DO UB ZA HOLOKAUST

„Tak łatwo wzbudzić nienawiść, tak trudno wskrzesić przyjaźń”
 
„Nazywajmy zawsze rzeczy po imieniu
i drwijmy z takiej metody, choćby w szaty
uczonych zmów przybranej, która z białego
robi czarne, a dzień każe nazywać nocą.”
 
T. B. Syga, Fałszywi prorocy, Gazeta Ludowa z 23 grudnia 1945 r.
 
 
Niewykluczone, że pod koniec PRL-u łatwiej było znosić kłamstwa. Propaganda chyba już tylko śmieszyła, etykietki, jakimi ludzi obdarzano, dzięki twórczemu poczuciu humoru młodzieży, niepokornej wówczas i przekornej, obracały się przeciw Urbanowi i władzy ludowej. Chodziło się wtedy chętnie z wpiętymi w klapę znaczkami autorstwa NZS-u: A. I. (Agent Imperializmu), A. E. (Element Antysocjalistyczny), czy P. K. (Pełzający Kontrrewolucjonista), a odwagi dodawało poczucie, że jesteśmy razem. MY. „Solidarność”, którzy nie daliśmy się IM, czyli Sowietom i komunie, MY, POLACY. Bo w czasach tych zaczynały powoli zmartwychwstawać słowa przez władzę ludową ośmieszone, zdeprecjonowane, zafałszowane, wytarte lub zamilczane na śmierć. Takie jak Polska, Ojczyzna, patriotyzm, miłość chrześcijańska, obowiązek. A także inne jeszcze pojęcia „przestarzałe i niemodne” już w roku 1946: dobro i zło, sprawiedliwość i niesprawiedliwość, grzech i cnota. Powoli, z oporami poczęły też wychodzić z podziemia słowa nazwane niegdyś przez „inżynierów dusz” z „Kuźnicy” „słowami oszukańczymi”: „Naród Polski”, „honor”, „Wolność i Niepodległość”, „bohaterskie trwanie” i „świętości”.(1) Pojawienie się ich w języku codziennym i publikacjach umożliwiło powrót do przerwanej przed kilkudziesięciu laty wymiany myśli. Pozwoliło rozumieć lepiej zjawiska i wydarzenia, a co najważniejsze, rozpoczęło niedokończony niestety proces przemiany „mas pracujących” w obywateli.
 
My, Polacy - to znaczy my na tej ziemi żyjący obywatele kraju. Obywatele, nie mieszkańcy jedynie. Więzi międzyludzkie, solidarność z innymi ludźmi, która zaczęła się wtedy, po trzydziestu kilku latach odradzać, ułatwiała przetrwanie, przeżycie tragedii rozgrywających się wokół: dokonywanych przez władzę ludową zabójstw, morderstw, pobić i zastraszeń. Modlono się wtedy, aby Pan Bóg uchronił nas od nienawiści i pogardy, których, uznając je za cnoty, zaczęto nauczać przed laty wszędzie tam, gdzie wkraczał PKWN, wprowadzany przez Armię Czerwoną.
 
Jeszcze nim wojna się skończyła, Jerzy Putrament wzywał do „uczenia się nienawiści”, „nienawidzenia czynną i bezlitosną nienawiścią zła i brudu, który pozostał w naszym narodzie po hitleryzmie”, a owym „brudem” miała być Armia Krajowa. Nienawidzić należało także klasy posiadające. Największym zaś grzechem w oczach władzy ludowej był „solidaryzm narodowy”. Cenzura, prawa ręka partii, nawet w teatralnych przedstawieniach amatorskich nie dopuszczała wypowiedzi o „zgodnej pracy wszystkich, która zbawi świat”, stwierdzeń, że „wszyscy ludzie na tym świecie są jak jedna rodzina”, czy groźnych w swej treści przyśpiewek: „Na zebraniach czy w kościele wszędzie chłopek z pany /Mocni siłą i łącznością wrogom się nie damy”, Nienawiść zwano „szlachetnym uczuciem”, jeśli tylko służyła „sprawie obrony pokoju i socjalizmu”. „Pogardę i nienawiść” rozbudzać więc miało też radio (masowy w owych czasach środek przekazu), nazwane przez Jakuba Bermana „organizatorem świadomości,”.(2)
 
Najgroźniejszym wrogiem stali się „polscy faszyści” i „polscy reakcjoniści”, Więziono ich i mordowano, ale równie chętnie walczono z nimi słowem. Wróg nie posiadał ludzkiej twarzy, z wrogiem nie rozmawiano, ani nie wysłuchiwano jego racji, tak więc niecenzuralna okazała się nawet pochwała „Listu komunisty do przyjaciela z AK” Tadeusza Hołuja, który uszanował w przeciwniku „jego ogromnej wagi wartości moralne”. „Mordowanemu i ograbionemu Polakowi nie wolno się bronić, ani wołać o pomoc”, pisał na wiosnę 1946 roku WlN-owski „Głos Opozycji” (nr 43). „Jeśli to uczyni, staje się faszystą, pachołkiem reakcji, czy Hitlera, wreszcie – bandytą”. „Reakcyjnymi” określane też były działania duchowieństwa, które mówiło o „konieczności wycofania się wojsk sowieckich z granic Polski”.(3)
 
Nienawiść stawała się motorem ludzkich działań. Wojewódzkie Urzędy Informacji i Propagandy przygotowywały z okazji rocznic i świąt dziesiątki tysięcy plakatów i ulotek, które krzyczały: „Precz!”, które domagały się „zgniecenia szkodników”, wsadzania do więzień i wieszania na szubienicach nie tylko „bandytów leśnych” i „rodzimych faszystów”, ale także złodziei i spekulantów oraz „reakcyjnych paniczyków”. Wzywano przy tym, aby „każdy obywatel został informatorem”.
 
Do Urzędu Bezpieczeństwa i PPR-u, gdy już wiadomo było, że dają one władzę i przywileje, ruszyli ludzie prymitywni i niewykształceni, pragnący zrobić szybką karierę i poprawić swój los. Niektórzy - a było wśród nich wielu ludzi „na wszystkie czasy” - uciekali w ten sposób przed odpowiedzialnością za współpracę w czasie wojny z Niemcami. „Duża część to byli ludzie durni”, tłumaczyła udział wielu Żydów we władzy i w UB rozmówczyni Ruty Pragier. „Chłopcy bez wykształcenia. Tresowani do jednego celu. Przed wojną i podczas wojny lżeni i poniżani. I nagle taki dostawał stopień oficera! Władzę nad ludźmi!” Wstępowali więc „z zamiłowania”, jak Ryszard Tabaczyński, który awansował na funkcjonariusza Wydziału III Wojewódzkiego UBP w Warszawie, a upodobał sobie „likwidacje doraźne”. Od pierwszej chwili deklarował pragnienie „pracy przeciwko wrogom” „wskutek krzywd” wyrządzonych jemu samemu i rodzinie „ze strony bandy faszystowskiej”.
 
Może zdradził ktoś Niemcom jego żydowskie pochodzenie, lub szantażował dla zysku? A co kazało walczyć z „faszyzmem polskim” rolnikowi z województwa wileńskiego, który jako plutonowy KBW brał udział w „ochronie lokalu wyborczego 3 X tak” i dał się sfotografować z rewolwerem wycelowanym w „faszystę” - zabitego już?, czy dopiero czekającego na śmierć? - człowieka leżącego na trawie na wznak, z rozłożonymi rękami? Co kazało mu zdjęcie to przechowywać przez lata jak relikwię?(4)
 
Na wyższe stanowiska w aparacie bezpieczeństwa delegowano osoby „o wysokim stopniu zaufania i sprawdzonej lojalności”, wśród których znaczny odsetek stanowili członkowie byłej KPP,(5) a wśród nich agenci NKWD. Większość przybyła z Armią Czerwoną. Ślepo posłuszni Sowietom, wyobcowani ze społeczeństwa, spraw jego nie rozumieli i zrozumieć nie chcieli.
 
„Kto sieje nienawiść, nie może być nigdy pewnym, czy nie zwróci się ona kiedyś przeciwko niemu samemu”, ostrzegał w 1946 roku „Tygodnik Warszawski”, cytując fragmenty listu pasterskiego Episkopatu. Biskupi nawoływali, aby życie polskie „uleczyć z nienawiści, która jest posiewem szatana i stoi w zupełnym przeciwieństwie do nauki chrześcijańskiej.” Artykuł ten został przez cenzurę zdjęty. Nąjpewniej więc rację miał piszący do „Kalendarza Rodziny Polskiej” autor, również ocenzurowany, który twierdził, iż „rozwój ideałów chrześcijańskich toruje drogę demokracji i kładzie kres tyranii, zmniejszając szeregi kandydatów na oprawców.”(6)
 
Przyklejać ludziom etykietki zaczęto jeszcze w czasie wojny pod okupacją sowiecką. Sprawę traktowano poważnie. Rodził się nowy język, który nazywać miał i klasyfikować wrogów i ich przestępstwa. „Nacjonaliści polscy” utożsamiani we Lwowie w styczniu 1945 roku z „chuliganami i warchołami, świadomymi i nieświadomymi agentami Berlina”, nie czuli się zapewne obrażeni. Wielu nadal walczyło, nie wszyscy utracili wiarę w sprawiedliwość. Etykietki po wojnie były równie, co we Lwowie, groźne i zaczęły przy tym obrażać. Propaganda mówiła o wolnej i niepodległej Polsce, lecz narzucony rząd wraz z okupantem zniewalał Naród i jego bohaterów. „Faszystami” zostali żołnierze gen. Andersa, za propagandzistów bowiem mieli „żydożercze elementy”, a za dowódców „zdecydowanych faszystów, wrogów postępu i demokracji”. Każdy zresztą, kto nie był „pod komendą PPR-u” uznawany był za „faszystę”. Tak przynajmniej stwierdzał Włodzimierz Sokorski. A o Armii Krajowej pisano już w grudniu 1944 roku, jako o „pachołkach hitlerowskich”, mordujących zza węgła. O ile nie stanęło się po właściwej stronie, można jeszcze było, za sprawą Miłosza i Gałczyńskiego, zostać zaliczonym do „Ciemnogrodu”.(7)
 
Etykietki i przezwiska nadawano w sposób dowolny. Niszczono wroga, nie dbając o czystość języka, precyzję czy logikę. W ramach „przebudowy społecznej” Urzędy Informacji i Propagandy oraz Wydziały Propagandy Komitetów PPR starały się ułatwić posługiwanie się nowym językiem, wyjaśniając przy tym nowe znaczenie słów starych. Na kursach uczono więc co to jest naród, patriotyzm i szowinizm. Wyjaśniano różnicę między patriotyzmem a internacjonalizmem. Tłumaczono, iż ulubioną bronią „reakcji” jest antysemityzm. Opowiadano, komu jest antysemityzm potrzebny. Uczono też o antysemityzmie, omawiając problemy rasizmu. A przy okazji tłumaczono, jak to PPR „organizowała walkę z okupantem”, a AK „stała z bronią u nogi”, w dodatku „przyczyniła się do zniszczenia Warszawy, w nie mniejszym stopniu niż Niemcy.”
 
Pracowano usilnie na rzecz stworzenia „Człowieka Ziemi Nowej”(8) - pozbawionego pamięci, nie znającego historii, niezdolnego do samodzielnego myślenia, powolnego narzędzia propagandy, nie mającego nigdy wątpliwości i znajdującego zawsze prawidłową odpowiedź. A co najważniejsze, odpornego na nacjonalizm, choć pojęcie to niewiele miało wspólnego z dotychczasowym rozumieniem tego słowa. Język sowiecki nie służył przecież do precyzowania myśli, lecz do kompromitowania przeciwnika i uproszczenia zbyt dla siebie skomplikowanego, trudnego do pojęcia i opisania świata. Nacjonalizmem nazwano i zwie się do dziś dnia - robią to w każdym razie niektórzy światli intelektualiści - każdy przejaw, jakże godnego wzgardy, patriotyzmu, szacunku do własnego kraju i jego tradycji oraz wartości takich jak honor czy wierność. Człowiek wierny wyznawanym przez siebie wartościom, któremu nie obce było poczucie honoru, obywatel, szanujący własny kraj, droższy mu od wizji szczęścia ludzkości, odporny był na propagandę i kłamstwa. Dlatego właśnie, jak pisał Józef Mackiewicz, „metody działania sowieckiego na podbity naród porównać by można do operacji chirurgicznej, polegającej na wyjmowaniu pacjentowi jego mózgu i serca narodowego.” Uczucia patriotyczne po wojnie dopuszczano. Patriotyzmem się ciągle szczycono, tyle że znaczył on teraz „pozytywne ustosunkowanie się do demokracji ludowej” i lojalność wobec Związku Sowieckiego.(9)
 
Walka z „nacjonalizmem” sprowadzała się na co dzień do odbierania godności tym, którzy przeżyli wojnę jako ludzie przyzwoici lub bohaterowie, przez osoby najmniej do tego powołane. Ofiarowano im amnestię. „Za to”, jak pisał Hemar, „że szabli Twej klinga/ Zdrady rdzą się nie kala/ Za to, żeś nie miał Quislinga/ Za to żeś nie miał Lavala, / Żeś nie zląkł się krwi własnej plusku,/ Kajdanów, stryczków ni kulek,/ Nie poddał się po francusku, ani po czesku nie uległ.” Dziesiątkom tysięcy konspiratorów z lat wojny i ludziom wspomagającym ich na różne sposoby, „przyszło w końcu unieść ciężar klęski tak wielki, że przerastający siły tego wolnego pokolenia.” Amnestionowano ich. Nie wybaczono im jednak, jak się wydaje, do dziś, Patriotyzmu? Niezależności? Wiary we własne siły? Wiary tak powszechnej, choćby w powstańczej Warszawie, która potrafiła sprawić, że „szary człowiek spod pokładów ludzkiego egoizmu i tchórzostwa” dobywał „wyższe wartości swej natury”, stając się uczestnikiem walki. „l najistotniejszą treścią warszawskiego Powstania pozostał wielki, bohaterski czyn zbiorowości złożonej z przeciętnych, ułomnych ludzi”.(10)
 
Gdy czyta się teraz najrozmaitsze paszkwile sprzed lat skierowane przeciwko Rządowi Polskiemu w Londynie, Armii Krajowej czy powojennemu Podziemiu, nie sposób nie zauważyć o ile łaskawsza dla Polaków, od współczesnych środków masowego przekazu, była Władza Ludowa i „inżynierowie dusz”. Oczywiście mowa tu tylko o doborze słów, o języku. Etykietki nie dotyczyły bowiem wtedy całych narodów. Mówiło się: „polscy faszyści”, ale nie „Polacy to faszyści”. Pisano: „polscy szmalcownicy wydawali Żydów”, ale nie: „Polacy wydawali Żydów.” Niewykluczone, że zaraz po wojnie nie uchodziło jeszcze dzielić narodów na lepsze i gorsze (wyjątkiem był jak zwykle „naród radziecki”).
 
