”Sprawa komandosów” - maszynopis sporządzony w lipcu 1968 roku w okresie przebywania autora w areszcie śledczym

I. ŚWIAT WYOSOBNIONY. GENEZA GRUPY

Jeśli przyjrzeć się składowi osobowemu grupy "komandosów", dwie przynajmniej oczywistości narzucają się w sposób niezwykle jaskrawy. Jest to po pierwsze szczególny charakter środowiska społecznego, z którego się oni wywodzą, jest to po drugie, szczególny charakter ich składu narodowościowego. Co się tyczy pierwszego, jaśniej rzekłszy, wywodzą się oni niemal w komplecie ze środowiska wysokich urzędników partyjnych i państwowych. Co się tyczy drugiego, są oni niemal w komplecie pochodzenia żydowskiego. Jak sądzę obie te okoliczności nie są przypadkowe. Nie mogą zresztą takimi być, ponieważ grupa kształtowała się w ciągu szeregu lat, przechodziła zapewne różne selekcje i odmiany, a podstawowy trzon jej uczestników bynajmniej zmianie nie uległ. Już z banalnych zgoła prawidłowości socjologicznych wynika, że obu tych okoliczności nie można w tłumaczyć przypadkiem. I z możliwie największą obiektywnością chciałbym je obie jako problemy rozważyć. Nie dla samych siebie rzecz jasna, ale aby osadzić w pewnych konkretach społecznych i politycznych pytanie mnie interesujące: co popchnęło te grupę młodzieży do działań, które obiektywnie przynajmniej, niezależnie od subiektywnych instancji (a były one zapewne różne) prowadzi do konfliktu z prawem władzą i państwem.
 
Chciałbym poczynić tutaj jeszcze kilka zastrzeżeń. Sądzę, że zarówno moje związki osobiste, jak również moje poglądy są dostateczną rękojmią obiektywności tej analizy: nie znajduję w sobie bowiem żadnych wrodzonych przesłanek wrogości wobec tego środowiska, z którego wywodzili się "komandosi", ani ze względu na jego miejsce społeczne, ani ze względu na jego skład etniczny. Słowem nie jestem antysemitą, ani zwolennikiem tez o nieuchronnym tworzeniu się zamkniętych elit w społeczeństwie socjalistycznym: tak ogólnikowe bowiem poglądy raczej zamazują istotę zjawisk niż ją wyjaśniają. Problem jest tutaj, jak i zawsze konkretny - jest to mianowicie zagadnienie, w jakim sensie "komandosi" byli produktem ukształtowania się pewnej elity, oraz co ma wspólnego z tą elitą ich w przygniatającej większości żydowski skład narodowościowy. Myślę, że tak oglądane, oba te problemy pojawiają się dopiero we właściwej perspektywie i w tej perspektywie poddają się analizie sine ira et studio.
 
A oto wstępny rzut oka na obiekt naszego zainteresowania: bezstronnemu obserwatorowi narzuca się najsampierw kilka spostrzeżeń zmysłowo uchwytnych, banalnych wydawałoby się, ale jednak znaczących. Jest to przede wszystkim specjalny charakter dzielnicy, w której mieszka trzon komandosów i gdzie rozlokowane było, by tak rzec, ich życie duchowe. Między Aleją Róż a Parkową, w centrum Warszawy, pośród rządowych gmachów, w sąsiedztwie ambasad i cichego szumu ministerialnych limuzyn sunących gładkimi jezdniami najlepiej wyasfaltowanych ulic stolicy, w kamienicach, w których sama lista lokatorów mogłaby skromnego prowincjusza, gdyby nie miał on odrobiny ironicznego dystansu wobec rzeczywistości, przyprawić o zawrót głowy, rośli w spokoju i ciszy, w mieszkaniach nie mających nic wspólnego z normalnymi standardami przyszli „raczkujący rewizjoniści". W tym samym czasie, w którym raczkowali jeszcze w sposób najzupełniej dosłowny, poznając zakamarki rodzicielskich pomieszczeń, ogłaszano właśnie pierwsze ograniczenia normatywów mieszkaniowych, a młodzi inżynierowie tracili miesiące własnej energii i czasu urzędników na uzyskanie niebotycznego stałego zameldowania. W tych samych mieszkaniach ledwie tylko zaczęli kojarzyć pierwsze spostrzeżenia oraz darzyć bliskich przebłyskami swej wrodzonej inteligencji dowiadywali się, nie wiedząc co to znaczy, ponieważ w rozmowach familiarnie używano imion, a nie nazwisk, że z grubsza rzecz biorąc, cały świat zamknięty w orbicie dziecięcego wzroku, jest ich światem, ponieważ wszyscy się tu znają od bardzo dawna i żyją niby w jednej wielkiej rodzinie. W szczególnej zresztą rodzinie, jak potem niektórzy z nich spostrzegą, mianowicie rodzinie współdecydującej o obliczu nieznanego im, bo nieco poza kwadrat czterech ulic wybiegającego kraju. Ówczesny prezydent Rzeczypospolitej częstował ich cukierkami, jako kilkuletnie pędraki o roześmianych i dobrze odżywionych buziach wizytowali Belweder, gdy trzeba było wypełnić odpowiednie kadry kroniki filmowej, gdy zaś Rzeczpospolita obchodziła swoje dwudziestolecie, na rozlepionych w mieście kolorowych plakatach: "Ja mam dwadzieścia lat" rozpoznawali radosne twarze swoich kolegów z tej samej dzielnicy, występujących jako żywy symbol Polski Ludowej. W tym samym też czasie, w którym ofiarowano im owe luksusowe mieszkania w warszawskiej XVI dzielnicy, jeden z prominentów oficjalnej literatury, "ukręciwszy" uprzednio "łby drobnomieszczańskim kanarkom" w wierszu będącym obowiązkową lekturą w szkołach całego kraju, ogłaszał, że "lud wejdzie do śródmieścia" [Adam Ważyk]. Nie po raz pierwszy prominenci oficjalnej literatury czynili siebie substytutem ludu.
 
Kiedy podrośli na chwałę dzielnicy, a więc i na chwałę Rzeczpospolitej (bo chwała dzielnicy była chwałą Rzeczypospolitej), poszli do szkół również będących chwałą dzielnicy, a zatem chwałą Rzeczypospolitej, oraz wcielono ich do harcerstwa także rzec by można dzielnicowego, bo specjalnego - postanowiono bowiem zrobić z nich duchowe dzieci generała Waltera. Ponieważ jednak generał Walter był tylko symbolem, dzieło konkretnej realizacji tych zadań wziął na siebie znany harcmistrz, takoż do specjalnych zadań przeznaczony, a mianowicie Jacek Kuroń. Były to dziwne szkoły i było to dziwne harcerstwo. Z urywków wspomnień i strzępków opowiadań wyłania się obraz świata nie przystający bynajmniej do potocznych wyobrażeń. W szkołach tych przede wszystkim nie natykamy się na nazwiska uczniów, które nie byłyby znaczącymi nazwiskami rodziców; spotyka się w nich dzieci elity partyjnej, administracyjnej, dziennikarskiej. W szkołach tych również panował dziwny system edukacji; specyficzna wizja działalności społecznej spychała na drugi plan problem nauki, szkołę traktowano jako przedsionek prowadzący do czegoś, co nastąpi potem, a z istoty miejsca społecznego (i topograficznego) tej szkoły wynikało, że to potem, jest  specjalnym, rzecz jasna, przeznaczeniem. Toteż wypełniona była ta epoka ich dzieciństwa działalnością "polityczną" i myśleniem "politycznym": ledwie wyrośli z krótkich majtek, już toczyli dyskusje i spory, które były tylko zniekształconym, na miarę krótkich majtek, odbiciem sporów organizujących niegdyś konflikty w łonie ruchu robotniczego. Gdy zdawali maturę znali więc lepiej życiorys Róży Luksemburg, niż historię Sejmu Wielkiego; pewien czołowy "komandos" a student historii, zaindagowany przypadkiem, miał duże trudności z ulokowaniem w historii Polski traktatu Grzymułtowskiego. Ale nie tylko polityka - działo się to przecież w owej szczególnej otoczce topograficzno-polityczno-społecznej: pod szkołę zajeżdżały rządowe limuzyny, w znaczniejszych kłopotach pomagały kolegom wysokie interwencje, nim jeszcze dorośli do tych praw obywatelskich, które wiążą się z otrzymaniem dowodu osobistego, już otrzymywali, w drodze najwyższych ułatwień paszporty zagraniczne. Jednocześnie tworzyli owe specjalne oddziały „czerwonego harcerstwa” (nazywanego tak dla odróżnienia od tych innych, zaścielających pozostałą resztkę kraju, które z natury rzeczy, w optyce dzielnicy, budziły podejrzenie, iż są nie-czerwone) i tu sprawnie za pomocą specjalnej machiny edukacyjnej wyrabiano w nich poczucie, że są nowym wcieleniem prawdziwej rewolucji. Militarny dryl połączony z natręctwem politagitki z najlepszych czasów kształcił ich na wiernych i posłusznych synów dzielnicy a wiec, rzecz jasna, Rzeczypospolitej. Kiedy podrośli jeszcze trochę wstąpiono ich gremialnie do organizacji młodzieżowej... i obdarowano najczerwieńszymi z czerwonych krawatów - było oczywiste, że ich organizacja młodzieżowa, podobnie, jak ich szkoła oraz harcerstwo jest również specjalną organizacją młodzieżową, toteż bardzo szybko przybrała ona całkowicie swoisty charakter. Tutaj jednak uczynić trzeba małą dygresję: otóż w tak zwanym międzyczasie zmieniły się nieco polityczne wskaźniki wiatrów a wraz z ich zmianą zmieniły się narzędzia ich kształtowania. Okazało się bowiem, że owa „najczerwieńsza z czerwonych" edukacja prowadzi w stronę nie gwarantującą bynajmniej politycznego sukcesu ich wysokim opiekunom, i, że w ogóle, należy dokonać, w trosce o sukces, generalnego wietrzenia w ideologicznym arsenale. Nowym orężem i sojusznikiem okazał się być rewizjonizm - jego matadorzy kilka lat wcześniej byli szermierzami oficjalnej ideologii, ich związek z dzielnicą był zatem ugruntowany. Czym prędzej wtedy stonowano owe jaskrawe barwy wywieszane dotąd w dzielnicy: "czerwonych harcerzy" przeczarowano w „raczkujących rewizjonistów". Poszła w kąt Róża Luksemburg, jej miejsce zajął ujmujący w obejściu Zygmunt Bauman. Opiekunowie jednak pozostali ci sami, to też "Klub poszukiwaczy sprzeczności" nie natrafił na trudności natury egzystencjonalnej w swym istnieniu: ofiarowano mu zarówno lokale, jak i prelegentów, zapewniono również odpowiednią reklamę. Otworem stanęły przed nimi sale uniwersytetu (jak wiadomo chronicznie cierpiącego na zatłoczenie), znaleźli dla nich czas profesorowie, telewizja i prasa odpowiednio zainspirowane postarały się o publicity. Piętnastoletnie dzieci, które nie odróżniały meisla od młotka radziły o klasie robotniczej, dobrze instruowane wykrywały sprzeczności w gospodarce socjalistycznej nie znając ceny masła, rozmyślały o ideologicznej edukacji społeczeństwa nie wiedząc czym się różni dziadek Mróz od Świętego Mikołaja. Praca wykonywana dotąd bezpośrednio posłusznymi rękami Jacka Kuronia i jemu podobnych weszła w fazę wymagającą bardziej utytułowanych wychowawców - nad "klubem poszukiwaczy, sprzeczności" rozpięli swoje opiekuńcze skrzydła Adam Schaff, Zygmunt Bauman i Włodzimierz Brus. Do mitu wybranych dzieci i wybranych polityków dołączyli oni sprawnie jeszcze jeden - wybranych intelektualistów. Oto prominenci oficjalnej socjologii, oficjalnej filozofii i oficjalnej ekonomii, od lat kilkunastu sprawiający swą wysoce płodną działalność intelektualną znaleźli się na usługach młodzieży w wieku, w którym już pasie się gęsi, ale jeszcze nie powierza się krów. Instytucjonalne autorytety mają wiekuiście zagwarantowaną swą wiekuistą, jak mniemały autorytatywność, podjęły produkcję pokolenia swych następców. Sugestywnie przyswajali im podstawowe reguły swojej działalności intelektualnej: tą, że poznanie rzeczywistości zastępuje skutecznie kanon abstrakcyjnej teorii: tą, że abstrakcyjna teoria jest instrumentem konkretnej zgoła polityki: tą, że polityka oznacza pozycję w strukturze władzy i tą na koniec, że im niższą pozycję w tej strukturze zajmują, tym gorzej dzieje się w kraju, ponieważ kraj jest tylko funkcją ich na ten kraj spojrzenia.
 
W ten sposób dzielnica, trudem zacnych pedagogów, wypisywała w głowach tych dzieci, własny poemat pedagogiczny. W tym samym czasie, w jakim odbywała się ta pedagogiczna sielanka, zagęszczano ustawicznie studentów w akademikach uniwersytetu, w pokojach przewidzianych na dwóch mieszkało ich po pięciu, w zajęciach nie robiono przerw, ponieważ harmonogramy ściśle wiązały początek rozpoczęcia jednych z końcem drugich, ze względu na nadmierne zagęszczenie pomieszczeń dydaktycznych. Poszukiwacze sprzeczności oraz ich koledzy ze specjalnych szkół wyjeżdżali właśnie na specjalne wakacje. Nie było by to specjalnie godne wspomnienia, gdyby nie fakt, że system wakacji zorganizowano im również w specjalny sposób. Czy to w kraju, czy za granicą spędzali je w ekskluzywnych enklawach pozostających w gestii pewnego dzielnicowego urzędu, enklawy te zaś były na tyle dobrze zorganizowane, aby nikomu nie stwarzać żadnych problemów życiowych, były też na tyle ekskluzywne, żeby nikt nie wszedł w nich przypadkiem w bliższy kontakt z jakimkolwiek normalnym człowiekiem. Nawet bowiem jeśli urządzali górskie wycieczki, natykali się na nich raczej na ofiary głośnych badań socjologicznych, niż na normalnych ludzi. Jednym słowem, czas bowiem na podsumowanie tych nie-oryginalnych zapewne spostrzeżeń, system, w którym zostali wychowani był doskonale szczelny, nie było w nim żadnej luki, przez którą można by nawiązać kontakt z rzeczywistością, nie znając jej więc, bo znać nie mogąc, tę właśnie nie-rzeczywistość w której żyli i w której przy pomocy wielu zabiegów wyedukowani zostali musieli instynktownie choćby uznać za rzeczywistość jedyną i z jej punktu widzenia formułować swoje rozpoznanie świata. Innymi słowy margines społeczny, jakim była dzielnica znalazł swoją umysłową inwersję w marginesie ideologicznym jakim był sławetny "List otwarty", margines ideologiczny z kolei znalazł swoją realizację w ekstremizmie działań, które doprowadziły do wydarzeń marcowych bieżącego roku. Ale to już jest osobny rozdział tej historii, którym zajmiemy się nieco później. Tymczasem zaś za pomocą kilku uściśleń sprecyzujemy pewne elementy zarysowanej powyżej diagnozy.
 
Otóż po pierwsze: zarysowana tu historia dotyczy sposobu działania pewnego systemu edukacyjnego, który miał charakter całościowy (środowisko, szkoła, typ organizacji młodzieżowych, wakacje) i w nim, a nie we właściwościach poszczególnych osobników należy upatrywać istotę rzeczy. Z punktu widzenia tej analizy odpowiedzialność rodziców jest wtórna, a samej młodzieży dalekorzędna. Można sobie jeszcze pozwolić być na tyle marksistą, aby znaczenie mechanizmów społecznych przedkładać nad takież psychologicznych.
 
po drugie: wbrew niektórym akcentom opisanej tutaj historii ilość dzieci najwyższych urzędników państwowych wśród samych "komandosów" nie była taka wielka, toteż można jej zarzucić pewne skrzywienie perspektywy. Chciałbym więc zastrzec, że nie opisuję tutaj samych "komandosów", a sytuację społeczną, w jakiej wyrośli i wyedukowani zostali. Wewnątrz tego samego środowiska jedynym układem odniesienia, jaki spotykali, były innego rodzaju jego produkty, a mianowicie sterty różnych młodych Leszów i młodych Rybickich, a więc tych, których nic już poza obcinaniem materialnych kuponów od politycznych akcji ojców nie obchodziło. To był oczywisty kontekst negatywny, ale kontekst wspólny. Sytuacja, w jakiej się ta młodzież znalazła wyprodukowała tylko dwie takie postawy - "komandosów" i "bananowców", wzajem się określające. Z tego punktu widzenia, niektórym z "komandosów" należy na dobre to zapisać to, że ich pasją były jakoweś w ogóle poglądy, a nie rozbijanie tatusiowych "wózków", którym autentycznie pogardzali;
 
po trzecie: sytuacja społeczna i system edukacyjny były wszechstronnie demoralizujące. Toteż, jeżeli, po owej wieloletniej pracy deformacyjnej niektórzy z tych młodych ludzi zachowali jeszcze przesłanki normalności, należy to zapisać bądź na konto ich twardych doprawdy charakterów, bądź trzeźwości rodziców. A byli tacy, którzy uczyli się, nie przeceniali samych siebie, czuli fałsz swojej sytuacji społecznej i usiłowali się z niej wydobyć. Że niemal nikomu się to w pełni nie udało zawdzięczać należy tę okoliczność sztucznym mechanizmom integracyjnym wytworzonym przez grupę;
 
po czwarte wreszcie: istnieją oczywiście poszczególne osoby, które działając wewnątrz "komandosów" nie mieszczą się w całości w tym schemacie. Zastrzegam tedy, raz jeszcze, że interesuje mnie tu problem, a nie indywidualne wyjątki. Tym bardziej, że każdy z nich daje się łatwo zinterpretować w ramach marginesu społecznego innego typu. Grupa kształtowała się wiele lat i w trakcie tego procesu różni ludzie do niej przylegali. Wyrosła jednak w dzielnicy, w niej znajdował się jej trzon i mitologia jej tylko z perspektywy dzielnicy dawała się uformować.
 
Poczyniwszy tych kilka zastrzeżeń, a nie zadając sobie jeszcze trudu refleksji nad tym, w czyich rękach "komandosi" byli narzędziem politycznej manipulacji, to bowiem będzie przedmiotem trzeciej części naszych rozważań, zastanówmy się nad pytaniami, które stawia, ta niewątpliwie posługują- ca się literackimi skrótami próba rekonstrukcji warunków genezy "komandosów". Najogólniej rzecz biorąc chciałoby się tutaj podać zarysy odpowiedzi na pytanie skąd wziął się ów świat wyosobniony i co złożyło się na jego atmosferę duchową. Zarysy odpowiedzi, powiadam, ponieważ nie tylko, że nie czuję się powołany do pełnego rozwikłania tego zagadnienia, ale i wykraczać by ono musiało znacznie poza moją wiedzę i moje kompetencje. Wskazać mogę, co najwyżej na przyczyny dość bezpośrednio chwytające istotę izolacji tego świata oraz istotę składu etnicznego "komandosów" i całego środowiska szkół specjalnych. Innymi słowy, w owej perspektywie konfliktowo widzącej problem winy i odpowiedzialności, interesuje nas tu geneza warunków, które uczyniły umysły tej młodzieży nader podatnymi na polityczną deprawację.
 
Generalnie rzecz biorąc, tak jak sądzę, na sytuację tą złożyły się splecione ze sobą dwa zespoły warunków, oba sięgające lat pięćdziesiątych, w tych to bowiem latach uformowana została struktura dzielnicy. Pierwszy był funkcją niektórych kierunków ówczesnej polityki i związanej z nimi atmosfery, drugi, choć związany z pierwszym miał swoje źródło w nierozwiązanych do dzisiaj kompleksach narodowościowych. Jeden zadecydował o izolacji aparatu kierowniczego wewnątrz rządzonego społeczeństwa, drugi o izolacji pewnej grupy ludzi wewnątrz otaczającej ją zbiorowości. Krótko rzecz biorąc oblicze pierwszego wygląda tak oto:
 
te elementy polityki wraz ze współtworzącą je atmosferą odcinały dzielnicę od autentycznej więzi ze społeczeństwem. Należała do nich przede wszystkim nieufność wobec tak patriotycznej części społeczeństwa, jak i patriotycznej tradycji, nieufność ta i związana z nią walka rozpinała się między zawartością szkolnych podręczników a praktykami pewnego, złej sławy departamentu. Były to tendencje samobójcze - w społeczeństwie mającym za sobą dwieście bez mała lat niewoli i tradycji niepodległościowej różnych odcieni, zerwać usiłowały najważniejsze, o jego istocie stanowiące spoiwo, toteż musiały skończyć się nie czym innym, jak pogłębiającą się izolacją dzielnicy, zwłaszcza od czasów, gdy oczywiste błędy tej polityki zaczęły być naprawiane. Była to po drugie, absurdalna polityka prowadzona wobec religii; w kraju, w którym ostatnie przynajmniej dwieście lat splotły ze sobą los religii i los narodu, w sposób niesłychanie skomplikowany (jako, że zaborcy byli na ogół innowiercami), antykatolicki przymus obracał się swym drugim ostrzem przeciwko jego twórcom, pogłębiając ich społeczną izolację. Wreszcie, po trzecie wszczynając znaną hecę z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym, odcięto od wpływu na praktykę polityczną tę grupę wewnątrz partii, która najmocniej z realiami kraju i społeczeństwa była związana. Było to więcej niż polityczna ślepota, był to polityczny egoizm najgorszej proweniencji. W wytworzonej społecznej' próżni autorzy tej polityki, podświadomie lękając się własnych poczynań, kultywowali uniwersalistyczną mitologię komunistyczną, której ostatnie pogłosy znajdziemy w "Liście otwartym" - nie pojawiło się w niej w ogóle pojęcie narodu, jej wydętym do demonicznych wymiarów wrogiem okazywała się być religia. Każdy odcień związków z tym, co było najgłębszą rzeczywistością tego społeczeństwa, a więc z jego poczuciem narodowym, z jego tradycją religijną, z jego ruchami radykalnymi wreszcie był tropiony ze szczególną zaciekłością przez urzędowych ideologów (wielu z nich odnajdziemy dzisiaj pośród najbardziej hałaśliwych "liberałów") lub przez mocodawców osławionego departamentu. Ręce wielu z nich odnaleźlibyśmy zapewne pośród rzeczywistych sprawców wydarzeń marcowych. W tej właśnie społecznej i ideologicznej pustce zrodziła się dzielnica, razem ze swoją mitologią i swoją polityką, swoimi domami specjalnymi i swoimi szkołami specjalnymi, czyli systemem życia tak zorganizowanym, aby doskonałą izolacją ideologiczną i polityczną dopełnić doskonałą izolacją, w życiu codziennym. Wszystkie okna na świat zostały zatrzaśnięte. Żyjący w tej ślepej komórce "komandosi" naturalną koleją rzeczy otaczającą ich ciemność uznać musieli za jasność najjaśniejszą.
 
I tu wkraczamy w następny zespół uwarunkowań. Dzielnica była w przeważającej większości pochodzenia żydowskiego. Wywodząc się na ogół ze środowiska żydowskiego proletariatu i drobnomieszczaństwa, które jedyną szansę swojej emancypacji widziało w akcesie do ruchu komunistycznego, wychowana ponadto w szkole stalinowskiego kominternu, a więc tej, która rozdętym do granic pustej frazeologii uniwersalizmem ideologicznym pokrywała jezuicką zgoła praktykę polityczną, naturalną koleją rzeczy nie mogła odnaleźć się w rzeczywistości polskiej nie tylko z przyczyn politycznych, ale i etnicznych. Albowiem w miejsce faktycznej integracji w zbiorowość narodową podstawiona została pozorna integracja, w uniwersalistyczną mitologię, w jakiej problem jej etnicznej inności miał się rzekomo rozpuścić. Były to strusie zabiegi nie tylko w sensie społecznym ale i w sensie czysto osobistym - nie tylko bowiem nie załatwiały sprawy społecznej integracji tej grupy w zbiorowości, w której żyć jej przyszło, ale nie załatwiły nikomu również tej integracji w sensie czysto psychologicznym. W ten sposób problem stosunku Polaków i Żydów, rzekomo zniesiony, stanął na głowie po prostu i rozrósł się do rozmiarów nieproporcjonalnie wielkich w stosunku do jego skali faktycznej. Ponieważ Polska nie była bynajmniej anonimową ojczyzną światowego proletariatu, a krajem o konkretnym kształcie narodowym, wyjściowe zmistyfikowanie sytuacji jego żydowskich obywateli, musiało w konsekwencji pociągnąć za sobą ich pogłębiające się złe samopoczucie. W rezultacie tego pseudo-rozwiązania problemu współżycia narodowego, wyrosło pokolenie kalekich dzieci, które samo słowo "Żyd" brały za objaw antysemityzmu i dla którego samo słowo "naród" budziło podejrzenie o nacjonalizm Gdy resztki politycznych matadorów dzielnicy" tracąc resztki swych politycznych wpływów, zaczęły posługiwać się moralnym widmem antysemityzmu dla obrony własnych egoistycznych interesów politycznych, te same dzieci, emocjonalnie przygotowane na to od wielu lat, odpowiednio teraz zainspirowane, łatwo było pchnąć na drogę czynnych działań. W ich laboratoryjnie przygotowanych umysłach socjalizm był tożsamy z ideologiczną i społeczną nie-rzeczywistością, w jakiej tkwiły. Toteż subiektywnie przynajmniej wielu z nich robiło to ze szczerej wiary w "prawdziwy" socjalizm. Sposób prawdziwości tego socjalizmu wynika jednak z logiki powyższego wywodu, czego jednak dostrzec nie były w stanie, zwłaszcza, że w ostatnim przynajmniej czasie znalazły się w rękach politycznych szarlatanów. Ale to już jest osobny zupełnie rozdział naszej opowieści. 
 
II ŚWIAT ZNIEWOLONY. STRUKTURA GRUPY

Myślę, że rozumiemy teraz jakiej sytuacji społecznej oraz jakiego świata duchowego produktem byli "komandosi". Analiza nasza, w tym miejscu, przybiera bardziej konkretnie polityczny charakter. Aby sobie to uzmysłowić należy do niej wstępnie wprowadzić dwie przynajmniej, nie dowiedzione jeszcze, ale przyjęte na zasadzie przesłanek tezy. Teza pierwsza jest taka oto: matadorzy dzielnicy, którzy przeżyli, z powszechnie znanymi skutkami społecznymi, okres swojej politycznej prosperity w latach pięćdziesiątych, którym również, dzięki zręcznym manewrom udało się wyjść z przełomu październikowego z minimalnymi stratami, opuszczali jednak, w minionym dwunastoleciu stopniowo, ale systematycznie, swe dawne monopolistyczne pozycje w aparacie władzy. Rzeczywistość z trudem, lecz uparcie egzekwowała swoje prawa. Okres ostatni był okresem ich łabędziego śpiewu: jedyną szansą odzyskania straconej świetności stało się, wykorzystując istniejący zawsze, a zręcznie podsycany kapitał niezadowolenia społecznego, wywołanie poczucia sytuacji kryzysowej, na fali której skompromitowani niegdyś politycy mogliby zaprezentować się jako rzecznicy lepszej alternatywy. W tym celu należało spełnić dwa przynajmniej warunki: pierwszym była deprawacja świata duchowego młodzieży akademickiej, zadanie to wykonali znakomicie niegdysiejsi książęta literatury i myśli oficjalnej, w miarę dokonywania się zarysowywanego powyżej procesu przybierający z dużym powodzeniem swój własny wizerunek w barwy liberalno - opozycyjno - rewizjonistyczne. W ten sposób znaczne kręgi społeczne, zwłaszcza akademicko-humanistyczne w stolicy, od lat kilkunastu karmione produktami owej dworskiej teraz przez inwersję twórczości kulturalnej wprawiane były w stan histerii, albowiem z uporem godnym lepszej sprawy stawiano im przed oczy kolejne "zagrożenia". To jednak za mało - histeria jest tylko pewnym stanem psychicznym, pewną podatnością na działania, ale nie jest nim samym - aby się w nie przerodzić potrzebuje swojego detonatora. Ten jednak od dawna był już przygotowany - byli nim mianowicie "komandosi". Detonator ten ostatnie swoje szlify otrzymał w ubiegłym półroczu, kiedy to do grupy podrostków dołączyli owiani mitologią "działaczy", " prześladowanych za sprawę ", "nieugiętych autorów programu" zbawienia Rzeczypospolitej (czytaj: dzielnicy) Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Szlifowali oni ten detonator przez kilka miesięcy, wszystkimi dostępnymi sobie metodami, kształconymi uprzednio w "czerwonym harcerstwie" i manipulacjach wieloletniej "politycznej" działalności. W czasie interregnum rolę strażnika ciągłości pełnił, lansowany uparcie przez niektóre środowiska, jako coś na kształt polskiego Daniela Bendita - Adam Michnik. Brakowało zatem jeszcze tylko sytuacji zapalnej, ale i ta w odpowiednim czasie się znalazła - stała się nią załatwiona w niejasny i na poły prowokacyjny sposób afera "Dziadów" w warszawskim Teatrze Narodowym. Detonator zadziałał, histeria odpaliła, dalszy ciąg już znamy. Nim przejdziemy tedy do opisu funkcji tego detonatora zajmijmy się najsampierw metodami jego obróbki.

Pierwotną był m i t w o d z ó w; jak we wszystkich irracjonalnych zjawiskach społecznych ich przywództwo było natury charyzmatycznej. W percepcji swych podwładnych nie byli oni bynajmniej ludźmi poddającymi się racjonalnej krytyce, ale doszczętnie zmitologizowanym uosobieniem tego ułudnego świata wartości, w którym żyli "komandosi:; co ważniejsze samych sobie także jako takie uosobienie postrzegali i sytuację tę nader zręcznie potrafili wygrać. Inna sprawa, że i ten ich wizerunek został wyprodukowany przez intelektualistów z dzielnicy skutkiem długoletnich starań - w końcu jednak byli już ludźmi dorosłymi i można by od nich wymagać odrobiny dystansu wobec samych siebie. Wyliczmy składniki tej charyzmy, owej szczególnej "łaski", którą los miał ich naznaczyć. Jest to najsampierw owiana legendą, nigdy nie sprawdzona wyjątkowość ich politycznej przeszłości. Już gdy mieli lat kilkanaście byli, zdaniem legendy, działaczami politycznymi na skalę kraju: to oni "robili" październik. Jest to dalej legenda ich politycznej i życiowej porażki zmistyfikowanej jako moralne zwycięstwo. Ich coraz bardziej marginesową pozycję w rzeczywistej społeczności młodzieżowej kraju przekształcono w legendzie w moralne zwycięstwo: byli " czyści", "bezkompromisowi", "nieugięci". Stąd wynikał następny element: legenda cierpienia. Ich czystość moralna i bezkompromisowość uzyskały swoje potwierdzenie w więziennych perypetiach - nic ich nie złamało, wrócili jeszcze bardziej stanowczy, jeszcze bardziej utwierdzeni w poczuciu własnej misji. Jak więc widzimy bezrefleksyjność tych młodych ludzi z kolei została w legendzie ułudnie przedstawiona jako moralny heroizm. Jest to na koniec legenda autorów programu, który w wersji baśniowej podejmował walkę o interesy klasy robotniczej, w wersji faktycznej zaś był tylko nowym wcieleniem (zdegenerowanymi) dogmatycznej i uniwersalistycznej mitologii dzielnicy. Wyjaśnijmy legendy tej nie stworzyli bynajmniej "komandosi" czyli młodzieżowa świta wodzów, na ich powrót przez Michnika i ów szczególny klimat niektórych wydziałów uniwersytetu przygotowana - oni tylko legendzie spreparowanej przez świat duchowy w orbicie dzielnicy pozostający, ulegli. Jakżeż zresztą mogli jej nie ulec, skoro taka była ich uprzednia edukacja, jak to staraliśmy się powyżej pokazać? Toteż trudno się dziwić, że "wodzowie" tę uległość odczuwając, uczynili ją instrumentem swoich zabiegów: usytuowali się zręcznie jako "wtajemniczeni", natchnieni właściciele jedynej prawdy i prawdy tej postanowili nauczać w specjalnie do tego celu stworzonej kapliczce. Funkcjonowała ona na zasadzie objawienia, a nie poznania, toteż nie krytyczny umysł był na jej przyjęcie potrzebny, ale natchniony stan ducha. Owa znana z doktryn mistycznych "gotowość" osiągana była w zbiorowej kontemplacji świętej księgi, miejsce świątyni pełnił na ten raz tzw. "salon polityczny".  W praktyce jednak posługiwanie się równo tą gotowością, jak i tą wi.arą w celach zgoła nie świątobliwych. Jak zwykle zresztą w mistycznych sektach.
 
Ulegając mitowi wodzów, młodzi ludzie ulegli tedy mitowi programu. Tym bardziej, że ów program będący dziwaczną miszkulancją strzępów ekstremistycznych tendencji zrodzonych w stuletniej tradycji ruchu robotniczego na licznych jego marginesach, nie wytrzymujący racjonalnej krytyki średnio wykształconego czytelnika nie tylko w swej całości, ale w żadnym ze swoich fragmentów, był raczej księgą, niż tekstem dyskusyjnym: emanacją wiary, której podstaw nie wolno było zaatakować. Jego mitologizację ułatwili również intelektualiści z dzielnicy - wprawdzie bezpośrednio pytani o jego tezy wzruszali raczej ramionami (byli już zbyt, jak na takie szkolne bajdy, wykształceni), ale sami kultywowali starannie mit autorów, jako cierpiących za sprawę i mit jedynego programu (nie najlepszego, ale jedynego). Nie będziemy się tutaj zajmować analizą jego faktycznej zawartości, nie tylko dlatego, że byłby to wysiłek godny lepszej sprawy; jakoż po jednorazowej lekturze przyszło mi uznać ów program za seminaryjny przykład elementarnych błędów logicznych i metodologicznych; ponieważ pełnił on rolę jednego z integratorów grupy, wyeksponowana w świadomości jej uczestników była raczej jego funkcja, niż zawartość, innymi słowy, mityczna postać właśnie. Przynależne tej mitycznej jego postaci były następujące cechy: jego programowość, jedyność, rzekomy uniwersalizm, rzekomy radykalizm.
 
Przyjrzyjmy się im po kolei. Już sam fakt, sama potrzeba programu, który miał zostać wymyślony poza rzeczywistością, aby tę rzeczywistość w rzekomo lepszą od istniejącej mocą magicznych zabiegów przekształcić, była tylko nowym wcieleniem starych nawyków umysłowych dzielnicy; jakoż wtłaczanie rzeczywistości w dogmatyczny kanon było jej starą specjalnością. W ten sposób tekst, który był zabytkiem anachronicznej kultury umysłowej, został awansowany do roli wizjonera przyszłości. Jako synonim programu występował przymiotnik j e d y n y - w i s t o c i e był on jedyny, ponieważ rzeczywistość ze swoimi realiami zaczęła być już sama dla siebie programem, tylko na jej marginesie można było podjąć się zadania wymyślenia dla niej programu. Który też, jak klosz miał być na nią (za każdą cenę) nałożony. Ten sam produkt zwyczajnej aberracji umysłowej został zmistyfikowany jako najwyższe osiągnięcie ideologii. Uzasadniać tę jego skalę miały dwie następne jego cechy: uniwersalizm i radykalizm. Program występował w interesie klasy robotniczej, nie tylko polskiej, ale i światowej - oto podstawa jego uniwersalności. Wszelako klasa robotnicza występująca w nim była bytem całkowicie odrzeczywistnionym, a jej interesy subiektywną konstrukcją jego autorów. Więcej - owa klasa robotnicza była tylko substytutem pragnień, a jej interesy projekcją interesów dzielnicy. Tak oto tekst, za którym krył się partykularny i egoistyczny interes dzielnicy, przedstawiony został jako wyraz interesów najbardziej uniwersalnych. Uniwersalizm ten z kolei miał się spełniać w jego radykalizmie - nawoływał on bowiem do obalenia "systemu" w drodze rewolucji. Cokolwiek by nie sądzić o różnych wadach tego systemu, jest on podwaliną realizacji interesów rzeczywistej klasy robotniczej - ów jedyny program tedy występujący w imieniu interesów światowego proletariatu miał się zrealizować w eksplozji anarchicznego buntu rujnującego podwaliny zaspokojenia tych interesów. Istotnie zatem - esencja czyli duch programu uzgodniła się w paradoksalny sposób z jego egzystencją, czyli społecznym ekwiwalentem. Ponieważ bunt taki mógł, w najlepszym razie wynieść do władzy skompromitowanych matadorów politycznych dzielnicy, partykularyzm programu spełniłby się w partykularyzmie jego realizacji. Pierwszym krokiem zaś na drodze urzeczywistnienia owych ogólnoludzkich aspiracji miało stać się wystąpienie w obronie politycznej i osobistej nieodpowiedzialności Adama Michnika. To, co urodziło się w dzielnicy, musiało w niej pozostać.
 
Tak więc tym z owej świętej księgi, co jedynie stało się obiektem praktycznych zabiegów był pewien mit d z i a ł a n i a. Wynikał on z funkcji programu, jak to zresztą powyżej usiłowałem przedstawić. W wersji mitologicznej działanie to, a zatem i każdorazowy jego akt było manifestacją najistotniejszej esencji "ruchu", a mianowicie tego, że miał on jedyny i uniwersalny program nawołujący do czynu. Ale nie tylko, było ono, ponieważ radykalizm ten miał swoje wsparcie w jego uniwersalnych aspiracjach, także występowaniem w imię interesów "światowego proletariatu". Ponieważ działać w imię tych interesów można było tylko r a d y k a l n i e, to znaczy "totalnie przeciwstawiając się systemowi", korzystając z każdego dogodnego pretekstu, mit działania spełniał się w praktykowaniu, znanej z historii anarchizmu, akcji bezpośredniej. Każdy krok, który zmierzał do zamącenia społecznego porządku, w dowolnie wybranej sytuacji, z punktu widzenia owej legendowej konstrukcji umysłowej, w jej afektywnym zapleczu, był postrzegany jako kolejne zbliżenie na drodze, do owego rzekomego raju światowego proletariatu. Nie wolno było zatem dopuścić, aby kiedykolwiek mistyczna spójność wielu pięter absurdu została zakwestionowana, godzono się tedy, że program ten ma takie czy inne niedokładności i poddawano je nawet zainscenizowanym dyskusjom, które miały być prezentacją dobrej woli jego autorów. Każde jednak zaatakowanie którejkolwiek z jego mitycznych funkcji, było natychmiast ogłaszane za odstępstwo, a jego zwolennicy podlegali ekskomunice. Aby zaś, dalej, nikomu z maluczkich nie przyszło do głowy zwątpić czasem, w którykolwiek z mitów współtworzących strukturę owego szczególnego świata duchowego, należało mnożyć owe akcje bezpośrednie, tworząc ułudne poczucie ciągłości działania usankcjonowanej przez jego mityczny cel: toteż wymyślano je nieustannie, tak aby nikt w przerwach nie miał czasu ochłonąć. Wysłannicy "komandosów" udając się na pertraktacje z Antonim Słonimskim, w oparach swego psychicznego skrzywienia, sądzili, że zbliżają właśnie dzień nastania owego proletariackiego raju posłannictwo, kreacji którego wzięli na siebie, w swym auto-wizerunku, ich "wodzowie". Ale i tutaj esencja paradoksalnie uzgadniała się z egzystencją, czyli duch z praktyką. Antoni Słonimski zamieszkiwał bowiem przy Alei Róż. Praktyka akcji bezpośredniej, której zwodniczym a kuszącym pokryciem miał być mit rewolucyjnego działania spełniała się w aktach wichrzycielskich i w dwuznacznych, co najmniej, sojuszach. Tyle w tym konsekwencji, że sojusze te również zawierano w obrębie dzielnicy.
 
Mimo wszystko jednak w tym miejscu znajdowało się najsłabsze ogniwo tej szczególnej struktury duchowej. Mit rewolucyjnego działania był łudzącą abstrakcją, te zaś czy inne akcje do jakich używano młodzież z grupy, lokując się w rzeczywistości i korzystając z konkretnych pretekstów nabierały konkretnego charakteru grożącego kompromitacją całej doktryny. Ponieważ ich konkretny charakter nawet ludziom tak uprzedzonym, jak ta młodzież właśnie (a umysły ich przez całość tego świata zostały znieprawione) narzucał niekiedy swą absurdalność; ponieważ rozpiętość pomiędzy faktyczną obroną nieodpowiedzialności Michnika a wizją światowej rewolucji była zbyt wielka nawet dla niektórych z "komandosów", na tle tych czy owych przedsięwzięć dochodziło do licznych konfliktów, zwłaszcza, że konfliktom tym sprzyjała rosnąca świadomość społecznej bezskuteczności tych akcji. Jakoż jedynym ich skutkiem praktycznym były represje wobec ich inicjatorów. Niezbyt dotkliwe - dodajmy. Współpodpierające się tedy kolumny mitologicznego świata, podważone w jednym ze swoich wsporników groziły ruiną całej budowli. Tym, co naprawdę tedy utrzymało je tak długo przy życiu, co istotnie powstrzymywało zarysowujący się proces dezintegracji grupy, było zmistyfikowanie politycznego wichrzycielstwa jako moralnego heroizmu. Zwornikiem tej świątyni urojonych wartości okazał się być m i t m o r a l n e j c z y s t o ś c i. Jego ucieleśnieniem, jak to już wspomniałem byli oczywiście "wodzowie", w ich losie i na ich postawie miał on swoją laboratoryjną niejako krystalizację. Ponieważ wypisali oni przed kilku laty skrajny program, będący kompensacją ich coraz bardziej wyosobnionej pozycji społecznej, ponieważ ta przerodzona w umysłową skrajność wyosobniona pozycja zaprowadziła ich poza prawo, będące gwarantem społecznego porządku (nawet jeśli niedoskonałe), a efektem politycznym tej drogi stała się ich izolacja (w znośnych, przyznajmy, warunkach), uczynili oni z tego swojego miejsca narzędzie moralnej diagnozy świata. Przedstawiając mianowicie swój program jako akt moralny (występował on przecie w imię "sprawiedliwości") i z punktu widzenia tego aktu sądząc całą rzeczywistość na około, ośrodkiem i miarą owej moralności uczynili siebie, swoją postawę i swoje interesy, przedstawiając je z kolei, rzecz jasna, jako moralność absolutną i interesy uniwersalne. Ta sytuacja ideologiczna stała się w praktyce sankcją moralnego terroru, jaki panował wewnątrz grupy i jaki grupa rozsiewała wokół siebie. Ani oni, ani też otaczająca ich młodzież nie byli w tym względzie oryginalni i samotni. Wszyscy razem wyrośli przecież w klimacie duchowym, w którym polityczny cynizm matadorów dzielnicy znalazł następnie swe ideologiczne odwrócenie w auto-wizerunku lansującym ich moralną czystość; nadto emanacją tej samej postawy były ogromne obszary literatury i myśli "liberalnej" sporządzanej pisemnie i ustnie w latach ostatnich. Literatura ta i myśl ta w latach październikowego przełomu wykrzyczała swoje własne obrzydzenie "moralne", bijąc się nie po raz pierwszy zresztą, w cudze piersi, w latach następnych przeciwstawiała się rzeczywistości różne wersje absolutyzmów moralnych, w imię których podejmowała nihilistyczną jej krytykę. Filozoficzny wymiar tej postawie, nie dostrzegając niestety jej paradoksów, choć w formułowaniu paradoksów sprawny, nadał Leszek Kołakowski. On też doprowadził ją do filozoficznej skrajności: cały porządek rzeczywistości został w jego twórczości zredukowany do porządku moralnego, wizja człowieka w niej zawarta stała się nieuchronnie manichejską, w świecie radykalnie przeciwstawnych biegunów moralnego wartościowania. Filozofia ta z kolei natrafiła na swoją umysłową granicę, dzięki imponującej analitycznej konsekwencji w dziele o "Świadomości religijnej i więzi kościelnej", poświęconym, [o tajemna prawidłowości!], sektom mistycznym siedemnastego wieku. Granicą tą dla tej postawy stało się zrozumienie kościoła jako ziemskiej rzeczywistości religii, potrafiła ona bowiem tylko wejść w intymny dialog z różnymi jej ekstremizmami. Nie mogła jednak zrozumieć rzeczywistości kościoła w wieku siedemnastym, ponieważ nie rozumiała rzeczywistości społeczeństwa w wieku dwudziestym. Praktycznym zaś ekwiwalentem tego świata duchowego stali się "komandosi", czyli współczesna wersja mistycznego obłąkania. Oni też zrealizowali w praktyce wszystkie skrajności tej "filozofii moralnej". Miejsce racjonalnej oceny człowieka pośród nich, zajęła moralna cenzurka, skalą na której tą cenzurkę odmierzano był stopień entuzjastycznej gotowości na dyspozycje "wodzów"; miejsce dyskusji nad takim czy innym pomysłem zostało zajęte przez ślepą afirmację całej tej ideologicznej niedorzeczności; miejsce samodzielności okupowała bezwolna karność i porzucenie swej samotożsamości W życiu codziennym wszelako, ponieważ egzekwowanie tych powinności z tych czy innych przyczyn natrafiało niekiedy na prze- szkody, nie cofano się przed niczym. Środowisko "komandosów" manipulowane przez swoich "wodzów", było kłębkiem podejrzliwości, plotki, komerażu, cynizmu i szantażu moralnego. Nad każdym z uczestników grupy, w razie odmowy wzięcia udziału w jakiejkolwiek akcji widniała, bezwzględnie i przy pomocy wszelkich metod egzekwowana groźba "śmierci cywilnej" - byli tam również "moralni" policjanci, którzy przeprowadzali śledztwa badające "lojalność" poszczególnych osób. Komandosi z kolei przenosili ten terror moralny na zewnątrz, ponieważ inicjowane akcje, w ich znieprawionych świadomościach były właśnie aktami, w których manifestować się miała owa "moralna czystość", w praktyce stawały się rozsadnikami właściwej grupie atmosfery: odmowa udziału, podpisu, składki (niezależnie od jej racji) była wyklinana, a krnąbrnych obdarzano bezwzględną pogardą. Odwrotną zaś stroną pogardy dla otoczenia, była autoidealizacja, ta niemal cała skupiała się na osobach "wodzów", innym od czasu do czasu udawało się błysnąć odbitym tylko światłem: istotnie, cała egzystencja "komandosów" daje się sprowadzić do ustawicznego hołdownictwa wobec Kuronia, Modzelewskiego i Michnika, a wszystkie ich akcje do wynoszenia na piedestał tej nieświętej trójcy. Tak jak we wszystkich innych przypadkach jednak, tak i w tym "komandosi" byli tylko pomniejszoną odbitką polityki dzielnicy: to jej królestwem przecież była plotka, podejrzliwość, cynizm i moralny szantaż, przy ich pomocy deprawowała ona otaczające ją umysły i przez nie czyniła je obiektami dowolnych właściwie manipulacji. I tak, jak "komandosi" redukowali się do swoich "wodzów" właściwie, tak dzielnica redukowała się do swoich matadorów: Zambrowskiego, Staszewskiego, Bermana i innych takich. Instancja polityczna zamaskowana jako instancja moralna, w swojej powtórnej politycznej praktyce mogła już zrodzić tylko niczym nie maskowany terror. Na szczęście jednak historia nie lubi się powtarzać. Albo też, jak inteligentnie zauważył Karol Marks, powtarza się jako farsa.
 
