PUŁAWIANIE I „PO PROSTU”

I
Liberalna koniunktura lat 1955 i 1956 została wykorzystana do przeprowadzenia dwóch ważnych i pożytecznych rzeczy na odcinku organizacji młodzieżowych. Jeszcze w r. 1955 zaczęto tworzyć Kluby Dyskusyjne młodej inteligencji, a w r. 1956 - wskutek umiejętnie prowadzonej kampanii propagandowej - zmuszono po dłuższych oporach ówczesne kierownictwo Związku Młodzieży Polskiej (ZMP) do rozwiązania organizacji.

Obie inicjatywy, jak dobrze wiadomo, wyszły z grona zespołu redakcyjnego „Po Prostu”. W tym miejscu interesować się będę w zasadzie tylko pierwszą sprawą; druga wykracza poza temat książki. Chciałbym jednak przed tym zwrócić uwagę na pewne charakterystyczne cechy wspólne obu akcji.

Jest rzeczą niezmiernie ciekawą jak w obu tych przypadkach nad konsyderacjami natury politycznej górowały konsyderacje natury moralnej. Zdaję sobie sprawę z tego, że z perspektywy kilku lat, lub kilku tysięcy kilometrów, łatwo jest, nawet jeżeli się o tym wyraźnie nie pisze, przypisywać młodym redaktorom „Po Prostu” takie motywy, jak - w pierwszym wypadku - chęć stworzenia przeciwwagi dla wszechwładnej jeszcze wówczas ZMP, a w drugim wypadku - wręcz chęć stworzenia jakichś zarodków systemu wielopartyjnego. Tymczasem tak nie było. Zespół „Po Prostu” był - o czym jeszcze będę miał okazję mówić - wbrew pozorom zespołem pod każdym względem bardzo niejednolitym. W zespole tym byli typowi adepci Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych KC PZPR, pełni niezachwianej wiary w absolutną słuszność marksizmu-leninizmu i ludzie myślący kategoriami nowoczesnego empiryzmu: odważni do szaleństwa najbardziej skrajni radykałowie społeczni i ostrożni taktycy o przekonaniach w gruncie rzeczy dość konserwatywnych, ludzie, którym nikt nigdy przekonań nie dyktował i ludzie przysłani do redakcji przez KC. Przy takiej różnorodności ten czy ów działacz mógł wprawdzie snuć takie czy inne kalkulacje polityczne, ale mimo to motywy wystąpienia zespołu z tymi inicjatywami nie były bynajmniej dyktowane względami politycznymi. Mogę to stwierdzić nie tylko na podstawie artykułów i tekstów programowych drukowanych w piśmie, ale także na podstawie rozmów z osobami, które w inicjatywach tych odegrały zupełnie zasadniczą rolę.
 
Sprawa klubów dyskusyjnych wynikła wskutek decyzji zespołu rozszerzenia bazy czytelniczej pisma. Do r. 1955 „Po Prostu” było pismem przeznaczonym w zasadzie wyłącznie dla studentów i skoncentrowanym na problematyce studenckiej. W r. 1955 zespół decyduje się wyjść poza te wąskie ramy i przekształcić się w pismo młodej inteligencji. Decyzja ta pociąga za sobą w konsekwencji bliższe zainteresowanie się losem absolwentów wyższych uczelni, w znacznej części żyjących z nakazu komisji przydziału pracy na prowincji. Absolwenci ci, pozbawieni możliwości dokształcania się, pozbawieni dostępu do jakichkolwiek sensownych rozrywek podlegali szybkim procesom psychicznej i intelektualnej degeneracji. Zjawiskiem dla zespołu „Po Prostu” szczególnie alarmującym było to, że absolwenci ci, nawet jeśli w czasie studiów byli aktywistami PZPR-u, w prowincjonalnych środowiskach ulegali presji klerykalnej, chodzili do kościoła, zawierali śluby kościelne itp. Intencją zespołu „Po Prostu” było zapobieżenie tej degrengoladzie przez tworzenie sieci zrzeszeń, których celem byłaby kulturalna, intelektualna i społeczna aktywizacja tych ludzi.
 