W imię „proletariackiego internacjonalizmu” zadbano wkrótce, aby nie wzbudzać nienawiści do narodu niemieckiego (od 1949 roku „z uwagi na fazę stosunków RP z NRD”), czy ukraińskiego. Pilnowano więc dlatego, aby sprawcami ludobójstwa na Wołyniu byli „faszyści”, a w Oświęcimiu na przykład „hitlerowcy”. Za sprawą Stalina delikatność wobec narodu niemieckiego obowiązywać miała podobno jeszcze przed końcem wojny – „różne Hitlery przychodzą i odchodzą, a lud niemiecki będzie zawsze istnieć” - mawiał. Tak przynajmniej twierdził Marcel Reich-Ranicki, cenzor poczty polowej w armii Berlinga, który „Niemców” zastępować musiał w żołnierskich listach „nazistami”. I tak to, na życzenie Stalina, pozostało do dziś, fałszując i zaciemniając historyczne wydarzenia. Już teraz niektóre pojęcia stają się nieczytelne (jak „nazistowska parabelka” w „Rzeczpospolitej”, dla określenia niemieckiej broni). Czy za kilkanaście lat wszyscy aby będą wiedzieli, co to za „naziści” napadli na Polskę w 1939 roku? Z Polakami tylko sprawa jest jasna i prosta. „Żołnierze Andersa”, czyli „faszystowscy mordercy”, którzy w 1946 roku zabijać mieli w Kielcach Żydów, przeistoczyli się po pięćdziesięciu latach w Polaków właśnie.(11)
 
Miało być przecież inaczej. A tu – „zamiast defilady zwycięstwa, defilada kapitulacji. Zamiast prezentuj broń... złóż broń... Zamiast żołnierskiej radości, upokorzenie rejestracji w UB.” „Ja walczyłem w jednym Powstaniu. Walczyłem w drugim”, skarżył się Jan Dawid Landau, żołnierz Żydowskiego Związku Wojskowego. „Przeżyłem. Myślałem, że po wojnie przyjdzie do mnie Churchill, uściśnie mi rękę i powie: „Janek, ty jesteś bohater... Przyjdzie Stalin i powie: „Janek..”, a oni mnie wsadzili do pudła [...] W tym pudle oficer UB namawiał mnie do współpracy.” Landauowi udało się wyjść po dwóch tygodniach, siedział tylko „za nielegalne posiadanie broni.” I wkrótce opuścił Polskę. Gorzej było tym, których UB aresztowało jako „polskich” czy też „rodzimych faszystów i reakcjonistów”. Zapełniali więzienia, często te same, w których siedzieli przedtem „za Niemca”. Po okrutnych śledztwach mordowano ich lub wywożono na Wschód. Niektórych tylko udawało się wyreklamować. Wiceminister sprawiedliwości, Leon Chajn, opowiadał, iż na prośbę działaczy z Żegoty, „po kumotersku” załatwił sprawę aresztowanego Władysława Bartoszewskiego z ministrem Bezpieczeństwa Publicznego, Radkiewiczem i wiceministrem tego resortu, Mieczysławem Mietkowskim. Dwanaście osób z Izraela prosiło zaś „Najwyższe Władze Sprawiedliwości Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej” o ułaskawienie oficera Armii Krajowej, Michała Kobusa, który uratował im życie i dodawał otuchy w czasie okupacji.(12)
 
Wszystko niestety sprzysięgło się wtedy, aby ludzi, już podzielonych przez wojnę, jeszcze bardziej ze sobą poróżnić. Zwłaszcza Polaków i Żydów. Czasem nawet Polaków i Polaków żydowskiego pochodzenia, którym o ich przodkach przypomnieli dopiero Niemcy. Koniec wojny, na pozór przynajmniej, oznaczał zachętę powrotu do normalności, do ułożenia sobie na nowo życia. Ludzi obchodzi jednak zwykle najbardziej własny ich los, a cudze nieszczęście boli mniej od własnego. Mieszkańcy Krakowa, którzy stosunkowo mało doznali poniewierki, coraz mniej wzruszali się losem uchodźców z Wołynia i wysiedlonych po Powstaniu z Warszawy. Ścigani i wyszydzani żołnierze Polski Podziemnej będą wkrótce przeszkadzać tym, którzy pragnęli żyć nareszcie w spokoju. Ekspatriowanych wbrew własnej woli z Kresów nędzarzy, witała najczęściej obojętność. Tak mało o ich losie wiedziano w Polsce centralnej, nędzy zaś i nieszczęść dookoła było pod dostatkiem. Nikt też zapewne, poza nielicznymi przecież bliskimi, nie witał w szczególny sposób Żydów, którzy przeżyli. Nie oni jedni stracili rodziny i dach nad głową. Nie oni jedni wracali z obozów, cudem uniknąwszy śmierci.
 
Zdarzało się teraz, że „defilady kapitulacji”, odbierać będą Żydzi, „upokorzenie rejestracji w UB” przeżywane będzie za sprawą Żydów i Żydzi też odbierać będą broń. W wydarzeniach opisywanych przez Stefana Korbońskiego, delegata Rządu na Kraj, Żydem tym będzie dyrektor Departamentu III MBP, Józef Czaplicki, słynny „Akower”, przezywany tak przez akowców - jak wspomina współpracowniczka Oddziału II KG AK, Halina Zakrzewska - gdyż „zachłannie” ich poszukiwał i aresztował. „Akower” okazywać miał „nieco mniej okrucieństwa niż inni oficerowie Bezpieki”. Może dlatego, że działał też w terenie i, jak przypuszczał Korboński, „wstydził się roli, jaką odgrywał”. Może tak było w Mińsku Mazowieckim, dokąd udał się z „Radosławem” na ujawnienie? Miał być wtedy przejęty tym, co zobaczył. Wszystkie sklepy były w Mińsku zamknięte, a ludzie odświętnie poubierani. Ołtarz polowy ustawiony na rynku, a wokół w czworoboku okoliczne oddziały AK w pełnym rynsztunku. Za nimi cała ludność miasta i okolicznych wsi. W czasie mszy śpiewano „Boże coś Polskę”, a po mszy odbyła się defilada przed „Radosławem”. Odśpiewano też „Jeszcze Polska nie zginęła”, a potem nastąpiło składanie broni. „Mińsk, żegnając swoje AK, może łykał łzy, może tłumił łkanie, ale robił to z podniesioną głową i wyzwaniem w oczach.” Do otwartego auta, którym „Radosław” wracał z Czaplickim do Warszawy powkładano mu naręcza kwiatów.
 
Żydzi będą też teraz torturować. Brystygierowa „słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom.” Przesłuchiwana przez Jacka Różańskiego, Maria Hulewiczowa zemdlała na jego widok, spotkawszy go po wyjściu z więzienia w PIW-ie, gdzie pełnił, popadłszy w niełaskę, stanowisko prezesa. Roman Werfel, naczelny redaktor „Książki i Wiedzy” po nie w czasie zrozumiał, że „w biciu trzeba jednak przestrzegać jednej zasady: za mordę musi brać Stasiek Staśka, a nie Mochin Staśka. Za dużo [...] było Żydów w Bezpieczeństwie, bo o Bezpieczeństwie nie pomyśleliśmy.”(13)
 
Pełną kontrolę nad Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego sprawował Jakub Berman. Rozumiał on dobrze, że „Związek Radziecki musi mieć Polskę bezpieczną, a więc taką, która nie będzie mu brykać, a więc w jakimś sensie podporządkowaną.” Dlatego musiał pilnować, aby „rozmaite złe duchy tkwiące w mentalności narodu polskiego” nie doszły do głosu. Zwalczał wytrwale „polskie mity”, „marzenia o Polsce wielkiej, Polsce mocarstwowej”, Polsce, co miała być „Chrystusem narodów”, a Polacy w niej „narodem wybranym.” W praktyce oznaczało to, jak wspominał Korboński, „likwidację fizyczną wszystkich ośrodków możliwej opozycji.” Formalnie na czele Ministerstwa stał Stanisław Radkiewicz, podstawową zaś kadrę resortu stanowili Żydzi, przeszkoleni w ośrodkach szkoleniowych NKWD: Leon Andrzejewski, dyrektor Departamentu III, prowadzącego akcje przeciwko ruchom podziemnym, a także wiceministrowie Konrad Świetlik, Mieczysław Mietkowski i Roman Romkowski. l była jeszcze znana od czasów lwowskich Luna Brystygierowa, szef Departamentu V, która „miała robić rozeznanie nastrojów panujących w środowiskach artystycznych i określać, kto z tych ludzi jest uczciwy, a kto nie.” Szefem Departamentu X został płk, Anatol Fejgin, jego zaś zastępcą był Józef Światło.(14)
 
A więc jednak „Żydzi”. Niektórzy się ukrywali? Kazano im się ukrywać? pod polskimi nazwiskami? I „Polacy”, którzy podczas wojny, jako antysemici, wydawali Żydów. I „Żydzi”, którzy jako przedstawiciele nowej władzy, rozbrajali żołnierzy polskich, zdzierali polskie orzełki z czapek, a we Lwowie, gdy wywożono polskich jeńców, szydziła z nich ludność żydowska. I „Polacy”, którzy cieszyli się, gdy płonęło warszawskie getto. „Żydzi” jako piąta kolumna w Grodnie i prawa ręka NKWD.
 
Podobnych spraw nie sposób wymazać z pamięci zbiorowej narodów, choć przecież, podobno, odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje. Tylko że człowiekowi, którego po wyjściu z getta napadał szmalcownik, nie udało się przypuszczalnie nigdy polubić Polaków. Mimo że szmalcownik mógł być też folksdojczem lub Ukraińcem. Ten zaś, na którego donieśli do NKWD Żydzi, został pewnie na zawsze antysemitą. Podział na Polaków i Żydów wręcz konieczny, aby zrozumieć ludzkie działania i wydarzenia, których nie sposób wyjąć z kontekstu historycznego, niedopuszczalny staje się wtedy, gdy służyć zaczyna jedynie dzieleniu ludzi. Wszystkie zakłamania i nieporozumienia biorą się właśnie ze stosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej i przypisywaniu narodom cech, które zmuszać je mają do określonych zachowań. „Jeśli nie chcemy, aby myślano hurtem: „Żydzi w czasach stalinowskich” to nie możemy też myśleć hurtem: „Polacy w czasie wojny wobec Żydów”, jak słusznie zauważyła Ruta Pragier.
 
Po wojnie wszystko służyło temu, aby podziały między ludźmi utrwalać. Cenzura uniemożliwiała wymianę myśli, panujący duch nienawiści nie sprzyjał pojednaniu, a faworyzowanie przez władzę Żydów - zapewne w myśl zasady „dziel i rządź” - musiało rodzić nowy antagonizmy.
 
