BEZPIEKA ZAKŁADA KKK

VI
Początki Klubu Krzywego Koła są ciemne. Powstał on w mieszkaniu Juliusza i Ewy Garzteckich, przy ulicy Krzywe Koło na Starym Mieście; takie jest proste pochodzenie wywołującej niekiedy różne fantastyczne domniemania nazwy klubu. Małżeństwo Garzteckich skupiło wokół siebie, na jesieni 1955 r., grupę znajomych, z którymi zaczęli odbywać regularne spotkania dyskusyjne na różne tematy. Grono przychodzących osób szybko zaczęło się powiększać, wskutek czego dalsze spotykanie się w mieszkaniu prywatnym przestało być możliwe. Dlatego, jeszcze w r. 1955, zawarto umowę ze Staromiejskim Domem Kultury o przydzielenie stałego lokalu na cotygodniowe zebrania dyskusyjne. Odtąd, aż do końca istnienia Klubu, zebrania odbywały się zawsze w tej samej sali na pierwszym piętrze, mieszczącego się przy Rynku Starego Miasta 2, Staromiejskiego Domu Kultury, zawsze w czwartki o godz. 18-tej.
 
Kim byli Garzteccy? Przyznam się szczerze, że przeszłość tych ludzi jest tak skomplikowana, że w pewnych szczegółach wyznać się nie jestem w stanie. Jest faktem, że kolejnymi etapami kariery Garzteckiego był kontrwywiad A.K., Polska Armia Ludowa, wreszcie Informacja Wojskowa i że na każdym z tych etapów miał on co najmniej jeden stopień oficerski więcej, niż na poprzednim. Jest faktem, że oboje Garzteccy pracowali w Ambasadzie PRL w Paryżu i że oboje po powrocie do kraju byli aresztowani i jakiś czas przesiedzieli się w więzieniu. W okresie utworzenia KKK Garzteccy byli członkami Partii, a mówiono, że i czegoś więcej. Podobnie mówiono o pierwszym przewodniczącym Klubu, Stefanie Królu, nie pozbawionym zdolności organizacyjnych, chociaż inteligencją nie dorastającym Garzteckiemu, pracowniku wydziału Historii Partii KC PZPR, oraz o znajdującym się od dawna zagranicą i zamieszczającym w swoim czasie artykuły w prasie emigracyjnej, jednym z głównych inicjatorów Klubu, Romanie Szczurkowskim.
 
Po co policji taki klub był potrzebny? Hipoteza prowokacji raczej odpada. Przede wszystkim nie było żadnego finału: za działalność w Klubie nikt nie został aresztowany i ostatecznie Klub działał przez długi czas przez nikogo nie niepokojony. Nawet gdyby ten brak finału przypisać czynnikom od policji niezależnym, które sprawiły, że pierwotny plan nie mógł zostać wykonany, to i tak pozostaje nad wyraz wątpliwe, czy policja w celach prowokacyjnych posłużyłaby się takimi ludźmi, jak Garztecki, Król czy Szczurkowski. Prawdopodobniejsze jest przypuszczenie, że czynniki policyjne chciały mieć możliwość sondażu opinii warszawskiej elity intelektualnej, czy możliwość kontrolowania nurtujących te sfery nastrojów. Nie wykluczam, że wchodziły w grę jakieś rozgrywki międzyfrakcyjne. Istnieją dane, żeby przypuszczać, że impreza została uruchomiona przez kierowaną wówczas przez Kazimierza Witaszewskiego Informację Wojskową, a nie U.B. Nie wykluczam, że była to robota antypuławska; w każdym razie pomiędzy Garzteckimi a opanowanym przez Puławian drugim z kolei zarządem Klubu były jakieś niesnaski. Być może jakieś koła natolińskie lub do Natolińczyków zbliżone już wtedy coś wywąchiwały dla siebie niedobrego w kontaktach Puławian z intelektualistami i chciały temu przeciwdziałać. Być może jakieś czynniki policyjne, których zakres kompetencji był już mocno wtedy przez KC ograniczony, chciały się w ten sposób "wykazać" i przy pomocy odpowiednio spreparowanych raportów uzasadniać potrzebę większej swobody działania dla siebie. Być może funkcjonariusze policyjni po prostu nie mieli już wtedy innych zajęć i nudzili się. Nie wiem. Wiem, że Klub został utworzony przez osobników co najmniej dziwnych; natomiast na temat motywów jego utworzenia mogę snuć tylko na niczym nie oparte domysły.
 