Moglibyśmy już przejść do zasad praktycznych działania grupy, aby zrozumiawszy jej mitologiczną nadbudowę zobaczyć ją także w regułach jej wewnętrznego poruszania się, gdyby nie to, że nie "wyczerpaliśmy jeszcze opisu składników owego mitologicznego świata. Pozostał nam bowiem jeszcze m i t r u c h u. Otóż "komandosi" w swoim własnym, a raczej w mniemaniu, które stworzyli "wodzowie", nie byli osamotnieni. Wprawdzie ich izolacja w środowisku akademickim raczej się pogłębiała, niż malała, wprawdzie niezależnie od indywidualnych wysiłków tych czy innych osób, jako grupa byli pozycją coraz bardziej marginesową społecznie, niemniej jednak wszystkie niedogodności tego faktu miał przesłonić mit ruchu.
 
R u c h i s t n i e j e - oto pewnik, którego nikt i nic nie mogło zakwestionować. Ruch istnieje i pewnego dnia (owego sądnego dnia wieszczonego w programie) zamanifestuje to istnienie. Podtrzymywały egzystencję tego mitu zręcznie kolportowane informacje o nawiązywaniu "kontaktów" z "klasą robotniczą", która tylko czeka na sygnał (o wieczny duchu Bakunina!), podtrzymywała egzystencję tego mitu atmosfera rzekomo współdziałania z innymi (podobnymi "komandosom") rzecznikami klasy robotniczej w innych krajach świata. Nic nie było w stanie rozbić, tego świata z obłędną konsekwencją stworzonej ułudy. Adamowi Michnikowi nie pomogła, w swoim czasie, nawet lektura "Biesów", do której go zmusiłem. Ale sam jeszcze wówczas nie przypuszczałem, że to on właśnie okaże się Piotrem Wierchowieńskim. Mit ruchu podtrzymywały zjawiające się od czasu do czasu Francuziki niejasnego pochodzenia, które miały taki sam obłęd w oczach i jeszcze bardziej udawały misjonarzy rewolucji światowej. W praktyce jednak, jak przypuszczam, sojusze kończyły się w pobliżu łóżka a dzieła spojenia ruchu dokonywano aż nazbyt namacalnie. Francuziki pochodziły na ogół z paryskiej XVI dzielnicy, do której też udawali się, korzystając z protekcji dzielnicy warszawskiej, różni wysłannicy "komandosów". Jak się zdaje i tam dzieło spojenia polegało głównie na, delikatnie rzekłszy, intensyfikacji własnych przeżyć. Chociaż, przy ich okazji dochodziło za- pewne do różnych mętnych i brudnych powiązań. Ażeby mit ruchu miał trwać, nie orientujący się w istocie rzeczy wysłannicy musieli przecież nawiązywać kontakty z każdym, kto na to miał ochotę. Nie sądzę, aby był to papież rzymski, generał de Gaulle, lub Luigi Longo. Przy okazji tych misji nie zapomniano jednak o maksymalizacji korzyści osobistych - znana jest opowieść o jednym z czołowych komandosów, który wyjechał z pustymi (?) rękami, a wrócił z siedmioma walizami. Ostatecznie zatem i w tym także wypadku esencja uzgadniała się z egzystencją, ponieważ mit ruchu był tylko złośliwą repliką starego uniwersalistycznego mitu dzielnicy, ponieważ ten uniwersalistyczny mit był wykorzystywany przez jej matadorów dla egzekwowania swoich interesów, wodzowie "komandosów" nie wymyślili niczego nowego. Odsłonili tylko istotę owego uniwersalizmu. W dykteryjce o siedmiu walizach.
 
Mylilibyśmy się jednak sądząc, na podstawie sporządzonej powyżej analizy mitologicznej nadbudowy, będącej istotnym czynnikiem więziotwórczym wśród "komandosów", że sama ona wystarczała, aby działali oni tak aktywnie i aby działalność ta zataczała takie, nieproporcjonalnie wielkie, jak na nich samych, szerokie kręgi. "Komandosi" byli nie tylko grupą towarzyską i nie tylko stowarzyszeniem mistycznym założonym dla biernej kontemplacji świętej księgi - byli grupą działającą, a działanie tworzy zawsze pewne reguły, wedle których się odbywa. To, co omawialiśmy powyżej należy do sfery uzasadnień tego działania, miała ona jednak swoje istotne uzupełnienie w jego regułach praktycznych. Tym bardziej, że owa nadbudowa mitologiczna była już ostatnio poważnie nadwątlona, zwłaszcza w tych swoich elementach, które wiązały się z "Listem otwartym" - świadomość tego, że graniczy on z bzdurą znajdowała powoli dostęp nawet do zatwardziałych umysłów. Nadto jednak, ci czy inni "komandosi" żyli w pewnym świecie prywatnym, w którym ich udział w działalności grupy nie budził bynajmniej entuzjazmu, co więcej niektórzy też zbliżali się do zakończenia swoich studiów i świadomość pojawiania się przed nimi realnej problematyki życiowej hamowała nieco ich młodzieńczy zapał, zwłaszcza, że, jak już wspomniałem, dysproporcja między mitologią a praktyką była zbyt jaskrawa. W sytuacji takiej, która naturalną koleją rzeczy musiała pociągnąć za sobą wewnętrzny rozkład grupy i zostawić wodzów w doskonałej już izolacji, a kandydatów na "zawodowych rewolucjonistów" nie było znowu wśród "komandosów" tak wielu, należało przygotować i zrealizować taki system postępowania, który maksymalnie ograniczałby swobodę indywidualnej decyzji w ramach grupy i stanowił dodatkowy czynnik przymusu. Innymi słowy, nie kontentując się samą mitologią należało opracować także i wcielić w praktykę takie zasady postępowania z ludźmi, które pozwoliłyby bezpiecznie nimi manipulować, wykorzystując ich intencje, Krótko mówiąc, chodziło o taki zbiór zasad, który z każdego z uczestników czyniłby narzędzie wiadomych "wodzom" zamiarów, skrajnie zaś myśl tę formułując chodziło o to, aby członek grupy robiąc coś, nie miał pełnej świadomości wartości i miejsca swojego czynu w całokształcie działań - aby spełniając zamiary i polecenia "wodzów", fałszywie sądził, że spełnia swoje własne.
 
Zbiór zasad organizujących te praktyki był dość prosty i logiczny, znany zresztą skądinąd, pozostawał on jednak poza świadomością wielu uczestników grupy, a przynajmniej pozostawała poza tą świadomością jego istotna funkcja, proces jej tłumaczenia zaś okazywał się niekiedy dość uciążliwy. Tworzyła ten zbiór: zasada wyłączności decyzji, zasada jej nie kontrolowania przez grupę, związana z nią zasada częściowej informacji, wynikająca z nich zasada wykonawczej roli członków, na koniec zaś, jako ukoronowanie tego dekalogu zbierała je wszystkie w sobie zasada ochrony „wodzów”. Na czym wszystkie one polegały, nie ma, jak się zdaje potrzeby tłumaczyć, wynika to bowiem z samych nazw. Nie wdając się tedy w ich szczegółową eksplikację obejrzyjmy je w działaniu. Oto najsampierw, zgodnie z mitologicznym porządkiem tego myślenia tworzy się atmosferę histerycznego podniecenia wokół jakiejś dowolnie wybranej "sprawy", która ma się stać pretekstem kolejnej akcji. Wodzowie w znany tylko sobie sposób omawiają sytuację oraz decydują konkretny kształt tej akcji, podejmując, w swoim gronie, do którego od czasu do czasu zależnie od potrzeb technicznych bywa dopuszczany ten lub ów z bardziej zaawansowanych "komandosów", decyzję o jej przeprowadzeniu. Ustalają tedy termin, okazję, listę ludzi którzy zostaną wyznaczeni do jej przeprowadzenia oraz zespół przedsiębranych zabiegów. Kiedy całość ta jest już gotowa, wzywa się na "spotkanie" potrzebnych do przeprowadzenia akcji ludzi i stawia w obliczu gotowych zleceń. Nie znają oni ani całości ani też pełnego sensu inicjowanego przedsięwzięcia, to, co podaje się im do wiadomości, jest tylko zasobem informacji niezbędnym do wykonania polecenia. Jeśli nie wystarcza do uczestnictwa w tej akcji, uczestnictwo w owym powyżej opisanym mitologicznym porządku wiary, struktura sytuacji łatwo zostaje przekształcona w strukturę moralnego terroru - odmowę przedstawi się jako odstępstwo, tchórzostwo lub konformizm. Jeśli komuś przyjdzie do głowy zastanowienie się nad nieznaną mu całością i zażąda ponownego rozpatrzenia decyzji, wtedy powie się, że jest już za późno ponieważ akcja została już rozpoczęta i nie można robić świństwa kolegom, którzy już działają. Udział w politycznym wichrzeniu zostanie przedstawiony jako akt moralnej solidarności. W ten sposób ci, którzy dotąd mieli wątpliwości, poczują się winni wobec swoich, już wciągniętych do afery współtowarzyszy i zaczną na wyprzódki reklamować swoją entuzjastyczną gotowość. Zadania zostaną sprawnie przez wodzów rozdzielone, ponieważ ustalili już uprzednio ich plan, ustalony również zostanie sposób "kontaktowania" się i przebiegu akcji, tak pomyślany, aby na wypadek interwencji władz, wodzowie pozostali poza kręgiem, jeśli nie podejrzanych, to przynajmniej bezpośrednich sprawców. W dyskusji, która będzie już miała tylko techniczny charakter, uda się od czasu do czasu, któremuś z maluczkich usprawnić jakiś szczegół, co zostanie ze zrozumieniem przez "wodzów" przyjęte. Inicjatora się pochwali, aby wszyscy mieli poczucie współuczestnictwa w podejmowaniu decyzji. Kiedy akcja zostanie już rozkręcona, wodzowie znikną, a bezpośrednio narażonymi na represje pozostaną wykonawcy ich poleceń, jako, że oni wykonywać będą konkretne działania. Stopień konkretności tych działań będzie wzrastał w miarę oddalania się od ośrodka dyspozycyjnego - najbardziej czarną i najbardziej też spektakularną, a zatem najbardziej narażoną na represję robotę wykonywały osoby przypadkowe lub mające mniejszą dla grupy wartość. System ten działał "w górę" i w "dół", by tak rzec, to znaczy dotyczył on studentów, wciąganych do różnych akcji poprzez wykorzystywanie ich młodzieńczej szlachetności, ale dotyczył też pracowników naukowych i profesorów, angażowanych w obronę Michnika, jako w działanie moralne. Chociaż w tym akurat przypadku, zwłaszcza jeśli chodzi o niektóre nazwiska, zachodziło zapewne sprzężenie zwrotne. To znaczy, te czy inne akcje "obronne" pełniły zarówno funkcję lansowania Michnika i "komandosów", jak też przysparzały uczonym wieniec laurowy moralnej czystości i stroiły ich w togę luminarzy intelektualnej opozycji.
 