Jedynie Żydom pozwolono po wojnie na reaktywowanie partii politycznych, w tym narodowych oraz swobodne tworzenie organizacji. Do Polski przyjeżdżali wysłannicy Światowego Kongresu Żydowskiego, Światowej Organizacji Syjonistycznej oraz Jointu, a przedstawiciele polskich Żydów uczestniczyli w konferencjach zagranicznych. Do 1949 roku Żydzi „korzystali z krótkotrwałej autonomii narodowej.”(15)
 
Mordowaniu AK-owców, obrażaniu ich hasłami o „zaplutych karłach reakcji”, „odbrązowieniu” ich przeszłości, które trwa do dziś, towarzyszyło uznanie i szacunek władzy dla kombatantów żydowskich. Jeszcze nim wojna się skończyła, przeczytać można było w Białymstoku o „pięknej i tragicznej karcie zbrojnej obrony warszawskiego getta”, o „bohaterskiej walce ariergardy pomordowanych Żydów, która stawiała własny niezapomniany pomnik chwały” i o „wodzirejach sanacyjnych. którzy przeprowadzili politykę izolacji walki zbrojnej w getcie”, gdyż wszelaka pomoc sprzeczna była z ich hasłem „wyczekiwania z bronią u nogi”. Powstanie Warszawskie przypomniane zostało parę dni wcześniej. Pisano wtedy o „Raczkiewiczach i Komorowskich, którzy od lat stali na warcie honorowej przy faszystowskim żłobie państwowym”, a potem postanowili wykorzystać „lud polski” dla „brudnych swych rozgrywek politycznych.”(16)
 
To były dwa różne światy. Ci Polacy z Powstania Warszawskiego i Żydzi z Powstania w getcie. „Żydzi”, (a więc i Polacy?) „są osobnym narodem”, jak pisał Henryk Grynberg, „dlatego, że mają własną, osobną historię - z której nikt ich nie może wykreślić.” Przyszły bohater getta, Mordechaj Anielewicz, od pierwszej chwili stanął „w służbie światowej rewolucji i pierwszemu robotniczemu państwu na świecie.” On i jego towarzysze „wierzyli w zwycięstwo Związku Radzieckiego i jego bohaterskiej armii.” I gotowi byli dla niego „uczynić wszystko”. Inny z bohaterów, Józef Lewartowski, na wezwanie KC PPR stanął „wraz z grupą wypróbowanych komunistów” do walki „na śmierć i życie przeciwko okupantowi, pod czerwonym i biało-czerwonym sztandarem.”(17)
 
Powstańcy Warszawy zaś z rezygnacją czekali na „czerwoną zarazę”, która uratować ich miała od „brunatnej śmierci”. Dla Jerzego Borejszy było sprawą jasną, że „powstanie miało w założeniu sztabu AK charakter antydemokratyczny, prosanacyjny i antysowiecki.” Co gorsze, ci wszyscy „Grzegorze, Bory, Niedźwiadki, Mocarze, cała ta maskarada cieniów historii” za nic sobie miała fakt, że „za Wisłą krwawiła nowa Rosja, nosicielka najbardziej postępowych haseł ludzkości.”
 
Ta „nowa Rosja” dla wielu ukrywających się Żydów była nadzieją. Czekali w Warszawie na jej wkroczenie, gdyż tylko ona wybawić ich mogła od Niemców, co więcej, „podczas gdy w podziemiu polskim tylko komuniści mieli nastawienie proradzieckie, w podziemiu żydowskim - nie tylko oni, i to odegrało zasadniczą rolę.” Choć pewnie wielu Kresowiakom i pod koniec wojny „dreszcz przenikał do kości” na wspomnienie Czerwonej Armii. Jak Hemarowi, gdy oglądał po wojnie jej zespół w Albert Hallu. ,,Trzeba ich było w Brodach/ Posłuchać... w Tarnopolu.../Trzeba to było słyszeć/ Jak ich śpiew rósł z oddali/ We Lwowie, na ulicy/ Żółkiewskiej, gdy jechali/ [..,] To muzykalne wojsko, / Kto słyszał w brzozowym lasku, / W Katyniu jak śpiewali/ Wśród kul błysku i trzasku/ [".], Co ja tego śpiewania/ Posłucham, wiecie - to mi/ Po grzbiecie biegną ciarki/ Z zachwytu/ [...]
 
„Trzeba dobrze zdać sobie sprawę z dróg, którymi kręto i niespodziewanie przebiega front najniebezpieczniejszej walki o naszą świadomość narodową”, pisał autor eseju „Walka o duszę narodu”. „Kto był w Wielkim Tygodniu na akademii ku czci poległych z getta warszawskiego, kto wysłuchał uważnie reprezentujących „naszą nową racje stanu” redaktorów, ten zdobył wreszcie pewnik [...] Rosja chce nas powalić jako naród, a w środkach absolutnie nie przebiera. Na wspomnianej akademii mówiło się bowiem o „pierwszej walce o naszą i waszą wolność”, o czerwonym sztandarze, który załopotał w czasie tych walk po raz pierwszy i o nowej orientacji zwycięskiej. Jeśli równocześnie potępia się powstanie warszawskie, jeśli najbardziej bohaterskiemu zrywowi naszego narodu nie poświęciło się dotąd żadnej akademii - to wymownie bardzo i bardzo pocieszająco działa to gromkie na kolana przed niewątpliwym bohaterstwem getta.”(18)
 
Groźną i skuteczniejszą jeszcze od etykietek bronią okazały się kpiny i szyderstwa, których mistrzami zostali „inżynierowie dusz”. „Sprawa demokracji ludowej”, o czym pisał Leon Pasternak, łączyła się ściśle „z podwyższeniem poczucia humoru”. Satyra zgodnie z zaleceniem partii miała, jak mówił J. Borejsza, „charakter wychowawczy”, była, co stwierdzał Antoni Marianowicz, „szczególnie skuteczną bronią w walce z wrogiem wewnętrznym.”
 
Należało się teraz ze wszystkiego śmiać. Z Bora-Komorowskiego - jak Marianowicz, z Polski przedwojennej - jak Mickiewicz, Marianowicz czy Pasternak, z rządu londyńskiego - jak karykaturzysta Zaruba, z Armii Krajowej - jak Jerzy Andrzejewski, Adam Włodek i Tadeusz Kubiak, czy z aresztowanych księży - jak Krystyna Żywulska, żona dyrektora Departamentu III MBP, Leona Andrzejewskiego, prowadzącego akcję przeciwko wszelkim ruchom podziemnym. A wszystko po to, aby, jak mawiał Anatol Fejgin, „zabić polską dumę, rozstrzelać patriotyzm.”(19)
 
Prasa, teatr i kino „siały więc humor i satyrę dyskredytującą przeciwnika”, zgodnie z zaleceniami Kolegiów Prasowych przy Komitecie Partii, a Ministerstwo Informacji i Propagandy układało nawet specjalne, niezbyt wyszukane dowcipy, przeznaczone do szerokiego rozpowszechniania. Minkiewicz zaś wołał: „proponuję: a może/ trochę mniej o honorze?/ [...] Miast przegrywać z honorem. zwyciężajmy z humorem/”. Niezupełnie to chyba pomagało, skoro jeszcze w 1953 roku Jurandot zmuszony był ironizować: „Tylko że wciąż we krwi mamy/ wszystkie narodowe dramy/ [...] entuzjazmuje ból cię,/ boś wychowany w jego kulcie/.” Udało się za to wprowadzić zwyczaj, zasadę niemal, która zaczęła obowiązywać nie tylko w życiu literackim: „zastępowanie argumentów anegdotą lub złośliwością.”(20)
 
Kto wie, czy nie dobrze się stało, że w czasie wojny zachowali Polacy swoje narodowe cechy? Czy to nie poczucie honoru właśnie, patriotyzm i wiara w Boga kazały im stawiać opór, walczyć, a także ratować Żydów? Tym oczywiście, którzy nie zaliczali się do motłochu, bandytów i karierowiczów, a tych w czasie wojny więcej było niż zawsze, także za murami getta.
 
Doktor Ludwik Jerzyński, mieszkaniec getta, opisując „bestię obudzoną w człowieku” za sprawą Hitlera, wspominał „szlachetnych, prawdziwych przyjaciół ludzkości, którzy z narażeniem własnego życia ukrywali i rzetelnie opiekowali się Żydami.” Były to „światłe postacie, które święcie wyznawały naukę Chrystusa.” Leon Bukowiecki, który przez całą okupację ratował bezinteresownie Żydów, czynił tak, gdyż lubił robić ludziom przysługi „oparte na miłości bliźniego i na przykazaniach Boskich.” Wielkie zadowolenie dało mu, że „gdzie trzymał rękę na pulsie, wszyscy szczęśliwie i cało przeżyli.” Aktorka, Kazimiera Orczyńska, przechowywała pięcioosobową rodzinę tłumacząc, że jeżeli Bóg zesłał ich pod jej dach, to znaczy, że jej obowiązkiem jest ich chronić.” Nawet ksiądz z Białegostoku, podczas okupacji sowieckiej, biorący udział w „propagandzie nienawiści ze strony reakcyjnych elementów skupionych wokół kościołów,” które wysuwały „hasła antysemickie i pretensje lub wręcz żądania skierowane przeciwko Żydom i bolszewikom,” podczas okupacji niemieckiej „wzywał do współczucia i pomocy Żydom.” Tak przynajmniej opowiadała Salomea L.
 
„Prosty człowiek” z warszawskiego przedmieścia, który co dzień lubił sobie „pociągnąć”, przechowywał u siebie za darmo Reicha-Ranickiego z żoną. Któregoś dnia wygłosił przy swych lokatorach przemówienie: „Adolf Hitler najpotężniejszy człowiek w Europie, wydał wyrok śmierci na tych dwoje ludzi. A ja, zwykły drukarz z Warszawy, postanowiłem: Oni przeżyją. Zobaczymy, na czyje wyjdzie.” Poczucie własnej wartości? Niezależność? Typowo polska przekora wreszcie sprawiły, że ów „prosty człowiek” ryzykując życiem własnym i rodziny, uratował Ranickiemu i jego żonie życie. „Jesteśmy z instynktu, z tradycji i ducha swego, niepodległościowcami par excellence,” zauważył po wojnie publicysta i dziennikarz, Czesław Nisbaum. „Tępienie Żydów w naszym kraju przez Niemców, to nie tylko [...] przeciwko naszemu humanitaryzmowi - ale i obraza naszych uczuć niepodległościowych. W Polsce - według naszego rozumienia - choćbyśmy byli w najgorszej zwadzie - my tylko sami możemy regulować stosunki - bo tylko my sami jesteśmy gospodarzami na naszej ziemi. Opiekunów mieliśmy dość - i mieć ich nadal nie chcemy.”
 
Ranickich nie wydał też brat drukarza, choć na początku znajomości „tylko” Ranickiego obrabował. Nie jako Żyda jednak, lecz człowieka, który miał pieniądze. Bo Żydzi przecież, jak wierzono, mieli „siedzieć na złocie”. Lekarka, Adina Blady-Szwajger, która odwiedzała często Powidle, pisała o „bandach zdemoralizowanych wojną wyrostków, które czyhały na ulicach Warszawy na wszystkich”, nie tylko na Żydów, i słowa: „wyskakuj panna z jesionki” nie należały do rzadkości. Dokumentów napadające wyrostki jednak nie brały. „To przecież byli polscy złodzieje, więc nie narażali swych ofiar na dodatkowe niebezpieczeństwo ze strony Niemców.”(21)
 
Ci „polscy złodzieje” miewali w tamtych czasach swój honor i niekiedy oddawali nawet usługi Polsce Podziemnej, podobnie jak zdarzało się to prostytutkom. Po ulicach Warszawy krążyli jednak także agenci Gestapo. wśród nich żydowscy. I szmalcownicy czatujący na „potencjalne ofiary szantażu”. Bezwzględni, nie cofający się przed niczym ludzie, którzy dla pieniędzy gotowi byli na wszystko. Wśród nich pospolici bandyci, którzy ujawniali i wydawali Niemcom „osoby ukrywające się”, za wódkę i papierosy lub też zbijali ofiary, po wymuszeniu pieniędzy. Nie brakło też „jednostek słabszych”, równie groźnych dla Polaków, co Żydów, które przejawiając wobec władz niemieckich „daleko idącą lojalność, graniczącą z donosicielstwem, pragnęły w ten sposób odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia.” Spotkać również można było donosicieli - amatorów, którzy mścili się na sąsiadach i niewiernych żonach, oskarżając ich o konspirowanie lub przechowywanie Żydów. Zdarzali się czasem prawdziwi antysemici, którzy Żyda wydawali, dlatego że był Żydem. Bo Żydów nie lubili. Jak mieszkaniec Mokotowa, któremu przeszkadzali dwaj chłopcy, ukrywający się w zrujnowanej willi, bo znaleźli na śmietniku hulajnogę i zaczęli na niej jeździć. „Żydzi jeżdżą po ulicach i zakłócają spokój”, miał zameldować gdzie trzeba. Chłopcom udało się jednak uciec na hulajnodze, gdyż przekupka wywróciła stragan z jabłkami pod nogi goniących ich żandarmów.(22) Podział więc na „Żydów” i „Polaków”. Tym pierwszym nie wolno było żyć. Ci drudzy na przeżycie mieli niewielką szansę. Ratunku „po stronie aryjskiej” w Generalnym Gubernatorstwie mogli Żydzi szukać jedynie u Polaków.
 
„Atmosfera upadku, bezprawia i końca zdeprawowała w jednym mgnieniu oka tych, którzy by w normalnym czasie w kolizję z prawem nie weszli,” gdyż powstrzymywał ich do tej pory „niemały czynnik praworządności w społeczeństwach ludzkich - s t r a c h.” Dlatego motłoch „runął na magazyny” już we wrześniu 1939 roku. A potem zajął się handlem, który często „sprowadzał na śliskie drogi lekceważenia zasad moralnych i prawnych.” W przedwojennym rozumieniu tych słów. Obok ludzi traktujących handel jako źródło utrzymania pojawiła się „klasa kombinatorów spod ciemnej gwiazdy,” „zbijająca forsę na aktualnych potrzebach ludności.” Wkrótce, jak zauważył w 1941 roku „Biuletyn Informacyjny”, nastąpił podział na nędzarzy oraz na ludzi „umiejących dopasować się do wojennych sposobów zarobkowania.” Wśród tych drugich byli ludzie, którzy szli na współpracę z Niemcami, choćby tylko robiąc z nimi dobre interesy. Wspólne, „mętne” interesy, „kombinacje spod ciemnej gwiazdy opijane w podmiejskich willach,” prowadziły też z okupantem „burżuazyjne rodziny żydowskie, zaopatrywane w murowane aryjskie papiery.”(23) Stąd więc jeszcze nowy podział. Na „elementy koniunktury wojennej” i na Polskę walczącą - Polskie Państwo Podziemne, jedyne w okupowanej Europie, które karało kolaborację.
 
