiło się jako reprezentujące wyższy poziom. Poza tym uderzenie w ludzi żydowskiego pochodzenia, uderzyło też w kadrę naukową, niekoniecznie ideologicznie zaangażowaną. To na uniwersytetach dotyczyło przedstawicieli dyscyplin wymagających przyzwoitszego poziomu wiedzy niż tzw. nauki polityczne. Uderzyło też w część autentycznej kadry naukowej. Wszyscy na zasadzie pochodzenia zostali automatycznie włączeni w ten krąg. Powstał obraz wymiany lepszych na gorszych.
 
- Czy można powiedzieć, że te dwie zwalczające się wówczas frakcje teraz się zjednoczyły i zgodnie współpracują w dziele, które nie nazywa się już światową walką o komunizm, tylko jest czerpaniem z Polski tego, co się da.
 
- Myślę, że w głębszym wymiarze tak zawsze było. Także wtedy, kiedy ta "opozycyjna" grupa była przy władzy. W jakimś momencie odsunięto ją od centrum władzy. Bardzo plastycznie ujęła to Edda Werfel, żona Romana Werf1a, członka KC PZPR, sztandarowa publicystka "Trybuny Ludu" - początkowo komentatorka najbardziej krwawych, pokazowych procesów politycznych, potem znana z awangardowej krytyki metod stalinowskich po XX Zjeździe, później wreszcie osoba, która uosabiała liberalną wewnątrzpartyjną opozycję w stosunku do linii Gomułki. Edda Werfel trafiła do mnie, jako adwokata, w związku z tym, że wśród aresztowanych w pierwszych dniach marca 1968 roku komandosów była jej córka. Mogłem się tym zajmować bardzo krótko, bo wkrótce zostałem zawieszony. Przy pierwszym naszym kontakcie ona mi powiedziała, że jak tylko córka wyjdzie z aresztu, obie natychmiast z kraju wyjadą. "Pan jest zapewne zaskoczony, że ja, komunistka podejmuję taką decyzję", mówiła "ale podejmuję ją ze względów pryncypialnych, ponieważ jako osoba związana z tą ideologią nie mogę się godzić na to, żebym była traktowana jako obywatel drugiej kategorii". Pomyślałem sobie, że jestem od dwudziestu paru lat obywatelem trzeciej kategorii i jeżeli to miałoby być powodem do wyjazdu z Polski, to od dawna ta pani byłaby tu bardzo samotna. Ale to właśnie było bardzo jasne postawienie sprawy: skoro nas wyłączają ze statusu uprzywilejowanej grupy rządzącej, to my tego nie akceptujemy, przechodzimy do totalnej opozycji. Oczywiście nie wszyscy podjęli tak daleko idącą decyzję, zwłaszcza wtedy, gdy opuszczenie stanowisk wiązało się z przejściem na wysoką rentę partyjną. Decyzje o pozostaniu były liczniejsze, ale pozostawało się zawsze jako totalny wróg systemu, wróg aparatu władzy. Jestem wrogiem, skoro nie mam tego, co do mnie należy.
 
- Czy Pan się stykał z komandosami wcześniej, przed Marcem?
 
- Stykałem się z tym środowiskiem w związku z moim występowaniem w sprawie Kuronia i Modzelewskiego. Stanowili oni polityczne zaplecze Kuronia i Modzelewskiego w uniwersyteckim klubie ZMS. Oprócz Michnika był tam Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński i inni. Przeciwko komandosom było prowadzone postępowanie dyscyplinarne na uczelni. Nie mogłem w tym brać udziału, bo udział adwokatów w takim postępowaniu w ogóle był wykluczony. Dopuszczeni byli jako obrońcy tylko pracownicy naukowi Uniwersytetu albo innych uczelni. Udzielając porady prawnej mogłem jedynie próbować ustawić obronę, zinterpretować stawiane zarzuty. Czasem to szło dalej, bo trzeba było znaleźć dla nich obrońców. Np. dla Michnika poprzez Klub Krzywego Koła, w którym bywał. On wpadł na pomysł, żeby podjął się tej obrony któryś z członków Klubu, pracownik naukowy. Z mec. Steinsbergową zdecydowaliśmy, żeby był to prof. Marian Falski, autor powszechnie używanego elementarza, ktoś o dużym autorytecie. Jako osoba pośrednicząca w tym kontakcie byłem świadkiem pierwszego spotkania Falskiego z Michnikiem. Odniosłem wrażenie, że prof. Falski był lekko wstrząśnięty poglądami prezentowanymi przez swego klienta. Przyjmował to jednak ze spokojem starego pedagoga, usiłując uporządkować wszystko według kryterium zdrowego rozsądku. Ale było widać, jak dalece jest brak między ich pokoleniami i środowiskami jakiejkolwiek podstawy porozumienia.
 
- Historia opozycji lat 70-tych i 80-tych jest historią współpracy (tych dwóch środowisk - niepodległościowego, które Pan reprezentował oraz środowiska związanego z partią rządzącą na zasadzie koneksji rodzinnych lub wspólnoty interesów - które wspólnie organizowały inicjatywy w rodzaju akcji listów protestacyjnych, potem zajmowały się działalnością wydawniczą i samokształceniową. W jakim momencie Pan dostrzegł, że gra tutaj toczy się o różne rzeczy, faktyczne interesy polityczne są rozbieżne?
 
- To nie rysowało się w kategoriach interesów politycznych. Możliwość obalenia ustroju była wówczas teoretyczna. 

Walczyliśmy wówczas w latach 60-tych. W istocie o to, żeby opóźnić proces postępującej restalinizacji w latach 60-tych, wzmacniania pozycji aparatu bezpieczeństwa, żeby utrzymać pewien margines swobody intelektualnej, a w latach 70-tych - podtrzymywać możliwości działania strefy nieformalnej opozycji. W tym okresie interesy mogły być wspólne, bo ten obszar działań nie wymagał głębokiego uzgadniania wizji przyszłej Polski. Obalenie systemu wydawało się przecież czymś niewyobrażalnie dalekim. Ja osobiście miałem głębokie przekonanie, że prędzej czy później nastąpi koniec PRL-u. Wiedziałem, że to nie może być kontynuowane w nieskończoność, ale jednocześnie wydawało mi się to bardzo odległe. W naszej bieżącej działalności nie od razu należało tworzyć wielkie perspektywiczne programy, nie było więc pola do konfrontacji. Natomiast w praktyce wspólnego działania ujawniały się bardzo zdecydowanie różnice stylów. Odmiennie reagowaliśmy na pewne pojęcia. Używanie słowa "niepodległość", pomimo, że była ona wówczas mało realna, było jednak dla nas czymś naturalnym. To był ten ostateczny, najistotniejszy cel. Słowo "naród" odnosiło się do bardzo konkretnej rzeczywistości. Grupa Kuronia i Michnika takich słów nie używała. Dla nich były to określenia jakich "ludzie z towarzystwa" me używają.
 

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: