W. BRUS PRACUJE Z KOR I SB

[...]
Często stroną inicjującą tego rodzaju [ze Stasi] wymianę informacji była właśnie strona polska. Przykładowo w listopadzie 1978 r. do centrali w Berlinie nadeszła tajna przesyłka z ul. Rakowieckiej 2 w Warszawie, zawierająca dokładne dane personalne 91 opozycjonistów, m.in. Konrada Bielińskiego, Bogdana Borusewicza, Andrzeja Celińskiego, Ludwika Dorna czy Zofii i Zbigniewa Romaszewskich. Jak twierdziła SB, „osoby te mogą nawiązywać kontakty z obywatelami Waszego kraju, zaangażowanymi we wrogą działalność polityczną.” Oznaczało to, że z chwilą ewentualnego przekroczenia granicy NRD, miały one zostać poddane totalnej inwigilacji przez bratnią służbę zza Odry.
 
Prawdopodobnie pierwsze bezpośrednie zetknięcie się Stasi z opozycją w PRL miało miejsce 4 marca 1977 r. Tego dnia bowiem dotarł do Berlina "ściśle tajny szczególnej wagi", pisany po rosyjsku list Dyrektora Gabinetu Ministra SW, płk Józefa Chomętowskiego. Został on przekazany do rąk własnych odpowiedzialnemu za kontakty z bratnimi służbami, bezpośrednio podległemu samemu Mielkemu płk. Willemu Dammowi, przez rezydującego na stałe w NRD esbeka, płk. Krzemińskiego. W liście tym Chomętowski poinformował wschodnioniemieckich towarzyszy, że organy bezpieczeństwa PRL uzyskały wiarygodną i sprawdzoną informację operacyjną, iż na polecenie samego Jacka Kuronia w tajnej misji do NRD udaje się jego zaufana łączniczka, która ma spotkać się z przebywającym na emigracji od 1971 r. profesorem Włodzimierzem Brusem z Oksfordu.
 
Brus, były oficer polityczny armii Berlinga i czołowy działacz partyjno-państwowy lat 50., jako bliski współpracownik Hilarego Minca współodpowiedzialny za dewastację gospodarki, a także za stalinizację nauki polskiej - należał bowiem co najmniej od lat 60. do ścisłego kręgu politycznych przyjaciół Kuronia i Modzelewskiego. Straciwszy po 1956 r. swoją pozycję, nabawił się on poglądów rewizjonistycznych, co doprowadziło do oficjalnego zerwania z partią po marcu 1968 r. Wkrótce po tym, wraz ze swą żoną, ponurej sławy prokuratorem Heleną Wolińską, odpowiedzialną m.in. za aresztowanie w 1950 r. bohatera AK gen. Emila Fieldorfa "Nila" (skazanego po brutalnym śledztwie na karę śmierci), wyjechał Brus bez większych problemów, z prawem wielokrotnego przekraczania granicy PRL, do Wielkiej Brytanii, rozpoczynając swą nową, wielką karierę na socjaldemokratycznych salonach zachodniej części Europy.
 
Osobą mającą się spotkać z Brusem była jego wieloletnia przyjaciółka, związana z tym samym kręgiem co on - dr Janina Waluk z PAN, pozostająca od pewnego czasu w oficjalnej separacji. Jej rodzony brat Zbigniew Safjan, literat wsławiony komunistyczną adaptacją pierwotnej wersji popularnego serialu "Stawka większa niż Życie", w wyniku której główny bohater z żołnierza konspiracji stał się oficerem sowieckiego wywiadu, rozpoczął swą wierną służbę Polsce Ludowej już w 1944 r. od zadenuncjowania przed sowieckim "Smierszem" kolegów z tego samego co on oddziału II Armii WP, w wyniku czego jeden z nich został skazany na karę śmierci i rozstrzelany, a jego rodzina dowiedziała się o jego losach dopiero kilka lat temu.
 
Po swoim spotkaniu z Michnikiem jesienią 1976 r. w Paryżu i wydaniu wspólnego oświadczenia dla prasy zachodniej Brus, mimo posiadanego paszportu, najwidoczniej jednak nie miał ochoty pojawiać się w Polsce, gdyż wolał umówić się na miłosno-polityczny come back z Waluk na terenie "neutralnych", jak mu się zdawało, Niemiec wschodnich, do których od kilku lat mogli bez poważniejszych przeszkód wjeżdżać także obywatele PRL. W związku z tym w romantycznym, nadmorskim Stralsundzie zarezerwował on odpowiedni pokój w Hotelu "Baltic". Prośba SB skierowana na ręce płka Damma była prosta: chodziło o obserwację obojga od chwili przekroczenia przez nich granicy, a zwłaszcza zorganizowanie podsłuchu pokojowego i tzw. podglądu dokumentowanego fotograficznie w pokoju hotelowym, w którym przez 3 dni i noce miały być wymieniane największe tajemnice nie tylko natury czysto politycznej.
 
