„PO PROSTU” - SAMODZIELNE CZY STEROWANE?

- W kierownictwie partii, zwłaszcza po śmierci Bieruta, walczące frakcje zaczęły się wzajemnie paraliżować. Ta walka znajdowała odbicie także w niższych ogniwach aparatu. W związku z tym instytucja, taka jak "Po Prostu", gdzie zespół chciał działać samodzielnie, uzyskiwała często niespodziewane możliwości w tym zakresie. Opracowaliśmy metodę nacisku na cenzurę, walcząc do ostatniej chwili o artykuł, co do którego istniała pewność, że nie przejdzie i wprowadzając na jego miejsce ten właściwy, który od samego początku chcieliśmy przeprowadzić. To powodowało, że z większymi czy z mniejszymi oporami, te materiały jednak się ukazywały. Od czasu do czasu, zwłaszcza w pierwszym okresie przełomowych lat 1955/56, cały zespół był poddawany próbom dyscyplinowania. Pojawiał się ktoś z KC i przeprowadzał rozmowy ideologiczne. Te rozmowy nie były jednak traktowane poważnie i nie miały swego dalszego ciągu.
 
- Większość członków redakcji "Po Prostu" w ciągu kolejnych lat zrobiła jednak kariery w iście komunistycznym stylu, popadając w skrajny oportunizm. Wyjątkiem był Pan i Krzysztof Godek, który zresztą popełnił samobójstwo. Przykładem może być Jerzy Urban i inni, którzy po latach wylądowali w piśmie "Argumenty".
 
- Kiedy patrzę na "Po Prostu" z obecnej perspektywy, to oczywiście widzę, że był to rodzaj młodzieńczej przygody, za którą większość ludzi z tego zespołu zapłaciła zatrzymaniem karier życiowych tylko przez następnych kilka lat. Wszyscy po pewnym czasie wracali w koleinę normalnego dla działaczy "frontu ideologicznego" życiorysu i partyjnej kariery. Pozostało to jednak w ich biografiach czymś, co uważali za ważne. Niezależnie od tego, jakie były ich późniejsze życiowe losy, przy paru kolejnych politycznych zakrętach: roku 1970, 1980, a nawet 1989 - za każdym razem ten zespół próbował się zebrać i nawiązać do doświadczenia młodości, które już dawno było kartą zamkniętą.
 
- Przeczytałam kilka tekstów z "Po Prostu", zaskoczył mnie język nawiązujący do frazeologii rewolucyjnej. Nawet w tekstach, które są próbą zerwania z oficjalnym kłamstwem, jak Pana artykuły - domagające się odrzucenia "czarnej legendy" AK, żądające rozliczeń zbrodni stalinowskiej i nadużyć gospodarczych tej epoki.
 
- To była cena wejścia tam. Za każdym razem trzeba było walczyć o teksty, przede wszystkim z cenzurą, która ustępowała stopniowo. Pierwsze moje materiały dotyczące AK dziś wyglądają blado, ale wtedy sam fakt, że można było przypomnieć pokolenie wyrzucone z pamięci, miało ogromną siłę oddziaływania. Temat był niesłychanie dla społeczeństwa ważny, narastał przez lata jako wielka narodowa tragedia. Mój artykuł pt. "Na spotkanie ludziom z AK", który napisałem wspólnie z Jerzym Ambroziewiczem i Walerym Namiotkiewiczem, był przedmiotem długich debat w samej redakcji. Byliśmy w końcu - poza Ambroziewiczem - autorami z zewnątrz, nie reprezentującymi stanowiska zespołu. Pewne fragmenty trzeba było wycofać i kilka formuł trzeba było wprowadzić, żeby można było ten artykuł przepchnąć. (Urban przy tej okazji popisywał się zupełnie szczególną wiedzą: twierdził mianowicie, że on absolutnie nie wierzy, że w AK mogli być robotnicy, że w ogóle w środowisku robotniczym była organizacja AK-owska). Zapewne efekt końcowy nie był imponujący, ale samo wprowadzenie tego tematu było czymś tak znaczącym, że od razu całe pismo w odbiorze opinii czytelników przerzuciło na "wyższe piętro".
 