Grupa założycieli zabiera się do roboty z energią. Grono ludzi uczestniczących w obradach znacznie się rozszerza. Sytuacja jest sprzyjająca. Przychodzi okres XX Zjazdu i namiętności rozpalają się. Zostaje zorganizowana seria niesłychanie atrakcyjnych zebrań dyskusyjnych: na temat XX Zjazdu, na temat pamiętnego artykułu Stanisława Ossowskiego "Taktyka i kultura", na temat noweli Kazimierza Brandysa "Obrona Grenady" i inne. W tym czasie czynny już udział w Klubie biorą ludzie poważni. Szczególną aktywność w dyskusjach wykazują: Jan Józef Lipski, Andrzej Walicki, Stefan Kurowski. Powstaje zjawisko bez precedensu. Po raz pierwszy od wielu lat mówi się publicznie w sposób zwyczajny, naturalny, bez taktycznych wywijasów, bez ideologicznej minoderii, bez owego "wprawdzie - ale", dzięki któremu przemówienia i artykuły komunistycznych mężów stanu i propagandzistów są takie długie i takie beztreściwe. Po raz pierwszy od wielu lat wiadomo - i to wiadomo wprost, a nie z domysłów - co mówca twierdzi, a czemy przeczy. Nie obywa się to bez oporów. Jeszcze nie wszystkich stać na to, żeby nie licząc się z personaliami osób obecnych na sali rąbać całą prawdę w oczy. Jeszcze działają stare przyzwyczajenia, stare tabu i przede wszystkim strach; nie raz jeszcze ideologiczny bełkot powróci na salę obrad w pełnej krasie. Ale samo zjawisko mówienia w sposób zwyczajny, po ludzku, wywiera na słuchaczach wrażenie ogromne. Jak jedno publiczne pokazanie się księcia Walii w określonym ubraniu stwarza nowe wzory mody, tak tu jedno wystąpienie stwarzało wzór tego co - pod względem zarówno treści jak i formy - mówić wolno a nawet należy: różnica w porównaniu z księciem Walii była jednak ta, że osoba, która z czymś występowała nie musiała legitymować się żadną szczególną pozycją osobistą czy urzędową: nowe wzory mógł stwarzać każdy, kto tylko zapragnął. Później ten sam proces odbywał się w prasie; w Klubie jednak na ogół to wszystko odbywało się już wcześniej. Każde takie wystąpienie znajdowało naśladowców. Gdy tabu nałożone na jakiś temat raz zostało strzaskane, to potem temat ten był podejmowany przez wielu innych. Gdy jakaś "prawda absolutna" rai się okazała wątpliwa, to potem wątpili wszyscy. I tak dalej. Krok najtrudniejszy, to było zaprzeczenie zasadzie uważanej w tym czasie za absolutnie oczywistą, że nie należy mówić, skoro słuchają tego agenci. Zadecydowało to, że paru ludzi zrozumiało, że należy mówić, mimo że na sali siedzą agenci. Potem już wszystko szło jak lawina.
VII
Te procesy sprawiły, że Klub szybko dochodzi do pewnego znaczenia, że wiąże się z nim cała kadra ludzi naprawdę wartościowych i twórczych, że wysuwa się na czoło innych klubów dyskusyjnych w całej Polsce. Wiosną 1956 roku powstaje myśl, żeby Klub wziął na siebie rolę "koordynatora" pracy wszystkich klubów w całym kraju. Powstaje wtedy wydawane przez Klub pismo pt. "Nowy Nurt" i zostaje nawiązana sieć szerokich terenowych kontaktów.
 
Problem czy kluby powinny mieć jakiś centralny ośrodek koordynujący, był już wcześniej dyskutowany w redakcji „Po Prostu”. W pewnym momencie w redakcji powstaje komórka koordynująca działalność klubów. Zespół dochodzi jednak szybko do słusznego wniosku, że wszelka tego rodzaju kuratela nad klubami jest zbędna i komórkę likwiduje.
 
Podjęcie analogicznej inicjatywy przez Klub Krzywego Koła jest w tym momencie oczywiście próbą opanowania żywiołowo rozwijającego się ruchu klubowego przez elementy agenturalne: Klub znajduje się wciąż jeszcze w rękach Garzteckiego et consortes. Najwidoczniej jednak ludzie ci nie czuli się w Klubie zbyt pewni, skoro bardzo szybko postarali się, żeby komórkę koordynującą działalność klubów od KKK oderwać i zrobić z niej nadrzędną jednostkę czysto administracyjną. W ten sposób powstał Ogólnopolski Ośrodek Klubów Dyskusyjnych. "Nowy Nurt" automatycznie przestał być pismem Klubu i stał się organem tego ośrodka.
 
Okoliczności towarzyszące powstaniu tego ośrodka były, że tak powiem, dziwne. Nazywało się, że ośrodek ten jest "przy" Ogólnopolskim Komitecie Frontu Jedności Narodu. W praktyce to słówko "przy" znaczyło, że O.K.F.J.N. po prostu mianował głównych matadorów tego ośrodka, nikogo nie pytając o zdanie. W ten sposób ośrodek od razu znalazł się w rękach Garzteckiego, Króla itp. Redakcja „Po Prostu”, choć zapewne zachwycona powstaniem Ośrodka nie była, nie chciała doprowadzać do rozłamu pomiędzy klubami związanymi z Ośrodkiem, a klubami związanymi z „Po Prostu” i dlatego zdecydowała się delegować do Ośrodka swojego przedstawiciela. Był nim Zbigniew Sufin.
 
Dwa fakty wystarczą żeby scharakteryzować po co Ośrodek był potrzebny i jak działał. Na koniec czerwca 1956 r. została zwołana w Warszawie narada delegatów klubów. Były to dni rozruchów poznańskich i menadżerzy Ośrodka postarali się, żeby delegatom przedłożyć do uchwalenia wiernopoddańczą rezolucję potępiającą rozruchy. Do uchwalenia rezolucji ostatecznie nie doszło: zadecydował energiczny sprzeciw delegatów KKK, Czesława Czapowa i Aleksandra Achmatowicza, za którymi stanęła większość sali. Biedni autorzy rezolucji nie mogli oczywiście przewidzieć, że los będzie dla nich aż tak niełaskawy, że już wkrótce z trybuny KC będzie się oficjalnie głosić to samo, co na zjeździe głosili przeciwko nim dwaj bezpartyjni oponenci.

Druga heca była związana z wyborami do sejmu 1957 r. Nagle okazało się, że "ruch klubowy" wysunął kandydaturę Edmunda Osmańczyka i Henryka Korotyńskiego do sejmu. O ile pamiętam, kandydatury tych dwóch panów były wysunięte przez organa Frontu Jedności Narodu: etykietki reprezentantów ruchu klubowego przyczepiono do nich ex post, już w trakcie ich kandydowania. Nie było żadnego rozsądnego powodu, dla którego akurat Osmańczyk i Korotyński mieliby się cieszyć szczególnym zaufaniem klubów: ale Ośrodek był nie po to, żeby pytać kogokolwiek o zdanie. Pamiętam zebranie KKK, na którym urządzono przedwyborczą dyskusję z Korotyńskim. Od razu na wstępie, zwrócono mu uwagę, że kandydatura jego została wysunięta (czy raczej poparta) nie przez żadne kluby, lecz przez administracyjną jednostkę nadrzędną, narzuconą klubom przez władze państwowe. Korotyński oświadczył, że nic o tym nie wiedział, co zresztą mogło być prawdą. Czując niepewny grunt pod nogami, zachowywał się tym bardziej przymilnie, z całą bezczelnością oświadczając m.in., że jego zdaniem Polska ewoluuje w kierunku ustroju wielopartyjnego, oczywiście pod warunkiem, że wszyscy będą głosować, jak przykazał Gomułka, bez skreśleń.
 