Sprawa trafiła na biurko samego szefa wschodnioniemieckiej bezpieki, a ten, nie namyślając się długo, udzielił swego błogosławieństwa operacyjnie interesującemu przedsięwzięciu, tym bardziej, że polscy towarzysze nie kryli przed swymi zachodnimi przyjaciółmi, iż po ostatecznym rozstaniu się kochanków, a przed opuszczeniem przez Brusa terytorium NRD zamierzają nawiązać z nim kontakt operacyjny, a następnie zwerbować. W przypadku, gdyby się im to nie powiodło, zwerbowana zostałaby, także jeszcze przed przekroczeniem granicy, dr Janina Waluk.
Cały plan referował specjalnie przybyły w tym celu do Berlina płk Wróblewicz. W czasie kolejnej narady 11 marca zadecydowano, że ze strony Stasi sprawę zrealizuje Wydz. I II. Wydz. Głównego (czyli kontrwywiadu), wspomagany przez lokalną "bezpiekę" z Rostocku, mającą w swej pieczy pomorski Stralsund. Trzy dni później prócz Brusa i Waluk znaleźli się w nim pułkownicy SB - Krzemiński oraz specjalnie przybyli z Warszawy Wróblewicz i Lipowski. Stronę niemiecką reprezentował major Krisch z kontrwywiadu.
 
Wszystko, co wydarzyło się potem, a właściwie już od przekroczenia przez "Mumię" wschodniej, a "Fakira" zachodniej granicy NRD - zostało z prawdziwie pruską perfekcją udokumentowane, a następnie udostępnione peerelowskim "czekistom". 6 specjalnych kaset magnetofonowych, 23 konspiracyjne zdjęcia, 52 strony fotokopii osobistych notatek, a nawet próbka tabletek zażywanych przez 56-letniego profesora stały się wspólnym łupem obu zaprzyjaźnionych służb. Szczególnie dokumentacja z podsłuchu pokoju hotelowego, którego "Fakir" i "Mumia" prawie nie opuszczali przez 3 doby, była w oczach polskich esbeków bezcenną zdobyczą. Waluk, przekazując poufne informacje na temat rodzącego się KOR-u, a zwłaszcza jego lewej części na czele z Kuroniem i Michnikiem, starała się namówić znanego w lewicowych kręgach całej Europy "Fakira" do bardziej zdecydowanego występowania przeciwko rządzącej PRL elicie. Ten ze swej strony, choć - jak sam wyznawał - nie miał już najmniejszych złudzeń co do kondycji socjalizmu realnego, pozostawał nieco sceptyczny, argumentując, iż komuniści wschodnioeuropejscy mają, także na Zachodzie, mocniejszą pozycję, niż to się na ogół w Polsce przyjmuje. W wielogodzinnych rozmowach, padały wielokrotnie nazwiska Kołakowskiego, Michnika czy Giedroycia. Takiej gratki SB nie mogła przeoczyć!
 
17 marca 1977 r. o godz. 10.00 oboje konspiratorzy opuścili nadbałtycki kurort, udając się razem do Berlina. Na dworcu Ostbahnhof "Fakir" pożegnał "Mumię", odjeżdżającą z ważnymi wieściami do Warszawy, samemu udając się do położonego nieopodal luksusowego hotelu "Berolina". O godz. 1600 na terenie ambasady PRL doszło do kolejnego spotkania esbeków z funkcjonariuszami kontrwywiadu NRD. Po uzgodnieniu ostatnich szczegółów, ok. godz. 22.45 doszło na terenie hotelu do osobistego kontaktu płk. Lipowskiego z "Fakirem". Po trzech nocach spędzonych z od dawna nie widzianą przyjaciółką, przyszło teraz Brusowi spędzić nie mniej interesującą, choć nieoczekiwaną noc z tajnymi obrońcami systemu, któremu przez tak wiele lat sam wiernie służył. W jej wyniku "Fakir" z figuranta SB stał się jej tajnym współpracownikiem. 18 marca rano obaj - profesor i esbek - w największej komitywie opuścili hotel "Berolina", udając się na wspólny spacer ulicami Berlina Wschodniego, co również udokumentowane zostało przez "dzielnych" oficerów Stasi. Profesor wyjechał do domu, a esbecy powrócili do Warszawy; liderzy lewego odłamu KOR-u cieszyli się zaś z powodu nawiązania stałego, pewnego i do ich wyłącznej dyspozycji kanału łączności z Zachodem. "Fakir" natomiast zaktywizował znacznie swoją działalność, stając się dla wielu obserwatorów zachodnich jeszcze większym autorytetem i zarazem najpewniejszym łącznikiem w dotarciu do opozycjonistów warszawskich. Z kolei Jacek Kuroń, w znacznej mierze właśnie dzięki swym licznym kontaktom międzynarodowym, z jednego z członków KOR-u stał się w przeciągu roku 1977 jego niekwestionowanym lideremdo tego stopnia, że po dziś dzień przeciętnie wykształcony Polak kojarzy tę formację polityczną przede wszystkim z jego nazwiskiem.
 