- Czy zgadza się Pan z tezą Witolda Jedlickiego, że w interesie zwalczających się frakcji partyjnych było rozluźnienie opinii publicznej po to, żeby móc ją uruchomić przeciwko wrogiej frakcji? Ale przedtem należało tę opinię publiczną stworzyć, bo ona nie miała żadnego instytucjonalnego wymiaru. Uruchomiono więc "Po Prostu", które było doskonałym instrumentem w walce partyjnej. Ten zabieg władze komunistyczne powtarzały jeszcze wielokrotnie, w różnych okresach historycznych - z dużym powodzeniem, bowiem takie, pozornie niezależne pisma zawsze były wyposażone w sieć agentów. W "Po Prostu" także były osoby strzegące interesów partii. Anna Bratkowska, zastępczyni redaktora naczelnego była także zastępcą szefa biura prasowego KC.
 
- To było oczywiste. Ludźmi, którzy mieli szczególne powiązania partyjne i nie tylko partyjne, obsadzano w każdej redakcji stanowiska zastępcy redaktora naczelnego i sekretarza redakcji. Przez nich kontrolowano każdy ważniejszy organ prasowy. W "Po Prostu" osobą, która zrobiła karierę przy okazji Października był Eligiusz Lasota, redaktor naczelny - prosty chłopak, który nigdy nie był osobą szczególnego zaufania partii. Faktyczną kontrolę w "Po Prostu" sprawowała jego zastępczyni Anna Bratkowska. Wcześniej brała udział w naszej delegacji do komisji nadzorującej rozejm w Korei. Wiadomo, że uczestniczyć w tym mogły tylko osoby bardzo daleko posuniętego zaufania. To samo odnosiło się do sekretariatu redakcji, przy czym były tam osoby zaufania policyjnego. Niezależnie od tego, gdy zespół "Po Prostu" wkroczył w 1955 r. w etap odwilżowego eksperymentu, rozpoczęła się akcja wprowadzania do niego kolejnych opiekunów czy komisarzy. Na przełomie 1955/56 r. taką osobą był poeta Witold Wirpsza. Próba okazała się niezbyt udana, bo on się do tego nie nadawał i nie miał zapału. Następny w 1956 roku miał być Henryk Holland, przysłany z KC, przeciwko czemu cały zespół zaprotestował. Był on w czasach stalinowskich komisarzem politycznym od likwidowania niezgodnych z doktryną marksistowską dziedzin nauki, znanym na Uniwersytecie Warszawskim jako ten, który rozprawiał się z niepokorną profesurą, m.in. Tatarkiewiczem, Kotarbińskim, Ossowskimi. Wiadomo było ponadto, że jest to jegomość, który chodzi z pistoletem służbowym w kieszeni. Tylko poprzez groźbę solidarnego ustąpienia całej redakcji udało się zapobiec wejściu Hollanda i w jego miejsce przyszedł Roman Zimand, którego przyjęto jako mniejsze zło. To też była postać znana z podobnej działalności na UW i nie tylko. Próby ograniczania pisma, nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów, bo zmieniała się rzeczywistość i wszystko wymykało się kierownictwu PZPR spod kontroli. To było widoczne już latem 1956 r. W tym czasie wydana została amnestia, ogłoszona rewizja procesu Różańskiego, który wcześniej został symbolicznie skazany za przekraczanie uprawnień urzędniczych, jako oficer departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa. Ujawniano zbrodnie popełniane przez bezpiekę. W takich warunkach próba dyscyplinowania zespołu "Po Prostu" stawała się niemożliwa.
 
- Witold Jedlicki, późniejszy członek Klubu Krzywego Koła, twierdził, że dość skuteczne w rozgrywce partii ze społeczeństwem było szerzenie szeptanej czy kawiarnianej propagandy. Żony różnych dygnitarzy rozgłaszały np. w zaufaniu, jaki to ten Zambrowski dobry i szlachetny i jak go niszczą staliniści i antysemici. I szereg ludzi, w tym młodzi dziennikarze dawało się wrobić w obronę tych skompromitowanych ludzi. Tymczasem "natolińczycy" i "puławianie" trzymali się wzajemnie w szachu: "puławianie" grozili "natolińczykom", że jeśli ci nie przestaną stosować przeciw nim broni antysemityzmu, to oni "przyłożą im" liberalizmem i na odwrót.
 