Ośrodek ma jednak jedną zasługę przed światem. Był on mianowicie takim kłębowiskiem antagonizmów i rywalizacji osobistych, że jakakolwiek bardziej efektywna praca była tam, zdaje się, niemożliwa. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia, ale mówiono, że Garztecki traktował Ośrodek jako trampolinę, która miała go wynieść na posła do sejmu. Czy inni mieli podobne ambicje nie wiem, ale wiem; że całe to towarzystwo w szybkim czasie gruntownie się ze sobą pokłóciło. A na wiosnę 1957 r., kiedy w wyniku procesów, o których wyżej pisałem, większość klubów przestała istnieć, Ośrodek rozpłynął się w nicości, tak jak z nicości powstał.
VIII
Mniej więcej w tym samym czasie kiedy powstawał Ośrodek rozpoczęła się w KKK kadencja nowego zarządu [wiosna 1956]. Garztecki i Król odeszli do Ośrodka i ich związek z Klubem stawał się odtąd coraz luźniejszy. Prezesem Klubu został znany publicysta i socjolog Jan Strzelecki, ale pierwsze skrzypce odgrywały trzy kobiety: Henryka Broniatowska, Maria Kosińska i w dalszym ciągu Ewa Garztecka.
Zarząd ten był już zupełnie odmienny od poprzedniego. Przede wszystkim, cokolwiek by się o nim powiedziało, nie miał charakteru policyjnego. Po wtóre, poziom tego zarządu był bez porównania wyższy, niż zarządu poprzedniego. Po trzecie, zarząd dokonał niewątpliwie wielu rzeczy pożytecznych. Z tym wszystkim był to zarząd złożony wyłącznie z członków PZPR-u i to takich, których trudno nazwać "rewizjonistami". Ludzie, którzy byli w tym zarządzie nie gwarantowali Klubowi niezależności. Ich zależność była jednak zależnością od frakcji partyjnej, a nie od policji.

Istotną rolę w tym zarządzie odgrywały Broniatowska i Kosińska, nie zaś chwiejny, łatwo ulegający wszelkiego rodzaju prowokacjom, ale piekielnie inteligentny i mający zawsze własne zdanie Strzelecki. Kadencja tego zarządu przypada na okres przedpaździernikowy i październikowy. Dlatego, zgodnie z tym o czym pisałem w poprzednim rozdziale, troską tego zarządu nie było bynajmniej utrzymanie Klubu w ramach lojalności wobec partii, gdyż to nikogo wówczas nie interesowało, lecz dopilnowanie, żeby Klub basował Puławianom w rozgrywkach z Natolinem. Konsekwentnie zarząd - w każdym razie przed Październikiem - raczej nie przeszkadzał w swobodnym wypowiadaniu się i sam organizował nieraz bardzo śmiałe zebrania dyskusyjne: przykładem może być zebranie z referatem Czesława Czapowa na temat teorii "nowej klasy" (na podstawie "Managerial Revolution" Burnhama, "The transition from the capitalism" Croslanda oraz "Jenseits des Kapitalismus" Seringa; książki Dżilasa jeszcze wtedy nie było), referat Józefa Kuśmierka, demaskujący z pasją i znawstwem absolutne nonsensy ówczesnej polityki gospodarczej, wreszcie dramatyczna relacja Wiktora Woroszylskiego o powstaniu węgierskim. Atmosfera dyskusji, w każdym razie w późniejszym okresie, była już zupełnie swobodna i na ogół nikt się nie obawiał mówić tego, co myślał. Puławianom wciąż jeszcze zależało na rozruszaniu opinii, a nie na hamowaniu jej. Natomiast cała energia agentów puławskich na terenie Klubu szła w kierunku dostarczania odpowiedniej informacji personalnej pasującej do obrazu partii podzielonej na "elementy szczerze demokratyczne" i "wrogie postępowi" oraz niedopuszczenia do tego, żeby krytyka haniebnej przeszłości obejmowała także wymienianie pewnych określonych nazwisk.

Jest rzeczą ciekawą stwierdzenie czy inspiracja w sprawach personalnych napotykała w Klubie na opór. Otóż pewien opór wystąpił, gdy na dwa dni przed przewrotem październikowym sala, zelektryzowana pamiętnym artykułem Bolesława Piaseckiego "Instynkt państwowy", żądała usunięcia autora z prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu. Nastrojom sali przeciwstawił się wówczas publicysta "życia Warszawy" Jerzy Mikke. Powiązania Mikkego z Piaseckim, przynajmniej w przeszłości, były jednak zbyt dobrze znane, żeby Mikke mógł kogokolwiek za sobą pociągnąć. [...]