Fala strajków, która przetoczyła się latem 1980 r. przez Polskę, wzbudziła najwyższe zaniepokojenie także na wyżynach bezpieki i partii w NRD. Był nawet taki moment, że obawiano się, iż niepokoje mogą w naturalny sposób przerzucić się nad Sprewę, co oczywiście, jak dziś wiemy, nie wchodziło wówczas w ogóle w grę. Strach komunistów wschodnioniemieckich, obawiających się obalenia komunistycznego porządku w Polsce, a tym samym osaczenia socjalistycznej NRD ze wschodu i zachodu, miał jednak wielkie oczy. Nie dziwi więc, że począwszy od wybuchu strajku w Stoczni Gdańskiej śledzono niemal co godzinę rozwój wypadków w PRL, a sam szef wywiadu NRD Markus Wolf udał się wówczas do Gdańska, by samodzielnie zorientować się w sytuacji. Notabene jego zapiski, powstałe na bazie wielu rozmów z wysokimi oficerami Departamentu I MSW (czyli wywiadu), rzucają interesujące światło (a raczej cień) na niektórych wyrosłych z protestu sierpniowego przywódców.
 
Reakcją Stasi na rozwój wypadków w PRL było w pierwszym rzędzie pośpieszne tworzenie specjalnych komórek w pionie kontrwywiadu, zarówno w centrali, jak i zarządach obwodowych (przede wszystkim zaś we Frankfurcie nad Odrą oraz w Rostocku i Dreźnie), które zajmowały się odtąd wyłącznie sprawami polskimi. Zainteresowania bezpieki NRD nie koncentrowały się przy tym wcale na, jak to określano, "kontrrewolucji" w Polsce, lecz zgodnie z wytycznymi płynącymi z najwyższych kręgów SED dotyczyły także elity władzy w PRL i szeroko pojętej PZPR. Dla Honeckera bowiem, który z wściekłością przypatrywał się upadkowi - nie bez udziału zresztą fałszywych przyjaciół z Biura Politycznego - swego w pewnym sensie politycznego alter ego - Edwarda Gierka, tacy przywódcy komunistyczni, jak np. Stanisław Kania, byli zdrajcami sprawy robotniczej i powolnymi narzędziami w rękach wyimaginowanej kontrrewolucji światowej. O ile jednak strategiczne cele politycznej rozgrywki prowadzonej ramię w ramię przez Honeckera i Breżniewa w okresie 16 miesięcy legalnej "Solidarności" w celu uzyskania pożądanego wpływu na rozwój sytuacji w Polsce były jednak domeną Komitetów Centralnych SED i KPZR, to strona techniczna przedsięwzięcia spoczywała, przynajmniej w niektórych aspektach, na barkach służb specjalnych. Te zaś, by widzieć i słyszeć, potrzebowały przede wszystkim wartościowych informatorów. Właśnie począwszy od 1980 r. można więc zaobserwować lawinowy przyrost agentury Stasi działającej w PRL, która w międzyczasie została zaliczona (podobnie jak RFN i inne kraje zachodnie) en bloc do tzw. "obszaru operacyjnego" (Operationsgebiet). Tę specyficzną sieć agenturalną tworzyli w większości obywatele NRD albo od lat zasiedzieli w Polsce, albo specjalnie (choć zwykle pod dobrym pretekstem) ulo- kowani przez bezpiekę po drugiej stronie Odry. Czasem zdarzali się jednak rodowici Polacy, a nawet znany jest mi jeden przypadek księdza katolickiego.
 