- Środowisko dziennikarskie PRL było zbiorowiskiem szczególnego rodzaju. Po bezpieczeństwie i cenzurze, jedno z najbardziej związanych z aparatem stalinowskiego terroru i najbardziej zdemoralizowane. To byli ludzie, którzy nie tylko szerzyli na co dzień oczywiste kłamstwa, ale wprost terroryzowali społeczeństwo metodami "czarnej" propagandy. Jeśli procesy pokazowe mogły odnieść jakiś skutek społeczny, to tylko dlatego, że obok funkcjonariuszy, sędziów i prokuratorów, którzy byli głównymi aktorami, pracował tłum dziennikarzy, którzy to przenosili do świadomości społecznej w odpowiedniej konwencji. Skutek był podwójny, bowiem ludzi przy okazji zastraszano. Dziennikarze niemal w całości stanęli za grupą puławską, byli jednym z głównych jej narzędzi. O ile w Bezpieczeństwie nastąpił rozłam na górę puławską i doły natolińskie, o tyle w środowisku dziennikarskim takiego rozłamu nie było. Na tym tle zespół "Po Prostu" stanowił pewien ewenement. Oni mieli tu wprawdzie też "swoich ludzi", ale zdecydowana większość zespołu usiłowała zachować własną pozycję i pewną ideowość. "My robimy swoje, jesteśmy z tymi na dole, a nie z tymi na górze". To zdecydowało o popularności "Po Prostu", o sile jego oddziaływania.
 
- Czy w rezultacie to pismo opłaciło się tym, którzy je stworzyli, uruchomili i pozwolili mu działać?
 
- Do pewnego stopnia tak, bo ono jednak dostarczało alibi autentycznej odnowy tej całej politycznej manipulacji, za którą stały określone koterie w kierownictwie partii. Ale bieżące, propagandowe usługi przez ten zespół przechodziły rzadko i z trudem. Próby zamieszczania materiałów, które stanowiłyby wsparcie dla jednej z tych opcji spotkały się ze zdecydowanym oporem. Takie pojawiały się (np. Urbana i Górskiego przeciwko "konserwie partyjnej", która walczy z dobrym, "naszym" kierownictwem), ale to były pojedyncze przypadki.
[...]
W tym samym czasie między mną a szefostwem redakcji doszło do pewnego konfliktu. Chodziło o artykuł "Prawo niech zawsze prawo znaczy", pisany przez naszą trójkę. Jego istotą był atak na funkcjonariuszy bezpieczeństwa. W tym czasie zaczęli zgłaszać się do nas ludzie, którzy wychodzili z więzień, z kręgów konspiracji AK-owskiej, londyńskiej, ludzie represjonowani z różnych tytułów. Ja tego wysłuchiwałem - to były wstrząsające rzeczy. Szczególnie utkwiły mi relacje Zakrzewskiego - szefa kontrwywiadu AK i Jabłońskiego, działacza PPS, zwłaszcza jego relacja z tzw. konwejera - przesłuchania więźniów, którym nie pozwalano spać po kilka tygodni. Pod wpływem tych relacji postanowiliśmy napisać artykuł żądający wprost pociągnięcia do odpowiedzialności ludzi, którzy to organizowali, czyli w pierwszym rzędzie kierownictwa ówczesnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Oni wszyscy byli już z bezpieczeństwa wycofani, ulokowani w różnych innych miejscach. Radkiewicz był ministrem PGR-ów, Fejgin, Romkowski też byli gdzieś pochowani. Jedynie Różański był w 1955 roku postawiony przed sądem i skazany za przestępstwa urzędnicze, przekroczenie praw, czy nie dopełnienie obowiązków, na 5 lat więzienia - z zastosowaniem amnestii, w związku z czym miał do odsiedzenia chyba półtora roku. Myśmy napisali ten artykuł po to, żeby te nazwiska publicznie wymienić. Wtedy okazało się, że to nie przejdzie. Przy tej okazji zorientowałem się, kto w tej redakcji jest od czego. W tej sprawie rozmowy ze mną prowadziła pani Barbara K. - sekretarz redakcji, spokojna cicha pani odpowiedzialna za sprawy techniczne. Nagle okazało się, że to ona jest tą ostateczną instancją - przeszkodą nie do pokonania. Ja się uparłem, że albo ten artykuł ukaże się w całości, albo niech ona zdejmuje moje nazwisko, bo okrojonej wersji nie mogę firmować. Oczywiście, w całości artykuł nie przeszedł i ukazał się bez mojego nazwiska. [...]

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Jan Olszewski, Prosto w oczy. Z Janem Olszewski rozmawia Ewa Polak-Pałkiewicz, Warszawa 1997, s. 72-75, 85.