„Elementy koniunktury wojennej” mieszkały również w getcie. Ludzie „umiejący się dopasować do wojennych sposobów”, nie tylko zarobkowania, ale też przeżycia i dorabiania się, nie posiadają, jak wiadomo, narodowości. Nawet w getcie wspólne interesy kosztem ludzi bezbronnych, nie ustosunkowanych i biednych, robili Żydzi razem z Niemcami i Polakami, a demoralizacja policji żydowskiej nie mniejsza była niż granatowej policji polskiej, Gdy 22-letnia chalucka, wędrująca z Białegostoku, próbowała dostać się do warszawskiego getta pod koniec 1941 roku, opłaty zażądali od niej za wejście najpierw policjanci polscy, a potem żydowscy. „Makabryczną sielankę stanowi harmonijna współpraca przy bramach i wylotach ulic policji niemieckiej, polskiej i żydowskiej”, zapisał w 1941 roku Stanisław Różycki, mieszkaniec getta.(24)
 
„Demoralizacja polskiej policji i polskich agentów przechodzi wszelkie granice”, pisał Ringelblum. „Zatrzymują wozy z towarami i wymuszają okup,” „Żydowska gangsterska policja wykorzystuje każdą sytuację, aby zbijać pieniądze”, donosił w maju 1942 roku. „Wyróżnia się straszliwą korupcją i demoralizacją, [...] W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Dno podłości osiągnęła jednak dopiero w czasie wysiedlania, [...] Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców i Łotyszów.” „Chować się, drżeć, być tropionym, konać bez końca w przeraźliwym strachu” - opowiadała o możliwościach przetrwania mieszkanka getta – „kiedy za cenę tropienia innych można normalnie żyć, nie bać się [...] swój łeb ratuje się łebkami innych.” Czasem „łebkami” nadprogramowymi nawet, gdy złapanego człowieka puszczano, na razie, „za cenę zdrady kryjówki, w której siedziało nieraz kilkadziesiąt osób.” Względów nie mieli policjanci żydowscy nawet dla dzieci, które odbierali matkom podczas selekcji, a w czasie wysiedlania „zamieniali się w hyclów” i urządzali prawdziwe polowania na płaczące i stawiające opór dzieci gettowej ulicy. Pastwili się i znęcali nad innymi Żydami, nawet wtedy, gdy w pobliżu nie było żadnego Niemca. Nienawidzono ich więc w getcie bardziej niż Niemców. Sami lżeni i poniżani, szli drogą, którą iść będą po wojnie ochotnicy zgłaszający się do pracy w Urzędzie Bezpieczeństwa. A może zgubiła ich żądza bogactwa? Tak łatwo było wyciągnąć od ofiar pieniądze. Myli się więc pewnie laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Elie Wiesel, stwierdzając: „Nie sposób nie zauważyć, że wszystkie ofiary były Żydami, a wszyscy kaci chrześcijanami.”(25) A więc następny podział, tym razem religijny, Żydzi i chrześcijanie.
 
„Iluż tam było smakujących swoją nową władzę, biorących odwet za wszystkie niepowodzenia życiowe”, wspominał współpracowników Rumkowskiego, w łódzkim getcie, Arnold Mostowicz. „Iluż było domorosłych dyktatorów, którzy by tę władzę i tę okupację przedłużyli w nieskończoność, którzy ze zwykłych zer stawali się, jak Niemcy, panami życia i śmierci.” Podobnie jak żydowscy agenci Gestapo z warszawskiego urzędu do Walki z Lichwą na Lesznie. Kilkuset pracowników i współpracowników (byli wśród nich literaci i artyści) wychodzić mogło na „stronę aryjską”, gdzie trudnili się m. in, wyłapywaniem ukrywających się Żydów. Być może współpracowali z agentami polskimi? Przesiadywali w lokalach i wystawali na ulicach, zajmując się obserwacją. Po stronie aryjskiej w Krakowie działała grupa konfidenta Gestapo, Józefa Diarnanda, rozpracowująca też polskie podziemie.
 
Byli także „konfidenci przygodni”. Stanowili oni „istną plagę” getta krakowskiego. „Pod groźbą donosu wymuszali wszystko, co chcieli [...] Kilkanaście jednostek utrzymywało w ciągłym strachu kilkanaście tysięcy.”
W getcie warszawskim, jak pisał ST. Różycki, nikt nie miał „do bliźniego, do sąsiada, kolegi, towarzysza, znajomego, krewnego, za grosz zaufania”, każdy bał się „donosicielstwa i wymuszenia.”
 
Niemcy mieli, podobno, wykorzystywać „swoisty patriotyzm” niektórych swoich żydowskich agentów, używając ich jako narzędzi do spenetrowania „polskiej lewicy”. Nalegali, aby odnowili oni swoje przedwojenne znajomości i „krok za krokiem przenikali w szeregi komunistów”, a następnie „wpłynęli na poniechanie wystąpień terrorystycznych” w getcie. Obiecywali zaprzestania dalszych wysiedleń w Warszawie, gdyby akcja się powiodła. To jedyny, jak się wydaje ślad politycznych czy „ideowych powodów” działalności gestapowskich konfidentów, tak z żydowskiej jak i polskiej strony.
 
Po pracy konfidenci i szmuglerzy lubili bawić się i pić wódkę. W lutym 1941 roku „żydowskie gestapo” urządziło nawet przyjęcie z okazji urodzin Führera. Z sali na Lesznie dobiegały „pijackie, chóralne śpiewy po niemiecku”. „Słynne w całym getcie”, jak pisał Ringelblum, były przyjęcia szmuglerów. „Nieokrzesani i rubaszni” nie pasowali do eleganckich wnętrz luksusowych gettowych restauracji, w których zasiadali. Na przyjęciach tych bywali często „polscy i niemieccy goście”, z którymi szmuglerzy współpracowali. „Polscy handlarze prędko wyuczyli się od Żydów wszystkich matactw i w lot je wyzyskują, łącznie z szantażem i donosicielstwem”, pisał mieszkaniec getta. Niemcy pili „bez umiaru” ze swymi żydowskimi kolegami, „tak jakby nie istniał aryjski paragraf,” a właściciele lokali „przedstawiali aryjskim gościom najlepsze dania i dziewczyny.”(26)
 
„W tym samym czasie, gdy biedacy stają się nędzarzami, okrytymi strzępami łachmanów, widać dziewczęta ubierające się coraz wykwintniej”, donosił Ringelblum. „Pytanie ogromnej wynędzniałej większości społeczeństwa żydowskiego: Co dalej? zagłuszała muzyka z kawiarń i restauracji,” pisała mieszkanka getta. A umierających z głodu żebraków spod piekarni i eleganckich restauracji odganiali żydowscy policjanci. Kolejny podział - tak bardzo ułatwiający Niemcom ich pracę. „Nauczyłam się żyć w morzu cierpienia, które podchodziło pod próg mojego domu. Zło krzewiące się wokół mnie i pochłaniające wciąż nowe ofiary, stało się dla mnie równie oczywiste jak upał latem, a mróz zimą,” wspominała młoda dziewczyna. „Nie mnie jedną ogarnęła ta znieczulica.” „W obawie przed zakaźnymi chorobami, baliśmy się brać do siebie obcych ludzi,” tłumaczy mieszkaniec getta, poruszony widokiem śpiących na ulicy. „Prawie co dzień na ulicach, po środku chodnika, leżą nieprzytomni lub umarli ludzie. Nie wywiera to już wcale wrażenia,” zanotował Ringelblum. Mieszkańcy „aryjskiej” Warszawy przyzwyczaili się także do łapanek, a nawet publicznych egzekucji. Silniejszym dodawało to nawet sił do walki. Słabszym dostarczało pretekstu, aby zamknąć oczy na los innych.
 
Młode, wrażliwe dziewczęta z getta poruszone do łez losem dzieci ulicy z „przeraźliwie wychudzonymi twarzyczkami, przypominającymi ptasie łebki raczej, niż ludzkie oblicza,” nie dopuszczały jednak myśli o wzięciu ich do siebie do domu. Dzielenia z nimi pokoju i życia pod jednym dachem do końca wojny. Taki jest właśnie człowiek. A dzieci te w dodatku należały zapewne do „klasy niższej” w getcie. Mówiły tylko w języku jidysz, należały do innego niż te dziewczyny, świata. Skazane więc były nieodwołalnie na śmierć.(27)
 
Tak jak ich rodzice - Żydzi ortodoksyjni – „nie znający w dostateczny sposób języka, obyczajów i kultury polskiej,” którzy nie tylko że nie znali nikogo „za murem”, ale i nie chcieli znać. „Długotrwały dramat ich odrębności w polskim środowisku spowodował, iż w chwili katastrofy znaleźli się bez zaplecza,” pisał Ferdynand Goetel, który był świadkiem wysiedlania Żydów z Zawichostu. „Objawiło mi się nagłe tragiczne fatum narodu, który wygnany ze swej ojczyzny, nigdy nie umiał się zrosnąć z inną.” Wierny religii, językowi i obyczajom przodków, zdradzony został w jakimś sensie przez „swoich”, którzy odeszli, nie wiedząc potem nawet, „na czym polegają żydowskie święta, wiara: obyczaje.” „Moja ignorancja w tej dziedzinie,” opowiadał Marianowicz, była większa „niż chłopców rdzennie polskiego pochodzenia, wychowujących się w dzielnicach żydowskich.”(28)
 
„Społeczeństwo rozpadło się na drobne karty, które się nienawidzą,” pisał Różyczki. Brak solidarności sprawiał, iż trudniej się było ratować. Liczyć mógł człowiek jedynie na siebie, a do ratowania potrzebne były zazwyczaj pieniądze. Choćby po to, aby opłacić policjantów przy wyjściu z getta. Podobno szmalcownicy „miauczeniem” podawali sobie wiadomość, że idzie Żyd. Nie wszystkim udawało się ich ominąć.
 
„Wszechstronność była główną zasadą naszej działalności,” pisał E. Ringelblum o pracy podziemnego archiwum w getcie warszawskim. „Obiektywizm był drugą zasadą, która nam przyświecała.” „Panuje u nas pogląd, że antysemityzm znacznie się wzmógł podczas wojny, że większość Polaków jest zadowolona, iż na Żydów polskich spadło takie nieszczęście itp. Uważny czytelnik naszych materiałów znajdzie setki dokumentów świadczących o czymś wręcz przeciwnym. W niejednym sprawozdaniu z miasteczka przeczyta, że ludność polska serdecznie odniosła się do żydowskich uchodźców, że chłopi przez długie miesiące ukrywali i dobrze karmili uchodźców żydowskich z okolicznych miasteczek.(29) Choć zapisał też Ringelblum uwagi o bezeceństwach polskich urzędników finansowych, „grupach polskich tramwajarzy w Warszawie, bijących Żydów i rozkopywaniu przez policję polską i żydowską grobów w poszukiwaniu złotych zębów.”
 
Już od 1939 roku w „Kronice getta warszawskiego” znaleźć można przykłady „istotnej zmiany w psychologii współżycia chrześcijan i Żydów,” którzy począwszy „od tych czasów” nawiązywać zaczęli w „mieszanych domach” przyjazne stosunki. A później, aż do grudnia 1942 roku zamieszczał Ringelblum informacje o „chrześcijanach”, co nakarmili Żydów na rynku, choć byli „zażartymi antysemitami”, o bardzo dobrym stosunku polskich tramwajarzy do robotników żydowskich, przydzielonych do pracy w remizie i na innych placówkach, gdzie Żydzi pracują razem z Polakami, o Franciszkanach z Limanowej, którzy udzielili pomocy 1300 żydowskim uchodźcom, mówiąc: „spotkało nas wspólne nieszczęście” i o chłopcu „w czysto polskich Włochach”, którego pobito, bo wołał za kimś Jude. A także o licznych faktach posyłania paczek z żywnością, przez klientów polskich kupcom w getcie łódzkim, za przedwojenne długi. O chłopach z Głowna, którzy utrzymywali „swoich Żydów” przez całą zimę i „nie odsyłali” nigdy Żyda, który przyszedł na wieś, bez worka ziemniaków. Także o żydowskim krawcu, który umierając z głodu w getcie, przedostał się z powrotem do swojej wioski, a chłopi podrzucali go w górę z radości, krzycząc: „Nasz krawiec wrócił.”
 