Jak więc widzimy, struktura mitów i struktura zasad nie były zbyt skomplikowane, ani wymyślne. Ich siłą jednak było ich wzajemne uzupełnianie się w praktycznym wpływie na uczestników grupy i otaczający ich świat - tworzyły one bowiem system doskonale szczelny, będąc, w swojej istocie, krystalizacją świata duchowego dzielnicy. Naprawdę jednak był to system precyzyjnych reguł duchowego i fizycznego niewolnictwa, system piekielnych zaiste w swej wewnętrznej konsekwencji mistyfikacji: doskonałe zniewolenie było w nim przedstawione jako wolność zupełna; zniszczenie własnej osobowości jako jej najwyższa samorealizacja; autokracja "wodzów" jako idealne wcielenie demokracji; bezwolna wierność doktrynie jako afirmacja indywidualnego wyboru. I w tym wypadku ten świat wyosobniony i zniewolony nie spadł z nieba - był tylko karykaturalnym powtórzeniem struktury pewnego systemu, w którego stworzeniu przemożny udział mieli czołowi politycy dzielnicy i czołowi intelektualiści dzielnicy. Jak to już jednak spostrzegliśmy, historia na szczęście nie lubi się powtarzać, albo też, jak to już poprzednio cytowaliśmy, za pewnym wnikliwym myślicielem powtarza się w karykaturze.
 
Kończąc ową próbę strukturalnej analizy świata duchowego i reguł praktycznego zachowania "komandosów", chciałbym korzystając z przywileju narracyjnego, zamieścić na jej koniec pewną refleksję osobistą. Nie odkryłem bowiem dopiero teraz istoty tego świata, chociaż w tym właśnie tekście jej charakter dookreślił mi się w sposób wreszcie systematyczny. Widziałem jednak znacznie wcześniej wiele jego aspektów, obserwowałem praktyczne skutki funkcjonowania jego zasad. Nie tylko zresztą - straciłem również dość duży zasób czasu i energii na ich demaskowanie i przeciwstawianie się im, dzięki czemu kilkakroć padałem ofiarą pomówień i insynuacji. Z perspektywy tej diagnozy jednak i z perspektywy czynionych wcześniej spostrzeżeń i analiz pozostaje dla mnie całkowitą tajemnicą, w jaki sposób niektórzy z tych młodych ludzi, poddani tak przemożnej presji sztucznego i wynaturzającego systemu oddziaływania, pozostali jednak względnie czyści w swej autentycznej pasji ideowej i w swym niełatwym niekiedy, życiu osobistym. Nie jestem również w stanie odpowiedzieć na pytanie, czemu oni sami to zawdzięczali. Ale nie mogę o nich myśleć bez życzliwej sympatii i bolesnego niekiedy zdumienia. I nie chodzi tutaj o jedną tylko osobę. W tym przecież nie byłoby nic dziwnego.
 
Tyle słów owej osobistej refleksji, które czytelnik zechce mi wybaczyć. Myślę, że mam do tego prawo, ponieważ rygorystycznie dotąd zachowywałem trudny nieraz obiektywizm powyższej narracji.
 
W tym miejscu również czas już najwyższy przejść do fabularnego toku naszej opowieści, a mianowicie pokazać detonator w działaniu i jego funkcję w świecie politycznej prowokacji.
 
III. ŚWIAT PROWOKOWANY. FUNKCJA GRUPY

Zgodnie z poczynioną wcześniej wypowiedzią powracamy teraz do fabularnego toku zdarzeń. W tym miejscu wszakże narrator zobowiązany jest uprzedzić czytelnika, że dokona obecnie znamiennej wolty, porzuci mianowicie pozycję opowiadającego zdarzenia, lub też analizującego ich uwarunkowania, jaką zajmował dotychczas a umieści się w fikcyjnej pozycji ich r e ż y s e r a. Dokonuje on tej wolty, nie po to, aby fałszować przebieg zdarzeń, które ma zamiar zrelacjonować, lecz aby skutecznej pokazać zachodzące pomiędzy nimi logiczne związki, które przecież faktycznie nie musiały być związkami rzeczywistymi. W tych zaś miejscach, w których wiedza narratora jest nazbyt ograniczona, aby takie rzeczywiste związki wskazać czerpać on będzie nieco ze swej literackiej wyobraźni, puszczając wodze fantazji. Czytelnik sam oceni na koniec, czy narrator nie folgował sobie zbytnio i czy jego konstrukcja skutecznie tłumaczy rzeczywistość, a więc to, co b y ł o, nawet jeśli niekiedy posługuje się rozumowaniem pokazującym, jak mogło być.
 
Skoro zatem przygotowaliśmy sobie grupkę zapalonej, pieczołowicie od lat hodowanej młodzieży, pałającej żądzą działania, które tylko należy właściwie ukierunkować, skoro świat duchowy tej młodzieży stał się doskonałą i wyjaskrawioną odbitką otaczającego ją świata duchowego, w świecie zaś tym wszystkie proporcje starannie wykrzywione i wszystkie wartości doskonale zmistyfikowane (przynajmniej te, które organizują życie publiczne), skoro nadto dostarczyliśmy tej młodzieży w odpowiednim czasie tych, którzy ukierunkują właściwie jej żądzę działania i przemyślnie wtłaczają w spreparowane przez siebie formy, skoro ponadto z dawien dawna dokładaliśmy już starań aby o d p o w i e d n i o zdemoralizować ducha i umysły szerokich, a przynajmniej wpływowych kręgów inteligencji humanistycznej w stolicy, która z natury rzeczy jest ośrodkiem politycznie decydującym; skoro zatem przygotowane mamy dwa odczynniki, które łatwo (jak to przewidujemy) wejdą ze sobą w reakcję, cóż nam jeszcze więcej potrzeba? Potrzeba nam tylko, rzecz jasna sytuacji, w której reakcja taka będzie mogła nastąpić oraz katalizatora tej reakcji. Toteż jeśli myślimy przewidująco, a dotychczasowe nasze zabiegi wskazują raczej na to, że nawet jeśli jesteśmy zwolennikami teorii alienacji, to jednak poruszamy się w świecie dookolnym, tak, jakby był on dla nas doskonale przejrzysty i potrafimy nim znakomicie manipulować, zatem myśląc p r z e w i d u j ą c o właśnie, musimy przewidzieć sytuację, w której taka reakcja nastąpi, co więcej musimy ją przewidzieć nie tylko w refleksyjnej funkcji własnego umysłu, ale także, co i ważniejsze, postępować tak, aby przewidywania nasze się zrealizowały. Ale i to nie jest nam obce, wychowani jesteśmy w starej politycznej szkole, w której przewidywać zdarzenia znaczy je poniekąd prowokować; tym łatwiej potem zresztą jest je przedstawić jako rezultat "obiektywnie" zachodzących konieczności. Przecież wychowując sobie "komandosów" w micie politycznego działania, nie tylko przewidujemy ich zachowania, ale również poniekąd je powodujemy; przecież stawiając przez lat kilkanaście pewne kręgi, inteligencji twórczej, przed ciągłymi "zagrożeniami" wartości kulturalnych, i przedstawiając te "zagrożenia" jako rezultaty toczącej się przeciwko n a m walki politycznej, nie tylko przewidujemy jej zachowania, ale także poniekąd je powodujemy; przecież wychowując przez lat kilkanaście czołówkę młodzieży akademickiej w określonym typie myśli i określonym typie literatury, nadto w klimacie m o r a l n e j aprobaty dla pewnego typu zachowań politycznych, nie tylko oglądamy jasnowidzącymi oczyma duszy jej reakcję na takie czy inne zdarzenia, ale ponadto reakcję te formujemy. Musimy tedy to wszystko rozumieć ponieważ nie uschły w naszych mózgach jeszcze resztki marksistowskiej dialektyki i wiemy, co nieco na ten temat, w jakich okolicznościach ilość przechodzi w jakość, nie uschły zwłaszcza w tych jej aspektach, które oderwane od jej żywej istoty pozwalają z niej czynić instrument określonych politycznych manipulacji. Taka jest już zresztą nasza ideologiczna natura: gdy można działać z ukrycia jesteśmy mistrzami dialektyki praktycznej, gdy trzeba wychylić twarz przed publiczność okazujemy się łatwo natchnionymi moralistami. Sądzę tedy, że znając dobrze te wszystkie swoje zdolności i talenty, nie pozwolimy zbyt długo czekać naszym odczynnikom na tę sytuację i na ten katalizator. A także dobrze go wybierzemy. Dobrze to znaczy w odpowiednim momencie, w którym posiadać się będzie całkowitą pewność tego, że odczynniki te wejdą ze sobą w reakcję: dobrze to znaczy tak, aby naiwni ulegli całkowitej dezorientacji, której nawet nie będą w stanie zauważyć i tym bardziej tedy, bo w dobrej wierze, dynamicznie działali. Ponieważ zalety tego świata umysłowego, który stanowi rację naszych postępków polegają nade wszystko na tym, aby umiejętnie wygrywać sprawy możliwie ogólne dla pokrycia nimi interesów charakterystycznie szczególnych, ponieważ skompromitowawszy się już uprzednio w swej twarzy politycznej możemy tylko "pro publico bono" wystawić na widok twarz moralną, ponieważ nadto nie mając na uwadze żadnych wartości (poza sobą) musimy występować jako rzecznicy spraw wartościowych bezwzględnie - łatwo się już domyślamy, jaka to będzie sytuacja i jaki to będzie katalizator.
 
 Istotnie więc - będzie to sytuacja, w której zaangażować się muszą z konieczności serca i umysły członków tego narodu; będzie to dalej sprawa, w której ci inni angażując się w nią otwarcie, będą, we własnej świadomości dokonywali wyboru moralnego a nie politycznego; będzie to wreszcie sprawa, która dla członka tego narodu jest sprawą wartościową bezwzględnie (bo jest kwestią solidarności w c z a s i e), odczuwając którą zachował ten naród poczucie własnej ciągłości i niepodległości, ocalając ją gdy inaczej nie można było przynajmniej w sferze ducha (i w jego świadomości) nie podlegającą dyskusji. Wiemy już jaka to będzie sytuacja, a co będzie jej katalizatorem? Nie? - to bardzo proste! Sytuacja ta zostanie stworzona wokół „Dziadów”, narodowego arcydramatu Adama Mickiewicza, swą funkcją w dziejach świadomości tego narodu nie mającego odpowiednika w c a ł e j literaturze światowej, arcydramatu wystawionego na pierwszej scenie tego kraju, a więc w Teatrze Narodowym w Warszawie, katalizatorem jej zaś niewiarygodny, niewytłumaczalny i racji serca nie dozwalający opanować zakaz tego spektaklu. Jasne? Skoro tyle już wiemy, zapytajmy teraz jak się to robi?
 