Koordynacją działań Stasi na terenie Polski zajęła się powołana w największej tajemnicy jesienią 1980 r. tzw. Grupa Operacyjna Warszawa. Jej pierwszy szef, major kontrwywiadu Karl-Heinz Herbrich, od września 1980 r. rezydujący w ambasadzie NRD w Warszawie jako oficer na etacie niejawnym i błyskawicznie awansowany do stopnia podpułkownika, szybko stworzył zespół kilkunastu osób, dzięki którym z dnia na dzień mógł przekazywać specjalnym systemem łączności do Berlina coraz cenniejsze i bar- dziej poufne informacje. Operativgruppe Warschau posiadała swoje odnogi w konsulatach NRD w Gdańsku, Wrocławiu i Katowicach. Wprawdzie istnieją pojedyncze dokumenty robocze, z których wynikałoby, że istniała także ekspozytura Grupy w Szczecinie, lecz osobiście nigdy nie zetknąłem się z żadnym dokumentem wytworzonym przez taką jednostkę i m.in. dlatego jestem zdania, iż były to tylko nigdy nie zrealizowane, pozostałe jedynie na papierze plany.
 
Grupa Operacyjna Warszawa, organizacyjnie przyporządkowana pionowi kontrwywiadowczemu Stasi, miała zasadniczo dwojakie zadania. Po pierwsze, jako przedstawicielstwo enerdowskiej bezpieki w PRL była "oficjalnie" (choć oczywiście przy zachowaniu najściślejszej konspiracji) afiliowana przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL i reprezentowała na tym forum interesy swoich berlińskich zwierzchników. Oficerowie Grupy, podobnie jak ich koledzy z KGB, mieli prawo swobodnego poruszania się po całym budynku przy ul. Rakowieckiej w Warszawie i mogli bez przeszkód nawiązywać kontakty z całą elitą Ministerstwa. Najściślejsze powiązania były naturalnie z Departamentem II MSW, lecz z czasem oficerowie Stasi nawiązali doskonałe kontakty z wysokimi przedstawicielami pozostałych tzw. linii resortu, a więc przede wszystkim z oficerami Departamentu III (opozycja) i IV (Kościół), a w późniejszym okresie także V (zakłady pracy, "Solidarność") i VI (rolnictwo) oraz funkcjonariuszami rozpracowującego elity podziemia tzw. Biura Studiów SB MSW. Kontakty z Departamentem I MSW, a więc wywiadem PRL, były domeną specjalnie oddelegowanego do Grupy Operacyjnej Warszawa oficera, podającego się za pracownika kontrwywiadu, a w rzeczywistości funkcjonariusza wywiadu NRD Markusa Wolfa. Pod względem organizacyjnym podlegał on wprawdzie szefowi Grupy Herbrichowi, lecz merytorycznie był całkowicie niezależny i rozliczał się ze swej działalności jedynie przed swymi mocodawcami z centrali wywiadu w Berlinie. Okoliczność ta w poważny sposób ogranicza naszą wiedzę o tym wątku działalności Stasi w Polsce, gdyż w okresie przełomu 1989/90 r. niemal wszystkie akta Hauptverwaltung Aufklaerung zostały zniszczone bądź wywiezione do ZSRR, a zachowane sprawozdania szefa Grupy siłą rzeczy również pomijają te kwestie.
 
Drugim, jeszcze ważniejszym zadaniem Operativgruppe Warschau było prowadzenie w największej tajemnicy, także poza wiedzą ludzi Kiszczaka, rozpracowania osób i problemów, które wzbudzały zainteresowanie Berlina Wschodniego. A interesowało go niemal wszystko: począwszy od rozgrywek o władzę na szczytach PZPR, po sytuację w "Solidarności", a później podziemiu antykomunistycznym, aż po poufne informacje nt. strategii postępowania poszczególnych hierarchów Kościoła katolickiego.
 
Nieodzownym instrumentem w tego rodzaju działalności byli konfidenci, prowadzeni bezpośrednio przez oficerów Grupy Operacyjnej. Dzielili się oni na trzy podstawowe kategorie. Pierwszą z nich tworzyli oficerowie SB zarówno w centrali, jak w terenie, którzy utrzymywali - czasami za wiedzą przełożonych, a czasem poza ich plecami - kontakty z oficerami Stasi, całkiem świadomie przekazując im także takie informacje, których nie mieli prawa pod żadnym pozorem im ujawniać. Większość z nich otrzymywała za swe informacje gratyfikację finansową, choć były to zwykle relatywnie niskie kwoty i nie one stanowiły główny motyw przekazywania tajemnic MSW kolegom po fachu zza Odry. Ze względu na najdalej posunięte zasady konspiracji nawet w wewnętrznych dokumentach Stasi prawie nigdy nie padają ich nazwiska, a jedynie kryptonimy nadane im wg ściśle określonego klucza. Składały się one ze słowa "Fred" oraz maksymalnie trzycyfrowej liczby - unikatowego klucza, za pomocą którego wtajemniczony pracownik centrali w Berlinie mógł z grubsza dość dokładnie zidentyfikować daną osobę. Przykładowo więc "Fred 92" oznaczał Zastępcę Dyrektora jednego z departamentów MSW, który regularnie przekazywał najtajniejsze informacje, a czasem jedynie zwykłe plotki krążące w gmachu na ul. Rakowieckiej.
 