W czasie przeprowadzki do warszawskiego getta, znajomi Polacy przysyłali Żydom kwiaty, a w ostatnich dniach „masowo przychodzili z paczkami żywności i kwiatami.” W pierwszym zaś dniu po zamknięciu getta „masowo” przynosili chleb. Wyrazy współczucia „z powodu wprowadzenia łaty” przekazywali teraz niektórzy „przywódcy endeccy”. Oenerowscy zaś i endeccy adwokaci, „opowiadający się przed wojną za paragrafem aryjskim,” okazywali Żydom wiele życzliwości i pomocy, często się przy tym narażając. A jakiś student z ONR-u „kajał się, oświadczając, że on chce odwiedzić każdego Żyda i prosić go o przebaczenie.” Kościół napominał zaś: „nie należy pozwolić podszczuwać się przez wrogów, którzy chcą siać nienawiść między narodami.”(30)
Zanotował też Ringelblum „niespotykane przed wojną zjawisko”. Oto Polacy reagowali teraz bardzo często na napaści „chrześcijan” na Żydów. W roku 1940 było to jeszcze możliwe - atakującymi były nasyłane i opłacane przez Niemców bandy wyrostków. „Oni hańbią Polskę”, wołano. Na placu Bankowym „jakaś chrześcijanka” bardzo mocno pobiła chuliganów, konduktor zatrzymał tramwaj i zawołał: „Czy wiecie, czyim wy jesteście narzędziem?” Wyrostek, który wznosił okrzyki przeciwko Żydom, wyrzucony został z tramwaju. Oburzenie przechodniów na Śniadeckich wywołali też „mali chłopcy”, którzy gonili Żydówkę, „ocierającą łzy”. „Jednym ze smutnych symptomów”, jak pisał Ringelblum, choć chyba zrozumiałych, było „uogólnianie napaści wyrostków i wyciąganie wniosków natury ogólnej.”(3l)
 
Opis owych zachowań bliski wydaje się być opisowi „Warszawy biernej”, a więc tej nie walczącej, a tylko sympatyzującej z Polską Podziemną, jaki znalazł się w raporcie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rządu Londyńskiego w 1942 roku. „Postawa tych ludzi w stosunku do okupanta jest pełna godności”, pisano. „Warszawa bierna” „stanowi solidne, życzliwe tło dla rozgrywających się zapasów świata niepodległościowego z wrogiem [...1, a że sama nie walczy... Mój Boże, nie każdego na to stać. Jednych wstrzymuje najzwyklejsze tchórzostwo, innych brak temperamentu, przeciążenie rodziną, praca zarobkowa, słabe zdrowie, innych jeszcze instynkt praworządności, wzdragający się przed życiem konspiratora pozbawionego domu, nazwiska, osobowości. [...] Nie należąc do świata podziemnego, owi przeciętni państwo Kowalscy, wiedzą o nim i zazdroszczą mu [...] Czem dłużej okupacja trwa, tym bardziej przekonują się, że nie warto być ostrożnym. „Powściągliwość nie zabezpiecza”. To właśnie oni „dostarczają kontyngentu łapanek ulicznych, giną w wypadkach odpowiedzialności zbiorowej całym blokiem, od poddasza do suteren, dają głowę za bojownika przyłapanego na drugim piętrze ze stacją nadawczą. Poza tym biedują, głodują [...] Coraz częściej przechodzą na stronę walczących. Zawsze są solidarni. Pełnią rolę warstwy izolacyjnej, oddzielającej świat niepodległościowy od wysługujących się Niemcom kanalii. Jeśli na ulicy policja goni kolportera, tworzą samorzutnie tłum, który wrzeszczy: Łapaj złodzieja, tłoczy się, ciśnie, myli, ukazuje gorączkowo przeciwną stronę niż ta, w którą pobiegł zbieg.”(32)
 
Pewnie dlatego z płonącego getta udawało się czasem uciec. Jak wtedy, gdy otworzyła się klapa, zamykająca wejście do kanału, koło tzw. tunelu Starzyńskiego i wychyliła się z niej głowa mężczyzny. Przywołał chłopaków stojących przy huśtawkach i „patrzących na getto”. Przybiegli i „doskonale zamaskowali” wejście do kanału. Niby się popychali, bili. Stojący o kilkadziesiąt kroków Niemcy nie zobaczyli, co się tam naprawdę działo. Z kanału wyszło pięć kobiet, w podartych ubraniach. Szybko zmieszały się z tłumem. „Popatrz pani, jak te żydy się nie dają”, mówiono po tej stronie muru, gdzie życie miało toczyć się „normalnie”. I – „Józek, wisz? Chciałbym po Berlinie za żandarma chodzić. Taki bym ci ja im tam ordnung zrobił, że nic tylko na ulicy karawan za karawanem. Byś widział - radość popatrzeć.” „ - A na Konwiktorskiej znowu sprzątnęli żandarma.” „- To już w tym miejscu trzeci.”
 
Może też dlatego właśnie udało się uciec kulawej dziewczynie, którą w tramwaju kolega ze studiów powitał krzykiem: „Łapcie Żydówkę!” Dziewczyna wysiadła, zmieszała się z tłumem i uciekła, choć kolega, wrzeszcząc, wybiegł za nią z tramwaju. Jeżeli jednak nawet tak było, uciekająca dziewczyna zapamiętać musiała na całe życie kolegę ze studiów, a nie przyjaznych przechodniów.(33)
 
Uogólnienia w opisie stosunków międzyludzkich wypaczają zawsze prawdę historyczną. Wydarzeń zaś nie sposób zrozumieć, o ile się je wydrze z kontekstu. Jeśli rozpatrywać się je będzie w oderwaniu od praw rządzących ludzkimi zachowaniami. Dlatego pewnie „w opisach zagłady Żydów, a zwłaszcza ukrywania się poza gettem, narosło wiele fałszu”, jak zauważał Stefan Chaskielewicz, którego uratowała „aryjska” Warszawa.
 
W Warszawie tej żyli ludzie „dobrzy, źli i obojętni.” „Podobnie jak wszędzie na całym świecie i zawsze.” Nawet jednak „ci dobrzy” nie zawsze byli w stanie udzielić schronienia uciekinierowi z getta. „Prawie wszyscy mieli coś do ukrycia”, pisał Chaskielewicz.(34) Wielu było w konspiracji i niektórym z nich nie wolno było narażać swej działalności na nowe niebezpieczeństwo. Na baczności musiały się mieć rodziny aresztowanych i wywiezionych do obozów. Mieszkań nadających się do ukrywania ludzi nie było wiele. W samej Warszawie przebywało już nielegalnie kilkanaście tysięcy Żydów i niezliczona ilość konspiratorów i uciekinierów, żyjących na lewych papierach.
 
Ze strachu można było potrzebującego nie przyjąć. Nawet, gdy posiadało się ku temu warunki. „Chęć utrzymania się przy życiu bardzo często pozbawia człowieka etyki ludzkiej”, zauważał L. Bukowiński, który Żydów przechowywał. Ci jednak nie zawsze godzili się na przyjęcie nowych „żydowskich lokatorów”, gdyż narażało ich to na większe niebezpieczeństwo. Byli nawet rodzice, którzy chcąc się ratować, porzucali w czasie „wysiedlania” lub w obozach własne dzieci.
 
Aby narażać się na śmierć dla drugiego, obcego najczęściej człowieka, trzeba było być bohaterem. Nie wszyscy potrafili się na to zdobyć, zwłaszcza o ile mieli małe dzieci, które w dodatku mogły się łatwo wygadać. A potem czekało życie pod jednym dachem, z nieznajomym człowiekiem, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, niekiedy w ciasnym mieszkaniu. Często konieczność wynoszenia nieczystości, przynoszenia wody, dodatkowego prania, robienia zakupów daleko od domu. Odizolowania się od sąsiadów, przyjaciół, nawet od dalszej rodziny, nie dlatego nawet, że się im nie ufało, tylko że najmniejsza niedyskrecja spowodować mogła śmierć wielu osób. Czasem ten obcy człowiek mógł być denerwujący, niemiły. Mógł się zachować nie tak jak należy, gdy np. nie wytrzymywał już „zależności ukrywanego od ukrywającego.” Bo, jak pisał Gustaw Herling-Grudziński, „nic tak nie wzbudza niechęci, jak wewnętrzny przymus wdzięczności, bez możliwości odwdzięczenia Się.”(35)
 
Herling-Grudziński pisał jeszcze, że getto wzniosło między Polakami a Żydami „mur nieufności, jaka powstaje zawsze między ludźmi bardziej prześladowanymi i mniej prześladowanymi.” A może wiadomości o warunkach, w jakich żyli w getcie Żydzi, poprawiało samopoczucie w „aryjskiej” Warszawie? Przynajmniej w tej Warszawie „obojętnej”? Bo samopoczucie w getcie łódzkim na przykład poprawiło się znacznie, gdy dowiedziano się o sytuacji Cyganów, którym Niemcy założyli obóz w kilku wyłączonych z getta kamienicach. „To nie my jesteśmy na dnie poniżenia, nędzy i głodu”, pocieszali się Żydzi.(36)
 
Tacy są zapewne ludzie. Dlatego wspominamy po dziś dzień Janusza Korczaka i ojca Maksymiliana Kolbego. A zwykły człowiek reaguje często tak, jak Richard Glazur, więzień Treblinki. Pracował w komandzie, które porządkowało, a potem wysyłało mienie zagazowanych więźniów do Niemiec. „Rzeczy te legalizowały nasze istnienie”, opowiadał po wojnie. W marcu 1943 roku transporty do obozu ustały. W każdej chwili spodziewali się końca. Na wiadomość więc o wznowieniu transportów wykrzyknęli: „Hurra! Hurra!” A teraz opowiada Glazur: „gdy o tym myślę, coś we mnie umiera [...] tak nisko wtedy upadliśmy.”(37) Byli Polacy, którzy przechowywali Żydów tylko dla pieniędzy i wyrzucali ich z domu, gdy pieniędzy zabrakło. Byli też tacy, którzy sami mając niewiele, pocieszali jeszcze: „Nic się nie bójcie”, mówili. „U mnie z głodu nie pomrzecie”. Żydowskie dziecko „na podstawie donosu” Polaka, zabrane przez Niemców, zginęło wraz z opiekunką – Polką, która pojechała go ratować. Ojca zaś, nowojorskiego adwokata Miltona Kastenberga, uratowała nieznana mu kobieta. Udało mu się wyjść na „aryjską stronę” i chodził właśnie „bez sensu po ulicach, czekając na moment, że go złapią Niemcy,” gdy usłyszał głos: „Panie Kastenberg, pan za mną pójdzie, ukryję pana [...] jestem siostrą dozorczyni z pana domu na Żurawiej. Pan płakał na jej pogrzebie, widziałam to.” Dzięki niej, za darmo, przechował się aż do Powstania. A po Powstaniu ukrywał się jeszcze poza Warszawą u nieznajomego proboszcza na plebani. Milton Kastenberg, którego wuj służył w Legionach Piłsudskiego, wyjechał z Polski przed wojną, gdy niektórzy jego koledzy, rówieśnicy „przestali w nim nagle widzieć swego kumpla, bo zobaczyli Żyda, niegodnego, by siedział z nimi w jednej ławce.” „W stosunkach polsko-żydowskich trzeba przede wszystkim prawdy,” mówi teraz, bo „tak łatwo wzbudzić nienawiść, a tak trudno wskrzesić przyjaźń.”
 
Po wojnie rzadko wskrzeszano przyjaźń i nigdy nie poszukiwano prawdy. Uniemożliwiając jakąkolwiek wymianę myśli i opinii, nie dopuszczając nie zafałszowanego opisu bieżących wydarzeń, a co więcej wygrywając jednych przeciwko drugim, utrwalono w ludzkiej podświadomości podział na „Żydów” i „Polaków”. „Straszliwe żydowskie przewrażliwienie jest faktem,” pisał Marianowicz. „Choroba usprawiedliwiona nie przestaje być chorobą. [...] Szczególnie dobitnie ujawnia się to w stosunkach polsko-żydowskich. gdzie choroba histerycznej wręcz drażliwości jest udziałem obu stron. Podobnie jak Żydzi. Polacy mieli trudne dzieje.”(38)
 
Kto wie, czy owa „histeryczna drażliwość” nie wyrządziła i nie wyrządza nadal szkody w stosunkach obydwu narodów. Może zrozumiała gorycz i ból Żydów, którzy nie zawsze odzyskiwali po wojnie mienie pozostawione u Polaków, byłyby mniejsze, gdyby wiedzieli, że nie tylko Żydzi nie odnajdywali powierzonych znajomym walizek i biżuterii. „Przewrotność natury ludzkiej jest nie do zgłębienia,” pisała, wspominając podobny wypadek z czasów wojny, Stefania Romaniuk z Tel Awiwu. „Zapadło mi w pamięć wyczytane gdzieś stwierdzenie: „łatwiej pogodzić się z utratą ojca, aniżeli ojcowizny.” Trawestując tę myśl, można powiedzieć - że łatwiej było się narazić i dać schronienie Żydom przed łapankami oraz wziąć jawny współudział w ratowaniu dziecka żydowskiego, aniżeli zwrócić walizki ich właścicielom.” Własność prywatna po wojnie w ogóle się nie liczyła, między innymi na skutek poczynań władzy.(39)
 
„Jednostki o apriorycznych dyspozycjach przestępczych oswojone z rozlewem krwi, nie chcą nagiąć się do pracy pokojowej,” zawiadamiał w 1945 roku Urząd Wojewódzki w Rzeszowie. Stan bezpieczeństwa przedstawiał się bardzo źle także w Krakowie, z powodu dokonywanych rabunków z bronią w ręku, kradzieży mieszkaniowych i sklepowych. „O pladze band” trudniących się rozbojem, a nawet „znęcających się nad ludźmi”, donosiła Delegatura Rządu i raporty Armii Krajowej. Rabunki i kradzieże „siały panikę i depresję.”(40)
 