Mimo że, jak już wspomniałem, sprawa likwidacji ZMP nie należy do tematu tej książki, warto dla porównania wspomnieć, że akcja ta też nie była podjęta z motywów politycznych, lecz raczej z motywów moralnych. Historyczne artykuły „Po Prostu” pt. "Co robić?" i "Co robić dalej?" były nie tyle krytyką ideologii czy programu ZMP, ile krytyką ogłupiającego i deprawującego wpływu, jaki organizacja ta wywierała na swoich członków, ucząc ich koniunkturalizmu, donosicielstwa, bezmyślności itp. W wypowiedziach na temat ZMP, podobnie jak w wypowiedziach na temat absolwentów dominuje nuta protestu moralnego: natomiast element myśli politycznej w każdym razie nie występuje jasno.
 
Pewne analogie zachodzą także w przebiegu obydwu akcji. Zarówno kluby dyskusyjne jak i zainicjowane przez „Po Prostu” na miejsce ZMP tzw. grupy działania rewolucyjnego oraz inne powstające w ciągu r. 1956 grupy młodzieżowe, miały być w zamierzeniu zrzeszeniami niezależnymi. W pewnym momencie powstaje idea federalizacji tych zrzeszeń. W obu wypadkach zespół „Po Prostu” nie ma, jak się zdaje, jasnej idei czy należy federalizować te zrzeszenia czy federalizacji przeciwdziałać. (Oczywiście należało przeciwdziałać, gdyż istnienie ośrodka centralnego ułatwiało odgórną kontrolę PZPR-u nad całym ruchem). W każdym razie w obu wypadkach postępowanie zespołu jest niekonsekwentne. Skutek jest taki, że tzw. Ogólnopolski Ośrodek Klubów Dyskusyjnych jest od pierwszej chwili zwykłą agenturą, a federację nowopowstałych grup młodzieżowych w tzw. Rewolucyjny Związek Młodzieży realizują w praktyce właśnie ci członkowie zespołu „Po Prostu”, którzy byli w jak najlepszych stosunkach z Biurem Prasowym KC PZPR i jego kierownikiem Arturem Starewiczem. Następnym etapem jest rozbijanie ruchu klubowego przez Ogólnopolski Ośrodek oraz samolikwidacja R.Z.M., będąca skutkiem wyrażenia zgody na komiczny "arbitraż" KC PZPR w sporze z nic nie znaczącą lokalną młodzieżową grupką Natolińską z Górnego Śląska. Dzisiejszy ZMS jest owocem połączenia R.Z.M.-u z tą grupką; połączenia zakomenderowanego właśnie przez ten "arbitraż".
II
Zdaję sobie sprawę, że to co tutaj mówię o różnorodności zespołu „Po Prostu” i o niekonsekwencjach linii politycznej tego pisma, może niejednego czytelnika zdziwić. „Po Prostu” ma dziś swoją legendę i przeszło do historii jako swojego rodzaju symbol. Legenda ta jest w pełni uzasadniona; nie jest w najmniejszym stopniu moją intencją negowanie czy choćby pomniejszanie znaczenia faktu, że pismo to od 1955 r. torowało drogi demokratyzacji w Polsce i że spełniło rolę przywódczą w ruchu masowym, jaki w Polsce, w r. 1956, doszedł do głosu. Nie mam najmniejszego zamiaru negować faktu, że zespół redakcyjny tego pisma ma zasługi ogromne, że bez jego inicjatywy nie byłoby nie tylko likwidacji ZMP czy Klubów Dyskusyjnych, ale także nadal byłoby pełno żółtych firanek, Ministerstwo Handlu Zagranicznego byłoby nadal domeną międzynarodowych aferzystów, województwo Kieleckie byłoby nadal rządzone przez pospolitych bandytów, nie byłoby eksperymentów Nowosądeckich itd. itd. Co ważniejsze, zespół ten potrafił, publikując i cytując fakty, dane i dokumenty, pokazać, że w całej Polsce, a nie w jednym ministerstwie czy jednym województwie, jest bardzo źle: że w każdej dziedzinie i w każdym rejonie sytuacja wymaga radykalnej naprawy. Na tym, jak sądzę, polega największa zasługa tych ludzi. Do tego wszystkiego należy dodać, że zespół okazał rzadką w Polsce cnotę walki o zasady, a nie o ludzi. Kiedy postulaty personalne pisma zostały (mniej więcej) zrealizowane, a postulaty rzeczowe były wciąż dalekie od realizacji, zespół potrafił odmówić oświadczenia, że wszystko jest w porządku, stawić opór i nie poddać się bez walki, i to walki prowadzonej konsekwentnie i z honorem.
 