Osobna grupa składała się z najzwyklejszych konfidentów Stasi, zwykle obywateli NRD, zwerbowanych przez najróżniejsze wydziały i zarządy obwodowe, którzy z takich czy innych względów nadawali się do wykorzystania na odcinku polskim. Zwykle byli oni wówczas przejmowani przez kontrwywiad i jeśli zachodziła taka potrzeba - prowadzeni bezpośrednio przez oficerów Grupy Operacyjnej Warszawa. Dla większej konspiracji nadano im stosowne kryptonimy rozpoczynające się imieniem "Martin"; przykładowo więc, tajny współpracownik bezpieki z Rostocku ps. "Henryk", przejęty później przez centralę i wykorzystywany do rozpracowania podziemia gdańskiego, szczególnie zaś Bogdana Borusewicza, Anny Walentynowicz, Donalda Tuska i ks. Henryka Jankowskiego, w wielu dokumentach występuje jedynie jako "Martin 301".
 
Następna grupa informatorów to osoby, których wprawdzie formalnie nie zwerbowano, lecz które mimo to, mając pełną świadomość, co czynią, przekazywały nieraz bardzo cenne informacje. Zasadniczo były to albo osoby z nomenklatury NRD, których Stasi nie bardzo mogła lub nie chciała oficjalnie zwerbować, albo też Polacy, często wysocy funkcjonariusze partyjni, których nie chciano "spłoszyć" realizując z nimi współpracę w klasyczny sposób. Przykładowo, kryptonim "Konrad 201" skrywał jednego z generałów LWP, posiadającego dość wysoką funkcję wojskową, a co za tym idzie - także sporą wiedzę, która mogła interesować Berlin.
 
Warto też wspomnieć o specjalnym typie osobowych źródeł informacji, któremu nadano w centrali kryptonim "Rudolf'. Zasadnicza, niesłychanie ważna z moralno-prawnego punktu widzenia różnica polegała na tym, że osoby te przekazywały w dobrej wierze doskonałe nieraz informacje, nie mając w ogóle pojęcia, że mają do czynienia z oficerami bądź agentami Stasi. Często wiązało się to z przekonaniem, że posiadają kontakt z przedstawicielami opozycji demokratycznej w NRD. Klasycznym przykładem jest tu osoba współpracowniczki KOR-u, a obecnie redaktor "Gazety Wyborczej" Ewy Milewicz - dla Stasi "Rudolfa 503". Wraz z Marią Lewicką z Instytutu Psychologii UW ("Rudolf 504") była ona operacyjnie wykorzystywana przez byłego konfidenta, a następnie oficera Stasi na etacie niejawnym, oficjalnie pracownika centrum informacyjno-kulturalnego NRD w Warszawie, dr. Silvio Spahna ps. "Gerald".
 
W lutym 1984 r., po 3,5 roku ciężkiej służby nad Wisłą szef Grupy ppłk Herbrich został odwołany do centrali w Berlinie. Jego miejsce zajął dotychczasowy kierownik ekspozytury we Wrocławiu ppłk Hans Gottschling, który pełnił tę funkcję aż do lutego 1987 roku i dopiero wówczas, po ponad 7 latach szpiclowania w Polsce, powrócił do NRD. Wraz z objęciem szefostwa całej Grupy Operacyjnej Warszawa przez Gottschlinga uległy likwidacji odnogi w Gdańsku, Wrocławiu i Katowicach. Od tej pory wszyscy oficerowie rezydowali tylko przy ambasadzie NRD w Warszawie. Nie oznaczało to jednak bynajmniej, by Stasi zrezygnowała z olbrzymiej sieci informatorów rozsianych po całym terytorium Polski. Enerdowscy tajniacy, dysponujący prócz tzw. mieszkań konspiracyjnych także własnymi samochodami, przemierzali odtąd każdego tygodnia setki i tysiące kilometrów, by spotkać się konspiracyjnie z jakimś "Fredem", "Martinem" czy "Konradem" w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu czy Łodzi.
[...]

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Wojciech Sawicki, Stasi a opozycja demokratyczna w Polsce 1976-1989, w: Raport Kiszczaka dla Moskwy, Biblioteka Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, Kraków 2002, s. 131-142.