Także wśród Żydów. W 1946 roku bywali oni ofiarami bandy z Kamińska na przykład, która napadała w nocy na pociągi, „w nadziei dobrego łupu”. A Żydów „bardzo łatwo można było nastraszyć karabinem, wyciągnąć z pociągu, obedrzeć z gotówki w lesie.” Zdarzały się też morderstwa „na tle zemsty z powodu odbioru majątku.” Zginął tak w Lublinie Żyd, który dopiero co odebrał swój młyn w Janowie. W czasie wojny rabunkami zajmowały się też „grupy” żydowskie. l tak na przykład, od lipca 1943 roku w lasach mińskich „bandytyzmem” trudniła się grupa pod dowództwem „Ignaca Gajowego”. W lecie 1944 roku, w okręgu Kraków, działała „grupa bojowa” w sile dwustu osób, zajmująca się kradzieżami i „niszczeniem mienia prywatnego.”(41)
 
Niewykluczone, że największej liczby kradzieży, gwałtów i rabunków na ziemiach polskich, dopuściła się po wojnie Armia Czerwona. Jednostki wojsk radzieckich „wałęsają się nieuchwytne, kradną i terroryzują”, alarmowano. „Życie nasze i istnienie na każdym kroku podlega niebezpieczeństwu.” Rozboje i „inne wybryki” żołnierzy, oficerów i dezerterów nie ustawały. Wyrzucali oni dla zabawy (?) ludzi z jadących pociągów, strzelali do nich, gwałcili kobiety, rozbierali na opał płoty i domy, uprowadzali konie i krowy, ostrzeliwali zamieszkałe domy. Grabieże i napady odbywały się w dzień i w nocy. W Szczecinie, czasem nawet przy pomocy Niemców, którzy jeszcze nie uciekli, Sowietom dzielnie sekundowały organa Milicji i Urzędu Bezpieczeństwa, które napadały na powracających z obozów i robót, nachodziły mieszkania prywatne, zaczepiały i rabowały na ulicach i wiejskich drogach, zabierając jedzenie, rowery, ubrania, konie, wozy, motocykle i pieniądze. Zdarzało się nawet, że pod pretekstem odbioru „rzeczy żydowskich”. „Stan obecny przypomina stosunki meksykańskie”, alarmował Pełnomocnik Rządu RP na obwód welecki, „i wywołuje w obywatelach brak wiary w sprawność i sprężystość Władz Państwowych.”(42)
 
Nie zawsze było wiadomo, z czyich rąk ginęli ludzie. We wrześniu 1945 roku na przykład przed dom Komitetu Żydowskiego w Opatowie zajechało jakieś „auto wojskowe”. Była to jedyna informacja, jaką zapisał Urząd Wojewódzki. Dokonano napadu. Zabity został członek Komitetu, Zylberberg, a przewodniczący został ciężko ranny. W rok potem w Kozienicach, w tym samym województwie, dokonano napadu rabunkowego na księdza. Brało w nim udział 5 „osobników w ubraniach wojskowych.”(43)
 
Wielu było wtedy „przebierańców”. Grupy bandyckie „podszywały się pod miano Ruchu Oporu, względnie byłej AK”, wymuszając datki pieniężne. Oddziały NKWD przebierały się chętnie na czas pacyfikacji i napadów w mundury polskie. AK-owców i więźniów politycznych przedstawiano jako Niemców, przebierając w niemieckie mundury, albo trzymając razem z Niemcami. Morderstwa zaś i napady bandyckie przypisywano w prasie najczęściej AK lub NSZ. Wytworzony w ten sposób „chaos i zamęt” rozbijał do reszty już i tak podzielone społeczeństwo.(44)
 
Inni „przebierańcy” – „formacje bojówkowe” UB, napadały na rozkaz NKWD, na ludność żydowską i polską i wysadzały w powietrze „pomniki wdzięczności”, aby wywołać za granicą przekonanie, że Polska to kraj niebywałego zamętu i niepewności jutra, w którym wszyscy skłóceni są ze wszystkimi, w którym się wszyscy wzajemnie nienawidzą i mordują. „By nie dopuścić do porozumienia pomiędzy Żydami a społeczeństwem polskim”, pisał w lecie 1946 roku „Orzeł Biały”, „a z drugiej strony, by dać bodźca Żydom, do bardziej bojowego nastawienia do Polaków, NKWD stwarza prowokacje pogromów żydowskich, pod firmą Andersa, PSL, WIN itp.”(45)
 
Najgorsze chyba w tym wszystkim było, że ludzie niewielką mieli szansę na rozmowę z ludźmi. Że wiadomo było powszechnie, kto to jest Żyd Radkiewicz, a zainteresowani mogli się jeszcze dowiedzieć, jak to partyzanci żydowscy w „wyzwolonym Lublinie”, w listopadzie 1944 roku, „stwierdzali wobec opinii całego świata, że reakcja polska spod znaku NSZ i AK, przez cały czas okupacji niemieckiej mordowała, bez żadnych skrupułów, ukrywających się Żydów i wydawała ich w ręce Gestapo.” I głosili to właśnie wtedy, gdy owa „reakcja” siedziała na Zamku Lubelskim, katowana i skazywana na śmierć. Nikt zaś zapewne nie czytał „Nowego Izraelity”, który „odżegnywał się od renegatów” i oświadczał, że „nie ma nic wspólnego w wszelkiego autoramentu Bermanami, Mincami, Modzelewskimi, [...] Groszami, Różańskimi, Mietkowskimi i Borejszami [...] i innymi, którzy narażają na szwank i niebezpieczeństwo cały naród żydowski. Ci renegaci - karierowicze byli złymi Żydami,” dodawał „Biuletyn”, „ale są jeszcze gorszymi Polakami, [...] Naród żydowski we wszystkich swoich warstwach nie odpowiada za czyny tych panów, tak samo zresztą jak żaden inny naród nie odpowiada za swoich renegatów.”(46)
 
Nikt też, poza „demokratami” z Komisji Wyborczych, nie dowiedział się, że „Żyd – asymilator”, nauczyciel polskiej szkoły w Dzierżoniowie, oddał swój głos w 1947 roku za PSL-em, pisząc na wyborczej kartce: „Bez PPR-u ze Lwowem i Wilnem”. Musiało takich „Żydów reakcjonistów” być więcej, bo sprawę ich omawiał zespół działaczy PPR przy Centralnym Komitecie Żydowskim, stwierdzając: „To Żydzi reakcjoniści, którzy dawniej w wyborach głosowali na 1edynkę” na Becka i na Rydzów-Śmigłych, [...] Muszą oni być odizolowani od społeczeństwa żydowskiego.”(47)
 
„Każda inność budzi złe uczucia, Żyd jest to ta inność najczęstsza”, mówi psycholog Krystyna Weintraub. „Przez dziesiątki lat najłatwiej było nazwać inność „Żyd”. Po wojnie wszystko się sprzysięgło, aby tę „inność” jeszcze podkreślić.
 
Wielu z tych, którzy po wojnie powrócili, zwłaszcza ze wschodu, mówiło źle po polsku lub mogło mówić tylko po żydowsku. „Z napływem wielkiej ilości repatriantów z ZSRR” organizacje partyjne przy Komitetach Żydowskich rozbudowywały się. A że „na ulicy polskiej” brak było aktywistów, towarzysze żydowscy pełnili ważną rolę w propagandzie. Trudności językowe musiały więc zwracać uwagę. Tylko na Dolnym Śląsku zmobilizowano na wybory tysiąc żydowskich ORMO-wców, ogólną pracą propagandową zajętych było ponad dwa tysiące, a ponadto „dniem i nocą” pracowało 2.500 żydowskich agitatorów. Członkowie koła PPR w Szczecinie brali też udział w trójkach partyjnych w Komisjach Wyborczych i prowadzili z towarzyszami polskimi „domową agitację”. A w 1947 roku zorganizowali „potężną demonstrację” (kilkuset ludzi), która w 3. rocznicę PKWN „ruszyła na Wawel.”(48)
 
Niewykluczone, że podobne demonstracje „źle wpływały na nastrój ludności” o innych nieco poglądach politycznych. Zauważyła to już rok wcześniej tow. Zofia Machejkowa z Ministerstwa Informacji i Propagandy, goszcząc l maja w Wałbrzychu. „Proszę mnie dobrze zrozumieć”, pisała do dyrektora Biura Politycznego. „Przecież mnie nie można posądzać o nastawienie antyżydowskie.” Otóż „Żydzi wystąpili tłumnie.” ”Bund i Szomrzy w specjalnych mundurach, Komitet Żydowski. Wszyscy ze sztandarami i transparentami w językach polskim i żydowskim. Poza tym nikt inny tylko Żydzi nieśli transparenty z napisami: „Niech żyje Towarzysz Stalin”, „Niech żyje Sojusz Polsko-Radziecki”, itp. Nikogo prócz nich nie słychać było wznoszących okrzyki w tejże materii. [...] Wystąpienie wyżej opisane dało przeciwnikom okazję do zaczęcia znów uwag o „Żydo-komunie”. „Gdzie my właściwie jesteśmy?” „Jeżeli Żydzi czują się Polakami, dlaczego te żydowskie transparenty? [...] Obawiam się, że takie wystąpienie Żydów jest z krzywdą dla nich samych.”(49)
 
Przedstawiciele kół PPR-u przy Komitetach Żydowskich byli zdania, że „nie ma Żydów przeciwnych demokracji.” Byli jedynie „Żydzi zatruci przez rabunek i szaber.” Demoralizacja wojenna nikogo bowiem nie ominęła. Żydzi, którzy wyszli z obozów, „odsuwali się od produktywnej pracy” i „rabowali, co Niemcy kiedyś narabowali.” Zajmowali się nielegalnym handlem z Sowietami. Pili i urządzali burdy jak inni. W Białymstoku zdarzyło się jednak, że Żyd, robiąc awantury z chłopami, przyjeżdżającymi na targ, zabierał im z wozów produkty, krzycząc, że pracuje w UBP. Koło PPR przy WKŻP, zwracało uwagę, że „chłop napadnięty przez tego łobuza widzi w nim społeczeństwo żydowskie i to z jednej strony wzmaga antysemityzm, a z drugiej może doprowadzić do pogromu.” „Rozsadnikami antysemityzmu”, zdaniem koła PPR w Łodzi przy WKŻP, byli też syjoniści, którzy zakładali przed wyjazdem kibuce, „zajmując na nie najpiękniejsze lokale.”(50)
 
Pozwolono Żydom po wojnie wyjeżdżać. Przed Polakami granice zostały zamknięte. A nie tylko znany finansista Natan Wohl wzdychał: „To straszne żyć i umrzeć w takiej rzeczywistości.” Żydzi więc uciekali. Jedni bali się wojny, o której zaczęto właśnie mówić (syjoniści „przy pomocy propagandy szeptanej i częściowo otwartej” mieli straszyć, że Żydom w Polsce grozi wtedy zagłada, bo ich Polacy wymordują). Inni „wykształceni Żydzi” twierdzili, że do wyjazdu zmusza ich „antysemityzm zorganizowany przez NKWD.” Wyjeżdżali także przerażeni ludzie, którzy tego nie rozumieli, a czytali i słyszeli tylko o „reakcyjnych bandach.” Lub byli świadkami morderstwa, nie mogąc zrozumieć, jak po tym wszystkim co się stało, jest to jeszcze możliwe. A przede wszystkim wyjeżdżali syjoniści, marzący o własnym kraju i „elementy drobnomieszczańsko-kapitalistyczne.” A także ludzie, którzy nie potrafili żyć na „kościach milionów współbraci.”(51)
 
Nadawane teraz etykietki musiały boleć. „Chuliganeria polska spod znaku AK i NSZ” (tak nazywano polskich żołnierzy podczas obchodu ku czci bohaterów getta) miała „wspomagać czołgi i samoloty niemieckie.” Wznoszono okrzyki: „Hańba zbirom z NSZ i AK”, składając jednocześnie „hołd żydowskim bojownikom walki o wolność i demokrację.” A niejeden ze znajdujących się na sali weteranów, osobiście był zaangażowany „w walkę z reakcyjnym podziemiem.”(52)
 
Może więc trudno się dziwić, że w „Apelu”, ulotce wydanej przez żołnierzy Polski Podziemnej, skierowanym do żołnierzy WP, biorących udział w obławach, pisano o „siepaczach narodu polskiego”, (czyli Urzędzie Bezpieczeństwa), którzy są „pachołkami NKWD, NKGB i Żydostwa, z żydem ministrem Radkiewiczem na czele.” A także o „zgrai Sowietów, popów i żydów, która wprowadza anarchię w kraju i organizuje pogromy żydowskie.”
 
W Tarnowie, na przykład, jak ustaliły dochodzenia przeprowadzone przez Ministerstwo Obrony Narodowej (wyniki dochodzeń pozostały tajne) winę za „zajścia aktów gwałtu w stosunku do ludności żydowskiej” ponosiły osoby wojskowe oraz prezydent m. Tarnowa. A cenzura, prawa ręka PPR, nie dopuszczała informacji potwierdzających wersję o prowokacjach władzy, której celem było odizolowanie Polski od tzw. wolnego świata. Usunięto więc wiadomość o artykule zamieszczonym w żydowskim tygodniku paryskim „Droit et liberté”, który stwierdzał, że „nie ma w Polsce problemu rasizmu”, lecz jedynie „problem polityczny i ekonomiczny”, wywołujący antysemityzm. Usunięta też została informacja z „Manchester Gwardian” o komunikacie rzecznika polskiego MSZ, który donosił, że w „związku ze wzmożoną akcją antysemicką w Polsce władze bezpieczeństwa musiały zwiększyć straż.” Po to, by zagwarantować sobie po tragedii kieleckiej wiarygodność, „uzgodniono” na Konferencji Międzypartyjnej, „ażeby księża ogłosili, iż propaganda rzucona o morderstwach żydowskich na dzieciach polskich jest wybrykiem reakcji, a jeżeli się który z księży nie zastosuje do tego, będzie uważany za reakcjonistę.”(53)
 
Język ulotek, niezbyt może elegancki, nie wyróżniał się przecież niczym szczególnym w owych czasach. A społeczeństwo, do którego dochodziły też czasem głosy zza granicy o nieprzyjaznych działaniach organizacji żydowskich, uważało, że jest prześladowane przez Żydów, którzy stali się narzędziem w rękach Rosjan.
 