Rzecz nie jest tak skomplikowana, jak się to na pierwszy rzut oka wydaje, a zwłaszcza nie tak skomplikowana i niejasna, jak sądzili ci, którzy będąc bezpośrednimi uczestnikami zdarzeń, gdy bielmo powoli z ich oka znikało, nie bardzo mogli pozbierać się w ich sensie. Przede wszystkim tedy należy zorganizować odpowiednią atmosferę wokół tego spektaklu. Organizuje się ją zaś dobrze sobie znanymi i od lat wykorzystywanymi środkami: należy do nich nade wszystko plotka, wzór politycznej dezinformacji przedstawianej jako "informacja z kół dobrze zorientowanych" należy również do nich odpowiednie u s t a w i e n i e recepcji spektaklu. Zważmy przy tym, że stwarzać tę a t m o s f erę przyjdzie nam w takim klimacie duchowym, w którym już od dawna została przygotowana na nią podatność. Z pewnego punku widzenia, gdyby do analizy takiej zaprosić specjalistę od dewiacji świadomości zbiorowej, cały klimat duchowy pewnego nurtu popaździernikowej myśli i literatury dałby się zinterpretować jako rezultat narastającej histerii, wywołujący z kolei, w swej społecznej recepcji podatność na tę histerię. Gdy ogólna podatność na histerię ma się jednak przerodzić w określoną atmosferę, w której następnie zrodzone zostaną c z y n y , przejść należy do działań bardziej bezpośrednich. W nich mają do odegrania swoją rolę dwa instrumenty: barykada "opozycyjnego" stolika w pewnej kawiarence na Foksalu i rolę męża politycznego pełni w niej Stefan Staszewski, tym, razem występujący jako rzecznik "liberalizmu", rolę statysty duchowego zaś Antoni Słonimski, tym razem pozujący na ostatniego wieszcza; przez tę barykadę działają tajemnicze ośrodki polityczne, dla których stanowi ona propagandową transmisję; w odpowiednim momencie włączą się do akcji ruchliwe a zawsze "dobrze poinformowane" panie, kompensujące sobie trudności w życiu prywatnym lub kulturalnym wzmożoną aktywnością towarzysko-polityczną. Panie te z dawien dawna cieszą się dwuznaczną na ogół opinią, nie przeszkadza to im jednak pełnić owej tak istotnej w tym "systemie" politycznym roli środka masowej informacji. Co dziwniejsze - daje im się wiarę! Ale przecież działają one w klimacie umysłowym w którym histerię wzmagały również kolejne protesty zagubionych lub wręcz oszukiwanych intelektualistów i pisarzy, wyróżnioną z kolei w nich rolę spełnił bezgranicznie naiwny w swej moralistycznej pasji Leszek Kołakowski - on też swymi politycznie nieodpowiedzialnymi wystąpieniami nadawał jej stempel moralnej czystości oraz porękę swego umysłowego autorytetu. Istotnym wreszcie katalizatorem wytwarzanego przez oba te instrumenty nastroju, była również, mająca w tego rodzaju przedsięwzięciach niezaprzeczalne zasługi rozgłośnia polska wiadomego radia - jej słuchanie i kolportowanie podawanych przez nią wiadomości i komentarzy stawało się w pewnych momentach obowiązkiem ludzi z "dobrego towarzystwa". Chociaż zapewne informacje te pochodziły nazbyt często z tych samych ośrodków, które nastrój ludzi z "towarzystwa" tworzyły. W ten sposób dopiero uzyskiwało się pełny i zamknięty obieg informacji, w którym każda bzdura urastała do rangi rewelacji, a sprawą taktu towarzyskiego stawała się rywalizacja w rozpowszechnianiu wiadomości najbardziej podniecających. Zaczem rozegrano sprawę Dziadów, w której benefis swój mieli odegrać "komandosi": jeden z ich "wodzów" był już od dawna życzliwie hołubiony przy barykadzie rzeczonego stolika. W wiadomym celu.
 
Przy pomocy tych wszystkich znanych nam teraz środków podejmujemy próbę "ustawienia" recepcji spektaklu, zakładając, iż odpowiednio ustawiona recepcja wywoła odpowiednie reakcje widzów, te zaś z kolei zbiegną się z decyzją zakazu spektaklu, po której to decyzji odpowiedzialni schronią się w cień, a na widownię wejdą "komandosi" w roli detonatora. Więc już od jesieni stopniowo narasta atmosfera wokół wystawionych przez Dejmka „Dziadów”, a więc już od jesieni puszcza się znaną nam pocztą odpowiednie informacje o tym spektaklu, już w listopadzie i grudniu jest on ustawicznie w tych informacjach "zagrożony". Gdy w grę wchodzą „Dziady” trzeba również wymyślić, ustawić i rozpowszechnić szczególnie grzmiący powód tego zagrożenia. Toteż już od jesieni mnożą się jego interpretacje szeptane - ma to być bowiem spektakl aluzyjny (w tym nie ma nic oryginalnego, w ciągu ostatnich kilkunastu lat wykształcono u nas całą szkołę "aluzyjnych komentatorów"), aluzyjność jego ma jednak mieć szczególny i groźny obiekt - mianowicie Związek Radziecki. Zauważmy nawiasem ile maskowanego cynizmu i niemaskowanej pogardy jest w tym przedsięwzięciu - jeżeli można spreparować „Dziady” tak, żeby nazwa Moskwa i nazwa Moskal miały w nich aktualny charakter, to znaczy, że można zrobić z Mickiewicza trzeciorzędnego pamflecistę i zoologicznego rusożercę; jeżeli można w dzisiejszym czasie spreparować „Dziady” tak, ażeby rola caratu wobec Polski była w nich kojarzona z rolą Związku Radzieckiego, to znaczy, że uznaje się naród, który wydał Mickiewicza za oazę politycznej głupoty i kłębowisko nigdy nie uleczonych kompleksów. Niemniej jednak podejmuje się tą próbę, bo ma się w sobie ten cynizm i tą pogardę, Ale nie tylko - albo się przewiduje zdarzenia, albo też wie się, z góry, jaki będą one miały przebieg. Albowiem na I ów "antyradziecki" charakter spektaklu dała się nabrać tylko znikoma część widzów, albowiem ów antyradziecki jego charakter był ewokowany tylko w okrzyku autorstwa, któregoś z wodzów "komandosów": "niepodległość bez cenzury" (dwa grzybki w barszczu - nie za wiele?). Mimo to jednak, to znaczy mimo względnej trzeźwości tych, którzy naprawdę stanowią publiczność teatralną w tym kraju i mimo jawnie prowokacyjnego charakteru prowadzonej od jesieni wokół „Dziadów” histerycznej kampanii podjęto jednak ową niewytłumaczalną i niewiarygodną decyzję zakazu grania spektaklu w Teatrze Narodowym, to znaczy spowodowało reakcję "komandosów". Sprawa z fazy histerii wchodzi tym samym w fazę czynu. Nim do niej przejdziemy zatrzymajmy się przez chwilę nad niejasnymi okolicznościami owego momentu przejścia. Czy reżyserzy zdarzeń tylko zdawali sobie sprawę z tego, że ustawienie „Dziadów” Dejmka, jako spektaklu antyradzieckiego wywoła ich zakaz, czy też mieli pewność tego zakazu, innymi słowy czy zbieg zachodzących tutaj podwójnie prowokacyjnych okoliczności jest przypadkowy czy też prawidłowy? Czy reżyserzy zdarzeń zdawali sobie t y l k o sprawę z tego, że nie dość, że zakaże się przedstawienia w tak mętny i niejasny sposób, do dziś budzący znaki zapytania, czy też byli tego pewni, to znaczy poniekąd owe okoliczności p o w o d o w a l i? Oto pytania, na które narrator, przy swojej znajomości stanu faktycznego nie potrafi odpowiedzieć, musi więc stawiając je, a wynikają one logicznie z przebiegu zdarzeń, porzucić na chwilę pozycję reżysera. Ale natychmiast do niej wraca.
 
Następnie należy tedy urządzić sytuację tak, ażeby ci, dla których ten zakaz stanowi cios w to, co uznają za wartościowe bezwzględnie poczuli się oburzeni podwójnie, bo przez sam ten zakaz, jak również okoliczności jego przeprowadzenia. Nadto wzmagając nieustannie ową histerię "antyradziecką" (w tym momencie nasze panie powołując się na i m i e n n i e wskazywane wysokie źródła mówią: "interweniował ambasador Aristow", a narrator wychylony na chwilę spoza reżysera pyta: "kto tu używał ambasadora Aristowa, bez jego wiedzy, jako dymnej zasłony"?) trzeba jeszcze wszystko urządzić tak, ażeby zainteresowani otrzymali pisemne niejako zaproszenie do  c z y n u . Toteż już na dziesięć mniej więcej dni przed feralną datą, wiadomo będzie, że dnia 30 stycznia odbędzie się o s t a t n i e przedstawienie „Dziadów” Adama Mickiewicza w Teatrze Narodowym w Warszawie, stolicy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i że przedstawienie to zostało zakazane na skutek interwencji ambasady radzieckiej. W czyją stronę kierujemy tedy tą obelgę?, tę obelgę w swej szeptanej motywacji całkowicie zmyśloną, a jednak stale podsycaną? Czyż trzeba jasnowidzących i proroków, aby p r z e w i d y w a ć, że ten numer t u t a j nie przejdzie? Hm... Przecież przewidywało się właśnie, dlatego też podejmowało się tak przebiegle jego inscenizację. To jednak nie wszystko - przecież pomimo owej zręcznej kampanii i pomimo owej nadzwyczajnej zręczności w przeprowadzeniu decyzji istniała jeszcze obawa, że do teatru i pod teatr przyjdą ci, którzy mają wątpliwości co do jego "antyradzieckiego" charakteru nie mają natomiast wątpliwości, że nie wolno takich decyzji i w ten sposób przeprowadzanych w tym kraju podejmować. Słowem ci, którzy obdarzą owacją reżysera i aktorów, obiektywnie przynajmniej p r z e c i w owej szeptanej interpretacji i przeciw owej szemranej decyzji, ci którzy sporządzą transparent "Żądamy dalszych przedstawień", a więc transparent o c z y w i s t y. Że będą to więc na przykład studenci szkoły teatralnej, jako, że oni są najbliżej teatru i studenci polonistyki, jako, że oni są najbliżej Mickiewicza. Zachodzi obawa, że wówczas impreza spali na panewce i nie nabierze oczekiwanego, czy też prowokowanego politycznego sensu. Należy więc pod teatr wysłać tych, którzy ten polityczny sens jej nadadzą, tych, którzy już od dawna pałają żądzą czynu i wejdą, odpowiednio popchnięci do każdej politycznej rozgrywki. Tym samym, ku zaskoczeniu innych "komandosi" w komplecie i na czele z dwoma "wodzami" zjawią się w teatrze, wodzowie przygotują ów cytowany już okrzyk i impreza zgodnie z intencjami inscenizatorów otrzyma już publiczny niejako stempel swej "antyradzieckości". I tu narrator znów wychyla się spoza swojej inscenizacyjnej pozy i pyta: oczekiwano tylko przyjścia "komandosów" i podchwycenia przez nich owej "antyradzieckiej" bzdury czy też je spowodowano? I gdzie go oczekiwano, czy też gdzie je powodowano: przy barykadzie rzeczonego stolika, przy którym "wódz" dość często zasiadał, czy też może stolik ten był propagandową transmisją lepiej ukrytego ośrodka? Zastanówmy się dobrze nad tym pytaniem i miejmy w pamięci świadomość konsekwencji takiej czy innej odpowiedzi. Bo jeśli uznamy, że trzech panów przy kawiarnianym stoliku, nie posiadając żadnej instytucjonalnej egzekutywy mogło pośrednio choćby wywołać zamieszki w całym niemal kraju, jak będzie wyglądała wizja historii w naszym światopoglądzie? Narrator obawia się, że Karol Marks przewróci się w grobie. Co rzekłszy wraca do reżyserii zdarzeń.
 