I zaledwie  dwa tygodnie po wyborach, dokładnie 31 stycznia 1957 r. odbyło się walne zebranie członków Klubu, które wybrało nowy zarząd. Na mocy zwykłego większościowego mechanizmu wyborczego, do nowego zarządu nie wszedł juz ani Strzelecki, ani Broniatowska, ani Garztecka, ani Kosińska. W życiu Klubu rozpoczął się nowy rozdział.
[...]
[W 1957 r. przewodniczący został Jan Józef Lipski, w 1958, 1959 i 1960 przewodniczącym był Aleksander Małachowski]
Po październiku, kiedy w interesie Puławian leży już przyhamowywanie opinii i maksymalne nastraszenie jej groźbą sowieckiej interwencji, sytuacja w Klubie zaczyna się zmieniać. W tym czasie istnieją już w Klubie pewne siły odśrodkowe, względem zarządu opozycyjne, bardziej od zarządu zorientowane aktywistycznie. Były pewne tendencje w kierunku uspakajania tych elementów. Trzeba jednak powiedzieć, że najaktywniejszymi pacyfikatorami byli w Klubie nie Puławianie, lecz ich sojusznicy katoliccy. Pierwszym do wygłaszania w Klubie przemówień o racji stanu, położeniu geograficznym i konieczności ograniczenia żądań był wtedy Stefan Kisielewski.
[...]
Pierwszy okres, który trwa do listopada r. 1959 - to okres obserwacyjny. Klub zostaje w tym okresie poddany stałej obserwacji, i to podwójnej: policyjnej i partyjnej. [...]

W listopadzie 1959 r., w związku ze sprawą książki Lipskiego, zaczyna się nowy okres - okres stawiania warunków. Wreszcie we wrześniu 1961 r., po aresztowaniu Rudzińskiej, zaczyna się okres trzeci, który można by nazwać okresem śledczym. O tej fazie opowiem szczegółowo w rozdziale piątym: tutaj natomiast chciałbym na chwilę jeszcze powrócić do fazy poprzedniej. O treści warunków stawianych nam po incydencie z referatem Lipskiego, już mówiłem. Chodziło o doręczanie władzom planów zebrań na miesiąc naprzód oraz o wprowadzenie do zarządu Klubu dwóch członków partii. Pierwsza sprawa nie budziła właściwie poważniejszych wątpliwości i zarząd zobowiązał się, w miarę swoich możliwości, plany takie dostarczać. Zwrot "w miarę swoich możliwości" oznacza tutaj, że możliwości były niewielkie: plan zebrań był rzadko zafiksowany na miesiąc z góry: z reguły były w nim bądź pozycje puste, bądź takie, które później ulegały zmianie. Władze były o tym uprzedzone, ale godziły się na to i trzeba lojalnie stwierdzić, że z tego powodu nigdy żadnych szykan nie mieliśmy.
 
O wiele bardziej skomplikowana była sprawa uczestnictwa członków partii w zarządzie Klubu. Przede wszystkim jest rzeczą ciekawą, że w momencie postawienia tego żądania, na siedmiu członków zarządu był jeden członek partii: był nim socjolog Jan Malanowski. W toku pertraktacji, prowadzonych ze strony Klubu w sposób naprawdę doskonały przez ówczesnego prezesa Klubu, Aleksandra Małachowskiego, przyznano jednak od razu otwarcie, że Malanowski nie cieszy się zaufaniem partii i że chodzi o to, żeby zamiast niego było dwóch innych. Jak już wspominałem, równało się to jawnemu pogwałceniu statutu, który na żadną kooptację nie zezwalał. Z początku istniała nadto obawa, że osobami wskazanymi przez władze będą ludzie w stosunku do Klubu obcy. Ostatecznie jednak władze wskazały dwie osoby spośród członków Klubu, w stosunku do których nie było żadnych powodów do nieufności: a mianowicie ekonomistę prof. Włodzimierza Brusa i b. członka sztabu generalnego AL, dowódcę słynnego zamachu na Cafe-Club - Jerzego Duracza. Znaleziono wtedy wyjście takie, że Brus i Duracz weszli do specjalnie utworzonej rady programowej Klubu, komórki o charakterze doradczym. Na walnym zebraniu, które się odbyło na wiosnę 1960 r., ustępujący zarząd, chcąc uniknąć przedłużania się sytuacji konfliktowej, zdecydował się zaproponować listę kandydatur do nowego zarządu, obejmującą dwóch członków partii: zamiast Brusa na liście znajdował się jednak inny członek partii, również ekonomistka, Helena Hagemajerowa. Lista ta została w całości zaakceptowana i zarówno Hagemajerowa jak i Duracz zostali wtedy do zarządu wybrani. Duracz został nadto w rok później wybrany do zarządu ponownie. Celem uniknięcia nieporozumień, pragnę wyraźnie zaznaczyć, że wszystkie te osoby zazwyczaj szukały jakiegoś wyjścia kompromisowego z trudności, na jakie Klub napotykał w stosunkach z władzami, ale że w stosunku do żadnej z nich nie można postawić zarzutu nielojalności wobec Klubu.