Opowiadał o tym, piętnaście lat temu w warszawskim KIK-u, Andrzej Wielowieyski. Jego dowódca z czasów wojny, legendarny „Warszyc”, Stanisław Sojczyński (w batalionie byli też Żydzi, nawet w kadrze dowódczej), „wystrzelał po wojnie cały Urząd Bezpieczeństwa” w Radomsku. „A to w większości byli Żydzi.” Ubowcy z Radomska właśnie przyjechali do adiutanta batalionu, nauczyciela ze wsi Wola Rożkowa, „wyprowadzili za chałupę i dali w łeb. Zginęło tak setki ludzi z powiatu, także w procesach i w walce.”
 
Po premierze filmu Pawła Łozińskiego, „Świadkowie”, Wielowieyski zaprosił reżysera do KIK-u „z powodu powinności względem swoich sąsiadów”, z ziemi kielecko-częstochowskiej. „Bo należy sobie postawić pytanie: „bez ucierań ideologicznych czy przekonywania się o winie, czy nie-winie, dlaczego Żydzi po wojnie ginęli i w jakich warunkach? Jak wielu Żydów zginęło po wojnie nie dlatego, że byli Żydami? Jaki wpływ miała zajadłość walki ekonomicznej czy ideologicznej, a na ile był to antysemityzm etniczny?”(54)
 
Wystąpienia „band” miały, zdaniem UBP w Białymstoku, przeważnie „charakter polityczny” (zdarzały się też napady rabunkowe). Skierowane były „przeciwko ludziom będącym na stanowisku w administracji państwowej, członkom PPR i innym demokratycznym działaczom, Milicji Obywatelskiej itp.” Sprawcy: „bandyci z AK lub NSZ”, a także „sprawcy nieznani” lub Armia Czerwona „mordowały” funkcjonariuszy MO (m. in. komendanta w Jedwabnem), UBP i członków PPR. W Toruniu „reakcja” przesyłała „wyroki śmierci i ostrzeżenia” pod adresem działaczy PPR. W województwie krakowskim notowano napady na posterunki Bezpieczeństwa i członków PPR, w Częstochowie zaś „napady terrorystyczne” na członków PPR. W województwie rzeszowskim „bandy”, w ukraińskie, atakowały w 1945 roku przede wszystkim posterunki MO.(55)
 
W kwietniu 1945 roku władze powiatowe otrzymały zalecenie sporządzenia raportów na temat antysemityzmu na swoim terenie. „Komunikuję”, donosił Zarząd Miejski w Siedlcach, że na terenie Siedlec „nie było wypadków szykan lub wystąpień przeciwko członkom narodowości żydowskiej, za wyjątkiem dwu przypadków morderstw na funkcjonariuszach Milicji i Bezpieczeństwa.” Na terenie powiatu włodawskiego „spostrzega się w społeczeństwie szeroką niechęć do Żydów,” pisał starosta do Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie. „Źródło takiego nastawienia wypływa stąd, że Żydzi w pierwszych miesiącach niepodległości byli zbyt agresywni do pozostałej ludności [...], a już jeżeli chodzi o pozostających na stanowisku w Milicji czy Urzędzie Bezpieczeństwa, to stosunek ich do innej nacji był wręcz wrogi. Na terenie miasta przed kilku miesiącami zginęło 2 aryjczyków z rąk milicjanta Żyda, a fakty takie nie wytwarzają harmonijnego współżycia w duchu demokratycznym.”(56)
 
Czy i kto był tu antysemitą (antysemitami)? Czy w ogóle jacyś byli? Członkowie Zarządu Miejskiego w Siedlcach? Starosta włodawski? Mieszkańcy Włodawy i okolic? A może rację miał przyjaciel socjalisty Zygmunta Żuławskiego, „stary Żyd”, który mu tłumaczył, że „Żydzi są niesłychanie głupi, że wysuwają się na czoło, biorąc na siebie odpowiedzialność za najmniej popularne funkcje, jak w Urzędach Bezpieczeństwa, Kontrolach Prasy, prokuraturach, czy przedstawicielstwach zagranicznych. Nie liczą się bowiem z tym, że w ten sposób wywołują w społeczeństwie antysemityzm i niechęć wobec resztek ludności żydowskiej.”
 
Nigdy na ten temat rozmawiać nie było można. Rozważania Czesława Nisbauma i relację Żuławskiego zdjęła cenzura. Ciekawe, czy wypowiedzi ich przepuściliby „cenzorzy” dzisiejsi. Autorzy książki „Zamiast procesu”, jakim komentarzem by opatrzyli. Tytuł książki dobrany został, trzeba przyznać, bardzo trafnie. Łatwiej nam będzie doceniać teraz teraźniejszość. W październiku 1945 na przykład, Wojewódzki Urząd Informacji i Propagandy w Kielcach zwrócił się do samego prokuratora przy Sądzie Okręgowym w Częstochowie po przeczytaniu w „Niedzieli” wspomnień więźniarki obozu koncentracyjnego. Niektóre bowiem ustępy artykułu, przepuszczonego przez cenzurę, „stanowiły podburzanie do antysemityzmu i zawierały wszelkie cechy przestępstwa prasowego.” Autorka wspomnień pisała o Żydówkach czekających na śmierć w bloku 25: „nieszczęśliwe konały z pragnienia. Za podanie wody groziła kara śmierci. Pomimo to podawano wodę. Robiły to kobiety Polki wyłącznie, nie Żydówki, które sterroryzowane lękały się podejść w pobliże strasznego bloku. [...] Pomoc była żadna, nie usprawiedliwiała ponoszonego ryzyka. Można ją było nazwać nieroztropnym szaleństwem, nie heroizmem [...] ryzyko ponosiło się więcej dla własnego sumienia, niż dla skazanych [...] Żydówki wołały: „w imię Chrystusa!” Któżby mógł pozostać głuchym?” Mimo cenzury, propagandy i zakłamania, niektórym „ludziom dobrej woli” udało się po wojnie zabrać głos na temat stosunków polsko-żydowskich. Poruszeni wydarzeniami kieleckimi, poszukiwali sposobów pojednania, a nade wszystko starali się wyjaśnić nieporozumienia. Jednym z nich był wtedy właśnie Andrzejewski.
 
„Walka z antysemityzmem", pisał „zbyt często niestety kieruje się fałszywym wstydem wobec Żydów i woli przemilczać te fakty, które mogłoby w niekorzystnym świetle ukazać pewne żydowskie jednostki. Jest to postawa [...], nie licząca się z psychicznym nastawieniem społeczeństwa polskiego i dlatego najfatalniejsza właśnie w skutkach. Nie wolno było np. nalepiać w kwietniu ubiegłego roku na murach zrujnowanej Warszawy sąsiadujących ze sobą plakatów propagandowych, z których jeden głosił „Chwała bohaterom getta”, a drugi nawoływał: „Hańba faszystowskim pachołkom A.K.” Podobne i inne fakty są zbrodniami zarówno wobec Polaków, jak i Żydów.” A potem mówił jeszcze Andrzejewski coś, co powinni sobie zapamiętać na zawsze wszyscy „walczący”. „Prawdziwa walka z antysemityzmem udziela Żydom i Polakom jednakowych praw, lecz na jednych i drugich nakłada podobne obowiązki. Stawia znak równości pomiędzy Polakami i Żydami, lecz uznaje, iż z tej zasady wynikać muszą najszerzej pojęte i tylko na prawdzie i sprawiedliwości oparte konsekwencje. Żydzi powinni zrozumieć, że Majdanek i Treblinka w żadnym wypadku nie okupują tych żydowskich jednostek, które ze względu na swą obecną działalność zasługują na potępienie. [...] Znów Polacy muszą zrozumieć, iż skazy lub przestępstwa jednostek żydowskich nie mogą obciążać ogółu Żydów [...]. Mówmy sobie wzajemnie prawdę i żądajmy, abyśmy prawdę mieli prawo mówić.”(57)
 
Szpilman obliczał, że ratowało go około trzydziestu osób. A czy ktoś policzył, czy zanotował inne „akty odwagi”? Takie, o których pisał Arnold Mostowicz, mieszkaniec łódzkiego getta? "W oknie na parterze stoi jakaś kobieta i płacze.” Niemcy „przesiedlają” właśnie Żydów do getta. „Jej nie ruszono - jest Polką. Ale już samo wyglądanie oknem jest aktem odwagi. Z oficyny wychodzi inna kobieta, również Polka, klęka obok konającego i modli się.” Gdyby zająć się wyszukiwaniem z jednej strony takich Polek właśnie, jak te z Łodzi, czy katolickich klasztorów, a z drugiej strony takich Żydów, jak ten, którego spotkała we lwowskiej prokuraturze Teodozja Lisiecka. Opisywała potem, jak stary lwowski Żyd „ostro patrząc w oczy” prokuratorki Żydówki, bronił pokrzywdzonej przez nią Polki. „Czy chrześcijanin, czy Żyd, nikt samotnej kobiecie pomocy odmówić nie może”, mówił. Gdyby więc wydobyć te postacie z zapomnienia. Wznowić „Łańcuch Prawdy Dobrej Woli”, zaczęty w roku 1946 przez Wacławę Dobrzyńską, którą „z poczucia obowiązku moralnego” ratowali Polacy. Gdy zauważyła w prasie anglosaskiej często pojawiające się sprawozdania o dokonywanych przez Polaków mordach na Żydach, postanowiła wezwać wszystkie osoby prześladowane przez Niemców, aby złożyły świadectwa „mniejszej i większej” bezinteresownej pomocy ze strony Polaków. Pomóc w tej akcji miał Władysław Bartoszewski, kierownik Wydziału Propagandy Prasowej Ligi do Walki z Rasizmem. Został jednak wkrótce aresztowany i pismo Dobrzyńskiej po ośmiu latach trafiło do Archiwum ŻIH. Można by jeszcze pochylić się nad słowami brytyjskiego rabina Jonathana Sacksa, który mówiąc o konflikcie bliskowschodnim, ale nie tylko o nim przecież, zauważał: „Na nienawiść musimy odpowiedzieć miłością, na przemoc propozycją pokoju. Bądźmy wielkoduszni wobec ludzkiej zawziętości, a rozbieżności i konflikty rozwiązujmy w duchu pojednania.”(58)
 
Nic takiego jednak się nie dzieje. Powtarza się „dialog ciemnych mężów”, o jakim pisał lwowianin, Stanisław Hartman. Znów przemawiają „mężowie złej woli": „Polacy to antysemici, pomagali Niemcom mordować Żydów.” I odpowiadają „ludzie złej woli”: „całe społeczeństwo polskie pośpieszyło z pomocą Żydom.” Gorzej jeszcze. Nie uczyniono praktycznie nic, co by mogło „stworzyć pomost wzajemnego poznania, zrozumienia i zbliżenia z Polakami”, jak pisała Halina Birenbaum, opowiadając o wizytach młodych Izraelczyków w Polsce. „Niezrozumiała mowa, chęć wyodrębnienia się, demonstrowanie triumfu istnienia żydowskiego, jako zemsty, a zwłaszcza zemsty na tych, którzy przecież Shoah nie spowodowali - wzmaga obcość, nieufność i rozczarowanie, będące na rękę antysemitom i anty-Polakom. [...] Nie trudno widać świętować triumf, wzmacniać w sobie przekonanie, że wszyscy nas nienawidzą, że cały świat jest przeciw nam, a nawet budzić nienawiść, aby udowodnić te teorie i uprzedzenie. Trudniej zrozumieć, że ważniejsze jest stworzenie przyjaznych kontaktów, znajomości.”(59)
 
I mało kto pochyla się dziś nad przesłaniem rabina Sacksa. Ze znacznie większą przychylnością odbierany zaczynać być styl wypowiedzi Abrahama Brumberga, swego czasu redaktora „Problemów Komunizmu”. Autora artykułów, w których jest „niesłychanie dużo błędów oczywistych, błędów i rzeczy niesprawdzonych, albo niekonkretnych i uogólnień i generalizacji pochopnych, niesprawiedliwych,” jak stwierdza Jerzy Jedlicki. I nieeleganckich, chciałoby się czasami rzec. Ubolewanie, na przykład, że Kościół w Polsce do roku 1989 „był świętą krową”, może można by wyrazić w bardziej salonowy sposób. Od razu też rodzą się podstawowe pytania.
 