Początek zatem owej fazy czynu został już zrobiony - detonator zadziałał, histeria odpaliła - dalszy ciąg będzie tylko umiejętnym ponawianiem owego sprzężenia zwrotnego histerycznej świadomości i anarchicznego czynu, które już w tym pierwszym momencie ujawnia się nam z całą ostrością. Skoro reakcja nastąpiła wiemy już teraz, jak ją podsycać - należy mianowicie wzmagać żądzę czynów histerią oraz histerię czynami. Toteż wydarzenia, jak to przewidujemy, w swój charakterystyczny sposób rzecz jasna, nabiorą teraz tempa i będą przedstawiać sobą coś na kształt filmu przyspieszonego. Tego s a m e g o d n i a, co jest największą tajemnicą, albowiem narrator nie zna takich faktów, które wskazywały na to, że nastąpiła tutaj bezpośrednia komunikacja, rodzą się dwa nowe czyny - mianowicie petycja studencka oraz lista literatów żądających zwołania zebrania w tej sprawie. Reżyser tedy postanawia rozszerzyć zasięg pożaru, skoro zapłon już nastąpił, na dwa najbardziej do tego przygotowane (wieloletnimi staraniami) środowiska. Przy czym atmosfera trwa nadal i jest zagęszczana: petycja studencka "protestuje przeciwko polityce odcinania się od postępowych tradycji narodu polskiego, w tym kazuistycznym zatem sformułowaniu podtrzymuje i roznieca atmosferę "antyradzieckiego" charakteru tego spektaklu; inicjatywa zebrania literatów od samego początku ubrana jest w tę samą atmosferę, która następnie uniemożliwi jakiekolwiek rozsądne załatwienie sprawy, dzięki wysiłkom obu reprezentowanych na zebraniu "obozów politycznych". Podtrzymuje się więc w tej kwestii zarówno problematykę "antyradziecką", jak i problematykę "zagrożenia" kultury narodowej. Całej - jeden tylko głos na zebraniu poświęcony będzie owemu mętnemu załatwieniu tej grozę budzącej sprawy oraz propozycji refleksji nad sposobem unikania takich skandali w przyszłości. Wszyscy inni natomiast na czele z "kapitanami" obu ekip, a mianowicie Jasienicą i Putramentem uprawiać będą "wielką" politykę w strukturze "zagrożenia". Jeszcze przedtem zaś owe wielokroć wzmiankowane już panie, zrobią wszystko, aby zebranie było o w s z y s t k i m, tylko nie o tym, o czym powinno być. Na samej zaś już sali będą siedzieć cicho, a i głosować, na wszelki wypadek, zapewne zgodnie z rygorem dyscypliny partyjnej, albowiem od dawna stanowią trzon organizacji partyjnej przy warszawskim oddziale pisarzy. Wszystko to, zaczynamy już nazajutrz po ostatnim spektaklu - wysyłamy "komandosów" z petycją, wysyłamy literatów z listą wnioskodawców zebrania, wysyłamy również Michnika do korespondenta „Le Mondu”. Po co? - to bardzo proste, nazajutrz wiadome radio rozniesie konieczne komentarze w narodzie, a co poniektórzy zaczną chodzić w glorii chwały. W kawiarniach będą szeptać na ich widok. Zatem generalny przebieg akcji jest nam już znany na początku lutego, nie trzeba żadnych szczególnych talentów, aby przewidzieć, że dwa działające już teraz na dwóch flankach oddziały, a mianowicie "komandosi", podnieceni pierwszym sukcesem i literaci, za kilkanaście lat swego kaca żądni katharsis będą działać dynamicznie i wszelkimi dostępnymi środkami, nie trzeba również proroka Ezechiela, aby przewidzieć, że wejdą ze sobą te dwa oddziały w bojowy kontakt i współdziałanie, co najwyżej wystarczy je zasugerować lub ułatwić', jeśli na przykład "komandosom" potrzebny był numer telefonu, któregoś z prominentów. Ale to są drobiazgi, które rozwiążą sami szeregowcy z jednej lub drugiej flanki.
 
Toteż nie należy się dziwić, że w odpowiednim czasie fotokopie petycji znajdą się w posiadaniu tych, którzy nadadzą ton zebraniu, jak równie, w innym odpowiednim czasie w posiadaniu "komandosów" znajdzie się kopia rezolucji zebrania oraz jego czołowe persony zgłoszą im chęć dostarczenia tekstów swoich przemówień: Po co to wszystko? Wszystko to razem służyć ma doprowadzeniu atmosfery do stanu wrzenia - petycja pod którą zbiera się podpisy na wszystkich uczelniach stolicy, zdezorientuje szerokie rzesze studentów i przygotuje je duchowo do tego drugiego momentu, w którym "komandosi" wystąpią znowu w roli detonatora, tym razem już decydującego, a nie wstępnego tylko etapu wydarzeń. Atmosfera wytworzona wokół zebrania z kolei i sam jego przebieg wprawią w stan podniecenia środowisko uniwersyteckie, a także stworzą perspektywę a n a l o g i i , albowiem sami literaci o taką analogię się postarają. Nie rozumiemy o co chodzi? Przecież, moi państwo świat jest całością, toteż ludzie lubią zastanawiać się nad tym, co dzieje się w Australii na przykład, a cóż dopiero mówić o tym, gdy coś dzieje się z a m i e d z ą? I zastanawiają się też nie sobie a muzom, lecz per a n a l o g i a m. Wiadomo - tam literaci i studenci, tu literaci i studenci - zobaczymy co z tego wyniknie? Ale jeszcze raz zapytajmy - po co to wszystko? Czy literaci i studenci mają wymieniać ze sobą materiały, tylko gwoli osobistej lojalności oraz wzajemnej wymiany informacji?; czy ludzie mają myśleć per analogiam tylko po to, żeby poznawać logiczne kategorie dość prostych operacji umysłowych? Nie, moi państwo, niczego się tutaj nie robi sobie a muzom, wszystko tutaj robi się w określonym i jasno widzianym c e l u, założonym już na wstępie, do którego potem umiejętnie tylko dobiera się środki. „Dziady” musza być po to, aby zadziałał detonator.! detonator musi działać, żeby stan histerii przerodził się w żądze czynu żądza czynu współdziałająca z histerią musi doprowadzić do czynu znacznie bardziej obfitującego w skutki, a ów czyn z kolei też musi być po coś. Już rozumiemy? Czyn ten ma być po to, po co publiczność ma rozumować per analogiam, a ma ona tak rozumować nie dla kategorii logicznych, lecz postępowaniem swoim wywołać skutki per analogiam. Jasne? Dlatego czynem tym musi być wiec lub inny rodzaj publicznej manifestacji który stanie się zarzewiem dalszych manifestacji dlatego wiec ten ma być po to aby manifestacje te, po przekroczeniu pewnej bariery spowodowały chaos w kraju. Wówczas wykorzystując nagromadzony kapitał rozładowanej histerii i przyrodzoną prostotę myślenia per analogiam, które zawsze jest formalne, a nie merytoryczne, wejdą na widownie rzecznicy lepszej alternatywy, przedstawiając się tym komu trzeba, jako wyraziciele ich aspiracji, a tym komu trzeba jako strażnicy porządku. Skoro zatem marny już w zasadniczych swoich aspektach przygotowany scenariusz zdarzeń zastanówmy się czego nam jeszcze w nim brakuje. Mamy przygotowaną kampanię praktyczną, która pewne czyny, brzemienne w konsekwencje, jak to przewidujemy, spowoduje, mamy również przygotowaną kampanię propagandową, która te czyny i te konsekwencje będzie stymulować, włącznie z owym myśleniem, a zatem i postępowaniem per analogiam. W odpowiednim nawet momencie, kiedy pomimo maksymalnego już zdawałoby się stopnia podniecenia, zachodzić będzie obawa, że nie przekroczy barier środowiskowych, a zatem cała akcja nie osiągnie zamierzonych rezultatów, rzuci się na szalę argument w tym kraju i w tym narodzie (znowu rzecz jasna spreparowany) być może najbardziej dotkliwy i najbardziej bolesny, albowiem poruszający go w jego najbardziej tragicznych historycznych wspomnieniach - mianowicie trupa młodego człowieka, ściśle młodej dziewczyny. Ten trup był przygotowany, hołubiony w myślach i pieszczony oczyma wyobraźni! Ileż trzeba cynizmu i ile trzeba na to wszystko pogardy. Ale nie tylko - potrzeba też sprytu.
 
Zastanówmy się. Scenariusz bowiem nie jest jeszcze kompletny. Sztuka nie polega tylko na tym, aby zorganizować pewną sytuację chaosu, w której nastąpić może przejęcie władzy, sztuka nie polega tylko na tym, aby zaatakować istniejącą strukturę polityczną, wyprowadzając ludzi na ulice, sztuka polega na tym, żeby sama ta sytuacja i sami ci ludzie wskazali tych, którzy z chaosu kraj mają wyprowadzić oraz tych, którzy mają przejąć władzę.
 
Należy zatem do scenariusza wprowadzić taki element, który wzbogaciwszy inscenizowaną sytuację pozwoli jej samej wskazywać poniekąd na tych, którzy mają zostać do władzy wyniesieni.
 
Do tej symfonii łgarstw i mistyfikacji potrzebny jest zatem jeszcze jeden instrument. Znajdzie, się, ponieważ podobnie, jak wszystkie inne był już od dawna przygotowany, znajdzie się czynnie, a nie biernie, jak dotąd, w tym momencie, w którym wszystkie inne również zaczną grać swoje trele. Zgodnie tedy z logiką sytuacji powinniśmy go odnaleźć, już dnia następnego po pierwszej detonacji, gdy rozwój całej imprezy zaczynał się wyraźnie rysować. Istotnie - w dzień lub dwa po tej detonacji, gdy do akcji weszła petycja oraz literaci, znalazł się również ów następny element - był nim mianowicie rozesłany na domowe adresy niektórych z "komandosów" antysemicki wierszyk. I on zapalił znicz owej kampanii przeciwko antysemityzmowi, którą potem rozwłóczono po całej niemal prasie zachodniej (och, ten przysłowiowy w Polsce racjonalizm ludzi Zachodu!). Wierszyk wywoła falę nowej histerii, mnożonych obrzydliwych i cynicznych "informacji", będą i tacy, którzy przed wiecem 8 marca stworzą opinię, że na wiecu tym będzie się "bić Żydów". Po co antysemityzm zapytajmy, czy tylko po to, żeby bezmyślnie oczerniać naród i społeczeństwo, które się współtworzy i w którym się żyje? Nie, albo nie tylko po to. Przede wszystkim dla politycznego celu, albowiem wszystko to w politycznym celu, zostało przeprowadzone. Więc po to, aby rzuciwszy w twarz temu społeczeństwu tą obelgę, wywołać oburzenie, albowiem tylko oburzenie w tym społeczeństwie, które wspólnie z jego żydowskimi członkami zapłaciło taki rachunek krwi, jakiego nie zna historia świata, może wywołać takie posądzenie. Nie chodzi tutaj jednak tylko o oburzenie, chodzi tutaj o wykorzystanie tego wspólnego rachunku krwi dla cynicznej politycznej rozgrywki, chodzi o wykorzystanie szlachetności tego społeczeństwa, a zwłaszcza jego młodzieżowej części do załatwienia własnych partykularnych interesów. Pamiętajmy założenie scenariusza - sytuacja sama ma wskazać rzeczników "lepszej alternatywy" i wynieść ich do władzy. To właśnie przez tę brudną i żałosną kampanię ma ich wskazać - logicznie rzecz biorąc wskazuje bowiem wówczas na tych, którzy tego rodzaju poglądów nie mogą posiadać, z wielu różnych powodów, logicznie rzecz biorąc wskazuje na tych, którzy byli matadorami politycznymi okresu, w którym niemal samo używanie słowa "Żyd" było karalne, logicznie rzecz biorąc tedy fabuła nasza doprowadza nas w swym zakończeniu do punktu wyjścia, a mianowicie każe nam wrócić do dzielnicy, a wraz z dzielnicą do jej politycznych matadorów, wraz z nimi zaś pozwala nam poniekąd podkreślić zarysy odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie: w czyim interesie podjęto hodowlę "raczkujących rewizjonistów" w luksusowym inkubatorze. W interesie ich duchowych ojców. Dixi! Wiemy również teraz, jaką funkcję miała spełnić grupa w owej przemyślnie sytuacji zapalnej - miała mianowicie parzyć sobie ręce, wyciągając najbardziej piekące kasztany i podsycając ogień przy którym k t o ś postanowił s o b i e upiec swoją polityczną pieczeń. I wyciągała je niestety. Jedni ze świadomością celów rzeczywistych, inni z naiwną wiarą w cele zmistyfikowane. Zamilczmy o tym, co myślimy, o tych, którzy tym dzieciom ręce do t e g o ognia wpychali.
 
W ten oto sposób, z niewielkich zasobów własnej wiedzy oraz impulsów wyobraźni wysnuliśmy pewną literacką fantazję, w której udało nam się, jak sądzi narrator, zarysować kształty pewnego nieudanego 18 brumaire'a. Tylko kto miał w nim spełnić rolę Napoleona le Petit? Przecież nie Karol Modzelewski. Temu bowiem, przy najlepszym obrocie rzeczy powierzono by najwyżej funkcję Fouche'go le Petit. Najwierniejsi z "komandosów" zaś zostaliby jego sprawnymi sojusznikami, pozostałych potraktowałoby się wedle zasady:

"Murzyn zrobił swoje..."

Na szczęście i dla nich historia nie lubi się powtarzać. Na szczęście dla nas wszystkich skończyło się na farsie. Z kilkoma dramatycznymi wstawkami.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Andrzej Mencwel, „Sprawa komandosów” - maszynopis sporządzony w lipcu 1968 roku w okresie przebywania autora w areszcie śledczym.