Tak wyglądała ta sprawa od strony, że tak powiem, formalnej. Były w tym wszystkim jednak podteksty, które nie utraciły aktualności nawet wtedy, kiedy o członkach partii w zarządzie i o planach zebrań dawno już wszyscy zapomnieli. Mam tu na myśli cały problem niedopuszczenia do tego, aby w Klubie miały miejsce "wrogie wystąpienia" i problem odpowiedzialności zarządu za takie wystąpienia.
Ilekroć podnoszono tę sprawę, przedstawiciele Klubu oczywiście odpowiadali, że nie mogą ponosić odpowiedzialności za poglądy wszystkich uczestników zebrań i że nie mają na to żadnej rady. Przedstawiciele władz mimo to wracali do tego problemu dość uporczywie. W czasie pertraktacji w r. 1959 nic wysunięto wprawdzie żadnego konkretnego projektu jakiejś zmiany procedury zebrań, która by uczyniła uniknięcie takich wystąpień możliwym. (Projekt taki wysunął dopiero w październiku 1961 r. Minister Spraw Wewnętrznych, Władysław Wicha, o tym jednak będę mówił dopiero w rozdziale piątym). Być może liczono jeszcze na to, że odpowiedzialni członkowie partii w zarządzie potrafią na cały Klub w odpowiednim kierunku oddziałać.
[...]
Ostatni zarząd KKK został wybrany w kwietniu 1961 r. Skład jego był następujący: Paweł Jasienica (przewodniczący). Aleksander Małachowski (zastępca przewodniczącego), Jan Józef Lipski (sekretarz), Marta Miklaszewska-Bądkowska (skarbnik) oraz Tadeusz Byrski, Jerzy Duracz i niżej podpisany (członkowie zarządu).
 
Niech mi wolno będzie w kilku słowach ten paroosobowy zespół tutaj scharakteryzować. Po pierwsze, skład tego zarządu był zupeh1ie przypadkowy. Weszli do niego ludzie, którzy po prostu otrzymali kolejno największą ilość głosów w wyborach, które przez nikogo nie były w żaden sposób przygotowywane.
 
Pod tym względem zarząd ten różnił się od zarządu poprzedniego, gdyż walne zebranie wyborcze w r. 1960 zaakceptowało listę kandydatur zgłoszoną przez zarząd ustępujący. O ile jednak w r. 1960, świeżo po kryzysie, o którym pisałem w § XVI rozdz. I oraz w § V rozdz. 3, istniała potrzeba swojego rodzaju votum zaufania dla władz Klubu, o tyle w r. 1961 żadnej takiej potrzeby nie było i w tej sytuacji ustępujący zarząd wolał zdać się całkowicie na wolę wyborców, nie sugerując im swojego zdania. Po drugie, ostatni zarząd Klubu składał się w większości z ludzi nowych. Tylko Małachowski i Lipski mieli za sobą wiele lat pracy w zarządzie Klubu. Poza nimi tylko Duracz wchodził do zarządu po raz drugi; natomiast cztery pozostałe osoby znajdowały się w nim po raz pierwszy.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Witold Jedlicki, Klub Krzywego Koła, Wyd. Instytut Literacki, Paryż 1963.