Czy można by napisać, że wspólnota żydowska w Polsce i nauczanie żydowskich rabinów jest „miałkie intelektualnie” i że polsko-żydowska inteligencja powinna się trzymać od nich z daleka? Czy poczytane by to zostało za antysemityzm, czy tylko za coś, co nasi ojcowie i dziadowie nazywali brakiem kindersztuby? A jak by zostało odebrane stwierdzenie: „to jest przerażające, że po każdej dyskusji nagle się okazuje, że jeszcze jeden z tych, których szanuję, uważam za autorytet, jest polakożercą. Uderzy się w stół, zawsze jakiś anty-Polak się odezwie.” No więc, czy można tak pisać, czy nie? Alina Cała, adiunkt Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie tak mówi, oczywiście o Kościele Katolickim, polskiej inteligencji i polskich antysemitach, których wszędzie coraz więcej. Czas na znaczek w klapie z literką A.(60)
 
Już w roku 1935 Karol Irzykowski odkrył zjawisko „szantażu milczeniowego lub unieruchamiającego,” który oznaczał, „że czegoś nie wolno mówić lub robić, ponieważ ta lub owa zasada będzie naruszona.” I tak, pisał Irzykowski, „np. nasi koledzy, pisarze komuniści, wciąż nas demaskują jako pisarzy burżuazyjnych, ale gdy o nich powiedzieć, chociażby to, że są komuniści, krzyczą, że to denuncjacja, Są wobec tego nietykalni, cieszą się prawem azylu, Po czyjej stronie jest szantaż?”
 
Paweł Hertz szantażem nazywał poprawność polityczną. „Wymyślono ją po to, żeby trzymać ludzi na uwięzi”, mówił. Jest to „cenzura pełzająca”, dodawał. „Cenzura zakazywała pewnych rzeczy, natomiast poprawność polityczna pewne rzecz nakazuje, nakazuje mówienie o pewnych rzeczach w określony sposób.(61) W sposób ustalony, nie wiadomo tylko, kiedy i przez kogo. Cenzura, ta zwykła, ustalona kiedyś przez Główny Urząd Kontroli Publikacji Prasy i Widowisk, nie dopuszczała po wojnie opisów i przedstawiania jakichkolwiek wydarzeń, które by sprzeczne były z aktualnie obowiązującym widzeniem świata, W roku 1950 wykreślony więc został, na przykład, artykuł o bohaterskiej śmierci z rąk Niemców kobiety, której "Pan Bóg nakazał kochać Ojczyznę i bronić jej", W uzasadnieniu cenzor napisała: "Autor udowadnia, że Kościół i wiara Wpływały i decydowały o walkach wyzwoleńczych u Polaków z okupantem - co jest niezgodne z prawdą.” W 1952 roku usunięta zaś została wiadomość o wyświęceniu na biskupa Murzyna, Była to bowiem "notatka propagandowa w celu wykazania, że Kościół nie hołduje rasizmowi.”(62)
 
W podobny sposób dbano o zachowanie obowiązującego wizerunku Żydów, W 1946 roku starszy cenzor Mogilański uznał, że nie można publikować informacji o skazaniu przez sąd w Krakowie Willy Fikelbergera "z pochodzenia Żyda", który "stał na usługach niemieckiej policji i zaczepiał Polaków, grożąc im pistoletem", A to dlatego, że "hitlerowiec pochodzenia żydowskiego nie był Żydem", Skreślony też został artykuł o harcerstwie, bowiem m.in, przemilczano w nim, że przed 1939 rokiem "cuchnący i sanacyjni działacze młodzieżowi usiłowali zaszczepić harcerstwu szowinizm, nacjonalizm, antysemityzm, a przede wszystkim nienawiść do Związku Radzieckiego", Nie nadawały się też do publikacji teksty, w których człowiek pochodzenia żydowskiego był przedstawiony w niekorzystnym świetle, Dla- tego w artykule o Rządzie Narodowym w 1848 roku wykreślona została informacja o tym, że "administracja podsycała opór ludności niemieckiej i żydowskiej", Cenzor uważał bowiem, że "po przeczytaniu tego zdania czytelnik może przypuszczać, że Żydzi byli wtedy wrogo ustosunkowani do Polaków, co mogłoby wywołać antysemickie nastawienie.(63)
 
Problem żydowski, wielki, trudny i drażliwy zapewne jeszcze długo będzie w Polsce czekał na zupełne rozwiązanie, "Cenzura zwykła" zdanie to w 1949 roku wykreśliła, po raz kolejny uniemożliwiając rozmowę, Zapewne wykreśli- łaby go także "cenzura pełzająca", gdyby pojawiło się w ,jakimś pisemku prawicowym", Autorzy książki Zamiast procesu opatrzyliby go wtedy z pewnością komentarzem, o którym nie śnił w najczarniejszych snach nawet Orwell. "Poprawność polityczna blokuje życie umysłowe", mówił Hertz. "Jest więc moim zdaniem zjawiskiem szkodliwym". A "cenzura pełzająca" jest w dodatku skuteczniejsza, "ponieważ działa ona również na snobizm, na chęć ustawienia się w pozycji wykwintu umysłowego, zrównania z wzorcem elitarnym". W dodatku wzorcem obowiązującym, chciałoby się dodać.(64)
 
A więc z jednej strony „nakaz mówienia o pewnych rzeczach w określony sposób”, a drugiej, chyba jednak świadome, fałszowanie historii. Gitta Sereny, publicystka urodzona w Austrii, mieszkająca w Anglii, specjalistka od spraw niemieckich i zbrodni wojennych, wyznała niedawno, że dopiero od niedawna zaczęto dostrzegać ,jednostronność i stronniczość świata zachodniego.” Łączy on bowiem „Hitlera i narodowy socjalizm” jedynie z ludobójstwem Żydów, wykreślając przy okazji z pamięci ludzkiej 10 milionów ludzi, których Hitler też zamordował. Jest to „zarówno z punktu widzenia prawdy historycznej, jak i ludzkiej psychiki niesprawiedliwe i nierozważne.” l tak wojna światowa została sprowadzona do zagłady Żydów. Przestały się liczyć historyczne fakty, dokumenty i ludzkie relacje, także te z epoki.(65)
 
Polacy zajęli powoli miejsca katów i pomocników katów, czyli bliżej nieokreślonych nazistów. Można o nich powiedzieć i napisać wszystko, co się tylko chce, bo taka jest najwyraźniej teraz moda. Córka Adama Bromberga ogłasza więc w Szwecji, że krewni jej ojca wymordowani zostali w „polskich” obozach koncentracyjnych. Były prokurator generalny Izraela, Hausner, na specjalnym posiedzeniu izraelskiego Knesetu opowiada, jak to podczas powstania w getcie „jedną czwartą nazistowskich sił atakujących getto” stanowili „polscy kolaboranci”. Mietek Grocher, który w czasie wojny miał 12 lat, odwiedza szwedzkie szkoły, jako „świadek”, i mówi o „polskim antysemityzmie” (właśnie antysemityzm miał zbliżyć Niemców i Polaków do siebie), który już przed wojną rozbuchany był do tego stopnia, że Żydzi nie mogli pracować w polskich fabrykach. Były więzień Treblinki, Samuel Wienberg, opowiada zaś w książce, jakie pytania stawiał sobie w obozie: „Jak mogą otaczający nas Polacy, widząc co tu się dzieje, nie dzielić się z szerokim światem tą wiadomością? Gdzie jest podziemie polskie? Zawsze łudziłem się, że polscy partyzanci napadną na obóz, aby zdobyć nagromadzony w nim majątek. Wiedziałem, że nikt nie będzie się trudzić, aby nas wyzwolić. Miałem jednak nadzieję, że rabunkowa akcja zbrojna może nam ułatwić ucieczkę.”(66)
 
Jak wiadomo „rabunkowe akcje zbrojne”, to była specjalność polskiego podziemia. A teraz zostało to jeszcze udokumentowane „źródłowo”. Za to Richard Glazer miał wielkie przykrości „w Izraelu i gdzie indziej”, gdy G. Sereny opublikowała jego opowieść z Treblinki. „Bo powiedział prawdę.” Zabrakło jej więc w wydaniach książki z 1991 i 1995 roku. Książki zaś H. Birenbaum „nie chcieli” na Zachodzie, jak sama mówiła, bo zabrakło w niej „żydożerczych Polaków” i za dużo było o „żydowskich kolaborantach i podłościach żydowskich policjantów.”
 
Do pierwszych fałszerstw dochodziło już znacznie wcześniej. Najczęściej za sprawą NKWD. W 1946 roku w listopadowym numerze „The Palestine Post”, na przykład, ukazał się artykuł niejakiego Th. Szneberga-Hatalagi, który opisywał, jak to wtedy właśnie, gdy alianci toczyli z nazistami „śmiertelną walkę”, „t.zw. polskie podziemie robiło plany wymordowania po wojnie wszystkich Żydów, jacy ocaleją.” Plan ten opracowywany miał być zaraz po powstaniu AK i NSZ, a więc w roku 1943 (sic!). „Naoczny świadek” Szneberg, ukrywając przed „polskim inżynierem i dowódcą AK na Lubelszczyźnie, Dymitro Klindze” swoje żydowskie pochodzenie, dowiedzieć się miał wtedy od niego, że AK zamierza wykorzystać chaos po ucieczce Niemców, aby w spokoju móc wymordować resztki polskich Żydów.(67)
 
Podobnych rewelacji dostarczał swego czasu Jean François Steiner. W książce o Treblince pisał, na przykład, jak to z powodu antysemityzmu miejscowej ludności Żydzi często niemal z ulgą przyjmowali niemieckie wysiedlenia i przesiedlenia. A ci, co ocaleli, uciekać musieli przed Polakami i Armią Krajową. Także przed Niemcami, ale ci już wymienieni zostali na ostatnim miejscu. W książce zaś o Powstaniu Warszawskim, mimo protestów niektórych ze swoich rozmówców - świadków historii - na tyle zmienił ich wypowiedzi, że powstała „karykaturalna sylwetka” gen. Okulickiego i nie mniej karykaturalny obraz narodu polskiego - zbiorowiska niedojrzałych „szaleńców masochistów”, którzy nade wszystko lubią cierpieć.(68)
 
Historia lat wojennych, raz już sfałszowana przez komunistów, pisana jest teraz na nowo, ponownie na zamówienie. Może dlatego „w związku z filmem Shoah napłynęło do ŻIH-u wiele zgłoszeń od ludzi, którzy w okresie okupacji pomagali Żydom i nawet nie chcieli o tym wspominać, bo uważali, że to był ich ludzki obowiązek, a teraz się zgłaszają, bo skoro Lanzman i cała prasa uważają, że Polacy nie pomagali Żydom, to oni chcą zaświadczyć.” Choć „świadczyć” powinien kto inny, co zauważał już w 1946 roku Czesław Nissbaum, apelując, by „budzić uczucia człowieczeństwa wśród uratowanych.” „Wdzięczność bowiem nie poniża, jak chcą niektórzy, przeciwnie - podnosi.”(69)
 
Zygmunt Żuławski zagadnienie nacjonalizmu i rasizmu uważał za jedno z „najbardziej ważnych i najbardziej jątrzących.” Napisał więc w 1947 roku artykuł, w którym „potępił ostro sfery nacjonalistyczne”, ale „nie mógł zamykać oczu na błędy samych Żydów,” którzy też byli winni. Fragment wytykający błędy ludności żydowskiej został zdjęty przez cenzurę. A pisał tam Żuławski między innymi: „Niechęć do ludności żydowskiej wzmagają specjalne ustawy mające zapobiec szerzeniu nienawiści rasowej, których efekt jest jednak wręcz przeciwny. Jeżeli Polak pokłóci się z Żydem i uderzy go w gębę, odpowie za zbrodnię wywoływania rozruchów - jeżeli Żyd pobije Polaka, odpowie za zwykłą pyskówkę, [...] Inteligentna artystka żydowska uskarżała się w moim własnym domu, że wobec niej są wszyscy niesłychanie grzeczni, ale czuje, że pomiędzy nią a społeczeństwem polskim jest jakaś nieprzeparta ściana, [...] Przełamać ją można tylko przez równość praw.”(70) I kontynuowanie Łańcucha Prawdy Dobrej Woli przez ludzi z obydwu stron.
 
Na razie jednak zdaje się zwyciężać zupełnie niechrześcijański sposób rozmowy ojca Musiała z „Tygodnika Powszechnego”. Jątrzący monolog człowieka, który w kraju i za granicą głosi (wbrew swym intencjom, rodząc antysemityzm właśnie), jak to Polacy, „przynajmniej ci z Podhala”, gotowi byli wymordować wszystkich Żydów, gdyby im tylko Hitler pozwolił „zabijać świnki i bogacić się”. Rzucanie pomówień obrażających i raniących ludzką godność. Przyzwolenie na ocenianie bliźniego swego pod kątem jego przynależności narodowej czy rasowej. Ojciec Musiał bliski jest już nawet rezygnacji z krzyża, jako znaku wiary, bo: „walka z krzyżami idzie przez świat”, krzyż może być odbierany jako „antyżydowski”, a przez kilka wieków symbolem był baranek, więc może by.” Przy tym zdumiewająca radość, zadowolenie, jeśli tylko ktoś, gdzieś wynajdzie dowód, że „ta Polska nie była wcale taka wielka i wspaniała,” jak się myśli.(71) A do niedawna jeszcze, w przyzwoitej rodzinie, wszyscy martwili się, a nie publicznie radowali, gdy ktoś z bliskich zszedł na złą drogę.
 

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Janina Hera, „Tak łatwo wzbudzić nienawiść, tak trudno wskrzesić przyjaźń”, Arcana nr 55-56 (1-2/2004), Kraków 2004, s. 151-176.