To są rzeczy ogólnie znane: wspominam o nich dlatego, żeby nie być posądzonym, że pisząc o błędach i niepowodzeniach pisma, zapominam o jego wielkości. Należy jednak pamiętać, że pismo nie mogłoby spełnić swojej roli i robić tego co robiło, gdyby mu na to nie pozwolono i gdyby mu w tym nie udzielano poparcia. Prawa cenzury są żelazne i „Po Prostu” nie stanowi tu wyjątku. Szczególnie inspirującą rolę w kierowaniu pisma na tory walki o demokratyzację odegrał ówczesny sekretarz KC PZPR, Jerzy Morawski; ale nawet znany ze sztywnego dogmatyzmu Roman Werfel znajdował okazję, żeby pismo chwalić. Puławianie mieli w łonie zespołu redakcyjnego grupę swoich ludzi. Szczególna rola, jaką pismo odegrało, była skutkiem nie tego, że było ono całkowicie od władz partyjnych niezależne, gdyż gdyby tak było, to pismo nie mogłoby egzystować. Odegranie dużej roli było możliwe dzięki temu, że większość zespołu potrafiła maksymalnie wykorzystać "liberalną" koniunkturę: tam gdzie trzeba stawić machinacjom Puławskim opór i na grupę agentów Puławskich wywrzeć presję, w każdym razie na tyle skuteczną, że nawet oni zmuszeni zostali do jedności działania w momencie likwidacji pisma (z żałosnym wyjątkiem Barbary Kałamackiej).
 
Pragnę tu opowiedzieć pewien epizod, który rzuca wyjątkowo ciekawe światło na stosunki wewnętrzne w redakcji „Po Prostu”. Mężem zaufania Puławian w zespole redakcyjnym była przede wszystkim zastępczyni redaktora naczelnego, Anna Bratkowska. Była ona niewątpliwie jednym z najzdolniejszych agentów, jakimi Puławianie dysponowali. Do jakiego stopnia cieszyła się zaufaniem swoich mocodawców, może świadczyć fakt, że w pewnym momencie została - nie przestając pełnić swoich obowiązków w „Po Prostu” - bez wiedzy zespołu, mianowana zastępcą kierownika Biura Prasowego KC PZPR, Artura Starewicza. Natychmiast po tej nominacji, Bratkowska zaczęła jeździć po całej Polsce i w imieniu redakcji „Po Prostu” perswadować redakcjom nowopowstałych, efemerycznych pisemek, jakich cała masa zaczęła się wówczas w Polsce ukazywać, żeby z uwagi - na rozmaite wyższe względy zaniechały dalszej działalności. Jeżeli perswazje nie odnosiły skutku, redakcje dobrych rad słuchać nie chciały - nagle okazywało się, że przedstawicielka zaprzyjaźnionej, cieszącej się takim autorytetem redakcji, piastuje jakąś administracyjną władzę zwierzchnią nad tymi pismami, wskutek czego rozmowy z nią od razu zmieniały swój charakter. Cała ta zabawa trwała jednak bardzo krótko, gdyż zespół „Po Prostu” bez dłuższych ceregieli zażądał natychmiastowej rezygnacji Bratkowskiej z jednego z dwóch stanowisk. Bratkowska z początku się opiera, ale w końcu widząc, że dalszy opór doprowadziłby tylko do wyrzucenia jej z redakcji, decyduje się ulec: zdaje się, że miała ochotę trzymać się KC, ale, ostatecznie "poradzono" jej, żeby wybrała pismo. Mimo, że w tej sprawie Bratkowska ostatecznie uległa, w innych sprawach odnosiła sukcesy. Udało się jej np. przejąć inicjatywę organizacyjną przy tworzeniu Rewolucyjnego Związku Młodzieży i (wraz z Romanem Zimandem) walnie przyczynić się do upupienia imprezy. Ten sukces nie był przy tym bynajmniej odosobniony. Na dobro Bratkowskiej można jednak zaliczyć fakt, że później, przed Komisją Kontroli Partyjnej, wraz ze wszystkimi odmówiła samokrytycznego potępienia postępowania zespołu w czasie rozruchów 1957 r. Mimo to, jej poprzednie zasługi dla władzy ludowej były uznane za tak poważne, że w przeciwieństwie do innych członków zespołu pozwolono jej w partii pozostać. (Teoretycznie istnieje możliwość, że składała ona jakieś samokrytyczne deklaracje tajne i że to ją uratowało: osobiście nie sądzę jednak, żeby tak było).

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Witold Jedlicki, Klub Krzywego Koła, Instytut Literacki, Paryż 1963, s. 61-65.